Aktualności · 27 min czytania
Tragedia niczym mgnienie oka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zaczęło się od tego, że otworzyłam oczy. Ujrzałam kilka pęknięć na kremowym suficie. Przez parę chwil myślałam o tym jak psują one całą kompozycję wiszącej nad moją głową, jednolitej płaszczyzny. Dopiero po tym zadałam sobie podstawowe pytania: kim jestem? Gdzie jestem? Co ja tu właściwie robię? Pożądane odpowiedzi zabrzmiały w mojej głowie niczym wiadomości telewizyjne. Nazywam się Anna Filniczowa. Mam 25 lat. Leżę w moim łóżku. Jestem nauczycielką języka rosyjskiego. I najprawdopodobniej spóźnię się dzisiaj do pracy w nowej szkole. Ostatnia uwaga podziałała na mnie jak szpilka wbita w siedzenie. Poderwałam się z łóżka i spojrzałam na wiszący na ścianie zegar. -Jasna cholera!- zawołałam. Z reguły nie biegam po mieszkaniu jak kot z podpalonym ogonem. Zazwyczaj jestem opanowana i punktualna. Nie spóźniam się na umówione spotkania. Nie przypalam obiadów. Nie trafiam tuszem do rzęs w oko. Nie zakładam bluzki na lewą stronę. Cechuje mnie wysokie zdyscyplinowanie i odpowiedzialność. Ale te wszystkie zalety w dziwny sposób znikają wtedy gdy są najbardziej potrzebne. A 1 września jest właśnie takim dniem, kiedy potrzebuję ich pilniej niż kiedykolwiek. Zwłaszcza jeśli budzę się piętnaście minut przed ceremonią rozpoczęcia roku szkolnego.
Nie mam pojęcia jak udało mi się dotrzeć na miejsce nie powodując przy tym wypadku. Wpadłam do szkoły z impetem pioruna kulistego. Korytarze ziały pustkami. Wszystkie dzieci były już zebrane na ceremonii. Poprawiłam fryzurę, obgryzłam złamany paznokieć i z uśmiechem bajkowej wróżki wkroczyłam do auli. W środku było ciemno. Tylko światło reflektora padało na scenę, na której grupka drugoklasistów recytowała okazjonalny wiersz. Na widowni siedziały matki i ojcowie wraz ze swoimi dziećmi. Oczami wyobraźni ujrzałam kilkadziesiąt maluchów, które dzisiaj miały rozpocząć tutaj swoją naukę. W swoim życiu spotkałam już wielu pierwszoklasistów. Przestraszone i stremowane małe osóbki, nie odłażące się odezwać nawet słowem. Kurczowo trzymające się spódnic matek i spodni ojców. Wybuchające płaczem na myśl o zostaniu na lekcjach z nieznajomymi nauczycielami. Nawet nie zauważą jak szkoła szybko im minie, a w przyszłości z utęsknieniem będą wracać do chwil kiedy w szkolnych ławkach mogły uczyć się alfabetu. Zupełnie jak ja. Już w wieku trzynastu lat stwierdziłam, że moim powołaniem jest zostanie nauczycielką. Jako dziecko kochałam dokształcać moją młodszą siostrę, za pomocą własnych, nieco radykalnych metod. Na studiach nie miałam sobie równych w zaliczaniu różnych egzaminów i fakultetów. Tylko jedna osoba była zdolna mi dorównać: mój narzeczony Michaił. Najwspanialszy mężczyzna na świecie i jeden z powodów, dla których postanowiłam podjąć się pracy w szkole podstawowej numer 1 w Biesłanie. W ciemnościach dojrzałam jego sylwetkę. Wraz z innymi nauczycielami siedział w pierwszym rzędzie, posyłając przestraszonym recytatorom zachęcające uśmiechy. Na jego widok przestałam się przejmować moim spóźnieniem. Teraz już wszystko będzie dobrze. Siądę razem z nim i ten rok szkolny rozpocznę w dobrym nastroju. Stukając obcasami doszłam do pierwszego rzędu i usiadłam obok Michaiła. Od razu też posłałam przepraszający uśmiech pani Dyrektor. Odesłała mi go z takim samym zaangażowaniem. Była zbyt wzruszona oglądaniem występu swoich podopiecznych, aby złościć się na spóźnioną protegowaną. Michaił ścisnął lekko moją rękę. -Spóźniłaś się...- szepnął karcąco. -Zaspałam. To po tym...- -Ciiii!- jedna z matek wychyliła się do naszego rzędu i położyła palec na ustach. Rzuciła nam oburzone spojrzenie i usiadła z powrotem na swoim miejscu. Michaił uśmiechnął się do mnie figlarnie i oboje zwróciliśmy głowy w stronę sceny. Kiedy patrzyłam na śpiewającą, małą dziewczynkę z rudymi loczkami ogarnęło mnie nagle wzruszenie. Byłam na prawdę szczęśliwa. Chyba pierwszy raz w życiu nie czułam się strapiona. Nie męczyło mnie żadne zmartwienie. Cieszyłam się na myśl o nowo rozpoczętym rozdziale mojego życia. Anna- nauczycielka. Anna- pedagog. Anna- ostoja dla gromadki maluchów, które kaligrafują w swoich zeszycikach: "Ala ma kota". Anna- przyjaciółka. Anna- narzeczona. Anna- żona. Anna... -Moi drodzy!- zawołała z entuzjazmem pani Dyrektor, która teraz stanęła na scenie z mikrofonem w ręce. -Rozpoczynamy dziś nowy rok szkolny. Mam nadzieję, że wszyscy postaracie się w nim rozszerzać swoje horyzonty, oraz rozwijać zainteresowania...- Jej słowa wpadały mi jednym uchem, a wypadały drugim. Były skierowane głównie do rodziców i dzieci, więc nie musiałam się na nich zbytnio skupiać. Zamiast tego zwróciłam całą swoją uwagę ku, która zapadła i ku nielicznym dźwiękom, które od czasu do czasu ją mąciły. Ludzie wiercili się na swoich krzesłach, które skrzypiały przy każdym, najmniejszym ruchu. Nieliczne niemowlęta zaniosły się kilka razy płaczem. Ktoś kichnął, kaszlnął, pociągnął nosem, ale nikt nie rozmawiał. Wszyscy uważnie chłonęli każde słowo, które spłynęło z ust pani Dyrektor. Spojrzałam w okno, na którym opierały się promienie słońca. "Cóż za piękna pogoda!"- pomyślałam -"Po prostu wymarzona na rozpoczęcie roku szkolnego!" I wtedy do moich uszu dotarł ten dźwięk. Znałam go doskonale z filmów. Rozbrzmiewał w nich wiele razy. Odgłos strzałów. Aż podskoczyłam na swoim krześle. Czyżbym się przesłyszała? Co to było? Rozejrzałam się po sali. Wcześniej było na niej zbyt cicho, aby tego dźwięku nie usłyszeć. Ludzie byli tak samo zdezorientowani jak ja. Pani Dyrektor przerwała na chwilę swoje przemówienie i przez kilka sekund nasłuchiwała z uwagą. Jednak kiedy nie usłyszała nic podejrzanego zaczęła znowu mówić. -Witam w naszym gronie was, kochane pierwszaki... Na dworze rozległy się krzyki. Kobieta siedząca za mną szepnęła coś do męża. Kilka osób zaczęło się niespokojnie kręcić na swoich krzesłach. Niespokojną ciszę ponownie przeszyły strzały. Tym razem głośniejsze i bliższe. Teraz byłam pewna, że dzieje się coś złego. W okolicy zdarzały się wcześniej bójki gangów. Czyżby i tym razem...? Huk. Strzały. Krzyki. Wymieniłam z Michaiłem zdziwione spojrzenia. Uścisnął moją rękę, chcąc dodać mi otuchy, wstał i ruszył do drzwi, aby sprawdzić co się dzieje. Usłyszałam odgłos kroków, dochodzący z korytarza. Kilka osób zbliżało się do auli z ogromna prędkością, wymieniając okrzyki i tupiąc butami. -Michaił?- szepnęłam przerażona. Ale Michaił stal już przy wyjściu. Razem z kilkoma innymi odważnymi mężczyznami otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz. Usłyszałam jak wola: -Co to ma znaczyć? Proszę stąd wyjść! Spojrzałam na jego plecy. Wszystko będzie dobrze, on to załatwi, pomyślałam. Zaraz wszystko wróci do normy. Za minutę będzie z powrotem siedział obok mnie i szczerzył zęby w serdecznym uśmiechu. Za chwilę... Nagle, zza drzwi, rozbrzmiała seria strzałów. Poderwałam się z miejsca. Moje serce przestało bić. Oddech utknął w przeponie. Nie miałam pojęcia co się stało. Tkwiłam w miejscu, przyciskając dłonie do ust. Nie wiedziałam co się dzieje. Wydawało mi się, że sekunda trwa godzinę. Stałam i patrzyłam, jak Michaił zastyga bez ruchu i powoli osuwa się na podłogę. Na jego koszuli pojawiły się czerwone plamy. Zniknął. Michaił? Michaił, gdzie jesteś? Nic ci nie jest prawda? Zaraz podniesiesz się i pomachasz w moją stronę z tym swoim chłopięcym uśmiechem na twarzy. I wszystko będzie w porządku... Z daleka dochodziły do mnie przeraźliwe wrzaski. Ludzie darli się i rozbiegali na wszystkie strony. Dzieci wydawały z siebie strwożone krzyki i z płaczem uciekały w stronę rodziców. W tle słychać było strzały i nawoływania. A ja stałam w miejscu. Nie potrafiłam się ruszyć. Nie byłam zdolna wydać z siebie żadnego dźwięku. Czułam jak trzęsę się ze strachu. Okrutne myśli zaczęły prześwitywać w mojej świadomości. Michaił leży na ziemi. Nie żyje. Ktoś nas zaatakował. Terroryści. Strzelają. Zabijają. Nie cofną się przed niczym. Popychana własną rozpaczą i obawą o Michaiła ruszyłam przed siebie. Powoli, z każdym krokiem ciągnąc za sobą nogi ważące pół tony. Ludzie trącali mnie i popychali w ogólnym chaosie. Zbliżałam się do drzwi. Nie wierzyłam własnym oczom. W mojej głowie pojawiła się blokada. Nie przyjmowałam do świadomości tych obrazów, które przewijały mi się przed oczami. Ujrzałam krew. Morze krwi rozlewające się po podłodze. A wśród niej kilkanaście sztywnych ciał mężczyzn i kobiet. I Michaiła. Mój Michaił, z szeroko otwartymi oczami leżał zaraz przede mną. Nie poruszał się. Nie oddychał. Jego tors cały zalany był krwią. Był martwy. Poczułam nagle, jak wracam do rzeczywistości. Zupełnie jakbym wcześniej przebywała zupełnie gdzie indziej. Krzyki i strzelanina stały się realne. Zaczęłam zdawać sobie sprawę z fizycznego bólu, który czułam za każdym razem gdy ktoś mnie potrącał. Wydalam z siebie rozpaczliwy okrzyk. Nie, to nie może się dziać na prawdę, pomyślałam. Nie wierzę. To musi być jakiś koszmar. Napastnicy oddali ostrzegawcze strzały w przestrzeń. Kule utknęły w suficie. Uzbrojeni mężczyźni krzyczeli coś podniesionymi glosami. W ogólnym zamieszaniu udało mi się usłyszeć parę słów. Nie ruszać się. Jesteście zakładnikami. Zginiecie jeśli będziecie próbowali stawiać opór. Ludzie przestali biegać w panice. Z przerażeniem wpatrywali się w terrorystów i martwe ciała ludzi, którzy jeszcze kilka minut wcześniej razem z nimi siedzieli na widowni. Jeden z mężczyzn wycelował karabin w zapłakaną dziewczynkę z rudymi loczkami. -Zamknijcie się wszyscy!- ryknął przeraźliwie. Strzelił w górę, a biały tynk, który spadł na ziemię, utonął we krwi. - Od tej chwili jesteście naszymi zakładnikami. Jeśli nie zrobicie tego co każemy- zabijemy was. Macie milczeć!- Na sali zapanowała cisza. Poczułam jak kręci mi się w głowie. Oparłam twarz o ścianę i zamknęłam oczy. Nie byłam w stanie o niczym myśleć. Tak bardzo chciałam wtedy zasnąć i odpocząć. Tego wszystkiego było dla mnie zbyt wiele. Jeden z terrorystów odwrócił się moją stronę. Podszedł do mnie i szarpnął moją ręką z całej siły. -Wszyscy pójdziecie z nami!- krzyknął do tłumu. Pociągnął mnie w swoją stronę i nadal miażdżąc mój nadgarstek, ruszył na korytarz i w stronę sali gimnastycznej. Moją głowę wypełniała pustka. Jakby ktoś skasował mój rozum, pamięć i świadomość. Zamiast nich była tylko wielka, biała plama. Nie myślałam. Nie widziałam. Nie słyszałam. Wegetowałam. Zawiesiłam się jak komputer, którego zaatakował wirus. To co zobaczyłam wstrząsnęło mną do głębi, wywołując otępiający szok. Nie mogłam się otrząsnąć. W tamtej chwili nie miałam nawet sił żeby tego zapragnąć. Wypróżniono ze mnie wszystko co ludzkie. Byłam jak opakowanie, z którego ktoś wyjął zawartość. Mój mózg nie rejestrował obrazów, które widziałam, jakbym była nieczułą kamerą filmową, do której nie włożono kasety. Jako kamera nie nagrywałam. Jako człowiek nie czułam zupełnie nic. Te kilka setek innych osób czuło się zupełnie tak jak ja. Dorośli szli za terrorystami jak zahipnotyzowani. Dzieci były w zbyt wielkim szoku żeby płakać. Kilkoro z nich zobaczyło przed chwilą śmierć swoich ojców i matek. Po raz pierwszy w życiu doświadczyły takiej przemocy. Po raz pierwszy zobaczyły tyle krwi. Zbyt przerażone by ronić łzy, zbyt zszokowane aby krzyczeć z rozpaczy - dzieci, które dzisiaj miały w radości rozpocząć nowy rok szkolny. Nie zdawałam sobie sprawy z tego ile czasu minęło. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie w mojej głowie odezwało się kilka uśpionych myśli. Zupełnie jak serce po reanimacji. Na początku były to pojedyncze dźwięki i monosylaby. Później zaczęłam rozróżniać głoski i słowa. Na końcu udało mi się zrozumieć cale zdanie: "Terroryści zaatakowali szkołę. Otrząśnij się, jesteś dorosłą kobietą!" Wydawało mi się, że budzę się po kilku dniach snu. Lecz tak naprawdę cały czas miałam oczy otwarte. Tylko to, co widziałam, dopiero teraz dotarło do mojego uśpionego umysłu. Siedziałam na podłodze w sali gimnastycznej. Głowę miałam opartą o drabinki do ćwiczeń. Nie byłam tam sama. Wokół mnie tłoczyło się kilkaset dzieci i dorosłych, tak samo otępiałych ze strachu jak ja. Siedzieli nieruchomo, wodząc nieprzytomnie oczami za kilkoma terrorystami, którzy krążyli między nimi z karabinami w rękach. Panowała niezwykła cisza. Niemowlęta nie płakały, nikt się nie poruszał. Byłam w stanie usłyszeć powolny oddech dziecka siedzącego obok mnie. Była to dziewczynka. Ta sama, w którą przedtem jeden z terrorystów wymierzył karabin. Nie mogła mieć więcej niż 8 lat. Jej oczy były niezwykłe - niesamowicie zielone, teraz szeroko otwarte ze strachu. Okrągłą twarzyczkę otaczała burza rudych loczków. Na jej widok zachciało mi się płakać. Przez mgłę niezrozumienia zaczęła do mnie docierać straszna rzeczywistość. Prawda o tym, co przed chwilą się zdarzyło w tej szkole sprawiła mi okropny ból. Ale nie mogłam czekać z przemyśleniem tej sprawy. Wiedziałam, że jeśli nie pomyślę o tym teraz, nie będę w stanie tego zrobić nigdy. Zaczęłam powoli porządkować myśli. Po kolei przypominałam sobie tragiczne wydarzenia, które dzisiaj miały miejsce. Z trudem przyswajałam je jako te, które zdarzyły się na prawdę. Kilka razy musiałam sobie powtarzać wszystko od początku. Jest pierwszy września. Byłam na apelu z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Terroryści zaatakowali naszą szkolę. Wtargnęli do auli i zaczęli strzelać do tych, którzy stawiali opór. Zabili ich. A razem z nimi Michaiła. Mojego Michaiła. Nagle zaczęłam płakać. Nie chciałam wydawać z siebie żadnych dźwięków. Zamiast tego okropnie się trzęsłam. Zakryłam usta dłońmi i przycisnęłam twarz do drewnianych drabinek. Zamknęłam oczy, z których płynęły łzy. Po raz pierwszy w…