Fantastyka · 54 min czytania
Tramwaj
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Stała wpatrzona w dal. Ciemnymi okularami zasłoniła oczy, mimo że zapadał zmrok, a mgła spowijała świat. Jesienny wiatr rozwiewał długie brązowe włosy Edyty. Dziewczyna nerwowo postawiła kołnierz skórzanego płaszcza i rozejrzała się. Prócz niej na przystanku czekał tylko jeden facet. Jej wzrok prześliznął się po sylwetce nieznajomego. Wyglądał niegroźnie. Wyraz jego twarzy sugerował, że nie ma się czym przejmować. Zresztą, Edyta nie obawiała się tego typu zagrożeń - zdecydowanie nie było czego. Niespokojnie przeszła kilka kroków, spojrzała w szybę pobliskiego sklepu i przyjrzała się krytycznie swojemu odbiciu. Nie jest źle... w czerni jej fajnie, a okulary dodawały jakiejś takiej powagi czy może zadumy? Tajemniczości... Tak, tajemniczości. Długi płaszcz świetnie komponował się z krótką spódnicą i wysokimi kozakami. Uśmiechnęła się delikatnie, a jej twarz po raz pierwszy tego wieczoru, wyglądała zabójczo... Nagle myśli te uznała za zabawne i takie płytkie... Szczególnie, że rzadko ubierała się właśnie tak. Cóż, bywały jednak i takie dni jak ten, gdy Edyta prezentowała światu nieznaną stronę swojego Ja. Wciąż ją to bawiło... cóż, kiedy facetom odpowiadał właśnie taki image. A przynajmniej takie wrażenie nie opuszczało dziewczyny... Nie zajmując więcej myśli nieważnymi sprawami, podeszła do rozkładu jazdy. Zerknęła na przegub lewej ręki, ale nie znalazła tam zegarka. - Cholera... - szepnęła cicho - Niedobrze, bardzo niedobrze. Chwilę zastanawiała się czy nie powinna po niego wrócić. Nie, chyba nic takiego się nie stało. To nie aż taki problem. Sięgnęła do torebki, jednak zrezygnowała z wyjmowania komórki. Tramwaj właśnie nadjeżdżał. Kiedy wchodziła do środka, silny wiatr rozwiał poły jej płaszcza. Oczy nieznajomego, stojącego za Edytą, na moment zajaśniały dziwnym blaskiem. Dziewczyna wybrała miejsce w miarę oddalone od innych pasażerów. Razem z nią podróżowało kilka osób, ale nie starała się im przyglądać. Wolała wyglądać przez okno. Za nim widziała co prawda tylko mlecznobiałą biel mgły, mimo to starała się dojrzeć kontury domów. Nic nie było widać. Powoli mrok brał w posiadanie miasto. Edyta mogła spokojnie odpocząć, do końcowego przystanku pozostało przynajmniej pół godziny jazdy. Zatonęła w myślach. Nawet nie zauważyła, że nieznajomy z przystanku przesiadł się bliżej. Początkowo stał z tyłu, jednak po kilku minutach usiadł ledwie dwa siedzenia przed dziewczyną i to tak, że mógł widzieć jej twarz. Powoli, wpatrując się w siedzącą naprzeciwko nieznajomą, wyjął z kieszeni kurtki okulary przeciwsłoneczne i wolnym ruchem założył. Grymas na twarzy sugerował uśmiech, ale Edyta nie zauważyła ani uśmiechu, ani samego mężczyzny. Odpłynęła w świat wspomnień, tych odległych i tych sprzed niespełna godziny. Nieznajomy tymczasem, wpatrywał się w dziewczynę jakby uczył się jej na pamięć. W tym czasie Edyta bezwiednie rozpięła płaszcz, zdjęła okulary i z roztargnieniem przeczesała dłonią włosy. Oczom mężczyzny ukazała się czerwona, wydekoltowana bluzka, w której wycięciu niknął srebrny wisiorek. Mężczyzna wzrokiem fachowca lustrował dziewczynę. Jego wzrok spoczął na delikatnym wzorze wisiorka, by po chwili znowu przenieść się na twarz. W szybie Edyta widziała tylko swoje odbicie. Przez chwilę nie mogła siebie poznać. - Ja? czy nie ja? - wyszeptała - niestety... - westchnęła wpatrując się w zmęczone oczy i jakieś takie - smutne usta. Uśmiechnęła się lekko, niechętnie. Zaraz jednak przyszło opamiętanie. - Co ja robię - pomyślała zniecierpliwiona ogarniającym ją uczuciem niemocy - daj spokój kotek, nie rozczulaj mi się tutaj. Teraz... Zresztą, zamiast myśleć o sprawach nieistotnych zwróciłabyś uwagę na tego bezczelnego typka. Spojrzała niechętnie, lecz uważnie na mężczyznę, nie bojąc się ukrytego za okularami spojrzenia. Patrzyła pewnie i z drwiną tak długo, aż odwrócił głowę. Uśmiechnęła się triumfalnie. Jak śmiał w ogóle próbować tak się przyglądać? Tak... natarczywie... Jak on mógł?? Po chwili przypomniała sobie swój strój oraz wydarzenia ostatnich godzin i poczuła się strasznie głupio. I przez ten dekolt, i buty i spódnicę. Nawet za płaszcz mimo, że sięgał kostek... a może właśnie dlatego? Nagle, choć przez całe popołudnie czuła się genialnie, zapragnęła schować się w swoim pokoju na poddaszu, ze słuchawkami na uszach, popijając sok marchewkowy, czytając Salingera... Ubrać się w dżinsy i zwykły T-shirt. Jakby na złość tym myślom, tym pragnieniom irytująco silnym, założyła nogę na nogę mając świadomość, że poły płaszcza od razu opadną odsłaniając uda. Oparła się wygodniej, nonszalancko i wyzywająco popatrzyła na nieznajomego. Znowu się jej przyglądał i tym razem nie odwrócił wzroku. Nawet zdjął okulary – powoli - z wyraźnym wyzwaniem rzucanym dziewczynie. To była walka na spojrzenia, oboje tak to odczuwali. Żadne nie chciało kończyć, siedzieli więc kilkanaście minut wpatrzeni w siebie, jakby zauroczeni. Gdyby nie drwina malująca się na twarzy Edyty i szaro-stalowe spojrzenie obcego, można by rzeczywiście pomylić tą walkę z sympatią jaka czasem rodzi się w nieznajomych.
Tyle mogli zauważyć postronni obserwatorzy, którzy i tak zajęci sobą nie zwracali uwagi na młodych.
Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Nagle mężczyzna wstał i chwytając Edytę za ramię, gwałtownie wypchnął na zewnątrz. Zaskoczona nie zdążyła zaprotestować. Dopiero pod wiatą przystanku wyszarpnęła rękę i stanęła jak najdalej od nieznajomego. Była tak wściekła, że nie przyszło jej do głowy, że powinna uciekać. Stała dysząc z wściekłości jaka w ciągu kilku sekund napełniła ją do granic wytrzymałości. Wiatr rozwiewał jej włosy, a rozpięty płaszcz nie chronił przed zimnem. Ona jednak nie czuła chłodu. - Co ty sobie wyobrażasz? - wysyczała wzburzona. - Jak śmiałeś mnie wyciągnąć z tramwaju, idioto. Kurwa! - miała ochotę krzyczeć dalej, ale zdała sobie sprawę z tego jak niebezpieczna może być ta sytuacja. Na dodatek, wypalona popołudniowymi zdarzeniami, nie mogła się w żaden sposób obronić. Zrobiła krok w kierunku chodnika, jednak mężczyzna błyskawicznie znalazł się tuż obok i całym ciałem przyparł ją do ściany. - Przestań - wyszeptał stanowczym ledwie słyszalnym, zachrypniętym głosem. W tej samej chwili, we wszystkich latarniach w promieniu 20 metrów wybuchły żarówki, a mijający ich samochód wpadł w poślizg. Edyta patrzyła jak kierowca z trudem wyhamował i pojechał dalej. - Przestań - wyszeptał raz jeszcze, tym razem prosto do ucha dziewczyny. Czuła ciepło jego oddechu. Nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Przeszył ją paraliżujący strach i jednoczesne podniecenie. Wystraszona spojrzała w oczy mężczyzny. Miały dziwny zielonkawo-szary odcień, wręcz świeciły w mroku, a nienaturalnie zwężone źrenice przypominały oczy kota.
Czuł przyspieszone bicie jej serca. Czuł ciepło jej ciała. Czuł rezygnację z jaką poddawała się jego sile. Czuł o wiele więcej. Więcej niż kiedykolwiek chciał czuć.
- Ciiiicho - usłyszała spokojny choć silny głos mężczyzny - Zaraz cię puszczę. Odejdę dwa kroki. Nie uciekaj. Nie krzycz. Nie ruszaj się. Zostań tu gdzie stoisz. Bardzo powoli odsunął się od Edyty, wciąż patrząc w jej oczy. Dziewczyna - czuł to - mimo strachu i niepewności, bała się zerwać tę więź spojrzeń. Obcy był wyższy niż się początkowo wydawało. Trudno było to zrozumieć, ale miała wrażenie, jakby jego wzrost, rysy twarzy i wszystkie cechy szczególne (jeśli w jego przypadku można było o takich mówić) nie były możliwe do uchwycenia. Nie na stałe. Tak jakby mężczyzna mógł wyglądać jak chciał. Miał ciemne krótko przystrzyżone włosy, na policzkach lekki zarost, który wciąż czuła na twarzy. Ubrany w dżinsy, ciemną koszulę i czarną skórzaną kurtkę - nic nadzwyczajnego, nic co mogłoby go wyróżniać na ulicy. W tłumie nikt nie zwróciłby na niego uwagi. - I o to chodzi - usłyszała jego głos. Na przystanku zatrzymał się kolejny tramwaj. Nieznajomy wskoczył do środka, a Edyta usłyszała jeszcze: - Nie rób tego więcej. Nigdy. Bo następnym razem inaczej porozmawiamy. Spoglądając na odjeżdżający pojazd z przerażeniem zrozumiała, że głos nieznajomego usłyszała już po zamknięciu drzwi...
Rafał usiadł na ostatnim siedzeniu i nałożył słuchawki. Głośna muzyka zagłuszyła wszystko. Głos Cobaina nie tylko sączył się, ale wręcz wdzierał w mózg mężczyzny. Zajmował każdą jego cząstkę, wypełniał i nie pozostawiał żadnych wolnych miejsc. Nie istniała możliwość usłyszenia czegokolwiek innego prócz Cobaina. Rafał obejrzał się jeszcze za pozostawioną na przystanku dziewczyną. Przez chwilę widział jej zgrabną postać. Szybko jednak znikła we mgle. Rafał rozsiadł się wygodnie, ręce włożył do kieszeni kurtki i z nieodgadnionym wyrazem twarzy spoglądał przed siebie. Znowu wtrącił się w sprawę, która tak naprawdę nic nie znaczyła. W każdym razie nie powinna go interesować. Ot, gówniara bawiąca się nie tak jak trzeba. W sumie mała nieszczęśliwa dziewczynka udająca Vampa. Rafał nie mógł powstrzymać uśmiechu. Musiała się nieźle przestraszyć. O to chodziło, może przestanie igrać z ogniem... W końcu trafi na sytuację, która ją zniszczy. Jednak Rafał nie miał ochoty na bawienie się w anioła stróża dziewczyny. - Taak, taki mały przerywnik... – pomyślał. Wysiadł na następnym przystanku. Nie po to wsiadał do tramwaju, żeby gdzieś dojechać; zwyczajnie chciał zostawić dziewczynę samą. Teraz jednak musiał wracać do siebie. W zupełnie inną stronę miasta. Zerknął na rozkład i zaraz skręcił w stronę pobliskiego osiedla. Szedł sobie tylko znanymi przesmykami i skrótami. Gdy był w połowie drogi do miejsca, które nazywał domem, pomyślał o zakupach. Racja, przecież trzeba coś jeść. A w domu miał jedynie resztki wczorajszego obiadu. Taak - pomyślał - w tym jednym przypadku sprawdza się wielka prawda tego świata, w domu potrzebna jest kobieta - żeby był porządek i żeby zawsze było coś do jedzenia. Sam sprzątał dopiero wtedy, gdy już totalnie nic nie było na swoim miejscu, a żarcie kupował... czasem. Teraz też nie kupił niczego nadzwyczajnego: kilka zupek chińskich (na zapas), chleb, trochę wędliny i zgrzewkę piwa. Nie pamiętał już kiedy ostatnio pił piwo, ale nie o to chodziło, żeby je pić. Chciał, żeby było na miejscu, kiedy będzie miał ochotę. Postawi gdzieś w kącie i wypije w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Część 22 / 2
Obudził się około godziny 10, ale na dworze było bardzo ciemno. Nad miastem wisiała wielka ciemna chmura. Deszcz zaczął padać, kiedy Rafał skończył poranną toaletę. Z kubkiem herbaty w dłoni, patrzył na burzę szturmującą osiedle. Wokoło słychać było huk uderzających w szybę i dach kropli deszczu. Przyjemność mieszkania na strychu. Rafał lubił taki hałas bardziej niż ciszę. Tysiąc razy bardziej. Zastanawiał się jeszcze nad śniadaniem, ale doszedł do wniosku, że nie jest aż tak głodny. Może za godzinę lub dwie? Na razie włączył laptopa i czekając na załadowanie się systemu, wspominał wczorajszy wieczór. Wracał z biblioteki gdzie zbierał materiały do najnowszego artykułu. Na tą małą natrafił niechcący. Nawet nie mieszałby się w jej sprawy, od początku wydała mu się zabawna - silna i jednocześnie zagubiona w swej udawanej sile. Nie zaczepiałby jej, ale w tramwaju usłyszał myśli dziewczyny. Nie lubił... cholernie tego nie lubił, ale czasem nie było rady. Niestety, czasami zapominał o słuchawkach, a wtedy dochodziło do takich incydentów jak ten z wczoraj. Chociaż pewnie i tak by ją wyczuł. Zbyt wiele było w tej małej sprzeczności. Jeszcze chwilę wpatrywał się w monitor zanim rozpoczął pracę. Pisanie szło mu szybko - jak zawsze - nie miał z tym problemów. Wystarczył ciekawy temat i rzetelna informacja. Często wiadomości czerpał z internetu, jednak nie stronił od bibliotek. W końcu, będąc profesjonalistą nie można sprzedawać ludziom chłamu. Po za tym, dzięki temu miał kasę, dlatego musiał szanować siebie i innych. Z powodu swoich... umiejętności, nie był w stanie pracować "normalnie", a tzw. "wolny zawód" był dla Rafała idealnym rozwiązaniem. Pisał. Wysyłał. Kasę dostawał na konto. Czasem pojawił się w redakcji, uśmiechnął, podpisał co trzeba i szybko ulatniał. Pewnie wszyscy mieli go za gbura lub nieśmiałego dzieciaka, ale lepsze to, niż wybuchające żarówki czy inne żenujące fajerwerki. W najlepszym razie tylko one. Na dworze rozjaśniło się, z nieba spadały już prawie niewidoczne krople, gdy Rafał zapisał dokument. Wieczorem jeszcze go trochę doszlifuje, ale wiedział, że pójdzie do druku w niewiele zmienionym stanie.
Zachodzące słońce lśniło w kałużach. Od rana deszcz padał cały czas, ale wreszcie - na koniec dnia - rozjaśniło się i Rafał mógł spokojnie pospacerować. W pewne miejsce. Nieodłączne słuchawki profilaktycznie założył jeszcze w domu. Humor miał melancholijny, więc i muzykę wybrał spokojną, z lekka jazzującą. Zachrypnięty głos wokalistki miło wypełniał jego myśli. Przejechał ręką po brodzie, zastanawiając się czy nie czas na golenie. Nie było jeszcze tragicznie, na dodatek wzrok mijanej dziewczyny sugerował, że warto by nie golić się jeszcze kilka dni. - Ciekawe - pomyślał - co je tak kręci w zaroście... W sumie, nie chciało mu się szukać odpowiedzi na forach internetowych, raczej nie wyczytałby tam nic mądrego. - Tak naprawdę, nie ważne co - uśmiechnął się delikatnie, z lekką ironią - pewnie same tego nie wiedzą. Przechodząc przez ulicę, spojrzał na samochód nadjeżdżający z naprzeciwka. Za kierownicą siedział starszy mężczyzna o zaciętym wyrazie twarzy. Zwolnił przed przejściem, aż do całkowitego zatrzymania. Rafał strącił słuchawki i zatrzymał się na chodniku. Zmarszczył brwi i słuchał. Potrzebował „wyczuć" faceta. Coś w jego wyglądzie, minie i wysyłanych fluidach czy jakby tego nie nazwać - coś było nie tak. Trudne do określenia „coś”. Przez chwilę, stojąc na poboczu, patrzył na kierowcę. Wreszcie sznur samochodów ruszył, tamten razem z nim. Rafał znowu założył słuchawki i wolnym krokiem poszedł przed siebie. Jeszcze parę minut myślał o mężczyźnie w aucie, ale wiedział, że zrobił co trzeba. To co miało się stać już się nie zdarzy. W każdym razie… na pewno nie dziś. Skręcił w niebezpiecznie wyglądający zaułek i wszedł w brudną, zatęchłą bramę. Szybko, by nie kusić losu, pokonując po kilka schodków na raz, wbiegł na drugie piętro starej kamienicy. Zapukał w odrapane drzwi. Czekał najwyżej kilka sekund zanim szczęknął zamek. Drzwi uchyliły się delikatnie i Rafał wszedł do środka. Ciemny przedpokój prowadził do równie zacienionej kuchni. Drzwi do pokoju, jak zawsze zastał zamknięte. Albert wzrokiem pokazał mu krzesło, sam usiadł naprzeciwko Rafała. Wcześniej poprawił rolety zawieszone w oknie, tak by przepuszczały jeszcze mniej światła. Jeśli to w ogóle było możliwe. Całe pomieszczenie wypełniały tysiące półcieni, dominowała szarość. Przed każdym mężczyzną stał kubek z parującą kawą. Siedzieli naprzeciwko siebie przynajmniej pół godziny, w tym czasie gospodarz mówił dużo, natomiast Rafał tylko słuchał. Wreszcie Albert przesunął w stronę gościa szarą kopertę. Rafał rozpieczętował ją, uważnie przeczytał a następnie zwrócił gospodarzowi. Przez ten czas kawa zdążyła całkiem wystygnąć, jednak żaden z nich ani razu nie sięgnął po kubek. Dopiero, kiedy Rafał skończył czytać a Albert zgarniając szarą kopertę wyszedł do pokoju, Rafał wypił kilkoma łykami zimny napój. Rozchylając odrobinę rolety, wyjrzał przez okno. Wychodziło na brudną ulicę. Jak zwykle nie było na niej nikogo. Przez szczelnie zamknięte okno nie dochodziły żadne odgłosy, ale Rafał domyślał się, że na końcu ulicy wciąż bawią się dzieci. Widział je wchodząc w bramę. - Trzymaj. - Albert podał mu małą karteczkę – tu masz jeszcze raz zapisany adres zlecenia. Tylko, pamiętaj... - głos miał nerwowy i ponaglający. - Wiem, przecież zawsze jest jak należy. Nawet mnie nie obrażaj. - uraza malowała się na twarzy Rafała. Albert skinął głową. Parę minut później Rafał wracał do siebie, słuchawki pomagały mu się skupić. Zastanawiał się jak najłatwiej załatwić sprawę Alberta. To nic trudnego, ot, taka robótka dla... przyjaciela. Dla przyjaciół właściwie. Nie pierwsza i zapewne nie ostatnia. - Jak kocham tych… przyjaciół. – pomyślał z niechęcią.
*** Koncert był głośny i dość męczący dla nieprzyzwyczajonych do takich przyjemności. Wokalista krzyczał szaleńczo i trudno było zrozumieć słowa piosenki, tym bardziej, że gitarzysta i perkusista umiejętnie je zagłuszali. Jakby robili to całe życie a nie ledwie 5 miesięcy. Słuchało ich najwyżej 30 osób (i to sami znajomi) ale w końcu kapela o dumnej, łacińsko brzmiącej nazwie „Curva” należała raczej do tych garażowych. Tylko na ten wieczór udało im się - cudem chyba - zarezerwować salę, która przynajmniej umownie przypominała scenę z miejscem dla widowni. Do tej pory grywali gdzie popadnie, udając, że są kapelą niszową, nie rozumianą i grającą dla kopa a nie kasy. Z drugiej strony, dużej kasy rzeczywiście z tego nie było, za to satysfakcja niesamowita. I wiara, że jeszcze zrobią taaaki kawałek, że klękajcie narody. Wokalista oburącz trzymał stary mikrofon - właściwie trzeba było przycisnąć do niego usta, ryzykując porażenie prądem, aby dało się zrozumieć słowa. I tak się to nie udawało, ale Rafała tak pochłaniało śpiewanie, że nie zwracał uwagi na takie nic nie znaczące niuanse. Kręciły go: prawie całkiem pogaszone światła, pot spływający pod skórzaną kurtką i ciężkie glany, niedawno kupione za pierwsze zarobione pieniądze. Obłąkanym wzrokiem przebiegł po słuchającym go tłumie. Ludzie krzyczeli razem z nim, piosenkę raczej poznawali po rytmie wybijanym przez perkusistę, ale o dziwo idealnie trafiali z tekstem. Szybkim gestem poprawił opadające na twarz, przydługie włosy; brzegiem koszulki wytarł mokrą od potu twarz. Nabrał powietrza i... Potem mówiono, że siadło zasilanie, nastąpiło spięcie czy coś podobnego. Podobno przez kilka sekund po ciele Rafała przebiegały niebieskie nitki prądu. Jednak nikt nie chciał tego oficjalnie potwierdzić. On wciąż śpiewał, jakby nie zauważał tego wszystkiego co działo się wokół. Potem śmiał się z siebie cytując „on natchniony i młody był…”. Wybuchały kolejno wszystkie świecące się żarówki, po chwili także te nie zapalone - zaświeciły się, by rozbłysnąć i rozsypać się kaskadą drobnego szkła. Wybuchły również zasilacze a zaraz po nich głośniki. Poprzedzane głośnym piskiem, trzeszcząc i kopiąc jedną czy dwie osoby, wybuchały głośno, brudząc sufit wydobywającym się z nich gęstym dymem. Wreszcie zapadła cisza. Nie było słychać nic, oprócz głosu Rafała. On - jakby nie zauważył tego co stało się w sali. Maciek gitarzysta - elektryczna gitara na którą składał prawie dwa lata, leżała bezużyteczna - opowiadał, że oczy Rafała przesłaniała delikatna mgiełka a źrenice były dziwnie zwężone. Nigdy wcześniej ani potem nie widział nic podobnego. Nie u człowieka. Tłum wpatrywał się w śpiewającego. Groza malowała się w ich spojrzeniach, tym bardziej, że nikt nie mógł zrozumieć, jak Rafał może śpiewać dalej, mimo ciszy i ciemności rozpraszanej tylko ogniem z dopalającego się sprzętu. Wreszcie skończył i zdziwiony rozejrzał się wokoło. Napotkawszy na wzrok kolegów, spuścił oczy. - Ale koncert... - wyszeptał cicho. - Co się stało? - Nie widzisz? - zaśmiał się perkusista - niezły hardkor. Jeeeeeeeeeeeh !! – wrzasnął z entuzjazmem spotykanym jedynie u nastolatków. Rafał przyjrzał się widowni, kilka dziewczyn wyglądało na przerażone, jakiś gość mocno oszołomiony alkoholem i sytuacją, wymiotował w kącie. Dziwne, jakie rzeczy zauważa się w chwilach skupienia. Właściwie to nie te co trzeba. - Dzięki ! – Rafał krzyknął w stronę widowni - byliście świetni !! Chłopaki, spierdalamy. - po zerknięciu na stan pomieszczenia, zrozumiał, że najlepiej od razu się ulotnić. Szczególnie, że nie umiałby odpowiedzieć na żadne pytanie. Idiotyczne pytanie w stylu „co się właściwie stało, do cholery”.
Kilka lat później, wspominając ten koncert i relacje kumpli, doszedł do wniosku, że to był taki jego… pierwszy raz. Nie było to właściwie ważne, czy rzeczywiście ma rację. Miał tylko siedemnaście lat, śpiewał w kapeli i myślał, że jest świetny. Jak każdy dzieciak wierzył, że przyszłość przyniesie mu sławę, pieniądze i piękne samochody oraz szybkie kobiety. Dopiero gdy wszystko naprawdę się zaczęło, skojarzył ten... wypadek, ze swoimi zdolnościami. Taa, pomyślał wtedy, niezły hardkor... *** Podkręcił mp3 do oporu. Był w parszywym nastroju, patrzył na świat niechętnie i gdyby nie wrodzona niechęć do niepotrzebnej przemocy, zginęła by pierwsza osoba, która stanęła na jego drodze. Wiedział, że naprawdę ktoś mógł być zagrożony, dlatego na głowę wcisnął czapkę i mocno naciągnął daszek, by twarz skryć w cieniu. Zresztą, z tego samego powodu ciemne okulary zakrywały oczy a w uszy wlewał się głos Rammsteina zagłuszając wszystko, nawet złość. Zawsze się tak czuł po "przysłudze" wykonanej dla Alberta. Miał ochotę wyć i naprawdę zabić. Najchętniej Alberta i całą tą zgraję popaprańców. Tyle że sam, było nie było, należał do nich. Nawet nie miał ochoty przypominać sobie jak poznał swoich „przyjaciół”. Tych którzy obiecali nikomu nie mówić o jego umiejętnościach, w zamian za co miesięczne… przysługi. Gdyby tylko miał inne podejście do moralności i tego jak powinien lub nie powinien wykorzystywać swoich umiejętności – nie było by problemu. Szczególnie, że dzięki temu co miesiąc, stan jego konta powiększał się o niezłą sumkę. Niby nic takiego, komuś coś „zasugerować” – tylko tyle. Czasami naprawdę to było prawdziwe nic – ot, sugestia, żeby dziś wracał inną trasą niż zazwyczaj, żeby nie zamykał drzwi i nie pamiętał o tym… Takie tam… Gdyby tylko Rafał nie domyślał się tego, co łączy owe „przysługi” z późniejszymi informacjami z pierwszych stron gazet i portali internetowych… Właśnie przez tą świadomość zawsze łapał doła i był wściekły na cały ten powalony świat. Nie mógł nic zrobić. Póki on coś dawał im, oni dawali coś jemu… Spokój… Owszem, mógłby wyjechać… Tylko, że wszędzie trafi na takie gnojki jak Albert. A tych przynajmniej znał, wiedział czego się po nich spodziewać, i jak wszystko prowadzić i „czuć”, żeby nie zrobić niczego bardziej… nie godzącego się z własnymi przekonaniami… Spacerował po centrum handlowym, wstąpił tu po drodze do domu. Dziwne, że mając ochotę na samotność, tęsknił za bliskością... Kogoś... kogo nigdy nie będzie mógł spotkać... poznać... pokochać... - Szlag !! - wysyczał cicho, jednak jego szept poniósł się echem po hali. Rząd telewizorów w dziale RTV zajaśniał niebieskim światłem i wybuchł w tej samej chwili. Rafał zerknął na to niechętnie i poszedł dalej. Tego dnia nie obchodziły go destrukcyjne fajerwerki. Westchnął głęboko... mimo wszystko, szkoda sprzętu... Nosiło go. Nie wiedział co ze sobą zrobić, jak wyładować przepełniającą go energię. Może siłownia? Ale nie miał ochoty na zwykły wysiłek. Tak naprawdę nosiło go. Normalnie spokojny i wszyscy znajomi - nie wielu ich miał, no ale jacyś tam się znaleźli - kojarzyli go z opanowaniem i cichością. W tej chwili gotowało się w nim. Nic nie wymyśliwszy wjechał ruchomymi schodami na samą górę. Do kina. Wybrał pierwszy film z w miarę zachęcającym tytułem. Po drodze kupił jeszcze duży popcorn i colę. Jak szaleć to szaleć. Usiadł w ostatnim rzędzie, na samym szczycie sali i czekając na seans przyglądał się innym widzom. Nie było ich zbyt wielu, większość czekających wybrała jakąś najnowszą polską komedię. Sam tytuł zniechęcał do tego wyboru, a nieszczęśliwe miny większości facetów czekających razem ze swoimi paniami, utwierdziły go w trafności wyboru swojego filmu. Zerknął najpierw na parę siedzącą po swojej prawej stronie. Widział wyraźnie, że przyszli do kina, nie na film. Przeszkadzała im obecność Rafała, ale nic nie powiedzieli, tylko niechętne spojrzenia dziewczyny sugerowały, że liczyła na większą intymność. Miał to gdzieś, a niech się panna męczy. I ogląda film. Albo sama się przesiądzie, miejsc wokoło tyle, że nie powinna mieć problemu. Ale nie zmieni miejsca, jasne, przecież uważa, że to on powinien zmyć się szybko, skoro ona chce się trochę polizać z lubym. Taaa, kombinuj bardziej mała. Niżej w kilku grupach – najwyżej 30 osób. Właściwie jak na szesnastą w czwartek to i tak nieźle. W oczy rzuciła mu się młoda dziewczyna zajmująca miejsce dwa czy trzy rzędy przed nim. Siedziała tak, że spokojnie mógł podziwiać rysy jej twarzy. Ładna… Szkoda… że nie… Na szczęście rozpoczynający się już seans i gasnące światła, nie pozwoliły Rafałowi grzęznąć w marzeniach, których spełnić się nie dało. Film nie był najlepszy, jednak na tyle dobry, że pozwalał zapomnieć o złości i w ogóle o kiepskim humorze. Wychodząc z centrum handlowego, już na parkingu, zderzył się jakąś dziewczyną. Krótki dotyk i napór jej ciała przeszyły go dreszczem. Była w tym nie tylko typowa w takiej sytuacji przyjemność, w końcu ładna dziewczyna, ale też… To było coś innego, jednak tak niedostrzegalnego, że nie potrafił nawet uchwycić myśli o tym. Przyjrzał się dziewczynie dokładniej. Brązowe włosy spięła niedbale, tysiące niesfornych kosmyków tańczyło wokół głowy. Jasne dopasowane dżinsy genialnie podkreślały łuk bioder a biała koszula, zdaniem Rafała, dodawała uroku i podkreślała dziewczęcą urodę nieznajomej. Jak dobrze, że znowu mają kilka ciepłych dni, przynajmniej nie ma na sobie puchowej kurtki, ukrywającej wszystko co tylko można… Uśmiechnęła się przepraszająco i poszła dalej. Skąd ją znał? Na pewno już kiedyś widział… Ale gdzie… Ta mała z tramwaju!! Tak. Czuł, że to ona. Tylko, w tym czuciu była inna niż wtedy… Taka… zwyczajna a przez to bardziej niezwyczajna niż tamtej nocy. No i zdecydowanie piękniejsza, bez agresywnego makijażu i wyzywającego stroju. Obejrzał się za nią. Wchodziła właśnie do budynku, ale odwróciła głowę w jego stronę i dopiero po tym zniknęła w drzwiach. Serce zabiło mu mocniej. - Chłopie nie szalej. Nawet o tym nie myśl… Spadamy. – pomyślał, slalomem mijając przejeżdżające po parkingu samochody.
Obudziło go walenie w drzwi. Przez chwilę nie wiedział co się dzieje, nie potrafił odnaleźć granicy rozdzielającej sen od jawy. Świadomość powracała powoli, niechętnie i z ociąganiem. Wreszcie zwlókł się z łóżka i w samych bokserkach, po drodze naciągając koszulkę, podszedł do drzwi. Już miał otworzyć, kiedy w mózgu zaświdrowała nienawistna myśl. - A więc tutaj mieszka ten gnojek. Kurwa, po cholerę stoimy przed drzwiami, nie tak powinno to wyglądać – Każde słowo ociekało złością i pragnieniem krwi. Rafał otrzeźwiał momentalnie. Przystanął i przypadł do ściany. Przez cienką ścianę słyszał szepty ale nie potrafił rozróżnić słów. Domyślił się, że chcą wyważyć drzwi. Przez chwilę starał się wyczuć obcego. Nie znał go, ale wyczuwał, że gość nie przyszedł tu przez pomyłkę. Wiedział kim jest Rafał. Nie dobrze. Musiał być jednym z owych nieznanych „przyjaciół” Alberta. Co robić? – myślał Rafał. Uciec. Fajnie, tylko mieszkanie na strychu, oprócz niewątpliwych atutów, miało jeden nieznaczny ale w tym momencie mocno uciążliwy defekt. Brak możliwości ucieczki. Niestety, nie…