Fantasy · 37 min czytania
Trawa pod stopami
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zapach przygotowywanego odwaru z kwiatu podbiału oraz liści trawy rosistej, nazywanej tak, gdyż nawet w środku dnia była pokryta kroplami wodnistej substancji, rozchodził się w powietrzu. Mętna atmosfera, wywołana kurzem, unoszącym się wokół, stłumionym światłem, wpadającym przez szpary w zamkniętych okiennicach i aromatem podgrzewanego olejku lawendowego, była bardzo przyjemną dla zmęczonego umysłu i gardła. Z zewnątrz docierały radosne odgłosy bawiących się wróbli oraz głośne utyskiwanie zgubionego człowieka. Od czasu do czasu spokojną aurę przerywał mój mokry kaszel. - Gotuj się, ty piekielna brejo! - wychrypiałem do garnuszka z lekarstwem, w myślach jednak błogosławiąc napój, który już wkrótce miał ukoić podrażnioną krtań. Zamieszałem dekokt jeszcze dwa razy i wlałem chochlą porcję do glinianego kubka. W tym momencie złapał mnie ostry spazm. Połowę płynu wylałem na zabrudzony już w podobny sposób fartuch. Parząc się w język i podniebienie, wypiłem duszkiem zbawienną ciecz. Smak znałem już tak dobrze, że czasem zdarzało mi się o nim śnić. To niesamowite zjawisko, gdyż w snach nigdy nie odbierałem żadnych wrażeń smakowych czy węchowych, a jeżeli już zmysły te pojawiały się w nocnym marzeniu, to przychodziły raczej jako prosta wiedza, niż jako doznanie. Drapiące gardło ponownie zmusiło mnie do zakasłania. Zachowałem się nad wyraz głupio, co mnie zbytnio nie dziwiło, taką posiadałem naturę. Tym razem powodem tego odkrycia było przeziębienie, którego nabawiłem się ostatnio. Zdarzało mi się to dosyć często, lecz tym razem byłem bardzo blisko zapalenia płuc. Dwa dni wcześniej wybrałem się na polowanie. Tak się składa, że jako zasłużony obywatel, który wyleczył jednemu z Radnych nykturię i częstomocz, dostałem prawo do połowu w lasach królewskich (czyli prawie wszystkich w całym Państwie Olch). W borze miałem zamiar przetestować nową mieszankę, na pomysł której wpadłem rankiem tamtego dnia. Korzeń dziewięćsiłu i wieszcza oraz ziele macierzanki Miłości. Wyszła cudownie. Przez pierwszą godzinę byłem tak otępiały, że nie potrafiłem wstać spod drzewa, gdzie zażyłem specyfik. Lecz, gdy umysł mi się rozjaśnił i zdołałem powstać, poczułem się wspaniale. Moje myśli przebiegały przez mózg w zawrotnym tempie, nawet zdołałem sobie wyobrazić obracający się trójkąt w rotującym w innej płaszczyźnie kole! A na ogół udawało mi się to dopiero pod wpływem mocnego narkotyku, a tu, proszę!, na trzeźwo. Mięśnie reagowały o wiele prędzej i dokładniej niż zazwyczaj. Z mojego doświadczenia i wstępnych obliczeń wynikało, że efekt utrzyma się przez jakieś trzy godziny. Miałem nadzieję, że nie więcej, bo przy takim wzroście metabolizmu moje ciało nie wytrzymałoby zbyt długo. Początek polowania był niezwykle udany. Bez większych problemów wytropiłem kozła i spokojnie przymierzyłem, czas zdawał się płynąć odrobinę wolniej. Niestety strzał nie był najlepszy, gdyż bełt z mojej dopieszczonej myśliwskiej kuszy nie trafił na komorę. Ofiara zerwała się do ucieczki i zmykała z prędkością zwyczajową dla przerażonej i rannej sarny. Cholernie szybko. I tutaj moja zielarska ekstaza - dotrzymywałem zwierzęciu kroku i, gdy się zmęczyło, dognałem je i prędko dobiłem. Istotnie byłem wtedy trochę rozpalony, lecz winę mogę zrzucić na rodzaj zażytej wcześniej macierzanki, która znana była jako nadzwyczaj silny afrodyzjak. A potem zorientowałem się, że minęło już co najmniej pięć godzin, od momentu w którym zioła zaczęły stymulować mój organizm, a przez połowę tego czasu latałem jak południca za chłopem. I, zdziwiony żwawym biegiem słońca po niebie, zemdlałem. Mój organizm był tak wyczerpany, że złapałem ostre przeziębienie i znalazłem się przy drzwiach zapalenia płuc. Na szczęście tylko otarłem się o tę chorobę, bo w jej przypadku tylko bogowie raczą wiedzieć, czy leczenie zadziała. W żargonie lekarzy i ziołoleczników zapalenie płuc nazywane było „przekleństwem Zniszczenia”. Z mimo wszystko miłego wspomnienia wyrwało mnie pukanie w ościeżnicę. Po chwili stukanie przerodziło się w potężny hałas. Kogóż przyniósł do mnie poranek? Miałem nadzieję, że nie był to poważny przypadek, gdyż nie miałem siły myśleć. Podniosłem się obolały z mojego wysłużonego fotela i, odpychając stopą walające się po podłodze graty, dotarłem do wejścia. Jako że wszyscy w mieście mnie znali, nikomu nigdy nie zaszedłem za skórę i nawet to, że byłem obcokrajowcem ludziom nie przeszkadzało, to odsunąłem skrzydło jak zawsze - szybko, szeroko i szczerze. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, była aparycja osobnika, który pukał, czy może próbował wyburzyć mój dom. Typowa pokryta bliznami morda osiłka, który wynajmuje swoje grube ramię za pieniądze. Drugim, co rzuciło mi się w oczy, była pięść najemnika. Padłem na posadzkę, wciąż rozmyślając o tym, cóż ode mnie mógł chcieć ten człowiek. Może... - Masz przesyłkę, Wiązie - usłyszałem pomimo zamroczenia i zasłony bólu. Potem coś łagodnie opadło na moją pierś, a napastnik pospiesznie się oddalił. Usiadłem, zakręciło mi się w głowie i gdybym nie podparł się na łokciu, nie utrzymałbym równowagi. Kaszlnąłem, opryskując sobie fartuch ściekającą z nosa krwią. Zrobiło mi się przez chwilę żal mojego ubrania, które przechodziło najgorszy dotąd dzień od czasu jego zakupu. W głowie huczało mi tak, jakbym znajdował się wewnątrz kowalskiego miecha. Gdy srebrzyste mroczki przestały przesłaniać mi pole widzenia, odkryłem, że na moich udach spoczywa koperta. Wstałem ostrożnie, pozwalając wiadomości opaść na ziemię.
Dopiero po umyciu twarzy i przebraniu się w coś czystego, zacząłem myśleć. Jak dotąd nigdy mnie nie zaatakowano. Była to dla mnie sytuacja kuriozalna i wyjątkowo nieprzyjemna. Ludzie w mieście cenili sobie moją osobę za pomoc w problemach wszelkiego typu - czy to zwykła gorączka czy niedomaganie w łożu małżeńskim. Przez wzgląd na ostatni z przypadków i podobne do niego, moje laboratorium położone było przy ustronnej ulicy Orłów. Miejsce to zawsze zdawało się ciche i dyskretne, mieszkały tam oprócz mnie jedynie bogate staruszki, które dość rzadko wychodziły ze swoich mieszkań. Panie były przy okazji moimi stałymi klientkami, które jednak często potrzebowały kogoś do rozmowy, a nie leczenia. W tę okolicę nie przychodził nikt poza dwoma rodzajami ludzi: szukających mnie i mojego wsparcia oraz gładkich młodzieńców, którzy towarzyszyli za drobną opłatą starszym paniom. Oczywiście odbywali oni tylko „rozmowy”, gdyż prostytucja obchodowa była w stolicy zakazana, a usługi zbliżeniowe świadczone były tylko w dwóch lokalach, które miały wykupione niezwykle kosztowne licencje. Dotarło do mnie, że kaszel minął. Kochana trawa rosista. Cóż bym bez niej zrobił jako ten głupi człowiek? Lecz za parę godzin gardło znów mnie zapiecze, a nie mogłem pozwolić sobie na kolejną porcję tego medykamentu. No chyba że chciałem spać, siedząc na nocniku. Pozostawały mi zatem jedynie miodowe cukierki z macierzanką tymianek, których skuteczność poddawałem w wątpliwość. Myśli o ziołach i pracy uparcie nachodziły mój umysł, a przecież miałem się skupić na napaści. List! Leżał przyklejony zaschniętymi kropelkami krwi do drewnianej podłogi. Oderwałem go i wyciągnąłem wiadomość z niezapieczętowanej koperty.
„Mamy twoją siostrę. Dwa pieprzyki na lewym udzie. Blizna za prawym uchem. Przyjdź jutro pod Bramę Zenitu.”
Nie poczułem nic, co było dla mnie dość zaskakujące. Z opisu wynikało jasno, że uprowadzili moją siostrę albo jakiegoś jej kochanka. A może miała męża i to jego porwali? Nie interesowałem się Mgłą, ani jej nie widziałem od czasu, gdy opuściłem ojczyznę. I nie żałowałem tego, gdyż była to osoba gruboskórna i złośliwa niczym leniwy kot. Lecz w moich rodzinnych stronach krew rodowa ma głębokie powiązania z tradycją, a przez to emocjonalne, więc poczułem potrzebę ruszenia siostrze na pomoc. Ale nie było to silne uczucie, więc zastanawiałem się z jasnym umysłem, zamiast miotać się w panice. Jeżeli ktoś kłopotał się na tyle, by pojmać mojego krewniaka z tak dalekich stron, wszak Miasto Olch i Pierścień dzieliła odległość setek mil i przy okazji granica krajów w stanie tymczasowego zawieszenia broni, to musiał chcieć ode mnie czegoś, czego normalnie nie byłbym mu w stanie dać. I mieć nieprzebrane zasoby pieniężne. A jako że moje umiejętności i wiedza, zarówna ta „dobra” jak i „zła” dla ludzkiego zdrowia, są dobrze znane i cenione, to mój udział w tym dziwnym przedsięwzięciu może kogoś sporo kosztować. A już na pewno pozbawi mnie reputacji, a także spokojnego życia. Przypuszczalne źródła tej sytuacji sprawiły, że postanowiłem nie angażować się w tę sprawę - i tak nie zdołałbym pomóc siostrze. Wszystkie scenariusze, które rozgrywały się w moim umyśle, kończyły się śmiercią wielu ludzi, a przy okazji i moją. Jednym z prawdopodobnych powodów, dla których mnie zastraszono, była chęć wykorzystania moich zdolności przez Królestwo Stali. Kraj ten, jak wiadomo, był na skraju wojny z Państwem Olch i z pewnością chciałby w każdy możliwy sposób osłabić jego pozycję. A Stalowi byli zdolni nawet do zatrucia, z moją pomocą, rzeki, która przepływa przez stolicę i zabicia w ten sposób Radnych wraz z pospolitymi obywatelami. Skąd wiedziałem, że mogliby się uciec do takich środków? Królestwo Stali było moją ojczyzną. Oczywiście przysłać tego silnego idiotę mógł również jakiś bogaty szlachetka, który chciał, bym został jego osobistym ziołolecznikiem na wieki. Ale wolałem nie ryzykować. Moja wiedza w złych rękach mogła być niezmiernie groźna. Najlepiej było przygotować się na wszystko. Zagotowałem wodę na podwójną porcję trawy rosistej z dodatkami, zalałem wrzątkiem niebezpiecznie dużą dawkę kory dębowej, by wyeliminować niechciane skutki uboczne poprzedniego lekarstwa. Ból brzucha po tym melanżu prawdopodobnie będzie trudny do zniesienia, ale nie chciałem zażywać jeszcze narkotyku na jego zniwelowanie. Mój organizm i tak będzie miał w sobie za dużo toksyn. Na wszelki wypadek zabrałem również zioła, wzięte na polowanie sprzed kilku dni; do małej, woskowanej sakiewki schowałem trochę proszku z sennego drzewa oraz przyrządziłem okropny w smaku ekstrakt z ziaren egzotycznej rośliny kawowca, wymieszanej z chrzanem. Wyciąg ten silnie pobudzał umysł i było prawie niemożliwym zasnąć po jego użyciu. Do kieszonki w rękawie wsadziłem fiolkę, wypełnioną stężonym wyciągiem z kwiatów trójlistka lekarskiego - śmiertelną trucizną, paraliżującą układ oddechowy. Moje starania trochę mnie rozbawiły, bo gdyby ktoś próbował mnie schwytać, to i tak by mu się to udało. Nie jestem ani silny, ani nie potrafię radzić sobie w sytuacjach stresowych. A na ulicach miasta zniknęło już wielu ludzi, którzy z pewnością mieli lepsze kompetencje, by się obronić. W chwili, w której zostałbym pojmany i tak ograbiono by mnie ze wszystkich specyfików. Lecz mój strach zapędzał mnie do przygotowań. Nagle doznałem olśnienia. Radny Braturad! Z pewnością zechce mi pomóc, ma wobec mnie duży dług wdzięczności za wyleczenie jego moczenia nocnego. Wypiłem szybko spreparowany wcześniej dekokt na ulżenie gardłu, napar z dębu wziąłem ze sobą we flakonie, by wypić go za jakiś czas. Ubrałem ciepły kaftan, owinąłem się natłuszczonym płaszczem i ruszyłem do posiadłości Miłłów.
Wyszedłem już z brudnych ulic dzielnicy Korzeni i przemierzałem teraz czyste ulice bogatszej części miasta. Zdawało się, że nikt mnie nie obserwował. Ale nie miałem najmniejszego doświadczenia w wypatrywaniu potencjalnych szpiegów, nigdy wcześniej nie znajdowałem się w takich okolicznościach. Jednak uporczywie i nader podejrzliwie przyglądałem się każdemu człowiekowi, który pojawił się w zasięgu mojego wzroku. Nawet moją byłą kochankę, wrażliwą sprzedawczynię owoców Jaromirę, obrzuciłem takim spojrzeniem, że aż postawiła oczy w słup. Zachowywałem się jak idiota, ale nie potrafiłem nic na to poradzić. Bałem się. Cholernie się bałem i miałem nerwy napięte niczym cięciwa kuszy. Gdy docierałem do złoconej bramy, której skrzydła wyglądały jak obejmujący się kochankowie, zaczęło padać. Ciężkie krople nieprzyjemnie zimnego deszczu spływały kaskadami po impregnowanym płaszczu, który zapobiegał zamoczeniu kaftana; lecz włosy i dolna część spodni od razu przykleiły się do ciała. Kichnąłem i w duchu przekląłem paskudną pogodę, której działania sprowadzały do mnie klientów. Odźwierny, nazywał się chyba Nierod, wpuścił mnie, gdy tylko usłyszał moje imię. Było ono na tyle odmienne od olszańskich, że nie musiałem nawet używać nazwiska. Kiedy ktoś mówił „Wiąz”, od razu było wiadomo, że miał na myśli mnie. Znany byłem także pod prostszym do zapamiętania (a niektórzy naprawdę nie potrafili zachować w pamięci nazwy zwyczajnego drzewa, co zadziwiało mnie niezmiernie) przydomkiem „Zielarz”. Posiadłości szlacheckich rodów zawsze robiły na mnie wrażenie. Ta, wybudowana na planie prostokąta, bez tarasów czy przybudówek, które mogłyby zaburzyć geometrię budowli, miała ściany pomalowane na purpurowo. Wolałem się nie zastanawiać, jak wiele zapłacono za tak irracjonalną ilość najdroższego z barwników. Jednolity kolor zakłócały bielone motywy z polowań oraz stworzone tą samą techniką sylwetki kochanków w najróżniejszych pozach. Od razu widać było, że Miłłowie pasują do Miłości zarówno swoim nazwiskiem jak i upodobaniami. Co się akurat zgadzało, widywałem ich jedynie na nabożeństwach na cześć tego bóstwa. Świętych dni Stwórcy i Zniszczenia nie obchodzili, przynajmniej publicznie. Dekoracje domostwa sugerowały szczególną próżność mieszkańców, lecz znałem osobiście kilkoro przedstawicieli z rodu, którzy zdawali się być wyjątkowo zaradnymi i sympatycznymi. Do drzwi wejściowych prowadziły krótkie schody, wykładane różowym marmurem z żyłkami barwy zachodzącego słońca; po bokach znajdowały się złocone, a może całkowicie wykonane z tego kruszcu, poręcze. Nierod wyprzedził mnie i odchylił wielkie skrzydła na boki, przekazując mnie pod opiekę służącego w purpurowo-białej liberii. Po wyjawieniu celu mojego przybycia, a podzieliłem się jedynie informacją, że szukam pomocy u Radnego, lokaj, który przedstawił się jako Siebąd Rzeczka, od razu poprowadził mnie do prywatnych pokojów Braturada, tłumacząc mi jakiego to ja szczęścia nie miałem, gdyż gospodarz zajęty nie był. Po drodze pozdrowiło mnie kilku domowników, których nigdy wcześniej nie widziałem, lecz z uśmiechem odpowiedziałem na powitania. Zdamir Miłł, brat Radnego, zatrzymał mnie na chwilę, gdy natknęliśmy się na siebie na jednym z korytarzy. Była to pierwsza osoba, którą rozpoznałem. Zadał mi parę pytań dotyczących opieki nad nowo narodzonym synem. Nie miałem wiedzy w tej dziedzinie, co szczerze mu wytłumaczyłem. Był niezwykle rozczarowany i z hiastową miną odszedł bez pożegnania. Na ścianach w tej części posiadłości powieszono portrety członków rodziny. Panował zwyczaj, że wystawiano je dopiero po śmierci danej osoby. Nie potrafiłem zrozumieć - w moich dawnych stronach każdy szanujący się człowiek chwalił się w widocznym miejscu swoją podobizną; było to uznawane za pokaz zamożności oraz przejaw dobrego smaku. Na powierzchni zapełnionej sztuką można było zaobserwować przemianę stylu malarskiego na przestrzeni paru wieków. Najnowszy z obrazów stworzono techniką nakładania na siebie kropek farby, w których przeważały jasne odcienie. Z pewnej odległości robiło to imponujące wrażenie, lecz gdy chciałem przyjrzeć się malowidłu z bliska, nie potrafiłem rozróżnić oka od nosa prezentowanej postaci. Artyści miewali naprawdę zaskakujące pomysły. Podróż przez olbrzymie domostwo nie była krótka, lecz w końcu dotarliśmy na miejsce. Drzwi bawialni Braturada były ozdobione złotym źdźbłem pszenicy, na znak, że jego partnerka wywodzi się z rodu Stokłosów. Lokaj zapukał we framugę i, po odczekaniu wymaganych piętnastu uderzeń serca, wpuścił mnie do środka, zapowiadając równocześnie moje przybycie. Miłł nie ruszył się z fotela o purpurowym obiciu i inkrustowanych żółtawym kruszcem podłokietnikach, lecz skinął głową w moją stronę i ruchem ręki zaprosił mnie, bym się zbliżył. Nic nie mówiłem, etykieta jasno nakazywała milczenie, zanim odezwie się osoba stojąca wyżej w hierarchii. - Zamknij drzwi, Frydryku. - Obróciłem mimo woli głowę, bo wcześniej nie dostrzegłem, by ktoś jeszcze znajdował się w pokoju. Za sobą ujrzałem oszpeconą twarz poznanego o poranku Wyspiarza. Zrozumiałem, że oto samemu wszedłem do szamba. Było głębokie.
Gdybym mógł wrócić do przeszłości i zmienić moje decyzje w trakcie rozmowy z Radnym, zrobiłbym to. Teraźniejszość opłacała moje przeszłe zachowanie. Lewe oko miałem tak opuchnięte, że nie byłem w stanie uchylić powieki. Z kącika sączył mi się jakiś płyn, który cuchnął jak ropa, lecz była w nim jeszcze chyba krew. Co ciekawe, mogłem dotykać swojego nosa i się nie krzywić. Ciosy, którymi potraktował mnie ten pies, Frydryk, musiały ominąć to wrażliwe miejsce. Prawdopodobnie miałem złamanych kilka palców prawej dłoni. Gdy oprawca przydepnął mi ją obcasem, to ból, który przeszył mi ramię, powędrował wzdłuż łańcucha mięśniowego i, skończywszy swoją drogę tuż pod łopatką, eksplodował z niemożliwą do wytrzymania intensywnością. Wtedy udało mi się na szczęście zemdleć. Leżałem w ciemnej celi, której wilgotne powietrze bardzo skutecznie rozprowadzało cierpienie po całym moim ciele. Przejechałem językiem po zębach. Szczęśliwie żaden nie był złamany czy wybity. Tylko dziąsła krwawiły mi okropnie, w ustach czułem metaliczny, kwaśnawy posmak. Splunąłem czerwoną śliną, której kolor mogłem sobie tylko wyobrazić w tej mrocznej przestrzeni. Tego dnia, którymkolwiek dniem uwięzienia miał on być, miałem zobaczyć mą siostrę. Chcieli ją torturować na moich oczach, żebym się zgodził na pracę dla Miłła. Poinformowali mnie o spotkaniu wcześniej, bym mógł w umyśle przedstawić sobie jej przyszłą męczarnię. Okrutne. I cholernie skuteczne. Coraz bardziej skłaniałem się do udziału w ich przestępstwie. Kretyni! Żądne złota potwory! Radny założył podziemną arenę walk, gdzie mordowali się, również nielegalni w tym królestwie, niewolnicy oraz ochotnicy, którzy byli na tyle głupi, by zabijać innych za pieniądze. Ja byłem potrzebny do opracowywania trucizn o odpowiednich efektach, produkcji narkotyków dla berserków i publiczności, leczenia ran zwycięzców i oczywiście jako osobisty ziołolecznik Braturada, który znów chorował; tym razem rozwijała się u niego podagra. Osobiście uważałem, że miał zaburzenia psychiczne,…