Biografia · 13 min czytania
Trędowata
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Dobra, robimy przerwę. Miko z westchnieniem ulgi zeszła z podestu. Już kilka dni temu ogłosiła światu, że Frank zamienił się w demona pracy. Niby nic dziwnego, w końcu zbliżał się termin wystawy, ale denerwowało ją marudzenie fotografa. Zrobili już setki zdjęć, a on nadal nie potrafił wybrać trzech najlepszych. - Chodź na kawę. Posłusznie poszła do kuchni, wpatrując się w mężczyznę. Jej zdanie o nim uległo gruntownej przemianie. Ciągle wydawał się miły i zabawny, ale widziała też dużo ciemniejsze strony jego natury. Smutek. Żal. Pustka. Skrzętnie to ukrywał, ale za każdym razem kiedy patrzyła w te zielone oczy, miała wrażenie że coś jest nie tak. - Miko? - No? - Czemu... właściwie to dlaczego nigdy nie opuściłaś tamtej dzielnicy? Dlaczego nikt z was stamtąd nie uciekł? Spokojnie uniosła kubek. Miała nadzieję że te pytania nigdy nie padną. - Opuściłam. Uciekli. Widziała jego zdziwienie i uśmiechnęła się pod nosem. Faktycznie, to wydawało się nieprawdopodobne. Według ludzi postronnych, z dzielnicy zamieszkanej przez najbiedniejszych nikt nie wychodził. Mieszkańcy stworzyli tam własny świat. Mieli swoje sklepy, szkoły, byli całkowicie samowystarczalni, oczywiście w obrębie ich terenu. Pozornie nic nie przeszkadzało im w wydostaniu się z tego zamknięcia. Bzdury. Miko doskonale wiedziała dlaczego wszyscy godzili się ze swoim losem. Po pierwsze: pieniądze. Zarobki ludzi z tej dzielnicy były śmiesznie małe w porównaniu z wypłatami innych mieszkańców miasta. Błędne koło – nie będziesz miał pieniędzy, nie wyjdziesz. Nie wyjdziesz, nie będziesz miał pieniędzy. Po drugie... inni ludzie. Pochodzący z tej dzielnicy byli traktowani jak najgorsi śmiecie. Zero szacunku. Wyodrębnieni przez społeczeństwo, trędowaci. Woleli się nie wychylać. Żyli spokojnie w swoich domach, nie narażając się na poniżenia i ból. - Miko, mówię do ciebie. Jak to wyszli? Dziewczyna przewróciła oczami. - Normalnie. Chyba siedzę przed tobą, prawda? Frank wbił wzrok w podłogę, marszcząc brwi. Nigdy nie słyszał o kimś, kto pochodził z tamtego rejonu. Niby miał obok siebie żywy przykład, ale przecież on jej pomógł. To co innego. - No dobrze – zaczął. – A znasz kogoś takiego? - Hm... tak. Znałam.
Weszła do domu trzaskając drzwiami. Miała wszystkiego dość, szczególnie szkoły, którą w tym roku kończyła. Nie widziała żadnego powodu dla którego miałaby się wysilać, a mimo to ją przymuszali. Nie układało jej się. Ludzie którzy ją otaczali, nie mieli żadnych ambicji. W domu czekał na nią coraz bardziej przybity ojciec, kompletnie wycieńczony pracą w fabryce. Ona sama nie miała przed sobą żadnych perspektyw. Kompletne dno. Rzuciła torbę na zniszczoną kanapę, rozpuszczając swoje długie, czarne włosy. Kolejny niepotrzebny wymóg nauczycieli, którym przeszkadzała każda swobodniejsza fryzura. - Jesteś już? Chodź tu na chwilę. – Z kuchni wyłonił się wysoki, szczupły mężczyzna. Całkowite przeciwieństwo Miko, przynajmniej w kwestii wyglądu. Czasem żałowała, że nie odziedziczyła po nim złocistych włosów i piwnych, błyszczących oczu. Nie miała kompleksów, ale też nie podobał jej się własny wygląd. Był zbyt banalny. - Miko, dzisiaj muszę iść na nocną zmianę. Jesteś już duża, dasz sobie doskonale radę. Nie siedź do późna. - Dobrze. - Na obiad idź do Maureen, już jej mówiłem. W razie czego zrób sobie kanapki, czy coś. - Dobrze. - Jeśli zadzwoni Mark, powiedz mu, że jestem w pracy. - Dobrze. Ojciec spojrzał na nią jeszcze raz, po czym wyszedł z pomieszczenia. - Idę do Maureen, pomogę w barze. Do zobaczenia. Usłyszała tylko odgłos zamykanych drzwi i głośne kroki na schodach. Dziewczyna przewróciła oczami, patrząc na zegarek. Było stosunkowo wcześnie, uznała więc, że może iść na spacer, a dopiero potem zabrać się do pracy. Szybko włożyła buty, zdejmując klucze z haczyka. Zamknęła drzwi i zbiegła po schodach, czując jakąś nieuzasadnioną ulgę. Mogła na chwilę oderwać się od codziennych obowiązków, przez chwilę czuć się jak zwyczajna dziewczyna. Przystanęła na skrzyżowaniu. Nie miała pomysłu gdzie się udać, dlatego wybrała sprawdzony wariant: brama północna. Lubiła tamtą okolicę, najporządniejszą w całej dzielnicy. Także same wrota były warte uwagi: duży kamienny łuk z metalową, ozdobnie wygiętą kratą. Takie to piękne, a symbolizowało wszystko co najgorsze. Nieustannie przypominała ludziom kim są i gdzie się znajdują. Zazwyczaj furtka była przymknięta. Nie blokował jej zamek, ale też nie stała otworem. Dzisiaj było inaczej. Kiedy Miko zbliżyła się do niej, poczuła nagłą chęć wyjścia do miasta. Ot, mały spacerek, żadnych szaleństw. Przez chwilę walczyła sama ze sobą, jednak w końcu ciekawość zwyciężyła.
David nie lubił tej okolicy. Znajdowała się bardzo blisko wyodrębnionej dzielnicy biedoty. Za blisko. Bał się, że ktoś może go skojarzyć z tamtym rejonem, a to zniszczyłoby całą jego dotychczasową walkę o wolność. Urodził się w zamknięciu. Przez osiemnaście lat swojego życia czekał na chwilę, w której będzie mógł wyrwać się na wolność. Nastąpiła ona cztery lata temu. Miał trochę pieniędzy, rodzina pomogła mu je zgromadzić. Zbyt mało żeby zacząć wszystko od nowa, ale wystarczająco żeby przeżyć. Nie przejmował się tym jednak, dla niego liczyło się tylko to, że w końcu ma okazję posmakować normalnego życia. Starał się jak mógł by znaleźć pracę. I udało mu się, chociaż nie bez wysiłków. Co prawda nie zarabiał zbyt wiele, nie była to też spokojna robota za biurkiem, ale pozwalała mu opłacić mieszkanie i najpilniejsze potrzeby. Cenił to, póki nie musiał chodzić w tamte okolice. Dziś jednak był gotów zwolnić się na żądanie. Byleby tam nie iść. Im bardziej zbliżał się do znienawidzonych murów, tym większy ogarniał go strach. Miał nawet wrażenie, że ktoś krzyczy na niego „odmieniec, zaraza, trędowata...”. Zaraz, zaraz. Czy aby na pewno mu się wydawało? Szybko rozejrzał się dookoła. Faktycznie, w jednym z zaułków stało trzech młodych chłopaków. Odwróceni tyłem do niego, krzyczeli na kogoś kogo nie widział. Natychmiast ruszył w tamtą stronę, chociaż czuł, że nie powinien. Karcił się za to w myślach, ale nie umiał przejść obojętnie nad kimś kogo katowano. W dodatku nad kimś, kogo mógł znać. - Chyba się nieco zapędziliście, prawda? – powiedział głośno. Natychmiast odskoczyli od, jak…