Historia · 9 min czytania
Trędowaty
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Trędowaty {/b}
Dwie chude, zabandażowane ręce odsunęły jedwabną zasłonę zwieszającą się z sufitu. Postać odziana w czarną, zwiewną szatę wyszła na balkon, ginąc całkowicie w objęciach ciemnozielonej draperii. Wiatr powiewał delikatnie, wydymając nieco materiał i świszcząc w przestronnym, zaciemnionym pomieszczeniu. Błękitne, wodniste oczy młodego mężczyzny utkwione były w dal, a włosy, rozwiewane przez ciepły, kwietniowy zefirek, tańczyły na wszystkie strony, kompletnie nieujarzmione. Zasłonięta twarz młodzieńca nie wyrażała żadnych emocji, gdy w skupieniu wpatrywał się w horyzont, jakby czegoś tam szukając. {i}Per Dei gratiam in sancta civitate Ierusalem Latinorum rex.*{/i} Król. Władca. Monarcha. Pan. Rycerz. Trędowaty. {i}Trędowaty. Trędowaty. Trędowaty. {/i} Przymknął oczy. Żałował, że nie może poczuć tego wiatru na swojej skórze; widział go tylko w falującej chorągwi i własnych, rozwichrzonych włosach. Słyszał jego świst, lecz nie czuł nic, nawet najsłabszego powiewu. Ponownie popatrzył w dal, tym razem z większą uwagą. Dostrzegł karawanę zbliżającą się powoli ku Jerozolimie; widział wielbłądy niosące na grzbietach kosztowne dywany i klejnoty ze Wschodu, widział kupców uwijających się wokół pakunków i widział eskortujących ich rycerzy. Gdyby nie on, rycerze ci wyrżnęliby w pień kupców i zrabowaliby towary. Gdyby nie jego rozkaz, templariusze już dawno spadliby z mieczami na jerozolimskich muzułmanów i wywiesiliby ich głowy ku przestrodze w bramach miasta. Gdyby nie on, Jerozolima by upadła. Poczuł się spełniony. Wykonał swoje zdanie – uchronił Grób Święty przed pohańbieniem, a jednocześnie zrobił to drogą pokojową, bez zbędnego rozlewu krwi. Tak jak na honorowego rycerza przystało. Był królem, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Wiedział, że ludzie patrzą na niego z góry, bo jest trędowaty. Widział ich obrzydzenie, gdy przechodził obok, widział strach w ich oczach za każdym razem, gdy znalazł się niebezpiecznie blisko ich świętych, nieskazitelnie pięknych ciał. Bali się o swoje życie – i słusznie. Nie miał prawa i serca odebrać im tego, czego sam nie posiadał. Jego sumienie, nienaruszone i czyste, dawało mu o sobie znać zawsze, kiedy zastanawiał się, co by było, gdyby choć na jedną chwilę zapragnął dotknąć kobiecej skóry… Choć dla samej świadomości, samego widoku, bo przecież poczuć jej nie był w stanie. Natychmiast skarcił się za takie myślenie. Przecież… przecież mógł zrujnować komuś życie. Zniszczyć je, zrównać z ziemią, zniżyć do poziomu gnijących, lecz wciąż żywych członków, słabych, lecz wciąż sprawnych kończyn i wreszcie – do poziomu samotnego, cierpiącego serca, ukrytego gdzieś w głębinach tego, co pozostało z ciała. Nagle poczuł się oszukany. Przez świat, przez matkę, przez swego nauczyciela, Wilhelma. Gdy był młodszy, wmawiali mu, że będzie wielkim władcą, że będzie rządził Jerozolimą mądrze i sprawiedliwe, że jego synowie zawojują całym światem… Dziś już nie dawał się okłamywać. Jako król mógł wszystko. Gdyby tylko sobie zażyczył, do jego pałacu napływałyby piękne kobiety, kosztowne szaty, najwykwintniejsze trunki i złote monety. Na jego jeden rozkaz wszyscy padali przed nim plackiem i całowali jego obute w trzewiki stopy, bili mu pokłony i łgali, że jest ich panem i władcą. Był w stanie zapewnić sobie to, o czym inni przez lata tylko śnili, a jednak nie chciał nic. Gardził przepychem, gardził pięknymi kobietami i udawanymi uczuciami. Pragnął tylko i wyłącznie tego, czego zaznali prawie wszyscy. Wszyscy, oprócz niego. Mówili, że trędowaci nie mają prawa do miłości. Nikt nie chce ich dotknąć, są odsunięci od reszty społeczeństwa, muszą błagać o jałmużnę i unikać kontaktów z ludźmi. Odprawia się za nich mszę tak, jakby już od dawna nie żyli. Są tymi, których Bóg pokarał za grzechy i teraz zsyła na nich gnijące otwory w ciele, wieczne potępienie i niewysłowiony ból w sercu. Zabronił im dotykania czegokolwiek, zamknął ich w czterech ścianach leprozorium i kazał im czekać na śmierć w męczarniach. Dla Boga nie było wyjątków. Nie ważne, czy król, czy wieśniak. Nie ważne, czy młody, czy nie. Baldwin nie był w stanie tego pojąć. Czyjeś ciche, spokojne kroki wyrwały króla z zamyślenia. Powoli odwrócił się, by spojrzeć, kto przyszedł. Nie zdziwił się wcale, gdy ujrzał Rajmunda,…