Biografia · 7 min czytania
Trepanacja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wszystko zaczęło się pięknego słonecznego poranka. Leżałem w ramionach Orfeusza, gdy moje spowite kołdrą ciało zaczęło powoli ogarniać ciepło. To słońce z lekka wkradało się przez okno do mojego pokoju, odsłaniając zgliszcza ostatniej imprezy. Dawało niesamowite poczucie bezpieczeństwa. Czułem się niczym dziecko w łonie matki. Jeszcze bardziej w tuliłem się w świeżą pościel. Oczy sklejone mrokiem, który do tej pory panował w pokoju, były wręcz niemożliwe do otwarcia. Z całych sił broiłem się przed promieniami, które z każda chwilą były coraz bliżej moich nozdrzy. Pobudka była jednak coraz bardziej nieunikniona. Do tego jeszcze ten swędzący nos, nie dający mi od wczoraj spokoju. Sprawiał wrażenie spuchniętego i zaczerwionego od ciągłego drapania. Zacząłem się mocno zastanawiać. Wstać, czy tez może zakryć cały kadrą, udając zahibernowaną ćmę . Może ona ochroni mnie przed słońcem, ale co zrobić z tymi ćwierkającymi i wbijającymi się w moją głowę ptakami. Od rana nie dawały spokoju śpiewając swoje serenady. W innych okolicznościach, pewnie byłbym wniebowzięty ich ćwierkaniem. Jednakże boląca głowa i kac w żadnym wypadku na to nie pozwały. Jeszcze chwilę odwlekę – pomyślałem. Przewrócę się na drugi bok i wtulę głowę poduszkę, która od tej strony zawsze jest chłodniejsza. Cóż za niesamowite doznanie. Na twarzy od razu pojawił się uśmiech. Mógłbym tak leżeć do końca świata, nie zastanawiając się nad niczym. Co z tego gdy wszystko co przyjemne zawsze szybko się kończy. Poduszka z tej strony również się nagrzała, zamazując całe to piękne doznanie. Promienie słońca stały się coraz bardziej natarczywe. Musiałem się podnieść. Ociężałe ciało i grawitacja były jednak innego zdania. W końcu jednak udało mi się przywrócić korpus do pionu. Usiadłem na tapczanie przecierając twarz bezwładnymi rękoma. Zupełnie jakbym nie był pewny czy to naprawdę jestem ja. Wszystko było już jasne. To dalej ta obleśna facjata, która zawsze mnie drażni kiedy patrzę w lustro. Niestety twarzy się nie wybiera, można sobie ją tylko nieźle obić waląc w złości głową w mór. Powieki kleiły się do siebie nie dając mi spokoju. Może by je tak przymocować do brwi za pomocą pinesek. To jednak zbyt drastyczny pomysł nawet jak na mnie. A wiec pozostaje przemycie ich wodą, tyle że łazienka jest tak daleko. Do tego jeszcze te walające się wszędzie śmieci i ciała imprezowiczów. Większości z nich kompletnie nie znałem, nawet nie pamiętałem jak znaleźli się na tej imprezie. W samym rogu pokoju ktoś znowu pozostawił część nie strawionego wczoraj pokarmu. Nie wiem, dlaczego wszyscy zawsze wybierają to miejsce na rzyganie. To już chyba stało się tradycją. Tak jak i to, że ktoś będzie musiał to posprzątać. Wstałem wreszcie na nogi, świat zawirował. Widać spożyty płyn jeszcze działał. Jeszcze raz rozejrzałem się po pokoju by upewnić się, że na pewno jestem u siebie. Niewiele na to wskazywało. Jedynie kopia obrazu Beksińskiego , którą ktoś przebił długopisem przpominała o mojej przynależności do tego miejsca . Być może ktoś nagle uświadomił sobie, że świat to tylko jedna wielka halucynacja. Tylko czemu użył do tego obrazu zawieszonego na mojej ścianie. Ruszyłem powoli w kierunku łazienki. Nagle poczułem, że jedna z moich…