Przyjaźń · 6 min czytania
Trochę Boga w zaimkach
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Bo to jest tak, że zawsze chciałam coś napisać. A na razie mam tylko tytuł. Tytuł, który jest piękny. Dla mnie piękny – oczywiście. Prosty i skomplikowany, taki z wyrazem. Bo Wojciech rzekł:
- Nikt nie powiedział, że ktokolwiek ma być szczęśliwy. A potem powiedział, że w tym zdaniu wyszły mu same zaimki. Osobowe nieokreślone do tego. Gramatyka nie była nigdy moją mocną stroną, ale zrozumiałam. I mi się bardzo spodobało, bo przecież te zaimki są tak przyziemne, a osobowe nieokreślone – wręcz przeciwnie. Nie przyziemne. Czyli Boskie. Tak trochę. A Wojciech tak powiedział, bo rozmawialiśmy o zaufaniu, a wcześniej o smutku i o związkach. Ja z perspektywy romantycznej osiemnastolatki , on – mądrego, ale nieśmiałego przyszłego męża. No i jedenaście lat starszego, ale to chyba nieważne. Oprócz bagażu doświadczeń. Bo szczęście nam wyszło po tym, jak stwierdziłam, że ja zawiodłam Jasia, a oni mnie. Jasiu to mój – były teraz- chłopak, a oni przyjaciele. Nie wiem czy też nie powinnam napisać: byli teraz. A zawiodłam zaufanie. Powiedziałam jeszcze, że chciałabym, żeby znowu był czwartek, dwudziestego trzeciego czerwca. Bo wtedy byłam tak prosto szczęśliwa. Zdobyłyśmy mistrzostwo szkoły w piłce siatkowej dziewcząt, dowiedziałam się, że będę mieć piątkę z języka polskiego, następnego dnia miały być wakacje, impreza i miał przyjechać Jasiu. Mój chłopak, który mnie kochał. A w poniedziałek miała być Turcja. I wtedy Wojciech zapytał się czy bym coś zmieniła. Sama zastanawiałam się nad tym wcześnie, więc odpowiedź miałam gotową – jakże normalną po długim zastanawianiu się: Nie wiem. No, bo romans w Turcji zapewne i tak by się zdarzył. I tak bym go popełniła. Więc reszta potoczyłaby się tak samo. Tylko teraz nie ufałabym. I nie gadała tym samym. Bo w sumie wszystko przez gadanie i przez to, że człowiek zawsze chce być fajny. A Wojciech opowiedział anegdotkę, jak ojciec dawał synowi lekcję życia i kazał stanąć mu tyłem na murku, a następnie skoczyć, bo on go złapie. Syn skoczył i pogruchotał sobie kości, bo morał jest taki, że nawet ojcu własnemu ufać nie można. I Wojciech powiedział, że anegdotka może i bździna, ale sens taki, że zaufanie to wielka rzecz. I że on wie jak to boli jak ktoś zawiedzie nasze zaufanie. A ja odparłam, że jeszcze gorzej jak samemu zawiedzie się czyjeś. Zaufanie. Wojciech przyznał mi rację, bo wtedy czuje się człowiek źle jako gnida, a nie jako skrzywdzony. A ja powiedziałam:
- No, więc właśnie. Ja skrzywdziłam Jasia, a oni mnie. Jasiu to mój – były teraz – chłopak, który mnie kochał, a oni to – może powinnam dodać: byli teraz – przyjaciele, którym ufałam. I potem rzuciłam w przestrzeń pytanie. Retoryczne raczej.
- I…