Fantastyka · 27 min czytania
Trup paralelny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Patryk czekał na telefon. O dziesiątej miał zadzwonić kolega z roku, Robert, i podać bardzo istotne dla niego informacje. Było pięć po, gdy poczuł potrzebę udania się do toalety, i to na dłuższe posiedzenie. Postanowił odłożyć je do czasu, aż zakończy rozmowę. Dziesięć minut później poddał się i pognał do łazienki, zabierając ze sobą komórkę. Mniej więcej w połowie procesu czynienia zadość swojej fizjologii usłyszał dzwonek. W pierwszej chwili sięgnął do kieszeni, zadowolony z wykazanej przezorności, a w następnej zdał sobie sprawę, że sygnał pochodzi z telefonu stacjonarnego. – Czemu ten idiota nie dzwoni na komórkę? I skąd on w ogóle zna ten numer? – zapytał siedzącego na pralce Azazela. Kot obdarzył go obojętnym spojrzeniem, zadreptał w miejscu i zwinął się w kłębek, odwracając plecami do swojego nominalnego właściciela, w praktyce zaś – współlokatora. – Może byś raz przydał się do czegoś i przyniósł mi słuchawkę? – zaproponował Patryk. Poza głębokim westchnieniem, nie wywołało to żadnej reakcji zwierzęcia. W obliczu braku chęci pomocy ze strony najbliższych, chłopak postanowił zignorować telefon. Przypuszczał, że Robert, o ile to był on, za chwilę zadzwoni ponownie, tym razem na właściwy numer. Ktokolwiek próbował jednak się z nim skontaktować, wykazywał ogromną cierpliwość – dźwięk najwyraźniej nie miał zamiaru ucichnąć. Patrykowi przemknęło przez myśl, że kolega zgubił numer jego komórki. Zaklął siarczyście, wywołując kolejne westchnięcie próbującego zasnąć Azazela, zmęczonego całonocną akcją zrzucania różnorakich przedmiotów z półek, i przystąpił do pospiesznego zakończenia rozpoczętej procedury. Wbrew własnym przewidywaniom, dobiegł do aparatu, zanim ten zdążył ucichnąć. – Halo? – Cześć, bracie. Czemu nie odbierasz? – Przecież właśnie odebrałem. Jak inaczej miałbym z tobą rozmawiać, kretynie? – Może dzięki naszej niezwykle silnej, rodzinnej, telepatycznej więzi, której występowania, nawiasem mówiąc, jak dotąd nie stwierdziłem. Jak tam w szkółce, wszystko pozaliczane? Czerwony pasek będzie? – Sam jesteś czerwony pasek. Czekam właśnie na telefon od kumpla, który obiecał sprawdzić, co dostałem z ostatniego egzaminu. Jeśli nie będę musiał go poprawiać, mam już praktycznie wakacje. Czemu tak nagle zainteresowałeś się moimi postępami w nauce? – Pomyślałem, że mógłbyś wpaść do mnie na tydzień czy dwa. Jeszcze tu u mnie nie byłeś. – I za cholerę do ciebie nie trafię. – Sam z trudem do siebie trafiam. Odbiorę cię z dworca, razem jakoś damy radę. Chyba, że masz inne plany. – Nie, chętnie przyjadę. Będziesz organizował dla mnie różne atrakcje, jak w dawnych czasach? – Patryk uśmiechnął się nostalgicznie do słuchawki. – Wiadomo! Możemy zrobić sobie ognisko, a nawet biwak w lesie. Do tego codzienne pogaduszki przy piwie. – Ech, piwo! Od razu przypomina mi się dzieciństwo. Filip roześmiał się po drugiej stronie kabla. – To jak, mógłbyś przyjechać na przykład w przyszły piątek? – Zależy, czy zaliczyłem. Zadzwonię do ciebie, kiedy będę wiedział. – Ok. Czemu właściwie sam nie poszedłeś zobaczyć, co dostałeś? Ładnie tak wykorzystywać kolegę? – Nie wiem czy ładnie, ale na pewno wygodnie. A nie poszedłem, bo mi się nie chciało. O, właśnie dzwoni Robert. Odezwę się do ciebie później. Ocena okazała się wyższa, niż przypuszczał. W następny czwartek wieczorem zostawił klucze u sąsiadki, która obiecała dwa razy dziennie odwiedzać kota i uzupełniać zawartość jego misek z wodą i pokarmem. Roślin, które trzeba by podlewać, nie było – swego czasu Azazel podlewał je tak gorliwie, że wkrótce pozostało jedynie sprawić pogrzeb na śmietniku ich uschniętym, śmierdzącym szczątkom. Na biwak wybrali się we wtorek. Rano spakowali wszystko, co uznali za niezbędne; najwięcej miejsca w obydwu plecakach zajmowały puszki z piwem. Do lasu dotarli po dwóch godzinach marszu. Zagłębili się między drzewa w poszukiwaniu dogodnej polanki, położonej z dala od ścieżki. Szybko odnaleźli odpowiednie miejsce i rozbili namiot. Wyglądał na stabilny, choć po zakończeniu montażu pozostało kilka części o tajemniczych kształtach oraz nieznanym przeznaczeniu. Nie przejmując się technicznymi szczegółami, wyszukali wygodne stanowiska na pochyłym drzewie rosnącym na obrzeżu polany, aby odbyć kolejną sesję pogaduszek przy piwie, tym razem w plenerze. – Jak ci idzie na architekturze? – W porządku. Chociaż to dopiero pierwszy rok, więc ciężko powiedzieć, jak będzie dalej. Na razie najwięcej problemów miałem z niemieckim. – Z niemieckim? – Tak. Miałem niemiecki w liceum, więc myślałem, że jakoś to będzie. Niestety, zupełnie nie mam do niego talentu. O cokolwiek pytał mnie facet, od razu przychodziła mi do głowy odpowiedź, i to jak najbardziej poprawna – szkoda tylko, że po angielsku. – Myślałem, że uczenie się jednocześnie dwóch obcych języków ułatwia sprawę. – Nic mi o tym nie wiadomo. Najwyraźniej na mnie to nie działa. – Może to muszą być niespokrewnione języki. Na przykład, romański i słowiański. – Albo eskimo-aleucki i ugrofiński. W każdym razie, germanista nie przepadał za mną i nie chciał mnie przepuścić. Właściwie mu się nie dziwię – jedyne poprawne zdanie po niemiecku, jakim zdarzało mi się odpowiedzieć, to „Ich weiss nicht”. Już w pierwszym semestrze ledwie przeszedłem – cztery razy poprawiałem ocenę. Na koniec roku od razu dał mi listę pytań, było ich chyba ze dwieście. Kazał mi przyjść po tygodniu, żeby mnie z nich przepytać i powiedział, że jeśli i to zawalę, to co bym nie robił, nie da mi zaliczenia. Nauczyłem się na pamięć odpowiedzi na mniej więcej połowę z nich i zdałem się na łut szczęścia. Byłem już tak wyczerpany całą tą sytuacją, że gdyby i tym razem mi się nie udało, rzuciłbym wszystko w diabły – myślałem nawet o tym, żeby przyjechać na jakiś czas do ciebie. – O rany, naprawdę musiałeś być zdesperowany. – Kpij sobie, kpij. – I co dalej? Udało ci się z pytaniami, czy musiałeś posunąć się do łapówkarstwa? – Udało się. Wylosowałem zestaw trzech pytań, z których na dwa odpowiedzi znałem. Potem z ciekawości poprosiłem gościa, żeby pokazał mi drugi – nie potrafiłbym odpowiedzieć na ani jedno pytanie. – No to rzeczywiście ci się poszczęściło. A wiesz może, co tam u Janusza? Skończył ten marketing, czy co tam studiował? – Skończył. Pracuje teraz dla jednej z wiodących firm w branży przetwórstwa mięsnego. – Co ty powiesz? W której? Wyborze Ścierwojada czy Wyprutych Bebechach? – Pudło. W Krwawych Ochłapach. – I jak mu się tam podoba? – Na początku był bardzo zadowolony, ale ostatnio mają kłopoty z konkurencją. Inny potentat na rynku, Wybór Ścierwojada właśnie, rozpuszcza plotki, jakoby w ich „Wieprzowych Parówkach Pierwszego Gatunku” można się było natknąć na niedokładnie przemielone szczurze noski i mysie jelitka. – A co, może to nieprawda? – Oczywiście, że prawda. Na tym polega problem. Obowiązująca ustawa nakazuje, aby nazwy handlowe ściśle odpowiadały składowi produktów bądź usługom świadczonym przez daną firmę. – Tak, wiem. Pamiętam, że przed wprowadzeniem tego przepisu Wyprute Bebechy nazywały się Szczęśliwa Świnka. Zasilana kolejnymi litrami piwa rozmowa płynęła wartkim strumieniem. Po jakimś czasie Filip stwierdziwszy, że ledwie widzi usadowionego na wyższej gałęzi brata, rozejrzał się dokoła. Ze zdumieniem skonstatował, że słońce zaszło dawno temu i w lesie panuje z każdą chwilą gęstniejący mrok. Jakby dla podkreślenia tego faktu, rozległo się pohukiwanie ruszającej na łowy sowy. Ciemności skryły jego szelmowski uśmiech. – Opowiadałem ci już – zaczął – o dwóch braciach, który wybrali się do lasu na biwak? – Chyba za dużo wypiłeś. Wiem, że wybraliśmy się do lasu na biwak, nie musisz mi o tym opowiadać. – Nie, nie. To byli inni bracia. Rok czy dwa lata temu. – No dobra. I co dalej? – No, właściwie to nic takiego. Rozbili namiot i siedzieli przy piwku do ciemnej nocy. – Pasjonujące. – Jeszcze nie skończyłem. Mógłbyś mi co chwila nie przerywać? W dzieciństwie jakoś łatwiej szło. – W dzieciństwie? – wykazał czujność Patryk. – A, już rozumiem, zamierzasz mnie straszyć. Nic z tego, jestem już dorosły. – Straszyć? Też coś! Po prostu próbuję opowiedzieć ci ciekawą historię. Nie chcesz słuchać, to nie. Przez kilka minut żaden się nie odzywał. Pierwszy poddał się Patryk. – Nie dąsaj się jak mała dziewczynka. Mów, co było dalej, nie przerwę ci już ani razu. Obiecuję. – No dobrze. Siedzieli tak obok siebie na pniu przewróconego drzewa, sączyli piwko i gadali. Długo się nie widzieli i mieli sobie mnóstwo do powiedzenia; nawet nie zauważyli, kiedy zapadł zmrok. Zapalili latarkę i gadali dalej przy jej świetle. Starszy poszedł odlać się w krzaki, ale nie chciał rozbić sobie łba po ciemku, więc nie odszedł daleko; młodszy słyszał szum moczu rozpryskującego się o liście poszycia. Po chwili dostrzegł sylwetkę wracającego brata. Z jakiegoś powodu poczuł się nieswojo. „Szybko poszło, co?” – rzucił, żeby rozproszyć nieprzyjemne wrażenie. Brat jednak nie odpowiedział, nie uśmiechnął się nawet. Młodszy w blasku latarki zobaczył jego kamienną twarz i nieruchome, utkwione gdzieś w mrocznej dali spojrzenie. Ciarki przeszły mu po grzbiecie. Brat przeszedł bezgłośnie tuż przed jego nosem i zniknął w gęstwinie. Po chwili młodszy zdał sobie sprawę, że cały czas słyszy odgłos sikania. Starszy dopiero po kilku minutach wrócił z krzaków. Zapadła cisza. – Całkiem ładna historia. To już koniec? – Tak. – Nie wiadomo, co było dalej? – Pewnie rano wrócili do domu. Podejrzewam, że nie wspominali miło tego wypadu. – Zwłaszcza młodszy brat. Zrobiło się chłodno, nie uważasz? Nie wiem jak ty, ale ja idę do namiotu. – Idę z tobą. Nie będę przecież sam tu siedzieć. Tylko wcześniej skoczę chyba w krzaki... – O nie! Nigdzie nie pójdziesz! – To nie podlega negocjacji. Muszę, i tyle. – Poczekaj chociaż, aż wejdę do środka. W namiocie dokończyli rozpoczętą rozmowę i puszki. Następnie uznali, że czas udać się na spoczynek. Położyli się i okryli kocem. Parę minut później usłyszeli w pobliżu głośny trzask łamanej gałęzi. – Co to było? – Pewnie ryś, albo niedźwiedź. – odparł niedbale Filip. – Ryś! Też coś, w tym lesie nie zmieściłby się nawet żbik. – Zdziwiłbyś się. Raz widziałem tutaj borsuka. – Musisz przyznać, że od borsuka do rysia jest jeszcze kawał drogi. Co to za dziwny dźwięk? – Głos lelka kozodoja. Patryk spojrzał na niego podejrzliwie. – Nie Belzebub we własnej osobie? To pewnie zaraz mi powiesz, że ten lelek tak się drze, kiedy krążąc w poszukiwaniu ofiary, poczuje ludzkie mięso. – Zgłupiałeś? To przecież malutki ptaszek. Paszczę ma co prawda jak na swoje rozmiary wielgachną, ale nawet noworodka nie dałby rady wtranżolić. Co prawda według ludowych opowieści, usłyszenie krzyku lelka zwiastuje rychłą śmierć, ale kto by wierzył w takie gusła... Wypity alkohol pomógł w szybkim zaśnięciu. Nad ranem obudził Patryka śpiew ptaków. Przez chwilę przysłuchiwał się ich głosom, po czym ponownie zapadł w sen. Na polance trwały przygotowania do koncertu Dody – rozstawiano sprzęt oraz budki z napojami i przekąskami, zaczynali schodzić się pierwsi fani. Specjaliści od dźwięku przeprowadzili próbę nagłośnienia – rozległ się donośnie straszliwy trzask. – Matko, ależ miałem koszmar! – krzyknął Patryk, otworzywszy oczy. – Śniła mi się Doda. – Co to jest Doda? – zainteresował się Filip, zgniatający opróżnione poprzedniego wieczoru puszki. Patryk stropił się nieco. – Właściwie sam nie wiem. Coś z mojego snu, nie wiem dokładnie co, ale na pewno coś okropnego! – W takim razie dobrze, że się zabrałem za te puszki. Miałem lekkie wyrzuty sumienia, że się tłukę, kiedy jeszcze śpisz, ale minęło już południe. Zjemy resztę zapasów i trzeba będzie zbierać się do domu. Wracali inną drogą, niż przyszli – mniej malowniczą, za to zdecydowanie krótszą. Ścieżka doprowadziła ich do sadu pełnego owocujących drzewek brzoskwiniowych. – Czemu nikt tego nie zbiera? – Pewnie się nie opłaca. Klęska urodzaju. – Nie mogę patrzeć, jak tyle dobrego jedzenia gnije. – Takie jest życie! Nie zbawisz całego świata, nie uratujesz wszystkich sierotek ani wszystkich brzoskwinek. Najwyżej tyle, ile wlezie do reklamówki po prowiancie. To zresztą nie dotyczy sierotek. Do domu dotarli po piętnastej. Z tyłu posesji kłębiła się gromada chudych kotów. Prawdopodobnie próbowały posilać się jakąś zdobyczą, zbyt małą jednak, aby wszystkie zdołały się przy niej zmieścić. Co chwila rozlegało się wściekłe prychanie i wybuchały bójki na zęby i pazury. – Co to za koty? – Bezdomne. Rzucam im czasem coś do jedzenia. – Dzisiaj najwyraźniej same zorganizowały sobie posiłek. Sądząc po zaangażowaniu biesiadników, bardzo smakowity. Zaraz się chyba pozabijają. Filip podał bratu klucze i swój plecak. – Idę zobaczyć, a ty zanieś brzoskwinie i pozostałe manele do domu. Ble! – wrzasnął nagle – Tfu! A psik! Cholera, jak się mówi kotom, żeby się od czegoś odpieprzyły? – Myślałem, że ci mucha wpadła do gęby. Chyba „fe”. Ale nie martw się, cokolwiek byś nie powiedział, i tak cię nie posłuchają. Patryk zostawił brata próbującego rozpędzić podekscytowane, nie reagujące na żadne zaklęcia stado. Plecaki oraz reklamówkę z owocami oparł o ścianę i umył ręce. Następnie otworzył okno, żeby krzyknąć do Filipa, który tymczasem zdążył uporać się ze zwierzakami: – Co tam znalazłeś? – Ludzką stopę. – Co? – Ludzką stopę! – A tak naprawdę? – Ludzką stopę. – Przestań…