Opowiadania.pl · 27 min czytania
Trylion gwiazd
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
...I znów poczułam na twarzy mocne uderzenie mokrego, zimnego wiatru, znów biegłam ile sił w nogach, byle dalej, byle szybciej, z sercem tłukącym się po klatce. Chciałam uciec i ten setny, milionowy raz czułam, że tak, teraz już na pewno, już tam nie wrócę. Przechodziłam obok całodobowego marketu, ocierając wierzchem dłoni nos, pozbywając się zakrzepłej, lepkiej krwi. Usiadłam na zdezelowanej ławce i próbowałam się opanować. Dobrze znałam te wszystkie uczucia, przerabiałam je wiele razy, i ten setny, milionowy raz obiecywałam sobie i światu, że więcej się nie dam, nie pozwolę by to się powtórzyło, nie. Mdliło mnie od samego początku i w ostatnim momencie wychyliłam się przez oparcie ławki, nim wstrząsnął mną potężny skurcz żołądka. Przed oczami migały mi światła przejeżdżających szybko samochodów, w głowie szumiał ich warkot, gdzieś z daleka nadbiegał odgłos czyjegoś śmiechu, pijanego krzyku. Zauważyłam powoli nadchodzącą liczną grupę okolicznych meneli, już zdrowo wstawionych, więc chcąc nie chcąc podniosłam się i przeszłam na drugą stronę ulicy. Wiecznie zepsute latarnie nie dawały światła, panował tam prawie zupełny mrok. Chodziłam tamtędy jednak tak często, że przez zużytą podeszwę czerwonych trampek poznawałam każdy wybój i nie potrzebowałam latarki by wiedzieć, dokąd idę. Potknęłam się. i jeszcze raz, tym razem gdyby nie śmietnik, leżałabym w kałuży. było mi wszystko jedno, czułam piasek pod oczami, byłam cholernie zmęczona, wykończona, brudna, obolała. Miałam ochotę położyć się, zasnąć, i nigdy nie istnieć. Czasem o tym marzyłam. Jakby to było nigdy się nie urodzić? Pewnie nie powodowałoby to żadnych uczuć, skoro nie byłoby mnie. z dwojga złego, wolałabym jednak nie istnieć. Zaraz potem myślałam, że skoro jednak już istnieję, to rozpędzony tir naprzeciw mnie to też niezła perspektywa, jednak idąc ciemnym zaułkiem mrocznych, cuchnących slumsów trudno spotkać jakikolwiek pojazd. Zazwyczaj w tym momencie urywałam te bezpodstawne, głupie rozmyślania, na rzecz jeszcze głupszych - a gdyby przyszedł po mnie Ktoś? Zdawałam sobie sprawę, że w tym momencie pogrążam się w jakichś głupich, dziecinnych marzeniach, ale jak ostatni naiwny dzieciak gdzieś w głębi wierzyłam, że faktycznie jest taki Ktoś. Że każdy ma takiego Ktosia. Kogoś takiego, kto przychodzi w ciemną noc, kiedy nawet nie widać gwiazd, bez słowa podaje rękę i wyprowadza z tego świata, prowadzi do innej rzeczywistości, gdzie nie ma już brudu, smrodu, potu, obcych rąk, pustych twarzy, krwi i wstydu. Prowadzi tam, gdzie człowiek wstaje rano czując zapach świeżych bułek i kawy, przeciąga się, myje zęby, pije kakao. Czasem, myśląc o tym, uśmiechałam się sama do siebie, zupełnie bezwiednie, czasem idąc środkiem zatłoczonej ulicy. ale wtedy było mi wszystko jedno, bo ludzie nigdy nie traktowali mnie poważnie. Najczęściej określali mnie mianem "TEN dzieciak" i każdy wiedział, o kogo chodzi. Niesamowite, jak ludzie potrafią nienawidzić i upokorzyć, ale po pewnym czasie i to przestaje zadziwiać, zaczyna być tylko mdłą rutyną, tylko oni nie mogli o tym wiedzieć. Wiele razy zastanawiałam się, czy oni naprawdę są tacy idealni? Co mają ich dzieci, czego ja nie mam? Ale wiedziałam, że takie rozmyślania prowadzą do zupełnie czegoś innego, do stwarzania problemów, zamiast ich rozwiązania. Musiałam nauczyć się sztuki przetrwania, a nie rozpaczać z jakichś irracjonalnych pobudek. Tak naprawdę, w każdym z nich tkwił On. On z kolei to ktoś taki, kto jest skoncentrowanym na sobie egoistą, uważający siebie za centrum wszechświata i pana wszechrzeczy, włączając w to ludzi, przyrodę i całą resztę całego tego gówna. Wprawdzie On żyje w każdym z nas. Kiedyś uważałam, że w każdym innym, ale przekonałam się, że we mnie też ktoś taki żyje. On jest okrutny. Lubi zadawać cierpienie. Jak każdy człowiek? Ale wiedziałam, że myślenie o tym jest bez sensu, daje tylko złudną nadzieję na coś, co i tak nigdy się nie zdarzy. Dlatego, kiedy skręciłam w jeszcze jeden brudny zaułek i stanęłam na skraju zanieczyszczonej plaży, nie zachwyciłam się widokiem trylionów gwiazd i olbrzymim księżycem. Takie zdarzenia nie miały dla mnie żadnego znaczenia, były tylko kolejnym etapem w rozwoju świata i były dla mnie niczym. Miałam większe problemy niż zjawiska przyrodnicze. Szczerze mówiąc, niewiele rzeczy tak naprawdę mnie obchodziło. Na pierwszym miejscu było przeżycie dnia, na drugim godne przeżycie dnia, na trzecim przeżycie bezkrwawego dnia. Zaraz potem było kilka luksusowych zjawisk, takich jak przeżycie przyjemnego dnia albo przeżycie normalnego dnia. Było gorąco. Komary latały w powietrzu i próbowały usiąść mi na twarzy, gdzie nadal tkwiła brudna krew. Doprowadzały mnie tym do szału. Gdybym miała siłę, to pognałabym do morza, do wody, do czystej, ciepłej wody, ale opuchnięte stawy nie pozwalały mi na to. Ani razu, kiedy przychodziłam nad morze nie byłam w stanie biegać. Dlatego i teraz, ten setny, milionowy raz, szybko i nieporadnie ściągnęłam z siebie koszulkę, stare jeansy, zrzuciłam czerwone, schodzone trampki i w bokserkach zanurkowałam do wody. Było ciemno, czarno, zawsze jak wtedy gdy przychodziłam nad morze. Od pierwszego momentu, kiedy dotknęłam stopami wody, już było lepiej. Lubię wodę. Woda oznacza oczyszczenie według niektórych, a według mnie oznacza tyle, że nie mam krwi pod nosem, nigdzie indziej, więc może w pewnym przyziemnym sensie to nadal oczyszczenie... Zresztą, to i tak nie ma znaczenia. Przeczesałam ręką włosy, odkryłam kolejne otłuczenia w różnych miejscach, po czym wynurzyłam się na powierzchnię. Otworzyłam oczy i dostrzegłam tryliardy gwiazd, ale mało mnie to obchodziło. Widziałam łunę świateł miasta jaśniejącą zza wzgórz, ale i ona miała dla mnie zerowe znaczenie. Wiele razy zastanawiałam się, czy gdybym nabrała wody w płuca, długo bym umierała. Bolałoby? Pewnie nigdy się nie dowiem. Oglądałam kiedyś film, gdzie utopiono człowieka. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Takie miałam myśli, kiedy spokojnie dryfowałam na ciemnych wodach morza, unoszona jak nic nieznaczący patyk, i właśnie tyle znaczyłam dla świata. Nic. Świat mógłby mnie spalić, zniszczyć, ale to nic by nie znaczyło i wiedziałam o tym, i nie obchodziło mnie to. Kiedy zaczynałam myśleć o sobie jako patyku, zazwyczaj już stałam na brzegu i starałam się opanować zawroty głowy? Ciepły wiatr osuszał mnie w ciągu kilkunastu, góra kilkudziesięciu minut i po chwili znów miałam na sobie stare jeansy, stare czerwone trampki i czarny t-shirt. nie miałam już brudnej krwi pod nosem. Już nie. Ciekawe, na jak długo. Wtedy też wyciągałam z kieszeni paczkę papierosów i zapalałam jednego, nie spiesząc się. Czasem spalałam kilka z nich bardzo szybko i byłam na haju przez tych kilka minut, czasem lądowałam w krzakach rzygając, a czasem paliłam bardzo wolno, próbując wydmuchać kółka, jak ci kretyńscy kowboje w starych westernach. Nienawidzę westernów, ale ci pieprzeni kowboje potrafili wydmuchać swoje pieprzone kółka. Tym razem jednak nie szło szybko, paliłam całkiem normalnie i gdy już dym tkwił w moich sczerniałych płucach, oddech stawał się świszczący i trudno mi było oddychać, czułam smak nikotyny, nie patrzyłam na nic. Moje myśli krążyły wokół spraw tak przyziemnych, że ktoś obcy mógłby nawet się przestraszyć. Ludzie zawsze tak reagują. Jakie to straszne. Przykre. Tak, do pewnego momentu faktycznie dość straszne, ale potem już staje się czymś normalnym, na co nie zwraca się uwagi, i podczas całego tego gównianego procesu można myśleć o następnym dniu i czy będzie coś w telewizji. Człowiek staje się radiem, z tym, że kiedy go używają - wyłącza się. Nadaje na innych falach. I tym razem nie widziałam wielkiego, czarnego morza, nie widziałam tryliona gwiazd i ten setny, milionowy raz usiadłam ostrożnie i nie bez grymasu na długim, starym pniu. Zawiązałam buty. Dym ten setny, milionowy raz wleciał mi do oczu wyciskając sztuczne łzy. Jak cebula. Pamiętam, jak stawałam na palcach w kuchni zalanej słońcem, wspinałam się uparcie by zobaczyć, co dzieje się na kuchennej szafce. I czasem nic się nie działo, czasem stały tam różne garnki, ale najlepiej pamiętam zwinne palce siekające cebulę. Ciach, ciach, ciach, ogromnym nożem, i cebula wyciskała te sztuczne łzy. Wyrzuciłam niedopałek i dalej zatopiona w innym świecie, zapaliłam następnego papierosa. Przez chwilę patrzyłam na płomień, jasny płomień zapalniczki. Przypomniał mi płomień ogniska. To było duże ognisko, było też dużo smrodu i głupiego śmiechu. Nienawidziłam tego głupiego, pijanego śmiechu i już chyba zawsze będę go nienawidziła. Zaciągnęłam się dymem i zamknęłam oczy. Ten setny, milionowy raz czułam, że tym razem na pewno tam nie wrócę. Pomyślałam o Ktosiu. Dawno o nim nie myślałam i nie mam pojęcia, dlaczego przypomniał mi się w takiej chwili. Po prostu przypomniał mi się i już. Pomyślałam, czy mój Ktoś istnieje? Czy przyjdzie kiedyś po mnie, weźmie za rękę i poprowadzi w inną stronę? Wiem, to takie dziecinne i beznadziejnie głupie, marzyć jak naiwny, głupi dzieciak, i ja to wiedziałam, ale takie myśli dawały mi trochę przyjemności. To było przyjemne, marzyć... Ale powrót do teraźniejszości bolał kilka razy bardziej. Wtedy, nawet nie wiem, dlaczego, otworzyłam oczy i podnosząc peta do ust, zaciągając się kolejny raz, popatrzyłam w bok. Powinnam ujrzeć wzgórza za miastem, kilka drzew, starych kamieni i śmieci. Ale obok mnie ktoś już siedział. Nauczona doświadczeniem, opanowałam odruch odskoczenia, gwałtownych ruchów, wydawania odgłosów, czegokolwiek. Siedziałam tam i patrzyłam na niego, a dym wlatywał mi do oczu, powodując sztuczne łzy, jak cebula, ciach, ciach, ciach. Myślałam, że to jakiś miejscowy menel, a może nawet ktoś z bliższej okolicy. Może ktoś, kto mnie zna i zaraz pomyśli "TEN dzieciak", popatrzy krzywo, pójdzie. Nawet bym się nie zdziwiła aż tak bardzo. Za nami świeciła chyba jedyna latarnia w całych slumsach, której nie pokonał deszcz, śnieg, wichury, a co najdziwniejsze, miejscowi menele. Ten ktoś siedział obok i patrzył na mnie. Ale nie było to krzywe, zdziwione i zniesmaczone spojrzenie, pełne durnej litości. Było to spojrzenie może lekko pytające, i jednocześnie oznajmiające, ale nie wiem o co i stwierdzające co. To było tylko subiektywne wrażenie. Popatrzyłam temu komuś w oczy. Były tak niebieskie, tak bardzo niebieskie. Nigdy nie widziałam takiego koloru. W tym świecie wszystko było czarne, szare, brudne. I wtedy obalając wszelkie moje racjonalne teorie, zimne kalkulowania i chłodne obliczenia, wiedziałam. Po prostu wiedziałam. To był mój Ktoś. Przyszedł po mnie. To była dziewczyna. Patrzyłyśmy na siebie może długo, może krótko, nie wiem. Kilka razy zapalałam nowego papierosa i za każdym razem siadałam, odchylałam się do tyłu i patrzyłam jej w oczy. Wtedy to zauważyłam. W jej oczach odbijał się trylion gwiazd i olbrzymi księżyc. Pierwszy raz w życiu to zauważyłam. Patrzyłyśmy na siebie i żadna z nas nic nie powiedziała. Nie umiem tego wyjaśnić. Naprawdę. Wiele rzeczy jest uznawane przez ludzi za niewytłumaczalne, zagadkowe. Ja na wszystko starałam się znaleźć odpowiedź, bo jeśli na coś nie ma odpowiedzi, to jest bez sensu. A ja bałam się bezsensowności. Bałam się, że do niczego się nigdy nie przydam i wręcz czułam potrzebę racjonalnego wyjaśniania wszystkiego. Szczerze mówiąc, nadal tak mam. Ale tego jednego nie potrafię wyjaśnić. Te wszystkie godziny, które tam siedziałyśmy... Były bez sensu. Siedziałyśmy i patrzyłyśmy się na siebie. To wszystko. Żadna z nas nie powiedziała ani słowa. Kiedy tak siedziałam i nie wiedziałam co powiedzieć, czułam, że wcale nie muszę mówić. Patrzyłam w jej błękitne, błękitne oczy. Po tym czasie zaczęłam wątpić. Wiedziałam, że ten setny, milionowy raz schowam paczkę papierosów do kieszeni, popstrykam chwilę zapalniczką, tak dla tradycji, a potem tam wrócę. Jak pies ogrodnika, kopany i wyrzucany i tak wróci na stare śmieci, bo nie ma nic do wyboru. Wiedziałam, że znów tam wrócę. Schowałam paczkę papierosów. Zaczęłam pstrykać zapalniczką, jedną rękę starając się ją zapalić. Była zepsuta, trzeba było przytrzymać jej części jedną ręką, a drugą odpalać, żeby działała. Moja druga dłoń spoczywała na ławce. I wtedy ona położyła swoją dłoń na mojej. Zapalniczka wyleciała mi z ręki i to jedyny gwałtowny ruch, jedyny błąd, jaki popełniłam. Opanowałam się i nie ruszałam. Gwałtowne ruchy zawsze pogarszają sprawę, dlatego biegłam z nurtem. Wtedy jest łatwiej. Czułam ciepło jej dłoni. Jej delikatna dłoń na mojej. Miałam wrażenie, i wiem że to zupełnie bezsensowne, ale jakby coś przechodziło z niej na mnie. Na moją chuda, pokrytą strupami dłoń, z jej delikatnej, drobnej dłoni. Nie wiedziałam nawet, co to takiego. I znów patrzyłam jej w oczy. Czułam się naprawdę dziwnie, nigdy wcześniej nikt nie dotykał mojej dłoni w ten sposób. Pierwszy raz czułam, że ktoś nie chce, bym odchodził. Patrzyłam w jej oczy. Czułam jej dłoń. Widziałam jej spokojną twarz. Powoli unoszącą się i opadającą klatkę piersiową. Czułam się dziwnie, ale to było piękne. Gdybym miała być szczera, nie potrafiłam odczuwać zbyt wiele uczuć. Wypracowałam w sobie dziwny system obronny, pozwalający na nie przejmowanie się prawie niczym. Nie czułam nienawiści, złości, przygnębienia. Nie czułam radości. Ale siedząc przy niej i patrząc w jej oczy, czułam jakby ktoś zdejmował ze mnie tę zbroję. Poczułam się... lekko. Jakkolwiek głupio to brzmi, to właściwie jedyne słowo w miarę…