Akcja · 26 min czytania
Trzceci czynnik część III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział III – Zimna krew
’’Ludzie przywykli zwykle do tego że świat jest już niemal cały poznany, a wszystko to co ma na nim miejsce jest oczywiste i w żaden sposób nie jest niezbadane. Wierzą, że prawa ustalone przez naturę, te wszystkie twierdzenia, i zasady obowiązujące zarówno nas ludzi, jak i całą otaczającą nas przyrodę na zawsze pozostaną takie jakie są, i w żaden sposób nie da się ich oszukać. Oczywiście można by rzec, że prawa są po to by je łamać, ale przecież nic w całej przyrodzie nie odważy się złamać zasad dynamiki Newtona, ani prawa naczyń połączonych Archimedesa. Tak przynajmniej zakładamy, jesteśmy tego absolutnie pewni. Bywa czasem jednak tak, że zbytnia pewność siebie może być zgubna. Można to z łatwością opisać na podstawie przyrody. W 1812 roku Słynny francuski przyrodnik Georges Cuvier ogłosił jednoznacznie, że jest to data po której nie ma raczej większych szans na odkrycie dużych gatunków zwierząt. Pewni siebie naukowcy zmuszeni byli odroczyć wyrok, gdy po tej dacie odkryto mnóstwo, różnorodnych gatunków (z tapirem malajskim, pawianem dżeladą, gorylem, jeleniem milu, i całkiem ’’świeżym’’ nabytkiem czyli okapi na czele). Pewność siebie naukowców, na szczęście nie zaszkodziła tym odkryciom, nie mniej takie bezapelacyjne i krytyczne podejście do wszelkich nowości może mieć dość fatalne skutki. Kiepsko było by bowiem żyć w świadomości przypadkowego odkrycia, kiedy wiele lat wstecz istniały przesłanki ku jego istnieniu (szczególnie gdyby chodziło o coś naprawdę ważnego). Nie trzeba jednak szukać daleko, by odkrywać nieznane. Nasz organizm kryje jeszcze bardzo wiele tajemnic. Bądź co bądź możemy być w tym przypadku pewnym wielu rzeczy, jak tego że z czasem niewielka rana na ręce szybko się zagoi, człowiek po ustaniu bicia serca umrze a temperatura naszego ciała wynosi 36.6. Chyba.’’
Zbliżał się wieczór, w laboratorium stworzonym przez profesora w jednym z okolicznych domu, trwała dyskusja pomiędzy naukowcami na temat natury zjawiska, które miało miejsce dziś rano. Prym wiodła asystentka profesora dr Marta Drawiecka, która przedstawiła teorię profesora. Sam Connors był jednak jak by nieobecny, z głową wpatrzoną w sufit zdawać by się mogło, że rozmyślał nad czyś wyjątkowo ważnym. - Profesorze – zwróciła się do niego Marta – nie uważa pan, że powinniśmy przeprowadzić rozeznanie wobec okolicznych mieszkańców, poszukać świadków? - E, co? - Mówię, że potrzebni nam świadkowie. - A tak, w porządku, zróbcie wizję lokalną. Po półtoragodzinnym spotkaniu, Profesor zaszył się w swoim gabinecie, gdzie siedząc przy biurku, przewracał sobie od tak jakieś papierzyska, i baz-grał coś na kartce od notatnika. Dziewczyna zmartwiona jego zachowaniem, weszła do środka i cichutko podeszła do niego. Stanęła za nim, i objęła go wokół szyi, przyglądając się jego „rysunkom” - Może mi pan powie, co jest grane? - Że niby, co? – Odburknął jej w dość niemiły sposób. - Przecież widzę, coś pana martwi, o czymś pan w kółko rozmyśla, to nie podobne do pana, mimo że naukowiec powinien dużo myśleć. - Trochę gorzej się czuję, to z pewnością wina niskiego ciśnienie, wkrótce powinno mi to przejść. - Ciśnienie? Niech pan nie próbuje mnie zwieść, jest pan taki od chwili, gdy spotkał pan się z tym człowiekiem. Kim on jest? - Znam go ze studiów, byliśmy na jednym roku psychologii. - To wszystko, co powinnam o nim wiedzieć? - Myślę że tak. - To pana wybór, ale trzymając to dla siebie, będzie pan coraz bardziej…taki, jak teraz. - To znaczy? - Zamknięty w sobie. To w żaden sposób panu nie pomoże. - Być może, ale wszystko, co wiąże się ze Skowrońskim, jest dla mnie bardzo bolesne. - Zrobił coś panu? - Nie mnie. - Więc komu? - W chwili, gdy pojawił się na uczelni, miały miejsce nieprzyjemne wydarzenia. Zamordowanych zostało pięć osób, policja prowadziła przeciwko niemu dochodzenie, ale z braku dowodów umorzono sprawę. - Myśli pan, że to on? - Mam takie przeczucie, nigdy mu nie ufałem, a gdy człowiek z nim rozmawia, to czuje bijący od niego chłód. - Świat pełen jest złych ludzi. - Masz rację, pójdę się położyć. - Dobrze. Prof. Położył się do łóżka, Marta zaś wyszła na zewnątrz, by pokręcić się trochę po ogrodzie za domem. Chodząc tak, wpatrywała się w błękitne niebo, całkowicie nie zwracając uwagi na to co się dzieje wokół niej. - Chyba nie wierzysz Connorsowi? – Spytał jakiś głos. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, Spostrzegając opierającego się o ścianę domu doktora Skowrońskiego. - To pan? - Co jak co ale muszę przyznać, Connorsowi trafiło się niezłe cacko, blondyneczka, w laboratoryjnym fartuszku, okularkach, doprawdy składam… ukłon. – Rzekł, pochylając się przed nią i rozkładając ręce. - Dlaczego pan nęka Roberta? - Nie sądziłem, że jesteście na ty, a może wasza znajomość ma znacznie bliższy…charakter? - Jak pan śmie, proszę zostawić profesora w spokoju. - Tak naprawdę to nie przyszedłem do niego. X zaczął obchodzić dziewczynę do o koła oglądając ją z uwagą. - Przyszedłem do pani. - Do prawdy, a czego ode mnie pan chce? - Jak już wspomniałem, przepiękna, inteligentna blond włosa, co nie często idzie przecież ze sobą w parzę, i w dodatku taka młoda, na oko chyba ze 25 lat? Choć pań o wiek się nie powinno pytać. A to jest tym, czego potrzebuję. Jako moja asystentka, która w końcu spełnia wszystkie moje surowe… kryteria. - Jak by pan nie zauważył, to mam już posadę - Zauważyłem, pracuje pani dla tego…pseudo meteorologa. - Nie rozumiem? - Nie wspomniał pani o swoim prawdziwym wykształceniu? - Jest profesorem meteorologii. - Meteorologia? On przecież nie zna prawdziwego znaczenia tego słowa. Tak naprawdę to psycholog. Psycholog, który ma świra na punkcie parapsychologii, i zjawisk nadprzyrodzonych. Opowiadał pani o historii z studiów, o tym że jestem mordercą?, Niech pani zapyta go o jego szaleństwo, o mało nie zabił swojej załogi, gdy tropili zjawiska związane z trójkątem bermudzkim. Przez ten sztorm mogli wszyscy zginąć! - Pan kłamie, To nie może być prawda! – Odparła wzburzona. - Może, jeżeli mi pani nie wierzy, proszę z nim o tym pogadać, a ja mogę pani tylko poradzić by rzuciła pani pracę u niego, i rozpoczęła ją u mnie, w końcu oboje mamy tytuł doktora, nikt nie traktowałby pani z góry, jako ktoś o wyższym stopniu naukowym, no i dogadalibyśmy się jakoś. - Wcale mnie tak nie traktuje. - Nie wątpię. X wyciągnął z kieszeni wizytówkę, po czym wręczył ją dziewczynie. - Gdy się pani zdecyduje, proszę do mnie zadzwonić, lub przyjść… osobiście. - Nie sądzę by kiedykolwiek do tego doszło. - Ja uważam inaczej, a póki, co żegnam… panią. Doktor odszedł, a kobieta, trzymając w dłoni jego wizytówkę, wróciła do domu, i idąc w ślad Connorsa położyła się do łóżka, rozmyślając o propozycji Skowrońskiego.
Następnego dnia, dzieciaki miały pomóc ojcu w remoncie uszkodzonego przez wiatr dachu swojego domu. Wszyscy wstali punktualnie o 6.00. Nie była to wymarzona pora, ale jak mawiał ich tata: ’’ Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje’’ ( rodzice byli osobami wierzącymi, więc tego typu sprawy traktowali poważnie) dlatego w myśl tego przysłowia ta pora była według wszystkich najznakomitsza, po za tym było chłodno, a jak wiadomo popołudnia o tej porze potrafią być naprawdę upalne. Ranek miał rozpocząć się od solidnego śniadania, by móc nabrać energii przed ciężką pracą, przy stole w kuchni zgromadziła się więc cała rodzina, oprócz Piotrka. Wszyscy byli bardzo zdziwieni, bo choć nie należał on do osób lubiących rano wstawać, to z reguły traktował polecenia ojca serio, a poza tym lubił mu pomagać przy wszelkiego rodzaju majsterkowaniu. Tym, bardziej więc wprawiło to wszystkich w niemałe zakłopotanie. W związku z tym, mama poprosiła Monikę i Adama by poszli na górę, i sprawdzili co się z nim dzieje. Otworzywszy drzwi od jego pokoju, zobaczyli nadal leżącego w łóżku chłopaka, owiniętego w kołdrę. Oboje weszli więc do środka. Adam od razu podszedł do jego łóżka, i bez zbędnych pytań zaczął ściągać z niego kołdrę, krzycząc: Wstawaj!. Braciszek, nie miał jednak zamiaru wstać, chwycił gwałtownie drugi brzeg, po czym pociągnął ją do siebie, i znów się w nią opatulił. - Co się dzieję, wstawaj? – Powtarzał w kółko Adam. - Zimno. – Jęknął chłopak. - Że co? - Zimno mi! – Wrzasnął na całe gardło. - Daj spokój, w pokoju jest jakieś 17 stopni. - Ale mnie jest zimno! Do pokoju weszła, zniecierpliwiona czekaniem na rodzeństwo Mama. - Dlaczego on jeszcze jest w łóżku? – Zapytała zdenerwowana czekaniem. - Nie mam pojęcia, powtarza tylko, że mu zimno, i siedzi pod tą kołdrą. - Zimno! – Zdziwiła się pani Rybicka. - No tak powiedział. – Odpowiedziała Monika. - Piotrek, wstawaj, jest koniec czerwca, na dworze jest wystarczająco ciepło. Chłopak w ogóle przestał reagować na kierowane do niego słowa, co wprawiło wszystkich w niepokój. - Może jest chory? – Za sugerowała Siostra. - W takim razie biegnij na dół po termometr, szybko! – Krzyknęła do Adama mama. Chłopak zbiegł szybko na dół. Tymczasem pani Rybicka usiadła koło chłopaka i przytknęła swą dłonią do jego czoła. Ku jej zaskoczeniu, zamiast rozpalonego przez gorączkę miejsca, poczuła silny chłód, jakby dotykała taflę lodu. - Synku, co ci dolega? - Zimno mi mamo, zimno mi. – Powtarzał cichutko. Po chwili nadleciał jego brat, trzymając w dłoni stary typ termometru z podziałką i rtęcią. Szybko podał go mamie, a ta ostrożnie wsunęła mu go między usta. Czekali dobre parę minut, jednak termometr zdawać by się mogło że nie ma zamiaru pokazać jakiejkolwiek temperatury. - Może jest zepsuty? – Zapytał Adam - Może. – Odparła zasmucona Mama. - Co teraz? – Zapytała Monika - Nie mam pojęcia co mu jest, jedyne co możemy to zadzwonić po pogotowie – odparł Rybicka. Nagle usłyszeli dobiegający z dołu dźwięk dzwonka. - To chyba dzwonek do drzwi, spodziewasz się kogoś o szóstej rano? – Zapytała Monika - Raczej nie, pójdę zobaczyć kto to. Matka zbiegła na dół sprawdzić, kto do nich przyszedł. Przed drzwiami ujrzała swojego stał męża, który rozmawiał właśnie z jakimiś ludźmi. Zdenerwowana podeszła do niego. - Kochanie, kto to? - Pozwoli pani, że się przedstawię, nazywam się Prof. Robert Connors, to moja asystentka dr Marta Drawiecka – wskazał na stojącą obok niego kobietę – a to moi naukowcy dr Andrzej Osiecki i dr Marek Brzozowski. - Ale, w czym możemy państwu pomóc? – Zapytała nieco zaskoczona. - Kochanie, państwo skutki wczorajszego tornada. - Tak, w związku z tym wydarzeniem, zbieramy dane, oraz zeznania świadków tego zdarzenia, dlatego chcielibyśmy z państwem porozmawiać o tym co zaszło. - Oczywiście, proszę wejść. – Odpowiedziała grzecznie Rybicka. Naukowcy weszli do środka, Rybicki uprzednio zabrawszy od nich płaszcze, które polecił żonie powiesić w korytarzu, zaprowadził ich do salonu, gdzie zaproponował im, by rozgościli się, siadając przy stole. Po chwili weszła także żona Rybickiego - Przepraszam. - Wtrąciła pani Rybicka. – Mam pytanie. - Tak? - Czy któreś z państwa, jest może lekarzem? - Raczej nie, a coś się stało? – Zapytał nieco zakłopotany pytaniem dr Osiecki. - Widzi pan, mój syn źle się czuję, nie wiem, co mu jest… - Rozumiem, wprawdzie nie jesteśmy lekarzami, ale mamy przeszkolenie w udzielaniu pierwszej pomocy…- odparł przyjaźnie dr Brzozowski. - To może mogliby państwo, zobaczyć co mu jest. - Gdzie leży syn? – Zapytał profesor. - Na górze, zaprowadzę pana… - W porządku, ja pójdę z panią, a moi koledzy, i koleżanka porozmawiają z pani mężem. - Dobrze, no to chodźmy. Rybicka zaprowadziła profesora na górę, a reszta została z jej mężem, który opowiedział im o tym jak schronili się przed nim w piwnicy, a potem zastali zniszczone osiedle. Prof. i Rybicka weszli do pokoju Piotrka, przy którym to siedziało jego rodzeństwo. - To jest… - Prof. Connors – przerwał mamie Adam. - Tak, skąd wiecie jak się nazywam? - Byliśmy na pańskim wykładzie z dziennikarzami, zaraz po tornadzie i tuż przed tym jak z nieba posypały się ryby i żaby – odparł Adam - A, tak. – Connors podszedł do łóżka, w którym leżał Piotrek. – to, co ci jest? - Zimno mi, profesorze Profesor przytknął rękę do jego czoła, to było zimne jak lód. - Zbadała pani jego temperaturę? - Nie do końca, termometr chyba jest zepsuty… - Nie szkodzi, w kieszeni mam termometr elektroniczny. - Tak zupełnie przypadkiem. – Zapytała Monika. - W końcu badam pogodę, powinienem więc mieć takie urządzenia przy sobie. Profesor włożył termometr do jego ust, liczba, którą wskazał zaskoczyła wszystkich: 17 stopni. - To nie możliwe, temperatura człowieka nie może być tak niska, chyba, że…człowiek nie żyje. – Odparł kompletnie zszokowany uczony. - Nie żyje! –Przestraszyła się mama. - Spokojnie, pani syn żyje, i to jest właśnie dziwne. Przez uszkodzone w