akcja · 21 min czytania
Trzeba uważać
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Trzeba uważać. Była jesień. Pogoda zmienna, typowa w tym okresie. Drogi trochę mokre, trochę śliskie, trzeba uważać. A tu do tego jak zwykle korek. Znał tę drogę bardzo dobrze. Pięć razy w tygodniu rano do pracy, popołudniu z pracy. Ktoś mógłby powiedzieć, że jeżdżąc tak często tą samą trasą, można przywyknąć i pędzić po niej nieomal z zamkniętymi oczami. Może i można. Gdyby nie roboty drogowe. Rozpoczęto je wiele miesięcy wcześniej, a końca nie było widać. Jakieś przewężenia albo nieruchawe pojazdy, których operatorzy nie licząc się z innymi często znienacka wjeżdżali na pas teoretycznie udostępniony dla normalnego ruchu. A do tego wielokilometrowe korki. Należało uważać. Ale uważać, to trzeba zawsze i wszędzie. Gdy człowiek ma kilka lat, to tłumaczą mu: - uważaj i patrz pod nogi. Gdy jest trochę starszy to powinien uważać na kolegów. Jeżeli go nie lubią mogą zrobić krzywdę. A gdy jest odwrotnie, a koledzy okażą się tak zwanym złym towarzystwem, to może być jeszcze gorzej. W wieku dojrzewania powinno się uważać na dziewczyny. Bo jak mówią szacowne matrony, te dziewczyny to są takie zepsute i tylko czyhają, aby młodego wykorzystać i sprowadzić na złą drogę. Po ustatkowaniu się nie jest lepiej. Jeżeli nawet żona jest w porządku, to należy mieć na oku teściową. Takiej jak zięć powie prawdę, to bez względu, czego sprawa dotyczy, zawsze ma przechlapane. Nie wiadomo, dlaczego, lecz kobiety dzierżące ten tytuł lub funkcję, mniejsza o szczegóły, za każdym razem wszystko, co by się nie działo zawsze obrócą przeciwko zięciowi. Może z innych względów, lecz na żonę, to tym bardziej uważaj. Pamiętaj, że gdy o wszystkim się dowie, to ciche dni gwarantowane. A przysłowiowy ból głowy, małżonkę będzie dręczył każdego wieczoru, a tym bardziej ranka. Ale przede wszystkim uważaj na dzieci, żeby nie działa im się krzywda. Bo w takim przypadku, dziecko, gdy już dorośnie zapewne wszystko ci wypomni. A, gdy już masz tyle doświadczeń, no i lat, że uwagi, abyś uważał powinny właściwie śmieszyć, to usłyszysz: uważaj i patrz pod nogi, bo gdy się przewrócisz to stare kości źle się zrastają. Lecz taka wyliczanka do niczego nie prowadzi, bo w każdym wieku i zawsze musisz uważać na drodze. Jak byłeś dzieckiem, żebyś nie wpadł pod auto, a gdy już prowadzisz ten samochód, to jedź powoli i ostrożnie, żebyś sobie i innym krzywdy nie zrobił. Mało, kto sobie uświadamia, że słowo „uważaj” jest jednym z najczęściej wypowiadanych. Nawet w chwilach rozkoszy możesz usłyszeć – uważaj, bo wiesz…, może być nieszczęście! A może szczęście. Wszystko jest względne.
Ruszył z pracy do domu, ale uważał, bo warunki kiepskie. A tu jak zwykle korek. To uważał podwójnie. Więcej stał niż jechał, zasłuchał się w audycję radiową. O, rozluźniło się, to ruszył z impetem. Nagle, o kurka, Znowu zaczęło się zagęszczać. Pomyślał, że trzeba jeszcze bardziej uważać, ale jedzie. Nagle, o nie. Nie wyhamuję, przywalę – przeraził się, ale wyhamował. Poczuł ulgę. Lecz ułamek sekundy później, do jego uszu dotarł huk i brzęk, coś gwałtownie go szarpnęło do tyłu, co spowodowało, że bezwiednie przywalił potylicą w zagłówek. Już wiedział co się stało. Został trafiony od tyłu. Zdenerwowany pomyślał: - No ale na tył to już nie dało się uważać. Ja wyhamowałem, ale ten buc za mną nie. O żesz …. – w duchu bardzo nieprzychylnie określił tego kogoś. Zjechał na pobocze, jeszcze bardziej uważał, żeby ktoś go nie doprawił z boku. Kto jeździł tą drogą to nie raz widział stojące dwa, trzy, a czasem i więcej samochodów z migającymi światłami awaryjnymi. Taki urok cywilizacji albo korek, albo stłuczka. Stanął, wysiadł, podjął rozmowę z nieszczęsnym winowajcą. Jako ten, mówiąc w skrócie, stuknięty był bardziej wojowniczy. Bez wstępu, typu dzień dobry, rozpoczął dialog: – Miałeś pan uważać! To nie kartoflisko tylko jezdnia szybkiego ruchu, inni też tu jeżdżą oprócz jaśnie pana. Ten, który stuknął potulny, tłumaczył się, że uważał, ale się zamyślił i nie wyhamował, a potem skruszony dodał: – Panie kochany wiesz pan, co to za pech, dopiero, co dwa tygodnie temu odebrałem auto z warsztatu. Jeden facet wjechał we mnie, tak jak ja dzisiaj w szanownego pana. Pomyślał: - Cóż zdarza się. Jemu też zabrakło sekundy, a przed chwilą, wjechałby w czyjś tył. Po przeprowadzeniu niezbędnych formalności na piśmie i wykonaniu zdjęć, na tym sprawa została zakończona. Teraz wszystko jest o wiele prostsze, gdy każdy ma przy sobie takie mądre urządzenie do gadania, słuchania, fotografowania itd. Ale z tym też trzeba uważać, żeby źli ludzie nie zhakowali ci komórki. Panowie rozeszli się do swoich samochodów. Połączył się z ubezpieczycielem sprawcy, uzgodnił wszystko co trzeba i musiał poczekać na lawetę. Potem poinformował w domu, dlaczego się spóźni, ale też, że jest cały, ale samochód w ruinie. Musiał poczekać na lawetę, ale jednocześnie pomyślał, że trzeba będzie uważać na to, co wymyśli ubezpieczyciel, a przede wszystkim na mechaników. Gdy nie patrzy się im na ręce, to starych części nawtykają, a nowe wymontują.
A gdy tak siedział i czekał, przypomniał sobie, że kiedyś już był w podobnej sytuacji, chociaż w zupełnie innych okolicznościach. A było to około trzydzieści lat wcześniej na wiosnę. Słońce zaczęło powoli wyłaniać się z za widnokręgu. Mimo, że dzień zapowiadał się pogodny, on i jego towarzysze niedoli gwałtownie stracili dobre humory. Stali na poboczu drogi, mocno oszołomieni i zdenerwowani. W tym momencie właściwie przez ułamek sekundy odczuł również radość. Bo, gdy spojrzał na doszczętnie rozbity samochód, to logicznie rzecz biorąc, ponieważ w trakcie kolizji znajdowali się w tym samochodzie to powinni być poturbowani, a może nawet w stanie krytycznym. A tu nic ani zadrapania. Samochód natomiast…, no cóż, piętnaście minut wcześniej był lśniącym i pachnącym nowością autem sprowadzonym z zachodu. Firma kupiła go dwa miesiące wcześniej. O takim pojeździe marzył każdy. Ale oczywiście wtedy, gdy było jeszcze lśniącą i pachnącą limuzyną. Teraz żałował, że załatwił, a właściwie wyprosił u szefa, to nowe auto. Szef się zgodził, bo trzeba było przejechać przez całą Polskę, a do tego lubił go, młodego kierownika ważnego działu. A tu masz ci los, ledwo przejechali trzydzieści kilometrów i taki traf. Gdy tak stali patrząc na rozbity samochód, zapytał: - Ale jak to właściwie było? – Wymownie spojrzał na Marka, który był w firmie etatowym kierowcą. A ten stojąc, nie był pewny, czy cieszyć się z braku uszczerbku na zdrowiu, a nawet, że przeżył, a może raczej martwić potencjalnymi konsekwencjami. Lecz szybko się otrząsnął i postanowił bronić się, przez atak. Powiedział: - No, co jak było? Chyba widziałeś, że uratowałem nam życie. A tobie kierowniku to już na pewno. Gdy ten wielki, biały pies wybiegł na drogę, to musiałem go ominąć. To dla nas było groźne, a psa też szkoda. – zaczerpnął powietrza i dodał - Ale wtedy niestety zahaczyłem o pas zieleni i nas obróciło.
A potem to już ni jak było zapanować nad autem. Po zastanowieniu, zapytał: - Co ty opowiadasz? Jaki pies? Nie widziałem żadnego zwierzaka? Zdenerwowany Marek z niedowierzaniem zapytał: - Nie widziałeś? To niemożliwe. Pojawił się tuż przed maską. I to po twojej stronie. Chłopie – zaakcentował- gdybym go walnął, to wtedy, to bydle wpadłoby do środka przez szybę. I to prosto na ciebie. Nie muszę ci mówić, co by było. Rodzina miałaby problem rozdzielić twoje doczesne szczątki od tych pochodzących od psa. Marek zasiał w jego umyśle zamęt. Pomyślał, że to miło z jego strony, bo go uratował. Chociaż psa nie widział. Dlatego powiedział: - Marek, ja naprawdę nie widziałem żadnego psa, ale może i był – i zaraz zapytał- A teraz, gdzie niby się podział? Czyżby tak szybko zwiał? Marek, który odrobinę się uspokoił, że jego wersja wydarzeń stała się obowiązująca, z naciskiem stwierdził: - No tak, pewno uciekł. A niby na co miał czekać? - a potem dla podkreślenia swojego prawidłowego działania dodał – przecież go ominąłem, to nic mu się nie stało. Tylko to pieprzone pobocze. Do rozmowy włączył się Benek, trzeci z uczestników delegacji. Oszołomiony powiedział: - Panowie, a to historia. Ale się pokręciliśmy, jak w diabelskim młynie – a po chwili dodał – ja siedziałem z tyłu. Nie wiem co mnie tknęło, że się przypiąłem pasami. Zazwyczaj z tyłu to się nie przypinam. Jeden mój znajomy też kiedyś nie był przypięty, to do dzisiaj całą gębę ma w bliznach - i dodał - Ale tego psa ja też nie widziałem. Gdy Marek spojrzał na niego z wyrzutem szybko dodał: - Na pewno dobrze, że ten pies, jeżeli był, nie wleciał nam do środka, bo to rzeczywiście byłaby masakra. Ale syf i tak jest. - a potem zapytał: - To, co robimy? On też się nad tym zastanawiał, bo poniekąd był najważniejszy w tym gronie. Jednak, gdy już chciał coś zaproponować, ubiegł go Marek, który najbardziej na uwadze miał własną sytuację. Kierowca głośno rozważał: - Gdy przyjadą tu gliny to dostanę wielki mandat, albo i zatrzymają mi prawko. Pewno każą też zapłacić za ten pieprzony cmentarny parkan. Rzeczywiście, sklecony z cegieł parkan pozornie wyglądający solidnie w dwóch miejscach praktycznie był zburzony. Samochód po utracie przyczepności kręcąc się z impetem uderzył najpierw przodem, a potem kilka metrów dalej tyłem. Miejsca uderzenia były dobrze widoczne, bo w jednym tkwiło auto, a w drugim można było zrobić nowe przejście na cmentarz. Lecz zapewne właściciel tego obiektu nie miał takich planów. W tym momencie nie wiadomo, dlaczego nasunęło mu się spostrzeżenie, którym podzielił się z kolegami: - Jak to dobrze, że parkan prawdopodobnie zbudowali z kradzionych materiałów. Widocznie mieli zbyt mało cementu, dlatego zaprawa, która wiązała cegły była słaba. Pewnie właśnie to uratowało nam życie. Ale rzeczywiście teraz to ruina i jak nic każą zapłacić jak za zboże. Benek zgodził się i jako ścisłowiec dodał: - No tak, rozpadający się płot przejął energię, co zamortyzowało nasze uderzenie. Ale musicie też pamiętać, że to nie Poloneza rozwaliliśmy, tylko nowoczesne, bezpieczniejsze auto. – a po chwili dodał: - a przynajmniej takie było jeszcze…