Akcja · 44 min czytania
Trzeci czynnik część IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Rozdział IV – Niewidzialna ręka{/b}
’’Człowiek to wyjątkowa istota, która z pewnością stanowi najważniejszy aspekt życia na naszej planecie. Posiadamy wiele umiejętności właściwych tylko nam. Nie tylko chodzimy w pozycji wyprostowanej, mówimy, ale przede wszystkim myślimy. Mimo tej wyjątkowości, człowiek od zawsze marzył o tym, by być jeszcze bardziej niezwykłym. Nie bez powodu książki, komiksy, seriale czy filmy przepełnione są opowieściami o ludziach dysponujących niezwykłymi zdolnościami. Umiejętność latania, strzelania z różnych części ciała laserem, bądź panowanie nad ogniem to tylko niektóre z nich. Najbardziej popularne jest jednak pragnienie bycia niewidzialnym. Ile byśmy mogli dać za to, by choć na chwilę zmienić się w ducha, który niepostrzeżony może przemknąć się w dowolne miejsce. Nie ma sensu rozpisywać się o tej właściwości. Hollywood dostatecznie ją przereklamował, i dzisiaj patrząc na niewidzialnych ludzi, od razu chwytamy za pilot i zmieniamy kanał. Nim jednak do tego doszło, na pewno każdy z nas zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby…Ale ni ma się co łudzić, wszyscy doskonale wiedzą że niewidzialność, mimo różnych maskujących ubrań, pojazdów, czy nawet wojskowych prototypów, to wciąż jedynie wtopienie się w otoczenie, bo niewidzialność przecież nie istnieje.’’
Chłopak został przewieziony do szpitalu w Piszu. Jego objawy były naprawdę zdumiewające, a żaden ze specjalistów nie potrafił ich w żaden sposób wyjaśnić. Jednak by chłopak żył, zmuszeni byli zrobić to co zalecił prof. Connors. Piotrek został umieszczony w Sali w której znajdowały się okna z widokiem na parking, a w szczególności z dostępem do słońca. To jednak nie będzie przecież wiecznie świecić w tym miejscu. Dlatego zmuszeni byli ogrzewać całe pomieszczenie. Oczywiście kaloryfery w czerwcu nie grzeję, więc zmuszeni byli użyć elektrycznego ogrzewania. Całą noc ogrzewali pomieszczenie, wszyscy zdawali sobie sprawę, że temperatura wewnątrz musi oscylować w okolicach 36.6, bo w przeciwnym razie, chłopak umrze. Rodzina przez cały czas czuwała przy nim. Jego stan był stabilny, choć nadal leżał nie przytomny. Najbardziej całą sytuację odczuwała Matka. Siedziała na krześle przy nim, i głaskała go po włosach, szepcząc coś po cichu do niego. Adam i Monika siedzieli pod drugiej stronie ściany, na wprost od jego łóżka. Byli smutni. Owszem, brakowało im ojca, ale najbardziej martwili się o swojego braciszka. Przypominali sobie, patrząc tak na niego, jak w któreś to z kolei wakacje, bawili się z nim, w różne gry i zabawy, jak wspólnie z rodzicami chodzili na wycieczki do lasu, nad jezioro, Monice przypomniała się zabawna historyjka, Piotrek miał wtedy 6 lat, razem we trójkę udali się kiedyś na wspólny wypad do wsi. Wymknęli się po kryjomu z domu, tak, żeby mama ich nie przyłapała. Poszli wtedy na plac zabaw, gdzie była taka wielka huśtawka, po kolei siadali na niej i bujali się, jakoś tak się jednak zdarzyło, bo gdy jako trzeci usiadł na niej Piotrek, po kilku bujnięciach, zerwała się z zardzewiałych łańcuchów i z wielkim hukiem upadł na trawę. Na szczęście nic mu się nie stało, ale śmiechu było za to co niemiara, początkowo braciszek się oburzał, że się z niego tak naśmiewamy, ale po jakimś czasie i on wspominał to zdarzenie z uśmiechem. I pomyśleć, że już więcej mogą nie zobaczyć go na jego twarzy. - Nie! – Krzyknęła Monika, które zerwała się nagle niczym diabeł polany wodą święconą. Wszyscy patrzyli na nią ze zdziwieniem. - Wybaczcie, ale taka myśl przeszła mi przez głowę, to było straszne, przepraszam. Po tych słowach usiadła znów na krześle, i w milczeniu patrzyła na leżącego brata. Do pokoju zawitał profesor, a zaraz po nim wszedł do środka zdyszany komisarz. Biegł szybko by móc go dogonić i ponownie móc z nim porozmawiać. Nim jednak zdążył dojść do słowa dostrzegł, na czole Connorsa zielony punkt. Powalił uczonego na ziemię, sprawiając, że po raz kolejny profesor uchodzi cało przed śmiercionośnym strzałem. - Boże, znowu! – Krzyknęła zrozpaczona Matka. - Na ziemie! Wszyscy! – Wrzasnął komisarz, a następnie wyciągnął z kabury broń. Zielony promień przeszedł po oczach Iwańskiego, powodując u niego lekkie oślepienie, nie sprawiło to jednak że jego czujność została osłabiona w jakikolwiek sposób, wiedząc co się święci posłuchał własnej rady i klęknął na ziemi, unikając całej salwy pocisków, które świstały nad jego głową. To było pierwsze tego typu zdarzenie w życiu komisarza, zresztą trudno spodziewać się na takiej prowincji jakichś poważniejszych przestępstw a co dopiero strzelaniny. Nie miał jednak zamiaru ustąpić. Seria strzałów, tym razem spotkała się z ciętą ripostą. Gdy tylko ucichło, komisarz wycelował swój pistolet, i strzelił kilka razy przez okno. Jego pistolet nie miał dużego zasięgu, ale liczył na to, że przynajmniej zdezorientuje niedoszłego zamachowca. I rzeczywiście, nie było więcej strzałów, za to do pomieszczenia zbiegli się lekarze i pielęgniarki, zaniepokojeni hałasem. Iwański przepchawszy się przez nich wybiegł z sali, po czym pobiegł w stronę wyjścia. Po drodze wpadł na dwóch gliniarzy, którzy czekali na niego w korytarzu. Natychmiast kazał im pobiec w stronę stojącego naprzeciwko budynku. Wychodząc spostrzegli wybiegającą z niego dziewczynę trzymającą w ręku karabin. Policjanci wyciągnęli pistolety, nim jednak zdążyli powiedzieć formułkę typu: stój policja!, Zostali przez nią bez wahania zastrzeleni. Komisarz widząc to, oddał do niej kilka strzałów, chowając się za uchylonymi drzwiami. Doszło do kilkuminutowej strzelaniny, podczas której, przypadkowi przechodnie klękali na ziemię, i łapali się za uszy, nie mając bladego pojęcia co się dzieję. Dziewczyna widząc, nieustępliwość policjanta, nie chciała ryzykować schwytania. Pobiegła w ślepą uliczkę, tuż obok budynku, z którego wybiegła. Komisarz natychmiast za nią pobiegł, a gdy dobiegł do wejścia, zauważył że dziewczyna właśnie próbuje wsiąść na motor. Chcąc uniknąć kolejnego ataku z jej strony powoli zakradł się do niej, licząc na to, że majstrująca coś przy maszynie, nie zauważy go, i cichutko przyłożył jej broń do tyłu głowy. - Policja, nie ruszaj się! Dziewczyna błyskawicznie odwróciła się, wytrącając broń z dłoni komisarza, a następnie siknęła mu gazem pieprzowym prosto w oczy. Komisarz złapał się za twarz, próbując otrzeć oczy, choć i tak zdawał sobie sprawę z tego że to bez sensowne. Oparł się o ceglaną ścianę i zsunął się po niej plecami, siadając pod nią i krzycząc jakieś wulgarne słowa. Snajperka nie czekając dłużej, odjechała, zostawiając go całkowicie samego. Tymczasem, w szpitalu lekarze pocieszali Panią Rybicką, zaś Adam i profesor tłumaczyli ordynatorowi, który również przyszedł na miejsce zdarzenia, co tak właściwie się tu dzieje. Nie było łatwo mu w to wszystko uwierzyć, nie mniej nie widział innego wyjścia, bo przecież poważny profesor nie będzie przed nim zmyślał bajek. Niespodziewanie, Monika, która stała opierając się prawą nogą o ścianę zaczęła się dziwnie zachowywać. Złapała się za brzuch, i wydając z siebie cichutkie jęki kucnęła na szpitalną podłogę. Natychmiast podszedł do niej jeden z lekarzy. Próbował się zapytać jej, czy coś się z nią dzieje, ale ta jęcząc cały czas, położyła się na kafelkowanej podłodze by po chwili zacząć na ich oczach…znikać. Wszyscy z niedowierzaniem patrzyli na powoli stające się przeźroczyste ciało dziewczyny, a po mniej więcej kilku minutach zniknęła całkowicie. - Monika! – Krzyknęła przerażona matka. - Tu jestem! - Rozległ się jej głos po całym pomieszczeniu. Wszyscy zaczęli rozglądać się, wokół, ale nikt nie mógł jej dostrzec. - Posłuchaj, jeżeli jesteś wewnątrz, zrób coś, byśmy wiedzieli gdzie jesteś. – Zaproponował jej profesor. - Ale co? - Nie wiem, unieś coś do góry, jakiś przedmiot. - Ok. Patrzcie na stolik. Wszyscy zwrócili się w kierunku stojącego po prawej stronie łóżka stoliczek na którym leżały klucze, telefon komórkowy, oraz stał słoik ze solonymi paluszkami i flakonik z kwiatkami. Ten ostatni na oczach wszystkich uniósł się powoli do góry. - Teraz mnie widzicie? – Zapytała. - Widzimy lewitujący flakonik. – Odrzekł Adam. - Wygląda na to, że stałaś się…niewidzialna – odparł profesor. - Niewidzialna?, No to pięknie. – Odparła z lekkim przekąsem dziewczyna.
Zabójczyni dotarła z powrotem do domu X-sa, Tym razem jednak nie zastała go w przedpokoju, lecz siedzącego w salonie przy dużym dębowym stole, a w dodatku byli tam również ludzie w eleganckich garniturach i krawatach, którzy zasiadali po wszystkich bokach, trzymając w dłoniach jakieś papiery. Wyglądało to tak, jakby rozmawiali o czymś ważnym, jednak w żaden sposób nie mogła ich zrozumieć, posługując się najwyraźniej innym językiem. Trochę onieśmielona nimi wszystkimi weszła do środka, zwracając tym samym na siebie ich uwagę. Skowroński nie był tym wcale zachwycony, ani trochę. - Doktorze, mogę pana prosić? – Zapytała grzecznie. Doktor spojrzał na ludzi przy stole, i wypowiedziawszy jakieś zagraniczne słowo odszedł od stołu. Podszedł do dziewczyny, a następnie zaprowadził ją do swojego gabinetu. Zamknąwszy drzwi na klucz, podszedł do swojego biurka, i z ukrytej pod nim szafki wyciągnął flakon z alkoholem. Nalał sobie trochę do stojącej na blacie szklanki, odstawił butelkę i wziął jeden łyk do ust. Odstawiwszy szklankę spojrzał na nią wściekłym spojrzeniem. - Bez odrobiny koniaku pewnie nie dałbym rady cię wysłuchać, przy okazji, mam nadzieję, że to ważne, bo ludzie, z którymi prowadzę rozmowy, są dość niecierpliwi. - Widzi pan, podczas próby zabicia profesora, natknęłam się na policję. - Próby? To znaczy, że Connors żyje? - Jeszcze, wkrótce go dopadnę, obiecuję. Te słowa jeszcze bardziej zdenerwowały doktora, znów chwycił szklankę w dłoń, i nie czekając na nic, wybił całą zawartość za jednym zamachem. Powoli odszedł od niego, i upuściwszy szklankę na podłogę, zbliżył się do niej. - Kim jesteś z zawodu? - Ja? Jestem zawodową snajperską. - Serio? Bo przez chwilę miałem wrażenie, że rozmawiam z…politykiem. - Nie rozumiem. - Politycy obiecują zamiast działać, a ja nie chcę obiecanek, tylko tego drugiego. Masz zrobić to, co do ciebie należy, bo za co ci płacę. - Doskonalę rozumiem, nie jest pan pierwszą osobą dla której pracuję. - Doprawdy? - To już 39 moje zlecenie. - Jedyne, przy którym masz takie problemy? - Przysięgam, nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, a pracowałam w Polsce, w Czechach i na Węgrzech. Zawsze miałam same sukcesy. X z czułością, położył swą prawą dłoń na jej długich włosach, i powolnym ruchem przesuwał ją w dół i z nów w górę. - Wierzę, w te twoje sukcesy. - Naprawdę? - Jasne. Mając rękę na wysokości jej szyi, zdecydowanym ruchem złapał za jej kark, brutalnie odchylając go w tył. Violetta złapała za jego rękę, próbują wyrwać się z uścisku, jednak nie była wstanie, X był dla niej zbyt silny. - Posłuchaj, moja cierpliwość jest na granicy, a ty, balansujesz niebezpiecznie na niej. Nie obchodzi mnie gdzie wcześniej pracowałaś i z jakim skutkiem ci ta robota szła. Ja oczekuję skuteczności, i tego chcę dostać od ciebie. Gdy dzisiaj wieczorem zakradniesz się do jego laboratorium, będziesz miała czas by o tym pomyśleć. I uważaj, bo ja jestem bardzo groźny. - Nie jest pan pierwszym, który mi grozi. – Odparła przez zaciśnięte zęby. - Naprawdę? Uważasz że jestem jakimś pierwszym lepszym gangsterem, który pogrozi ci parę razy że da ci kulkę, albo że zrobi na nogach betonowe buciki i wrzuci do jeziora? Nie wiesz dla kogo pracujesz, i to jest błąd, jaki popełniłaś. Nie pierwszy z resztą, i mam nadzieję, że ostatni. A teraz słuchaj uważnie, tak jak powiedziałem, zakradasz się do jego domu, gdy nikogo nie będzie. Gdy profesor się zjawi, zastrzelisz go. - Tak doktorze. X puścił ją, i podszedł powrotem do biurka. Oparł obie ręce na blacie i popatrzył się na dywan. - A teraz znikaj, moi znajomi czekają.
Nietypowa zmiana, jaka zaszła w organizmie Monika była chyba jeszcze bardziej niezwykła od tego, co spotkało Piotrka. Żaden z lekarzy nie był by wstanie jej pomóc, ale jeśli chodzi o profesora, to już inna sprawa. Uczony zaproponował im, by zabrać dziewczynę do jego domu, gdzie ma laboratorium w którym może spróbować jej pomóc. Jej matka zgodziła się na to, ufała bowiem, ze profesor jest tą osobą, która może przywrócić jej normalność. Najważniejsze w tej sytuacji było jej przetransportowanie na miejsce. Nikt jednak nie chciałby żeby jacyś przypadkowi ludzie dziwili się, bądź interesowały się nią. Naturalnie przy jej niewidzialności nie było to zbyt wielkim problemem, jednak to z kolei sprawiało, że oni jej nie widzieli. Z pewnością woleliby przecież takiej sytuacji, że wsiadając do auta zatrzasnęli jej drzwi przed nosem, albo będąc w nim, ktoś nieopatrznie usiadł na nią. Na to jednak profesor miał pewną radę. Natychmiast wyciągnął z kieszeni swej marynarki telefon, i wystukawszy numer, zadzwonił do swoich naukowców. Polecił im by prędko przyjechali pod szpital, i zabrali ze sobą skanery termowizyjne. Po półgodzinie byli już oni na miejscu. Connors dokładnie wytłumaczył całą sytuację doktorowi Osieckiemu i trójce jego asystentów. Początkowo trudno im było uwierzyć w niewidzialną dziewczynę, jednak gdy zobaczyli (a raczej nie zobaczyli) jak unosi swoją komórkę, zmuszeni byli uwierzyć Connorsowi na słowo. Pośpiesznie wyszli z nią ze szpitala, prowadząc ją do nie najnowszej mazdy Osieckiego. Teraz czekała ich podróż do laboratorium Connorsa. To było dość niezwykłe. Położone po drugiej stronie wsi, dom znajdujący się na końcu, prowadzącej do niego drogi leśnej, graniczył od południowej strony z puszczą piską. Cała posesja ogrodzona była przez drewniany, solidnie wyglądający płot. Przed budynkiem rosło kilka potężnych świerków, jednak to za domem znajdował się najwspanialszy z ogrodów, porośnięty krótko ściętą trawą, z ogrodową altaną po środku i małym zagajnikiem, będącym zaledwie naparstkiem prawdziwej puszczy. Profesor bardzo cenił sobie sąsiedztwo przyrody, dlatego cały ogród był niezwykle zadbany, a nader wszystko ekologiczny (usypany w dalszej części trawnika, stok kamieni, by mogły zasiedlić je jaszczurki, kwiaty przyciągające motyle, karmnik dla ptaków, czy też rozmieszczone na dachu panele do chwytania energii słońca. Jednak prawdziwe cuda kryły się wewnątrz białego domu, o charakterystycznym, pokrytym dachówkami o ceglastoczerwonym kolorze. Samochód zaparkował tuż przed furtką. Razem z naukowcami wysiedli Monika, oraz Adam, który bardzo chciał zobaczyć laboratorium profesora. Pierwszy, ogólny widok całości, czyli tego, jak prezentował się cały budynek wraz z ogrodem było znakomite. Oboje nie mogli wyjść z podziwu. To bardziej przypominało wille jakiegoś milionera, niż dom naukowca. Adam, dręczony wątpliwościami, nie mógł się powstrzymać, by nie zapytać Connorsa o to, jak stać laboratorium naukowe, na coś takiego. Uczony wytłumaczył mu, że to dzięki amerykańskim sponsorom, oraz pomocy tamtejszych organizacji rządowych zajmujących się nauką, coś takiego było możliwe. Śmiało kroczyli przed siebie, by po chwili móc stanąć przed ogromnymi, mosiężnie wyglądającymi drzwiami, wykonanymi z drewna bukowego. - Zapraszam do środka. – Odrzekł do nich naukowiec. Connors chwycił za klamkę, i odsłonił przed dwójką tajemnice, jakie skrywa ten dom. Nie najdłuższy korytarz prowadził w głąb do salonu, który został przekształcony w ogromne laboratorium. Pośrodku pomieszczenia stało kilka stołów laboratoryjnych, ustawionych równo na biało kafelkowanej podłodze, ściany obite były panelami sosnowymi, na nich zaś znajdowały się porozwieszane wokół obrazy i gabloty z jakimiś roślinkami czy zasuszonymi motylami. Na stołach znajdowały się prócz różnych naczyń i papierzysk m.in. mikroskopy (kilka), laptopy oraz dziwne urządzenia, których nazwy dzieciaki niestety nie znały. Ze zdumieniem wszyscy chodziły po wszystkich kątach i oglądając coś, co tylko na filmach, mieli okazję zobaczyć - Tutaj moi pracownicy prowadzą różne badania, i przeprowadzają doświadczenia – wyjaśnił obojgu z dumą. - Niesamowite. – Odrzekła Monika. - A gdzie są wszyscy? – Zapytał zdziwiony Adam. - Pewnie są w Sali konferencyjnej. - Macie coś takiego? - Jasne, chodźcie, zaprowadzę was. Wspomniana przez profesora sala znajdowała się na drugim piętrze, w końcowej części korytarza. Podłodze, mijali dość liczne pomieszczenia, w tym także to, opatrzone tabliczką: gabinet: R. Connors widząc zdziwienie na twarzy chłopca, zatrzymał się przy nim na chwilę. Najpierw wyjaśnił im, że mimo iż mieszka tu kilku naukowców, to mimo wszystko dom ma nadal wiele pustych pomieszczeń, czekających na zagospodarowanie. W gabinecie zaś, pracuje, wypełniając różne protokoły, i dokumenty, dotyczące m.in. przeprowadzanych tu badań. Profesor wyciągnął z kieszeni pęk kluczy, i z nalawszy ten opatrzony niebieską nalepką, włożył go do zamka i zdecydowanym ruchem dłoni, przekręcił go w prawą stronę. Pchnął je mocno do przodu, i wszedł do środka. - Wchodźcie, śmiało. – Odparł do nich przyjaźnie. Adam wszedł trochę nieśmiało, aczkolwiek bardzo zaciekawiony tym co będzie miał okazję tu zobaczyć. Profesor spojrzał na niego, a po chwili skierował wzrok na urządzenie termowizyjne. - Monika, weszłaś? – Zapytał. - Tak, może pan zamknąć drzwi. – Odparła. - Nie widzi jej pan? - Aparatura ma swoje lata i czasem się psuję. Chłopak powoli podszedł do ogromnego biurka, z leżącym na blacie otwartym laptopie, i kilkoma pojemniczkami obok. Najbardziej jednak, rzucał się w oczy wielki, obrotowy fotel o brązowym, miękkim obiciu. Taki ekskluzywny mebel miał jedynie okazje widzieć podczas swojej wizyty z ojcem w urzędzie gminy. Korciło go, by móc choć na chwilę na nim zasiąść i poczuć się jak ktoś naprawdę ważny. Connors szybko spostrzegł to jego spojrzenie, domyślając się jego, w pełni zrozumiałej zachcianki. - Jak chcesz, możesz usiąść na nim. – Rzekł do niego uśmiechnięty. - Naprawdę! – Krzyknął zaskoczony. - Jasne, po to jest by na nim siedzieć. - Super! – Zawołał radośnie i szybko podbiegł do fotela. Nim jednak zdołał na niego usiąść, ku jego zdziwieniu fotel zaczął się nagle sam obracać do o koła. Wyglądało to tak, jakby jakiś duch postanowił sobie odsapnąć chwilę, znakomicie się przy tym bawiąc. - To nie fair, byłem pierwszy! - Było być szybszym. – Odparła Monika. - To że ciebie nie widać, nie znaczy, ze możesz robić co ci się podoba. - Nie obrażaj się braciszku, zresztą zaraz schodzę. - Tylko powiedz mi o tym, bym na tobie nie usiadł. - Skoro tak bardzo ci zależy, to już na nim nie siedzę. - Więc gdzie jesteś? Monika odpowiedziała mu, klepiąc go leciutko po plecach, ten odwrócił się w lewą stronę, jednak Monika dała mu do zrozumienia że jest po prawej, dając mu małego pstryczka w ucho. Podrapawszy się w tym miejscu, szybko podbiegł do fotela i usiadł na nim. - Teraz spróbuj mnie pod siąść. Adam mocno odepchnął się od podłogi swymi nogami, i zakręcił się wokół. Oglądając z tej perspektywy gabinet, spostrzegł licznie wiszące na ścianach plakaty i obrazy. Nie były one jednak zwykłe, a w każdym razie nie pasowały do kogoś, kto zajmuje się pogodą. Zaparłszy się nogami, zatrzymał kręcący się fotel, i zadał pytanie uczonemu. - Profesorze, to laboratorium zajmuje się badaniem pogody, prawda? - W dużej mierze, ale meteorologia często łączy się z innymi dziedzinami nauki jak chemia, fizyka, czy matematyka. - Fakt, ale plakaty i obrazy na pańskich ścianach, raczej nie przedstawiają chmurek i tęcz? Np. ten nad drzwiami przedstawia chyba…latający spodek. – Zapytał naukowca, jednocześnie patrząc na malowidło przedstawiające srebrzysty obiekt na błękitnym niebie. - Tak, musicie zrozumieć, że badanie pogody to moja praca, a w wolnych chwilach lubię czasem patrzeć w niebo w zupełnie innych celach, wierząc że jednak nie jesteśmy sami we wszechświecie. Zresztą, nie chcę was zadręczać moimi opowieściami o kosmitach i latających spodkach, musicie wiedzieć, że w tej branży raczej nie jest to atutem. - Oczywiście jak pan chce, to nie musimy o tym nikomu mówić – zadeklarował chłopiec. - Spokojnie, oczywiście badam to w dość dyskretny sposób, ale nie ma znów powodów aby przesadzać z tą tajemniczością. Na nas zresztą już czas, chodźmy do Sali. - Jasne. We trójkę szybkim krokiem udali się tam. Kiedy profesor otworzył drzwi, wszyscy ujrzeli zasiadających przy wyjątkowo długim, drewnianym stole ludzi. Tuż przed nimi zaś, na przeciwnej ścianie wisiał ogromny, płaski ekran. Connors wszedł do środka, prosząc o to również ich. Nieco zdziwiło to ludzi, szczególnie gdy na ich oczach, drzwi same się zamknęły. - Panowie, e…, dlaczego nie ma wszystkich? –Zapytał, patrząc na kilka pustych krzeseł. - Pracują w terenie, sam pan im to polecił. – Odezwał się siedzący najbliżej stojącego uczonego mężczyzna. - A, tak, przepraszam, aha, to jest Adam, zaś tuż obok niego stoi Monika. Te słowa wprawiły naukowców w niemałe zakłopotanie, skoro przed nimi stoi jedynie chłopak. Nagle na ich oczach, jedno z pustych krzeseł odsunęło się od stało, a po chwili znów wsunęło się pod blat. - Teraz panowie wiedzą że tu jestem? – Zapytała ich dziewczyna. Ci zaskoczeni tym widokiem, zwrócili swe twarze w kierunku Connorsa, złowrogo spoglądając na niego. - Umawialiśmy się, że nie będziesz zajmował się twoim ’’hobby’’ w laboratorium. Ty zaś sprowadzasz nam na kark ducha? – Zapytał go ten sam człowiek co przed chwilą. - To nie duch. Monika stała się w jakiś sposób niewidzialna. – Odparł ze spokojem. - Niewidzialna? Zresztą nieważne, zajmujemy się meteorologią, a teraz badamy te tornada, które były tu niedawno. Nie chcesz chyba, aby nasi sponsorzy i przyjaciele z USA dowiedzieli się, ze trwonimy ich pieniądze na badanie zwykłych bajek? - Sam widzisz Andrzej że nie są to bajki. - Ale oni mogą tego nie dostrzec. Musimy się trzymać tego, do czego się…