Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 26 min czytania

Trzeci czynnik część VI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Rozdział VI – Widmo z nad rzeki.{/b}

„Wiara w duchy od wieków była niezwykle silna. Przychodzący z tamtego świata zjawom, często przyświeca im niejasny dla nas cel, często jednak możemy odkryć kierujące nimi prawidłowości. Bardzo często straszące ludzi upiory to dusze samobójców, winiących za swoją śmierć swoich bliskich. Nie zawsze jednak duchy są złe, wręcz przeciwnie. To właśnie one są ofiarami, cierpiącymi w naszym świecie, po którym błąkają się, szukając skutecznej drogi w zaświaty. Co jednak stało by się, gdyby dusza napotkała na swojej drodze inną istotę, także owianą tajemnicą. Czy kiedykolwiek przyszłoby komuś do głowy, jak wyglądałoby spotkanie istoty pozaziemskiej z duchem? Czy oni, wierzą w takie rzeczy? A może są na tyle inteligentni, by nie tylko wiedzieć że istnieje życie po życiu, ale również wiedzieć jak można takie zjawisko kontrolować?”

Poniedziałek, godzina 19.05. W gęstym lesie, niedaleko drogi biegnącej do Borkowic, leśniczy znalazł zwłoki młodego mężczyzny. Na miejscu zjawił się komisarz Iwański, wraz z ekipą śledczą. Lekarz sądowy, który dotarł na miejsce jako pierwszy stwierdził, że zgon nastąpił jakiś tydzień temu. Świadczyć o tym mogła analiza plam opadowych, stężenia pośmiertnego a także drugi stopień (druga wylinka) rozwoju żerujących na ciele larw muchy domowej. Ciało było w dość znacznym stopniu rozkładu, cały czas leżało ono w wilgotnym mchu, a żerujące na nim owady (nie tylko larwy much) zrobiły swoje. W pobliżu miejsca zbrodni, śledczym udało się zabezpieczyć potencjalne narzędzie mordu, to znaczy grubą gałąź, z zakrwawionym, jednym z jej końców. Komisarz polecił zapakować ją w foliowy worek, a następnie razem z innymi dowodami zbrodni (m.in. śladami DNA) przesłać do analizy w białostockim laboratorium kryminalistycznym. Z połamanych gałęzi krzaków, kawałkami tkaniny na kolcach malin, oraz licznych odciskach butów, wnioskować można, że doszło do zaciętej walki. Iwański wysłał kilku policjantów by przesłuchali mieszkańców okolicznych domów, sam zaś postanowił wrócić do swojej komendy. Wieść o znalezionym w lesie trupie, obiegła całą miejscowość w dość zaskakującym tempie. Sąsiadka sąsiadce, sąsiad sąsiadowi…któryś z życzliwych opowiedział o wszystkim pani Rybickiej, ta zaś wspomniała o tym Monice. To sprawiło, że na nowo zaczęła przeżywać zabójstwo łotra z lasu. Próbując o tym wszystkim zapomnieć, położyła się do łóżka. Kolejny koszmar senny sprawił, iż nie było jej dane długo pospać. Obudziła się w środku nocy, gdzieś w okolicach drugiej, trzeciej może czwartej godziny. Senny groza tak ją wyczerpała, że postanowiła zapomnieć o tym, chłodząc się szklanką zimnej wody. Wstała z łóżka i poszła ciemnym korytarzem prowadzącym wprost do kuchni. Nim jednak tam dotarła, jej wrażliwe uszy wychwyciły cichy chichot, a następnie wypowiedziane szeptem jej imię. Monika złapała się za głowę - Co się ze mną dzieje? – Cichutko zapytała sama siebie. Po chwili ponownie usłyszała swoje imię. - Kim jesteś? – Zapytała po cichu. - Dobrze mnie znasz, wierz mi. - Czego ode mnie chcesz? - Dowiesz się, ale chce z tobą porozmawiać twarzą w twarz. - Gdzie jesteś? - Podążaj za moim głosem, a się przekonasz. Znów rozległ się cichutki chichot. Monika podążała za nim aż do momentu, gdy dotarła do łazienki. Stamtąd, bowiem dźwięk był najintensywniejszy. Zatrzymała się przed drzwiami. Powoli je otworzyła, po czym weszła do środka. - Tutaj jestem! Monika spojrzała na lustro wiszące nad zlewozmywakiem. Ujrzała w nim swoje odbicie, które próbowało z nią…rozmawiać. - Witaj. – Przywitało się z nią jej odbicie. Myśląc, że już kompletnie traci zmysły z tego wszystkiego, odkręciła kurek z ciepłą wodą, a następnie dokładnie przemyła swoja twarz. Złapała za wiszący obok ręcznik. Wytarła się nim porządnie. - I co pomogło? – Zapytało ją ponownie odbicie - Kim ty do diabła jesteś? – Zapytała lekko podenerwowana. - Nie jestem diabłem, choć blisko byłaś. Otóż ja jestem tobą, a dokładniej rzecz biorąc jestem twoją jakby to nazwać; ciemną, mroczną stroną duszy. - Ale czego ty ode mnie chcesz? - Ja? Po prostu chce ci uświadomić, że od pewnych rzeczy nie ma ucieczki, i że są one ci pisane. - Jakich rzeczy? - Nie udawaj idiotki, bo dobrze wiesz, po co ci się ukazałam. Pamiętasz: ciemny las, sama, na łasce bezwzględnego bandyty, który mógł zrobić ci krzywdę. - Skoro jesteś częścią mnie, to, dlaczego mi o tym wspominasz, skoro wiesz, że chce o tym zapomnieć? - Powinnaś zdać sobie sprawę z tego, że pewnych wspomnień nie można wymazać z pamięci jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki. Jestem pewna, że pewnego dnia znów będziesz miała na sumieniu kolejnego człowieka, mordercy z reguły nie poprzestają na jednej ofiary, będą, bowiem zabijać dalej, oczywiście o ile nikt ich wcześniej nie powstrzyma. To jest jak narkotyk, Zaczyna się od jednego, potem jest drugi, trzeci, aż w końcu ogarnia człowieka znieczulica, na ludzkie cierpienie i śmierć. To jedyna droga do tego, by móc zapomnieć o tak strasznej zbrodni, jaką jest morderstwo. - Nie, nie jestem morderczynią, to był wypadek, broniłam się… - Jesteś morderczynią, tak czy siak, i nic tego nie zmieni, nic… - Nie! - Morderczyni, morderczyni… - Nie!!! Monika chwyciła za stojącą na półce lampę, po czym z całej siły walnęła nią o lustro, tłukąc je na setki części. Do łazienki wbiegła jej mama. Ujrzała zakrwawioną córkę. Część kawałków szkła wbiła się, bowiem w jej ciało. Dziewczyna nic nie mówiąc wtuliła się w jej ramiona, płacząc przy tym jak nigdy dotąd.

Marta podjechała swoją czarną mazdą pod dom X-sa. Zastała go w swoim laboratorium. Siedział na swoim krześle obrotowym, wpatrując się w akwarium z jednym ze swoich ptaszników. Dziewczyna w końcu odważyła się i podeszła do niego. - Tu jesteś! – Odparła nieśmiało. - Jak widać. – Odburknął jej ironicznie. - Muszę przyznać, iż sama nie wiem, dlaczego tutaj jestem, ale moja intuicja podpowiedziała mi, że dobrze będzie się z tobą spotkać. X obrócił się w jej stronę. Spojrzał przenikliwie na jej twarz. - Intuicja powiadasz. - Tak. - To prawie jak instynkt. - Nie rozumiem. - Instynkt sprawia, że ćma zawsze leci w kierunku światła. Wychodzi więc na to, że ja jestem twoim…światłem. - To bardzo miłe. – Odpowiedziała mu nieco zawstydzona. - Powiedz mi, co tam u profesora Connors? - A co, znów planujesz na niego jakiś zamach? - Zabawne. - Co? - Zapytałaś mnie o to z takim… stoickim spokojem, a przecież mówisz o śmierci swojego chlebodawcy. - Miałeś rację, co do niego. - To znaczy? - To naprawdę pseudo naukowiec od duchów i kosmitów, a nie porządny badacz chmur i deszczu. - Mówiłem. - Teraz zdaje sobie sprawę ze jedyny naukowiec w okolicy, któremu powinnam ufać, jesteś ty. - A skąd ta pewność, że powinnaś mi ufać? - A nie powinnam? - W dzisiejszych czasach im człowiek jest bardziej nieufny, tym dłużej…żyje. - Tego nauczyli cię na roku psychologii? - Nie, tego nauczyło mnie życie. Nie tylko zresztą tego - A czego jeszcze? – Zapytała dociekliwie. - Jeżeli chcesz się tego dowiedzieć, to zapraszam do mojej…sypialni. - Skąd pewność, że z tobą pójdę do łóżka? - Bo wierzę, iż jest to jeden z powodów, dla których do mnie zawitałaś - W takim razie… X przerwał jej i zaprowadził ją do swojej sypialni, gdzie oboje się rozebrali, a następnie położyli się do łóżka, gdzie pod kołdrą doszło do zbliżenia płciowego w stylu kamasutry. Trwało to niemal całą noc, także Marta wróciła do laboratorium Connors dopiero następnego dnia. W nim trwały przygotowania do zaplanowanej przez Profesora ekspedycji, mającej na celu wyjaśnić związane ze starym dworem anomalie. Dzieciaki pomagały profesorowi w pakowaniu sprzętu. Ich matka zgodziła się by jechały razem z Connorsem, aby moc mu pokazać miejsce, w którym doszło do zjawisk paranormalnych. W pewnej chwili spostrzegł wchodzącą do domu Martę. Podbiegł do niej, by móc z nią porozmawiać. Ta najwyraźniej chciała uniknąć rozmowy z nim. Gdy tylko go zauważyła, natychmiast zawróciła w stronę swojego samochodu, nim jednak zdążyła do niego dojść, profesor złapał ją za prawe ramie. Dziewczyna odwróciła się w jego kierunku. Mimo to profesor cały czas ją mocno trzymał - Chyba musimy pogadać? - Witaj Robert. – Przywitała się, próbując wykręcić się od rozmowy, w dość jednak nieumiejętny sposób. - Może na początku mi powiesz, co tam u Skowrońskiego, czy może raczej, co tam u X-sa? - Nie wiem, o co ci chodzi. – Dziewczyna próbowała uwolnić się z uścisku profesora. Na próżno jednak, gdyż ten cały czas mocno ją trzymał. - Nie udawaj greka, znalazłem wizytówkę Skowrońskiego na twoim łóżku. - I co z tego? - Co z tego? Ten człowiek usiłował mnie zabić, a ty… - No, co? Raz się z nim raz spotkałam, w końcu jestem dorosła. - Jesteś też moją pracownicą - To, co? Zwolnisz mnie? - Wiesz, że tego nie chcę - Doprawdy?, X miał wiele racji, co do ciebie - Jakich racji, co on ci nagadał? - Nie ważne. Profesor puścił ją pozwalając jej iść do laboratorium. Teraz zaczął się zastanawiać nad tym, czy powinien postawić sprawy jasno i zwolnić ją. A może powinien przymknąć na to oko. Ale jeśli tak to jak można udawać, że nie widać jak Marta spotyka się potajemnie z mordercą. Zaczął iść powoli do swojego domu, nie przestając ani na moment nad tym myśleć. Po drodze zaczepiła go Monika. - Profesorze! - Tak? - Przepraszam, że się wtrącam, ale słyszałam pana rozmowę z Martą. Czy coś się stało? - Nie nic, to tylko takie nasz sprawy. - Skoro tak…, chciałam przeprosić za lustro… - Nic się nie stało, ale właściwie, dlaczego je stłukłaś? - Nie mam pojęcia, wszystko to było jak ze snu, te głosy, ta postać - Nie martw się, to pewnie przemęczenie, wszystko będzie dobrze. - Tak pan myśli? - Jestem tego pewny. Chodźmy do laboratorium, przed nami ciężki dzień. - Dobrze. Kilka minut intensywnych przygotowań wystarczyłoby ruszyć w drogę do opuszczonego dworu. Chłopcy koniecznie chcieli pokazać profesorowi świecące głazy, na które natknęli się tam. Wcześniej Connors miał je okazje oglądać na zdjęciach zrobionych przez Adama, jednak niebyły one zbytnio przekonujące. Po jakimś kwadransie dotarli w końcu na miejscu. Profesor podzielił zadania pomiędzy dwie grupy. Marta razem z Moniką miały zbadać wnętrze domu, profesor zaś razem z chłopcami miał zbadać niezwykłe głazy. W drodze do wnętrza budynku, dziewczyny natknęły się na jasny plac utworzony z czegoś sypkiego. Obie przy nim kucnęłyby lepiej się mu przyjrzeć. Miał on średnice jakichś 30 cm. Dr Drawiecka wyciągnęła ręką by wziąć odrobinę tego pyłu na swoje palce. Kciukiem rozmasowała go na dwóch głównych palcach. Monika spytała ją, co to może być. Jedyne, z czym ta substancja mogła się kojarzyć pani doktor to popiół, dlatego też takiej odpowiedzi jej udzieliła. Mimo pewności z jaką to zrobiła, wyciągnęła ze swojej torby na sprzęt badawczy probówkę, do której włożyła pałeczkę higieniczną, na którą wzięła odrobinę tej substancji, by móc ustalić, od czego on pochodzi. Gdy tylko Marta zabrała próbkę, obie mogły zacząć wchodzić do strasznego budynku. W tym samym czasie, chłopcy zaprowadzili profesora w miejsce gdzie znajdowały się niezwykłe kamienie. Kompletne zdumienie ogarnęło go, gdy ujrzał święcące fioletowym blaskiem głazy. Podszedł do nich odpowiednio, blisko, aby móc rozkoszować swój wzrok niezwykłym pięknem tej fantastycznej odmianie fioletu. Chłopcy również wpatrywali się w nie, jednak szybko zwrócili uwagę na to w jak dziwny sposób, profesor nie odrywa od nich swego przenikliwego spojrzenia. Wyglądał on tak jak by znajdował się w jakimś transie, albo pod wpływem hipnozy. Piotrek machnął mu przed oczami swoją ręką, jednak nie było z jego strony żadnej reakcji. Dopiero, gdy Adam szturchnął go ręką w łokieć, Connors wrócił do rzeczywistości. Wszyscy skojarzyli, iż ich piękno jest niezwykle zwodnicze i bardzo niebezpieczne, nie można było jednak tego tak zostawić, a przynajmniej profesor nie chciał zrezygnować z możliwości ich zbadania. Pobiegł z powrotem do samochodu. Po chwili grzebania w bagażniku, wyciągnął z niego kilka przeróżnych urządzeń badawczych, służących do rozmaitych pomiarów i analiz badawczych (m.in. wykrywanie pola magnetycznego, promieniowania, ukształtowania terenu czy też temperatury i wilgotności otoczenia). Wrócił, po czym poustawiał je wokół głazów. - Ta aparatura zbierze potrzebne mi dane – oznajmił profesor - Dowiemy się dzięki niej, dlaczego tak świecą? – Zapytał Piotrek - Mam taką nadzieje. Adam kręcił się wokół głazów, podczas gdy inni zajęci byli obsługą sprzętu, jego uwagę zwróciło puste, piaszczyste pole znajdujące się wewnątrz okręgu. Czym prędzej powiadomił o tym Connorsa. Profesor kucnął przed nimi, bacznie przyglądając się placykowi piaszczystego pustkowia. Zdał sobie sprawę z tego, iż nie może być to przypadkiem, a raczej celowym działaniem. W tej chwili profesor dostał istnego olśnienia. Zaczął rękami odgarniać piasek, mając nadzieje, że uda mu się odkryć tajemnice kamieni. Im bardziej udawało mu

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Trzeci czynnik część VI — czytnik · opowiadania