Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 24 min czytania

Trzeci czynnik część X

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Rozdział X – Licho leśne{/b}

’’To było przerażające, dotarliśmy do pewnego miejsca w lesie, znajdowało się ono w dole, a prowadziła do niego ścieżka, biegnąca wzdłuż niedużego zbocza. Zeszliśmy tam mając nadzieje że uda nam się odnaleźć chłopców. Przed nami pojawiła się, jak by brama, której mury utworzone były z potężnych świerków. Rozpętała się burza, wokół były tylko drzewa, i nic więcej. Weszliśmy tam. W głębi odkryliśmy polanę wyściełaną przez rosnący tam mech. Na nim leżeli obaj. Wyglądali na całych i zdrowych, tuż nad nimi zaś pochylała się ta postać. Na pierwszy rzut oka był to człowiek, stary, zaniedbany, ubrany w jakieś stare, obdarte łachmany, obrośnięty brodą i siwymi włosami człowiek. Moi ludzie wyciągnęli broń, byli gotowi jej użyć, gdyby okazało się że mamy do czynienia z kimś niebezpiecznym. Podeszliśmy bliżej. Popatrzyliśmy na jego twarz. Na niej usytuowane były zżółkłe oczy, nos jak u zwierzęcia, jakiejś świni czy czegoś takiego, a zęby!, To były kły jak u drapieżnego zwierza, wystające z jego szczęki. Dodatkowo ciało pokryte było czymś w rodzaju włosów, a raczej sierści. To było straszne. Kolega strzelił w powietrze by wypłoszyć potwora.’’ - I co się stało? ’’Usłyszawszy strzał spojrzało się na nas, potem zaś zniknęło wśród gęstwin. Otoczyliśmy chłopców, chcąc zapewnić im ciepło. Jak się okazało, młodszy z nich miał zwichniętą nogę. Rozpętało się piekło. Deszczyk który niewinnie kropił, przerodził się w potężną ulewę, wiatr który hulał tu i tam zamienił się w huragan, pojedyncze błyski stały się walącymi na oślep gromami. Byliśmy zdani tylko na siebie. A to coś nadal nas obserwowało. Nie widzieliśmy go, ale czuliśmy jego obecność, słyszeliśmy odgłosy kroków, jakichś pomrukiwań.’’ - Jak to się skończyło? ’’Pilot śmigłowca uczestniczącego w poszukiwaniach, mimo huraganowego wiatru, mimo burzy, zdołał nas, cudem wyciągnął z tego piekła mnie oraz chłopców. Reszta została. Widać w helikopterze musiałam stracić przytomność, bo jedyną rzeczą, którą pamiętam po tym zdarzeniu, jest pobudka w szpitalu.’’

- Tak to mniej więcej było, jak mi to opisywała, oczywiście wszystko dokładnie zanotowałam. - Tak, widzimy, czy to pierwszy taki przypadek w tym szpitalu? - Chyba tak, boże nie wiem, pracuje tu od piętnastu lat, ale pierwszy raz słyszałam o czymś takim w tym szpitalu. - A słyszała pani coś poza szpitalem? - Dawno temu, moja mama opowiadała mi historię o istocie zamieszkującej puszczę. Powtarzała ’’Licho leśne nie śpi, bądź czujna, bo jeśli je rozgniewasz, możesz sprowadzić na siebie jego gniew.’’, Jako dziecko, i owszem wierzyłam w to, tak samo jak w czerwonego kapturka i złego wilka, a później, gdy dorosłam uznałam to za miejscową legendę i włożyłam jej opowieści tam gdzie ich miejsce: między bajki. - A co potrafi pani powiedzieć o komisarzu Janie Iwańskim? - Nie rozmawiałam z nim jeszcze, wiem tylko tyle że padł ofiarą huraganu, chyba tego samego, o którym mówiła podkomisarz Joanna Morawska, że tkwi w śpiączce a jego organizm jest doszczętnie wyczerpany, jak by spędził miesiące na jakimś odludziu. I te zaczerwienienia wokół oczu. - Zaczerwienienia? - Tak, podobno nikt nie potrafi ustalić przyczyny ich powstania. - Pod szpitalem widziałem kręcących się policjantów, dlaczego tu są? - Nie wiem, plotki mówią że podczas prowadzonego przez niego śledztwa nad jeziorem, natknął się na bandytów, że doszło do strzelaniny. Boją się o jego życie. - Cóż, na razie dziękujemy pani, ale gdyby pani miała okazję rozmawiać z komisarzem Iwańskim, proszę dać nam znać. Będziemy zobowiązani. - Oczywiście, czy mogę zadać panom pytanie? - Może pani je zadać, choć nie sądzę bym mógł udzielić na nie odpowiedzi. - Dlaczego panowie interesują się to dwójką? Jesteście z służb specjalnych, z prokuratury? - Jak pani wspomnieliśmy na wstępie, prowadzimy dochodzenie w sprawie tego co zaszło nad jeziorem, a tożsamość moja i kolegi jest u utajniona. - Rozumiem. - Oczywiście nie muszę pani powtarzać by ta rozmowa, nasza obecność tutaj pozostała między nami dr Barbaro Malicka. - Oczywiście. - Do zobaczenia. Pożegnawszy się z panią doktor, nieznajomi wyszli z pokoju lekarskiego. Po kilku minutach również i ona wyszły, na jej drodze jednak znalazł się kolejny nieznany jej człowiek z laską w ręku. - Kim pan jest, kolejnym tajnym agentem? – Zapytała się ironicznie. - Nie, szukam komisarza Iwańskiego, gdzie go mogę znaleźć? - Jest w Sali na pierwszym piętrze, przykro mi, ale tkwi w śpiączce i wszelkie wizyty są w tej chwili niewskazane. - Śpiączka? Mógłbym sam to ocenić? - Ocenić? Pan jest z rodziny? - Można to tak nazwać, po za tym, podobnie jak pani, jestem doktorem. – Odparł spoglądając kątem oka na plakietkę z jej nazwiskiem przyczepioną do jej kitla. - Nie wiem czy powinnam pana wpuścić, z reszta policja zabroniła wpuszczać osoby bez potwierdzenia tożsamości. Ma pan dowód osobisty? - Tak, mam go gdzieś, niech pani poczeka… Nieznajomy, odłożywszy laskę, zaczął szperać po kieszeniach swego ubrania. Po kilku sekundach, wreszcie coś wynalazł w wewnętrznej kieszeni swego płaszcza. - Chyba znalazłem, chwileczkę… Szybkim ruchem wyciągnął coś z kieszeni, i by najmniej nie był to dowód. Przy pomocy prostokątnego przedmiotu rozmiarów pisaka, wytworzył niewielka ilość zielonkawego gazu, którym potraktował twarz lekarki. Ta niemal natychmiast straciła przytomność. Nieznajomy złapał ją ostrożnie i posadził ją na krzesłach przy pokoju lekarskim. - Cóż, zmuszony będę pofatygować się do niego sam. Korzystając z wskazówki pani doktor, złapał za lakę i udał się z parteru na pierwsze piętro. Przed jedną z sal chorych ujrzał dwóch strzegących wejścia, uzbrojonych strażników. - Bingo! – Szepnął do siebie. Powoli podszedł do obydwóch. Początkowo próbował wmówić im tą samą bajeczkę co Malickiej, potem kręcił coś o swych kontaktach w resorcie sprawiedliwości, w końcu jednak zmuszony był uśpić ich w ten sam sposób co ją, tym razem przy pomocy dwóch gadżetów. Śpiączka komisarza jak się miało okazać, nie była czym poważnym. Jak na zawołanie, w jednym momencie odzyskał przytomność. Oswojenie się z sytuacja w jakiej się obecnie znalazł było o wiele trudniejsze. Tym bardziej, że pierwsze co ujrzał, wcale go nie uszczęśliwiło. - Obudziłeś się? Jak… miło. - X, czego chcesz? - Skąd ta powaga w pana minie komisarzu, niech pan się rozchmurzy, uśmiechnie, świat jest przecież taki…piękny - Wielbiciel piękna się znalazł. – Wtrącił kąśliwie w jego słowa. - Zawsze lubiłem piękno otaczającej człowieka przyrody, zawsze. Widzę że pana zdrowie nie jest w najlepszej kondycji. A ta przygoda na jeziorze, ech…prawdziwa jazda bez trzymanki, choć pan jak na twardego glinę przystało, musiał zgrywać bohatera, i niestety pański obecny stan jest tego opłakanym…skutkiem. - Było do mnie nie strzelać tylko grzecznie iść do więzienia, nie straciłbyś wtedy łodzi i załogi. - E… tam łódź, wynajmę drugą jeśli zajdzie konieczność, to samo z załogą, nawet nie wiesz ilu ludzi za drobną opłatą jest wstanie przeżyć dokładnie to samo. - Nie obchodzi cię że tam zginęli ludzie, twoi bliscy współpracownicy? - Znów nie tacy bliscy, po za tym ja nie przywiązuje zbytniej wagi do jakichś tam przyjaźni, bliskich kontaktów. To tylko osłabia człowieka. A skoro już jesteśmy w tematyce umierania, to musiało być straszne. - Co? - To co spotkało panią Rybicką, przygnieciona przez drzewo, straszne, te połamane kości, jej ciało wgniecione w korę tej topoli. - Musisz mi to teraz mówić? - Widziałeś ją, stałeś tam patrząc na nią, leżącą pod tym drzewem. Powiedz mi, jak to było, gdy musiałeś patrzeć na to, nie mogąc nic zrobić by jej pomóc? Jakie to uczucie? - Jesteś nienormalny. - Wiem, i dobrze mi z tym. To jak, powie mi to pan? A może potrzebuje pan chwili na zastanowienie się. Niech pan się nie martwi, dam panu wieczność na przemyślenie tego, przy okazji będzie pan miał szansę przedyskutować to z nią, tam. X przykucnął przy jego łóżku uruchamiając jednocześnie ostrze w swojej lasce. Komisarz domyślając się że X chce go zabić, panicznie rozglądał się wokół. - Szuka pan broni? Nie znaleźli jej… ponoć, liczy pan na czyjąś pomoc? W dzisiejszych czasach człowiek musi liczyć tylko na siebie, inaczej nie przeżyje zbyt długo. Oczy komisarza skupiły się w jednym miejscu, zdziwiło to X-sa, gdyż nie był to on ani ostrze jego laski. Odwrócił się. W progu drzwi ujrzał czarnego jak smoła owczarka patrzącego na niego złowieszczo swymi lekko czerwonawymi oczami i warczącego na niego groźnie. - Pies? Jakaś nowość. Ledwo zdążył wstać z podłogi, jak poczuł na ciele pchnięcie psa który z siłą błyskawicy rzucił się na niego, wypychając go jednocześnie przez będące tuż za nim okno. Upadek z pierwszego piętra nie mógłby się skończyć bez złamań, gdyby nierosnące pod oknem krzaki, które nieco załagodziły upadek. Laska wylądowała parę metrów dalej, to też otrzepujący się z liści X, chcąc wyrównać rachunki z czworonogiem strzelił do niego kilka razy ze swego pistoletu. Na jego nieszczęście strzały zwróciły uwagę nadjeżdżającego patrolu policji. Ci schowawszy się za swój radiowóz, wyjęli swoje pistolety i krzyknęli że są z policji, oraz by rzucił broń i położył ręce na swoim karku. Skowroński natychmiast rozpoczął ostrzał radiowozu. Policjanci trójka policjantów odpowiedziała mu tym samym razy trzy. Po kolejnych dwóch strzałach ze swojej strony, zdał sobie sprawę z tego ze niechętnie, ale jednak zmuszony jest się wycofać. Nie przerywając strzelania pobiegł za budynek, skąd miał prostą drogę do jezdni. Tam zatrzymał jadące właśnie czarne BMW i grożąc bronią, zmusił kierowcę i osobę mu towarzyszącą do wpuszczenia go do środka. - Panowie wybaczą, ale wdzięczny będę jeśli podrzucicie mnie do mojej chałupy. – Szepnął do nich, siedząc już na tylnym siedzeniu, cały czas trzymając gotową do strzału bron. - Będzie pan w stanie wyrazić swoją wdzięczność opowiadając nam o zajściach nad jeziorem Węgorzy doktorze X? Wiedza o jego drugiej tożsamości i o tym że coś wydarzyło się nad jeziorem wprawiła Skowrońskiego w niemałe zakłopotanie. Powoli opuścił broń, nieprzerwanie spoglądając na nieznajomych. W jego oczy od razu rzuciły się ich czarne garnitury. Zakłopotanie szybko jednak przekształcił w radość, którą objawił swym niezawodnym uśmiechem na twarzy. - A jednak! - Co jednak? Zapytał kierujący pojazdem, zerkając co rusz na lusterko. - Jak to co? Istniejecie. A sądziłem że jesteście mitem jak prawdziwa przyjaźń między ludzka, czy to że są przedmioty których nie da się kupić. - Nie wiemy o czym mówisz? X ponownie się uśmiechnął, jeszcze radośniej niż przed chwilą. - Czy to ważne, czy wiecie czy nie? Ważne jest to, jak możemy pomóc sobie nawzajem. - Słuchamy. - Nie, to ja słucham - Czego? - Was, tego co skrywacie, to co jest waszą największą tajemnicą. - Skąd przypuszczenie że cokolwiek ci coś powiemy? - A dlaczego mielibyście tego nie powiedzieć? - Są na tym świecie rzeczy, które przekraczają zdolność ludzkiego rozumowania, a to czego chcesz się dowiedzieć, tym właśnie jest. Tego już X nie był wstanie wytrzymać. Roześmiał się, i to tak jak nigdy do tej pory, śmiał się i śmiał… to było coś, czego tajemniczy ludzie(?) Nie byli wstanie przewidzieć. - Hahaha…uważacie że świat jest tak bardzo skomplikowany, by trzeba było...Haha…robić z tego bóg wie jakie sekrety, że niby wy jesteście inteligentniejsi…hahaha. - Jesteś dziwny. - Wiem, Co nie potrafiliście tego od razu rozszyfrować, co? Wasza ’’nad inteligencja’’ nad wszystkimi wokół nie jest taka pewna. - Świat nie jest tak prosty, jak ci się wydaje. - Jest znacznie prostszy. - Ludzie go upraszczają wprowadzając na miarę swojego toku myślenia, wprowadzając pojęcia typu ’’Dobro’’, czy ’’Zło’’, za każdym razem, tam gdzie pojawiamy się, ludzie widzą w nas dobrych agentów organów ścigania, bądź złych urzędników, próbujących mieszać im w głowach. - A tak nie jest? - My robimy tylko to, co do nas należy. - Muszę przyznać wam rację. Dobro i

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Trzeci czynnik część X — czytnik · opowiadania