Akcja · 42 min czytania
Trzeci czynnik część XI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Rozdział XI – Siła umysłu {/b}
Jest noc, gdzieś w okolicach 2.00 – 3.00. Wszyscy ze spokojem odpoczywali po ciężkich dniach jakie mieli okazję przeżyć. Coś jednak postanowiła zakłócić sen jednej z osób. Dźwięk telefonu obudził śpiącą Monikę. Zdenerwowana tym, że ktoś postanowił obudzić ją w środku nocy, podniosła z złością telefon. - Halo? – Zapytała zdenerwowana. Słyszała wyraźnie że ktoś trzyma w ręku słuchawkę, jednak nie odezwał się ani słowem. Odczekała kilka sekund, po czym odłożyła słuchawkę i położyła się z powrotem spać. Telefon zadzwonił ponownie, tym razem około godziny 7.00. Monika znów zmuszona była przerwać sen by odebrać telefon. Usłyszała dźwięki znane jej z wczorajszego telefonu. Trwały one kilka sekund. Po nich zaś odezwał się jakiś głos - Monika Rybicka, urodzona w 1995 r. zamieszkała w Borkowicach na ul. Prostej 15? - Kto mówi? – Zapytała lekko zdenerwowana. - Rzeczy których świadkami byłaś ty, twoi bracia, oraz naukowcy. Macie zapomnieć o nich, nie rozmawiać o nich z żadnymi osobami, traktować je jak sen. - Dlaczego? - Jeśli nie zastosujesz się do poleceń, przyjdziemy do ciebie, sprawimy że tobie i twoim najbliższym stanie się krzywda. - No to proszę, przychodźcie. – Oparła pewna siebie dziewczyna. Nie chcąc dłużej kontynuować tej, jakże dziwnej rozmowy rozłączyła się. Niemal w tym samym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Pobiegła do nich, by zobaczyć kto przyszedł. Otworzywszy je, ujrzała w progu dwóch mężczyzn równego sobie wzrostu. Byli także ubrani w jednakowe, eleganckie czarne garnitury, takie same, czarne spodnie, buty, oraz kapelusze na głowach. Ich oczy zaś zakryte były ciemnymi okularami. - Monika Rybicka, urodzona w 1995 r. zamieszkała w Borkowicach na ul. Prostej 15? – Zapytał jeden z nieznajomych. Monika od razu poznała głos z telefonu. - Kim jesteście? - Monika Rybicka, urodzona w 1995 r. zamieszkała w Borkowicach na ul. Prostej 15? – Powtórzył pytanie drugi z nieznajomych. - Może, a o co chodzi? – Zapytała niepewnie. - Monika Rybicka, urodzona w 1995 r. zamieszkała w Borkowicach na ul. Prostej 15? – Powtórzył ponownie pytanie. Zdenerwowana ciągle tym samym pytaniem odpowiedziała że tak nazywa się Monika Rybicka, urodziła się w 95 r i mieszka pod podanym adresem. - Możemy wejść do środka? – Zapytał jeden z nich. - Po co? - Czy możemy wejść do środka? – Powtórzył pytanie drugi nieznajomy. - Nie no, znów zaczynacie? Dobra, właźcie. Monika zaprowadziła ich do salonu, gdzie pozwoliła im zasiąść przy stole. Ci zasiadali, bez żadnych zbędnych pytań, ich zachowanie jednak było co najmniej dziwne. Wchodząc do środka nie raczyli zdjąć kapeluszy, patrzyli na przedmioty wokół jak by były czymś niezwykłym, cały czas będąc jakby stremowanymi. Niezwykłe zaciekawienie wywołał leżący na stole długopis. Jeden z nich chwycił go delikatnie między dwa palce, patrząc na niego pod różnymi kątami. Zupełnie jak dziecko oglądające nową zabawkę. Te ’’oględziny’’ przerwał im profesor, który niespodziewanie wszedł do salonu. Z niepokojem spojrzał na dziwnych nieznajomych przy jego stole. Ci na jego widok w końcu zdjęli swe kapelusze i okulary. Choć kto wie, czy nie lepiej było by, gdyby tego nie zrobili. Wygląd ich twarzy był co najmniej dziwny, jeśli by nie…sztuczny. Skóra na pierwszy rzut oka wyglądała, jak by była pokryta jakimś pudrem, albo innym środkiem do makijażów, oczy podmalowane były czymś niebieskawym, jak u wymalowanej kobiety, zaś ich usta zamiast zwykłego kształtu, tworzyły jak by namalowaną czerwoną kredką linię. Jeden z nich wyciągnął z kieszeni jakiś okrągły przedmiot. Pokazał go wszystkim, w taki sposób by był on doskonale wszystkim widoczny. Ponad wszelką wątpliwość, widać było że nieznajomy trzymał w ręku jakąś monetę. Następnie położył ja na swojej dłoni. W chwili gdy to uczynił, moneta zaczęła powoli stawać się coraz mniej widoczna. Trwało to do chwili, gdy ta całkowicie nie rozpłynęła się w powietrzu. Po tej niezwykłej sztuczce, nieznajomy zwrócił się twarzą do profesora, a jego kolega spojrzał na twarz stojącej Moniki. - Jeżeli nie zaniechacie dalszych działań prowadzących do odkrycia tajemnicy, którą to postanowiliście odkryć nie zważając na znaki ku temu nie przychylne, wasze serca spotka los tej monety. Po tych słowach założyli na głowy swe kapelusze, na oczy nałożyli okulary, wstali i wyszli. Monika podbiegła do okna by zobaczyć dokąd poszli, czy też odjechali, mimo wszystko nie było po nich najmniejszego śladu, po prostu rozpłynęli się w powietrzu jak moneta, którą im zaprezentowali. Profesor, nieco zdezorientowany całą sytuacją przysiadł na krześle. - Jesteśmy naprawdę blisko, skoro nas odwiedzili. Monika podeszła do niego by następnie przykucnąć przed nim. - Kim oni byli? - Słyszałaś o ludziach w czerni? - Coś jak Faceci w czerni? Taki film był chyba? - Tak, i choć film potraktował ich z dużą pobłażliwością, to motyw przewodni jest ten sam. - Kosmici? - Ludzie w czerni odwiedzają wybrane osoby, które miały jakikolwiek kontakt z UFO. Czy to widzieli latające dyski, czy to zostali przez nich porwani, czy to byli świadkami innego rodzaju kontaktów. - Po co ich odwiedzają? - Z tych samych powodów, dla których odwiedzili nas ci znajomi. By wywrzeć na ludziach presję, by nie rozpowszechniały tego że widzieli coś niezwykłego, by milczeli jak grób. - Kim oni właściwie są? - Nie wiadomo. Jedni twierdzą że to tajna organizacja strzegąca prawdy o kosmitach na ziemi, tak jak w filmie zostało to przedstawione, inni natomiast uważają że są to sami kosmici, którzy nie chcą by było o nich głośno. - Którzy mają rację? - Nie wiem, choć ich zachowanie, ich wygląd raczej mówią samo za siebie.
Niczym nagła burza, X wpadł do swojego laboratorium, próbując za wszelką cenę powstrzymać napady szaleństwa, nie było to jednak łatwe, biegnąc potykał się co chwila o półki i szafki, tłukąc co rusz jakieś szklane naczynie. Nie znajdując innego wyjścia, zatrzymał się przed miniaturową lodówką, w której przechowywał różne substancje. Jego uwagę przykuła strzykawka wypełniona jakąś przeźroczystą substancją. Chwycił ją, zdjął zębami zawleczkę chroniącą igłę, i wbił ją sobie w żyłę na ręce. Upuściwszy strzykawkę upadł na ziemię. Kawałek dalej dostrzegł na podłodze swoją komórkę, która musiała mu najwyraźniej wypaść z kieszeni, próbował chwycić ją w dłoń, jednak ta była o wiele za daleko, a nie miał praktycznie żadnych sił, by móc do niej podejść. Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Wpatrując się złowieszczo w położenie telefonu, spostrzegł że ta…porusza się. Powoli zaczęła przybliżać się ku jego wyciągniętej ręce. Chwyciwszy ją zaczął się jej uważnie przyglądać. Nie mogąc jednak nic ciekawego zobaczyć, poniósł się ostatkiem sił by móc stanąć tak aby światło z zewnątrz, mogło ją lepiej oświetlić. Światło owszem, uwidoczniło, lecz nie to co mogłoby wyróżniać komórkę, lecz to co niespodziewanie pojawiło się na czole doktora. Czerwony punkt na kształt niespodziewanego pryszcza który był gotów obrzydzić człowiekowi życie. Moment ciszy który wtedy panował przerwał nieoczekiwany dźwięk tłukącego się szkła. Tuż przed jego czołem stała nieruchomo kula wystrzelona z za pobliskiego zakrzaczenia. Zdziwiony, zaczął uważnie przyglądać się dziwnemu zachowaniu się czegoś, co właśnie powinno go zabić. - Dziwne? Ta komórka, ten pocisk, czyżby to… By sprawdzić swą nie jasną tezę, zmrużył delikatnie brwi, myśląc o tym by pocisk trafił w tego, który go wystrzelił. I rzeczywiście. Pocisk, niczym wystrzelony z procy poszybował ku celowi, naznaczonego mu przez X-sa. Po chwili dało się usłyszeć dźwięk przypominający upadek, jakiegoś dużego przedmiotu z dużej wysokości. - No dobra, zobaczmy, kogo tam diabli niosą. Poważne osłabienie jakie wywołało wstrzyknięcie w siebie specyfiku, sprawiło że osłabiony doktor, zmuszony był użyć drewnianej laski, wzoru do stworzenia jego właściwej laski (którą niestety zgubił, próbując zabić komisarza), jako podpórki, by móc pójść w miejsce z którego dobiegł odgłos. Po kilku dobrych minutach, dotarł tam, zastając na miejscu rannego człowieka, ubranego w czarny kostium, używany przez niektóre jednostki specjalne policji. Pocisk skierowany przez X-sa trafił go w klatkę piersiową, nie zabijając go jednak a tylko poważnie raniąc. X podszedł do niego, nie dowierzając najwyraźniej temu kogo widzi. - No proszę, kogo mi tu przywiało? - Mów mi ’’czarna mamba’’ - Mamba? To rodzaj żeński, a ty jesteś rodzaju męskiego, chyba? - Mój strzał powinien zabić ciebie, nie mnie… - Widzisz, sam w to nie dowierzam, ale…?, Obiło ci się o uszy sformułowanie ’’Telekineza’’? - Coś słyszałem. – Opowiedział mu trzymając się cały czas za krwawiącą ranę, by spróbować choć trochę zatamować krew. - Telekineza, czyli zdolność poruszania przedmiotami na odległość. Coś sprawiło, że ja posiadłem ten dar. Cóż, fajnie. A teraz do rzeczy, kto zlecił ci zabicie mojej, skromnej osoby? - Wybacz, ale tajemnica zawodowa mnie obowiązuje. Anonimowość moich klientów to podstawa. X wysłuchawszy go wyciągnął pistolet. - W takim razie sprawie że stwierdzenie ’’będę milczał jak grób’’, w twoich ustach zacznie nabierać dosłownego…znaczenia. Skowroński strzelił prosto w środek jego czoła, zabijając go na miejscu. Strzał usłyszał Viktor, który przybiegłby sprawdzić co się dzieje. Na miejscu zastał X-sa z bronią w ręku a przed nim leżącego trupa. - Co tak się gapisz? – Zwrócił mu uwagę - Usłyszałem strzał, więc… - Więc z łaski swojej przydaj się na coś. Ten śmieć usiłował mnie zastrzelić. Weź jego broń, i telefon, ustal kim jest, i kto go wynajął. I zabierz tego umarlaka z trawnika. - Tak doktorze, a właściwie dlaczego pan podpiera się laską, i co z tym pańskim ’’niezwykłym stanem’’? - Nie wiem, w każdym razie po środku uspokajającym przeszło mi, ale niestety środek ten znacznie mnie osłabił, muszę wypocząć. - Oczywiście.
Wizyta tajemniczych gości wywołała wśród mieszkańców laboratorium profesora uczucie trwogi i strachu. Wszyscy obawiali się ich gróźb, choć wg zapewnień naukowca, ludzie w czerni jeszcze nigdy nikogo nie skrzywdzili. Osobą która najbardziej przeżyła spotkanie z nimi była najodważniejsza z nich: Monika. Nastała noc. Dziewczyna była osobą mocno wyczuloną na wszelkiego rodzaju zdarzenia, a objawiało się to dziwacznymi, a wręcz upiornymi snami. Tej nocy jednak jej sny, jak by się miały urzeczywistnić. Sen rozpoczął się w niezbyt przyjemnym miejscu, jakim jest cmentarz. Monika stała tam sama nad grobami swych rodziców. Była zajęta ustawianiem czerwonego znicza, gdy na szkle z którego był zrobiony, ujrzała czyjąś niewyraźną sylwetkę, odbicie. Odwróciła się, lecz nikogo nie dostrzegła. Znów próbowała ustawić znicz. Popatrzywszy się na niego, dostrzegła tym razem dwie sylwetki. Odwróciwszy się znów nikogo nie dostrzegła. Rozejrzała się więc dokładnie dookoła. Kilka metrów w prawo od grobów przy których stała, dostrzegła dwie mgliste postacie, stojące przed dwoma, niewielkimi nagrobkami. Nie bacząc na nic, postanowiła iść w ich kierunku. Z każdym jej następnym krokiem, z mgły która pojawiła się znikąd zaczęły wyłaniać się kolejne sylwetki. Gdy stanęła przed nagrobkami, szybko spostrzegła że został przez nich otoczona. Na oko było ich chyba z kilkadziesiąt. Z sylwetki wyglądali na osoby starsze. Co jednak było najbardziej przerażające, ich głowy, pozbawione były jakichkolwiek zarysów twarzy. Nie mieli ani oczu, ani nosa, uszów czy też ust. Był to po prostu cień samej głowy. Jak jednak szybko się zorientowała, to że twarzy nie było na głowach, nie oznaczało ze nie było ich w ogóle. Monika dostrzegła je bowiem…wyryte na płytach nagrobkowych, nieznanych jej osób. Z każdą sekundą, na kamieniu rysowała się kolejna, nawet gdy zabrakło miejsca, pojawiały się, jedna na drugiej. Wystraszona dziewczyna wybiegła z tłumu oblegających ją istot. Biegła. Przebiegłszy kilka metrów, na jej drodze stanęły trzy cienie. Kontury jakichś postaci. Po ubiorze można było wywnioskować że było to dwóch mężczyzn i jedna kobieta (mężczyźni ubrani byli w płaszcze sięgające im do kolan, natomiast kobieta ubrana była także w płaszcz, s tym że jej sięgał do łydek, zaś jej nogi obute były w buty na obcasie.). Przerażona próbowała uciec w którąś z bocznych stron, te jednak zastawione były przez kolejne dwie sylwetki, mężczyzn ubranych w płaszcze sięgające im do ziemi, oraz w kapelusze na głowach. Stali twarzą w twarz z zjawami z naprzeciwka. Inne rozpoczęły się do nich zbliżać. Nie udało im się jednak do nich dotrzeć. Na ich drodze stanęły płomienie, które pojawiły się dosłownie znikąd. Nie tylko ziemia stanęła w ogniu. Niebo także zakryło swój błękit, chmurami ognia, które zainicjowały spadającymi z nich żarzącymi się skalnymi grudami. Monika zmuszona była patrzeć jak wszystko wokół zaczyna płonąć. Tego było już za wiele. Obudziła się. Koszmar jednak nie zniknął. Wręcz przeciwnie. Twarze pojawiające się na płytach obu nagrobków, poczęły ’’ wypalać’’ się najpierw na jej pościeli, a potem na ścianach. - Przestańcie, przestańcie! – Krzyczała. To jednak nic nie pomogło. Stan jej frustracji sięgnął zenitu, gdy niespodziewanie jej oczy zaświeciły się zielonym światłem, a z jej dłoni zaczęły wylatywać jasnozielone dyski rozmiarów krążków do hokeja. Dźwięki które im towarzyszyły zbudziły Connorsa oraz dr Osieckiego, którzy przybiegliby sprawdzić co się dzieje. Wbiegłszy do jej pokoju ujrzeli na ścianach setki niezidentyfikowanych, ludzkich twarzy, a także ślady po wypaleniach. Dziewczyna nie potrafiła im tego wyjaśnić. Nad ranem w jej pokoju zebrał się zespół badawczy, którego zadaniem było odkrycie przyczyny powstania tego fenomenu. Pomiary wilgotności, temperatury, sprawdzenie czy nie nastąpiło zakażenie, w tym również to radioaktywne nie przyniosły jednak rozwiązania zagadki. Zwykle mówić się że zjawiska nadprzyrodzone nie ukazują się sceptykom i uczonym, jednak tym razem było zupełnie inaczej. Kilka niezwykłych wizerunków twarzy tych istot utworzyło się dosłownie na ich oczach. Dodatkowo wyszło na jawa że w jakiś niezrozumiały sposób, Monika uzyskała niezwykły dar. Ślady wypaleń na ścianie, były właśnie jej dziełem. Pod wpływem emocji (w tym wypadku strachu) z jej rąk wydobywały się właśnie jasnozielone dyski, które były swego rodzaju, skupiskiem energii nieznanego pochodzenia, mogącej spalić to, co staje im na drodze. Jej niesamowite zdolności były naprawdę piorunujące, zrobiły wrażenie nawet na profesorze, który znał wiele przypadków niezwykłych zdolności ludzi jak telepatia, pirokineza, czy leczenie poprzez dotyk, to jednak było czymś zupełnie mu nieznanym, czymś wyjątkowym i takie zdaje się już pozostanie. Twarzy jak przybywało tak przybywa. Naukowcy nie mogąc ustalić źródła, wyliczyli dokładnie co do sekundy czas pojawiania się ich. Jedna twarz pojawiała się zawsze pięć minut po drugiej, a jeśli nic ich nie zatrzyma, to po trzech dniach będzie ich około 600 mln, czyli tyle by pokryć wszystkie ściany w domu. Niewykluczone że twarze te, czy raczej istoty odpowiedzialne za ich pojawianie się, mogą mieć wpływ na ludzi, pozytywny, albo co gorsza negatywny. Monika doskonale zdawało sobie z tego sprawę. Nie chcąc by komukolwiek coś się złego stało, poprosiła profesora na osobność, by móc mu opowiedzieć swój sen, przeczuwała bowiem że może być on kluczem do rozwiązania zagadki. Connors zgodził się by z nią porozmawiać. Obydwoje weszli do, pustej teraz kuchni, w której to zasiedli przed stołem. Dziewczyna szczegółowo, krok po kroku opowiedziała mu o grobach, dziwnych istotach i postaciach. Te trzy elementy postawiły przed nimi cztery pytania. Do kogo należą dwa groby? Czy istoty które widziała były czyimiś duszami, czy też istotami pozaziemskimi? Kim były postacie na które natknęła się, uciekając przed istotami? Czy były przyjaźnie nastawione czy też wrogo? Pytania nie były proste, one jednak mogły przynieś rozwiązanie fenomenu twarzy. Dlatego priorytetem było znalezienie na nie odpowiedzi. Takowych mogła dostarczyć dość nietypowa metoda, stosowana przez psychologów – ufologów do ujawniania zapomnianych przez dane osoby, będące ofiarami porwań przez kosmitów. Hipnoza. Profesor zaprowadził ją do swojego gabinetu, nakazując przedtem naukowcom i chłopcom by nie przeszkadzali im podczas seansu. Szczęściem twarze nie ’’dotarły’’ do wnętrza, jednak istniała obawa, że w każdej chwili może się to zmienić, i wpłynąć na wyniki badania. Monika ostrożnie położyła się na jego, w miarę wygodnym łóżku, podobnym do tych jakie spotyka się w gabinetach psychologów. Profesor, podszedł do niej, usadawiając się na będącym koło łóżka krześle. Przybliżywszy się do niej, uniósł swą prawa rękę na wysokość jej oczu. - Posłuchaj, by mogło się to udać, musisz całkowicie oczyścić swój umysł z jakichkolwiek myśli, by móc skupić się jedynie na ruchach mojego palca, oraz na wypowiadanych prze zemnie słowach. - Dobrze profesorze. Connors uniósł powoli swój środkowy palec. Następnie, upewniwszy się że oczy dziewczyny skupione są wyłącznie na nim, rozpoczął powoli przesuwać go w lewą stronę, potem w prawo i tak przez cały czas. Ruchy palcem uzupełnił formułką, którą począł jej recytować. - Skup się na moim palcu, podążaj swym wzrokiem za nim, aż twe powieki staną się ciężkie. Gdy zamkniesz oczy, mój palec powoli zacznie zbliżać się do twojego czoła, a gdy go dotknę, zapadniesz w trans, twe ciało stanie się bezwładne, a twój umysł stanie się podatny na pytania które ci zadam. Widząc że Monika jest w stanie hipnozy, kontynuował dalej. - Wróć pamięcią do ostatniej nocy, przypomnij sobie co widziałaś będąc w stanie śnie, stań się ponownie jego częścią, opowiedz co widzisz. - Widzę, widzę grób. - Czyj? - Mojej mamy, widzę drugi, to grób mojego ojca - Jak wyglądają? - Kamienne pomniki, na nich stoją znicze, i leżą wieńce z kwiatów. - Dostrzegasz na nim coś niezwykłego? - Nie, o boże! - Co widzisz? - Ktoś za mną stoi, widzę ich odbicie w szklanym zniczu. - Jak ten ktoś wygląda? - Nie widać dokładnie jego sylwetki, jest zamazana, jego twarz. Znam ją. - Przypomnisz sobie, kim ona dla ciebie jest? - Nie, zbyt niewyraźna. - Dostrzegasz coś jeszcze? - Odwracam się, by móc go zobaczyć, ale nikogo nie ma. Odstawiam znicz i widzę jego, oraz kogoś jeszcze. - Kogo? - Nie wiem, ta twarz także wydaje mi się znajoma, ale jest zamazana. - Co dalej? - Odwracam się, ale oni znów znikają. W oddali dostrzegam ich, stojących przy dwóch innych grobach. Idę tam. Oni się pojawiają/ - Kto? - Nie wiem, wyglądają jak tamci, ale nimi nie są. - Kim są? - Są dla mnie obcy. - Skąd przybywają? - Oni, oni wychodzą z grobów, przenikają przez nie. - Czy to są duchy? - Chyba tak, jest ich coraz więcej. - Czego chcą? - Nie mam pojęcia, nie, nie mają twarzy, one są, są na grobach! Seans nie był bez znaczenia dla pojawiających się twarzy. Z chwilą gdy Monika była w transie, zaczęło ich przebywać coraz więcej, a co najdziwniejsze, ich miny zaczęły jak by…manifestować pokazem swej mimiki. Wszystkie ich ruchy były niezwykłe, jednak cały czas trzymały się jednego pierwowzoru, smutku. Niespodziewanie, kolejne minuty seansu poskutkowały wręcz ’’eksplozją wizerunków twarzy’’ w gabinecie profesora. Był to wystarczający powód do niepokoju. Reakcją natychmiastową była próba przerwania transu, co nie okazało się być równie proste co zahipnotyzowanie. Niespodziewanie oczy dziewczyny otworzyły się. Nie był to jednak koniec transu. Wręcz przeciwnie, był to znak głębokiego stanu podświadomości. Jej gałki oczne zamiast bieli, barwiły się zielonym światłem, zaś z jej ust padały następujące słowa - Słyszę ich! Widzę ich! Oni…boją się, oni…płoną. Jak na zawołanie, miejsca w których były twarze zaczęły wytwarzać płomienie, które w krótkim czasie zdołały objąć wszystkie ściany. Profesor usiłował otworzyć drzwi, by wezwać pomoc, jednak te ani trochę nie chciały drgnąć, zupełnie jak by coś pchało je od drugiej strony, jak by chciałby żywcem spłonęli. Na dodatek i one zaczęły tlić się w płomieniach. Oboje znaleźli się w pułapce bez wyjścia. - One płoną, a ich dopalające się ciała padają łupem ognistych bestii. - Bestii? O nie…- profesor szybko skojarzył że płomienie i twarze są projekcją jej umysłu, na którą wpływa coś, co chce jej przekazać jakąś informację, chce się z nią skontaktować. Na słowo Bestia, płomienie rozpoczęły formować się w dziwaczne stworzenia pełzające na obrzydliwych, pajęczych odnóżach. Potwory otoczyły profesora. - Biegnę, uciekam przed nimi, one mnie ścigają, wtedy pojawiają się oni, bestie w ludzkiej skórze, Dwoje piekielnych sługusów i ten jeden, po środku, Człowiek o głowie bestii i obrzydliwych kleszczach zamiast dłoni. Zgodnie z jej słowami, Z płomieni wyłoniły się trzy postacie w płaszczach, kobieta i mężczyzna, oraz postać o głowie jakiegoś stwora, zaopatrzonego w potężne szczypce zamiast ust, ogromne, zielonkawe oczy złożone z