Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 10 min czytania

Trzecia wyprawa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kryształowo czysta woda Wstążki przelewała się przez krawędź uskoku łagodnym łukiem, szumiącą i spienioną kaskadą spadała między czarne głazy. Była tak przejrzysta, że widać było każdy kamyczek w różnokolorowej mozaice dna. Nagle woda spieniła się, z dna podniósł się muł. Stało się to za sprawą ciężkich, wojskowych buciorów. Jednak ich właściciele nie byli piewszymi lepszymi żołdakami. Wiedzieli co czeka ich na drugim brzegu. Dlatego starali się nie wydawać żadnych odgłosów. Słychać było ptaki spokojnie ćwierkające w lesie po drugiej stronie. Skakały po gałęziach ciekawie przyglądając się sylwetkom w wodzie. Dookoła pluskały łososiopstrągi, próbując łapać bzyczące nisko nad wodą owady. Gdzieniegdzie słychać było silniejsze pluśnięcie wywołane ogonem bobra. Las kwitł życiem. Nawet sarny, pasące się na drugim brzegu pośród szkieletów ludzi i koni. Brokilon. Las Driad. Puszcza śmierci. Oddział, na który składały się trzy tuziny verdeńskich zawodowych żołnierzy, trójka przewodników- tropicieli oraz tuzin łowców skalpów. Zabójców Driad. - Tera cicho mi być - wyszeptała główna przewodniczka wyprawy, Maria Barring - jeśli wam żywot miły - dodała. Maria była najlepszą przewodniczką. Znała zwyczaje Driad, była świetną tropicielką a nadto perfekcyjnym łucznikiem. Mówią, że wszystkiego można się nauczyć, że zdolności można zdobyć z czasem. To prawda, ale żeby móc strzelać tak, jak strzelała Maria Barring, trzeba się było do tego urodzić. To już trzecia taka wyprawa, w której brała udział. Za pierwszym razem, oddział który wyruszył w głąb matecznika, nazywano oddziałem ryzykantów. Było ich wielu, dużo więcej niż teraz. Gdy powróciło tylko troje jego uczestników (jeden z nich zmarł po kilku dniach w wyniku odniesionych ran), oddział przechrzszczono na samobójców. Jednak chętnych, a raczej chciwych wciąż było sporo. Ervyl płacił dużo za dziwożonie skalpy. Od czasu ostatniej wyprawy naprawdę dużo. Nie tylko to było powodem znacznej liczebności tego oddziału. Prowadziła ich Barring. Gdyby nie ona i jej umiejętności, prawdopodobnie nikt nie zgodziłby się wyruszyć. Tylko z nią mieli jakieś szanse. Zakładano, że takie same wyniki osiągnęłaby armia licząca ok 5 tyś. ludzi, w której składzie znajdować by się musiało przynajmniej kilkanaście katapult. Maria Barring i wysokie nagrody za dziwożoni skalp, były dużo tańsze i poręczniejsze. W skład grupy wchodzili wyłącznie ludzie. Elfy, które od jakiegoś czasu przyprawiały władcom czterech królestw naprawdę sporych wrzodów na żołądku bijąc się w komandach, jeśli wezmą udział w tej walce, to tylko pomagając driadom dorzynać rannych. Nizołki do tej roboty się nie nadawały, podobnie jak gnomy. Krasnoludy zaś uważały, że bieganie po lesie, które skończyć się może naszpikowaniem tyłka strzałami, jest dużo mniej sensowne niż pójście do karczmy i ożłopanie się piwem. I wybicie kilku zębów w jakiejś porządnej burdzie. Oddział ustawił się w szyku, dwójka tropicieli (w tym Maria Barring) na przedzie, za nimi zabójcy driad i żołnierze. Pozostały tropiciel zamykał pochód. Posuwali się w ciszy. Dookoła las kwitł życiem. Nikt się tu nie zapuszczał. Nawet kłusownicy, których zatrzęsienie było w lasach od czasu ostatniej wojny. Właściwie nikt tu nie polował. Mam na mysli to, że celem strzał nie były tu zwierzęta. Od czasu do czasu trzaskała gałązka pod którymś z ciężkich butów. Nie powinniśmy brać ze sobą tych żołdaków. Myślał teoretyczny dowódca wyprawy Aspra z Kerack, jeden z łowców skalpów. Teoretyczny dlatego, że w zasadzie wyprawą komenderowała Maria. Oni nie potrafią poruszać się w ciszy. Najdalej za chwilę ściągną na nas dziwożony. Aż dziwne, że dotąd... gwizd lotki. Świst piór, tnących powietrze. Dźwięk śmierci. Śmierci pewniejszej, niż trzaskający ogniem dach; niż widok szarżującego jeźdźca; niż szpony rozszalałego gryfa; niż czarno odziany poborca podatkowy zbliżający się do wsi. Przed powyższymi może człowieka jednak coś uratować. Jest szansa na przeżycie. Przed strzałami driad nie ma ratunku. Świst oznaczał śmierć. One, w swym leśnym sanktuarium praktycznie nigdy nie pudłowały. Aspra jak kłoda runął do przodu. Zarły twarzą w ściółkę. Z pleców sterczała strzała, ozbobiona żółtymi, farbowanymi w korze brzozy lotkami. Nie wydał żadnego odgłosu, prawdopodobnie nie wiedział nawet, że umiera. Inni wiedzieli, że zaraz umrą. Świst. Wiele świstów. Okrzyki ludzi, charczenie, urywane wpół słowa okrzyki. Świst.

*

- Mó... mó... mówię wam, naa... nam trza wra... wraa... wracać. Nie na... nasz to problem. Niech się ja... ja... jaśnie pany nad tym pro... problemem turbują. My…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%