Fantasy · 35 min czytania
Trzecie Miasto
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Trzeciego dnia, trzeciego miesiąca, Roku trzeciego od świata końca, Otworzą się wrota a w nich stanie Siła, Żadna istota nie będzie jej miła, Runą budowle i zginie co piękne, Świat ras śmiertelnych na dwoje pęknie, Elficcy władcy umkną w niebiosa, I krwią czerwoną stanie się rosa.
******
Prolog
Słońce chyliło się już ku zachodowi i czerwieniło lekko na horyzoncie, barwiąc czmychające na północ obłoki. Wiało dosyć mocno, zbliżała się jesień. Chłód skradał się od strony lasu i zderzając się z wilgotnym powietrzem znad morza otulał plaże lekką mgiełka. Pochodnia zamigotała i omal nie zgasła tańcząc wraz z wiatrem. Osłonił ją lekko ręką i odwróciwszy się ruszył w stronę boru. Wszedł między wysokie dęby i jakby przyspieszył. Poruszał się bezszelestnie. Czerwona łuna słoneczna ustąpiła wszechobecnemu mrokowi, a on paradoksalnie zgasił jedyne źródło światła. Odrzucił tlące się jeszcze łuczywo i uchylił płaszcz, odsłaniając rękojeść dwuręcznego miecza - stanął... Wytężył wzrok... Dwie ciemne sylwetki przebiegły między drzewami po jego prawicy. Ostrożnie dobył miecza, starając się aby nie wydać przy tym najmniejszego szmeru. Tajemnicze cienie ponownie pojawiły się w mroku. Doskoczyły błyskawicznie do starego dębu i wdrapały się niczym koty na rozległe konary. Zastygły w bezruchu, uczepione gałęzi. Widać było je dokładnie –sylwetkami przypominali ludzi, lecz zachowaniem dzikie zwierzęta. Nagle jeden z nich skoczył i przeleciał wysoko nad jego głową, wpadając na jedno z drzew po jego lewej stronie. Uniósł miecz i ugiął lekko kolana , był gotowy do walki – wiedział już, że nie ma do czynienia ze sprzymierzeńcami, ci bowiem nie próbowaliby go otoczyć. Wrogowie ruszyli jednocześnie do ataku. - Nalet semi! – krzyknął pospiesznie jednocześnie unikając ciosów. Las rozświetliło mocne białe światło, wywołane głośnymi słowy. Napastnicy krzyknęli z przerażenia i schowali się w cieniu pomrukując wrogo. Zastanawiał się co robić, wyczarowane światło nie będzie trwać wiecznie i kiedy zgaśnie może mieć poważne kłopoty. Ruszył wolno w kierunku z którego dobiegały odgłosy wrogów. Z każdym krokiem słyszał je wyraźniej i w jednej sekundzie zrozumiał – to nie dzikie warczenie! To powtarzane szeptem słowa przepowiedni! Znieruchomiał a serce jego ogarnął strach... Strażnicy wrót wrócili! Czas się dopełnił! Światło zgasło a poczwary rzuciły się na wojownika, który zginął w trwodze.
I – Sen Gloringa
Promienie słońca wpadły przez okno do komnaty Gloringa i zbudziły go kończąc swą podróż na jego powiekach. Otworzył oczy i przysłonił je ręką chroniąc przed światłem. Leżał tak chwile w milczeniu po czym usiadł na łożu analizując dziwny sen, który nawiedzał go każdej nocy od kilku dni. Widział w nim samego siebie, maszerującego wąską górską ścieżką wraz z garstką innych elfów. Obracał się, aby ponaglić wojowników do przyspieszenia kroku i wtedy głośny huk towarzyszący pędzącej ku nim lawinie skalnej przeszywał powietrze. Było już wtedy za późno na jakakolwiek ucieczkę, dlatego wszyscy przywierali do ściany skalnej po ich lewicy i w strachu obserwowali toczące się z ogromna prędkością głazy przelatujące nad ich głowami. Żaden ich nie dosięgał, ponieważ znajdowali się w niewielkiej niszy, która nagle jakby zapadła się wraz z nimi w głąb góry. Tu sen się kończył. Zaiste dziwnym to było, lecz Gloring nie zwykł przykładać dużej uwagi do czegoś, czego nie widział na własne oczy lub czego nie mógł dotknąć. Był bowiem realistą jakich mało... Wstał i podszedł do okna stąpając po lodowato zimnej posadzce. Zastygł na chwilę wpatrując się na tętniące życiem ulice miasta gdy do jego kwatery wpadł goniec. - Panie, król na wysokim tronie cię wzywa! – powiedział - Masz przybyć w południe wraz ze wszystkimi swoimi przybocznymi do sali mniejszej. - Co się stało? – spytał sucho - Powiedziałem wszystko co nakazane miałem, resztę usłyszysz panie z ust władcy. – rzekł, uprzejmie wymigując się od udzielenia odpowiedzi. - Zatem będę... Goniec ukłonił się przed wyjściem i opuścił wzrok – dopiero teraz bowiem spostrzegł, iż adresat jego wiadomości jest praktycznie nagi i zrozumiał jakim nietaktem było wtargnięcie do jego komnaty bez pukania. Gloring był elfem czystej krwi, wywodzącym się z szanowanego rodu książęcego królestwa Merylii, które mimo że popadło w ruinę po wojnach przed wiekami, dalej sławiło się na kontynencie doborowymi wojownikami i rozważnymi władcami. Faktem było, iż Merylia była już tylko jedną z prowincji królestwa Norith a dziedzice jej tronu nie mieli władzy, ale na dźwięk imienia Gloring, syn Grolina z rodu Gralli niejedno kolano zginało się, aby oddać pokłon szlachetnemu elfowi. On sam był raczej skromny - choć jego godność jakby kroczyła przed nim, nigdy się nie wywyższał ani nie okazywał pogardy dla niższych stanem. Może właśnie to sprawiało, że potrafił porwać za sobą lud jak mało kto. Wielu było elfów i ludzi, którzy bez wahania oddaliby za niego życie, mimo iż wcale go nie spotkali. Król Norith doskonale zdawał sobie z tego sprawę i liczył się ze zdaniem księcia Merylii - wszystkie ważne debaty nie mogły się odbywać na jego dworze bez Gloringa. Jako iż południe było bliskie postanowił niezwłocznie posłać po swoich ludzi i przygotować się do wizyty u króla. Ubrał swoją wizytową, złocistą tunikę z dużym herbem na piersi, przedstawiającym płonące drzewo na zielonym tle i przepasał się srebrną wstęgą. U pasa przytwierdził miecz, symbol władzy rodu Gralli, przekazywany od pokoleń każdemu pierworodnemu synowi. Była to broń owiana legendami. Nie było oręża wykutego z większą precyzją i zdobionego wspanialej. Całe ostrze usłane było misternie runami elfickimi, napisami ludzkimi oraz znakami w mowie Merylii. Wszystkie one głosiły jedno: „Broń niebiosów, klucz bram Kreonii”. Czym była owa Kreonia zapomniano już dawno, nikt od wieków nie słyszał o niej żadnych wiarygodnych faktów. Wiadomo było jednak, iż to wspaniała i monstrualna elficka twierdza, która w czasach wojen niejednokrotnie ratowała życie władcom Merylii. Nie zaprzątał sobie nią myśli. Teraz intrygowało go tylko jedno: czego może chcieć król? Przecież nie dalej jak trzy dni temu Gloring wrócił z wschodnich krańców Norith, gdzie dokonywał inspekcji posterunków pogranicza. Spędził tam kilkanaście dni, należy mu się trochę odpoczynku. „Rozkaz to rozkaz” – pomyślał i wyszedł z komnaty. Zszedł schodami na niewielki, wybrukowany plac, otoczony zewsząd wysokimi cisami. Pośrodku tryskała fontanna a przy niej czekało już pięciu paladynów odzianych w podobne do Gloringa szaty. - Pozdrawiamy cię, panie, synu niebios, spadkobierco Klucza Kreonii – zakrzyknęli - Witam, o szlachetni elfowie... pójdźmy do cytadeli, król oczekuje... – odpowiedział i razem ruszyli pieszo w górę zbocza na którym rozpościerało się miasto. Droga wiła się serpentynami, dzieląc stolicę królestwa Norith – Glamur – na dwie części zwane dzielnicą prawą, gdzie znajdowała się większość domostw obywateli, oraz dzielnicą lewą, gdzie znaleźć można było wszelakiego rodzaju warsztaty rzemieślnicze i ośrodki pracy. Na szczycie pagórka, na który się wspinali, mieściła się obszerna cytadela – ostateczne miejsce oporu na wypadek, gdyby dolne mury miasta nie wytrzymały. Tutaj znajdował się królewski dwór, koszary, magazyny żywności, jak również wiele starannie utrzymywanych gmachów, gdzie schronić mogliby się mieszkańcy miasta w czasie oblężenia. Minęli ostatnią bramę – niewysoką, zwieńczoną solidnymi flankami, na których widniały herby wszystkich prowincji królestwa, a przede wszystkim symbol królewskiego rodu – lew u stóp łucznika. Bruk pod ich nogami zdawał się być idealnie wygładzony, położony przez najwybitniejszych fachowców – zapewne krasnoludów z Masywu Pogranicza. Stanęli przed wielkimi, drewnianymi wrotami i wyprostowali się dumnie. - Książe Gloring, syn Grolina z rodu Gralli do króla, władcy na górze Glamur! – krzyknął jeden z przybocznych do strażników chroniących wejścia. - Król Merhius oczekuje w sali mniejszej. – odparł gwardzista otwierając prawe skrzydło portalu. Weszło wszystkich sześciu i poruszając się pewnie znanymi im korytarzami dotarli do wspaniale zdobionych, ciężkich, miedzianych drzwi. Gloring zapukał po trzykroć i wszedł nie czekając na zaproszenie. W obszernej, owalnej sali, rozświetlonej dużą ilością łuczyw, czekało już na nich kilkunastu generałów i dowódców królewskich armii z godłami różnych prowincji i herbami różnych szlacheckich rodów. Wszyscy spojrzeli na przybyłych z wyrzutem: - Spóźniłeś się Gloring – było parę minut po południu – Nie czekaliśmy na ciebie... – dodał starzec siedzący po środku sali, a otaczający go elfowie oczekiwali odpowiedzi księcia, słynął on bowiem z daru krasomówstwa. - Panie, idąc tu wiatr szeptał mi do ucha bym zwolnił... Bogini spokoju wzywała mnie do odpoczynku a wiesz, że głos jej silniejszy i donośniejszy jest od wszystkiego co śmiertelnikom i elfom dane było pojąć. Wszyscy sprzysięgli się przeciwko mej wizycie tutaj, lecz chwała twoja, władco na górze Glamur, przezwyciężyła w mym sercu wole bogów... Wybacz mi zatem drobne spóźnienie, którego żem nie potrafił uniknąć. -Podejdź zatem bliżej i wysłuchaj słów które rzeknę, heroldów zaś twoich proszę o udanie się do sali obok, gdzie czekać będą nas przy suto zastawionym stole. – zakończył Merhius. Przyboczni Gloringa wyszli wedle poleceń a on sam przybliżył się do szlachetnych towarzyszy, tak licznie tu zgromadzonych. Król skłamał mówiąc, iż zaczął naradę bez niego. Nadgryzł jedynie temat nad którym miał zamiar debatować. Teraz jednak, kiedy wszyscy byli u jego boku podjął swoją mowę. - Mam dla was intrygującą wiadomość. Słowa me jednych z was przerażą, innych jedynie zatrwożą. Co poczniemy zależeć będzie również od was... Liczę na wasze rady i propozycje. – po tym prologu twarze rady elfów spoważniały – Dotarły do nas wiadomości z północy... – kontynuował król – Bardzo niepokojące to nowiny... Przyniósł je nam szanowny pan Alirin, namiestnik królewski w Porcie Północnym. – w tym momencie jeden ze zgromadzonych, odziany w turkusowy strój z herbem przedstawiającym statek pod pełnymi żaglami wstał i ukłonił się nisko – W całej tamtejszej prowincji od niespełna dwóch tygodni znajdowane są ciała... Nie tylko ciała zwierząt dzikich i domowych, ale co gorsza również ludzkie i elfickie. Wielce szacowny pan Alirin nie donosił nam o tym myśląc, iż upora się z problemem, czego nie mam mu za złe, ale sprawa niestety go przerosła. W szczegóły wprowadzi was osobiście – zakończył Merhius i skinął ręką na namiestnika z północy. - Władco na górze Glamur, głosie bogów, oraz wy przyjaciele, szanowni namiestnicy i generałowie! – zaczął – Zwykło się mówić, iż posłańców przynoszących złe wieści należy wieszać. Król Merhius nie wyznaje tej zasady, za co serdecznie mu dziękuję – ukłonił się najniżej jak potrafił – dzięki czemu mogę opowiedzieć wam com widział i o czym słyszał. Dni wstecz trzynaście zaufany rycerz przyniósł mi wieść o tajemniczym mordzie. Pewien wieśniak, imieniem Gregor, znaleziony został w kałuży własnej posoki a przy nim spoczywały zwłoki jego psów, które jak mniemam trzymał dla obrony. Sąsiadom którzy przeszukując obejście otworzyli oborę, stanął przed oczami równie przerażający widok. Wszystkie zwierzęta tam zamknięte leżały martwe... Od tej pory ciągle otrzymuje wiadomości o podobnych zdarzeniach. Myślałem z początku, iż w okolicy grasują jacyś złoczyńcy, mimo że zwiad kategorycznie temu zaprzeczał. Myśl ta towarzyszyła mi do dnia, kiedy to udając się z portu do pobliskich koszar zostałem wraz z moja świtą zaatakowany przez dziwne stworzenia... - Jakie dziwne stworzenia!? O Czymże prawisz!? – zakrzyknął jeden z elfów - Daj mi panie dokończyć a wszystkiego się dowiesz. Jechaliśmy konno z dziesięcioma zbrojnymi przez las. Słońce już zaszło a drogę naszą rozświetlały czarodziejskie promienie. Usłyszeliśmy głośny krzyk w borze, niepodobny do krzyku elfickiego. Szczerze mówiąc pewien byłem, iż to jakieś dzikie zwierze... Nie zważyliśmy na to i kontynuowaliśmy podróż, lecz nie zdążyliśmy przejechać zbyt daleko, kiedy wielkie drzewo runęło z głośnym hukiem tuż przed nami, zagradzając nam drogę. Usłyszeliśmy w lesie parę głośnych słów w nieznanym mi języku... wymawiane były na wzór zaklęć magicznych... Dobyliśmy mieczy i nagle zgasło światło. Zobaczyłem w mroku skaczących z drzewa na drzewo napastników. Byliśmy gotowi do obrony – zacieśniliśmy szyk lecz wróg go złamał. Skoczyli na nas... było ich dwóch lub trzech. Zliczyć nie mogłem dokładnie, przeskakiwali bowiem nad naszymi głowami jak koty. Próbowaliśmy się bronić, lecz na marne szły nasze wysiłki. Moi przyboczni znikali w mroku, co raz to jeden spadał z konia, lub ginął za drzewami porwany przez napastnika. Moje życie chyliło się ku końcowi... Wróg skoczył na mnie, lecz wzrok go omylił – wpadł na mego rumaka, który spłoszył się i ruszył na przód, wprost na zagradzającą drogę przeszkodę. Koń przeskoczył powalone drzewo i pomknął jak wicher... bałem odwrócić się, aby spojrzeć za plecy... Rano wróciliśmy na to miejsce z czterdziestoma konnymi. Znaleźliśmy na gościńcu dziesięć martwych wierzchowców, oraz cztery elfickie ciała. Kolejne sześć odkryliśmy w lesie, niedaleko od ścieżki... Nastała cisza. Alirin oczekiwał reakcji rady, zgromadzeni elfowie czekali na słowa króla, a ten spoglądał na Alirina. Zaklęty krąg milczenia wyrażający strach, zdziwienie, złość, lub co gorsza wszystko na raz. - Zaprawdę trwogę przynoszą do serc naszych twe słowa, Alirinie. – podjął jeden ze zgromadzonych – Gdybyś prawdy tej nie zaświadczył krwią przybocznych pewien bym był, iż wszystko to jest brednią. Na miecz mój i miecze moich paladynów, co poczniemy szanowni panowie? - Proponuje niech myśli swoje wyjawi władca nasz, król na górze Glamur! – zakrzyknął elf ze złotymi włosy, spływającymi na ramiona odziane purpurową tuniką. Merhius podniósł się ze swego złotego tronu i począł wodzić wzrokiem po twarzach elfów. Bystre oczy spoglądały spod krzaczastych brwi z blaskiem gniewu. - Wiedziałem że tak będzie! – odburknął – Mimo całego szacunku jakim was darze, muszę stwierdzić, iż pochopnie nazwano was radą! – przerwał na chwilę – Nie potraficie dojść do niczego sami! Ciągle pytacie mnie co macie robić! Żaden z was nie ma pomysłu? Nie macie żadnej idei? Cóż mi po radzie, która czeka na moje słowa? – rzucił pogardliwe spojrzenia na elfickie oblicza – Co macie uczynić? A skądże ja mam wiedzieć?! Gdybym chociaż wiedział kim są napastnicy... - Ja wiem co czynić, panie. – powiedział pewnym głosem Gloring – Na Klucz Kreonii, wiem co zrobić należy. – kontynuował skupiając zdumione spojrzenia towarzyszy – Ruszmy tam ze zbrojnymi. Z wielka armią doborowych wojów: mieczników i łuczników. Zbadajmy raz jeszcze ślady... To muszą być zwykli rabusiowe... - Czy nie słyszałeś co rzekłem?! – zaprotestował zniesmaczony Alirin – Wiem com widział! To nie byli ani ludzie ani elfowie! - Póki sam ich nie zobaczę wstrzymam się z sądem. Nie wierzę w siły nieczyste. Żyje na tym świecie lat wiele i nie widziałem nic, czego nie mógłbym racjonalnie wyjaśnić. - Zatem postanowione. – powiedział król – Jutro z rana wyruszasz Gloringu. Dobierz sobie straż przyboczną pamiętaj jednak, aby nie była liczniejsza niż dwudziestu konnych. Nie chcemy wzbudzać strachu wśród obywateli a z doświadczenia wiem, że poruszenie zbrojnych do tego prowadzi. Książe przytaknął bez słowa. Był dumny, iż powierzono mu tak wzniosłą misję, lecz z drugiej strony miał dziwne przeczucie, że nie wszystko potoczy się po jego myśli. Władca wstał ze swego złotego tronu i ruszył dumnie w stronę drzwi wychodzących na wschód. Otworzył je mocnym pchnięciem a przed oczami elfów pojawiła się wysoka sala, rozświetlona dziesiątkami łuczyw. Gdyby nie one byłoby tu zupełnie ciemno – sala nie miała żadnych okien. Przy stole siedziała już około setka biesiadników – przybocznych każdego z namiestników. Wszyscy wstali pospiesznie i oddali pokłon królowi i bezpośrednim dowódcom. Wszyscy elfowie zasiedli przy stołach. Spoczęli na miejscach zaznaczonych chorągiewkami, opatrzonymi herbami każdego z nich i zaczęli ucztę na wzór króla. Trwała ona do późnych godzin nocnych, lecz Gloring zniknął wraz z heroldami tuż po zmroku. Kroczył ulicami Glamur w milczeniu. Rozmyślał kogo zabierze ze sobą w podróż. Decyzja była trudna, ponieważ musieli być to elfowie godni zaufania, biegli w walce i nie lękający się śmierci. Przyboczni obserwowali księcia z zaciekawieniem i czekali na jakiekolwiek jego słowo. Kiedy dochodzili do kwatery, dziedzic Klucza Kreonii wreszcie się odezwał: - Idźcie do Larina, zbudzicie go jeśli śpi a jeżeli będzie się na was gniewać powiedzcie, iż przybyliście z mojego rozkazu. Polecicie mu, aby wybrał dziesięciu najlepszych wojowników, zapłacił im hojnie i stawił się jutro, skoro świt w koszarach wraz z nimi. Niech odzieją się w stroje gwardzistów. – zamilkł na moment – Wy również się tam bądźcie, gotowi do drogi... Wyruszamy do Ciemnego Lasu i dalej, do Północnej Przystani. - Rozkaz panie. – powiedzieli kłaniając się nisko i odeszli. Wszedłszy do komnaty odpiął pochwę z mieczem i odłożył ją na łoże. Zapalił świece, która rozświetliła niewielkie pomieszczenie w którym się znajdował. Na ścianach roiło się od obrazów. Część przedstawiała elfów o szlachetnych twarzach, odzianych w piękne tuniki, na których widniał ten sam herb – płonące drzewo na zielonym polu. Inne ukazywały wzniosłe momenty z historii rodu Gralli – bitwy, koronacje, zaślubiny... Gloring spojrzał na nie i zamarzył,