Fantastyka · 1 godz. 17 min czytania
Trzy bapki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
TRZY BAPKI
1
Pewnego dnia na pewnej ulicy szły sobie pewnym krokiem pewne trzy bapki. Aktualna pora roku wywierała na nie znacznie większy wpływ niż poprzednia, ale, jak się później miało okazać, mniejszy niż następna. Idąc, bapki poruszały tematy, które nawet starożytnego filozofa Brebrauzego zadziwiłyby swoją różnorodnością. Poruszone tematy dźwięczały piskliwie lub skrzeczały chropowato, zależnie od stopnia poruszenia. Czasem z odległej dzielnicy dolatywał huk i łomot zakładów brukarskich, na tyle jednak przygłuszony, że zupełnie nie zakłócający konwersacji w tej części miasta. - To dobrze, że lubimy z sobą rozmawiać – powiedziała Esbeata. - Dobrze też, że umiemy z sobą rozmawiać – dodała Demonika. - Istotne jest, że my w ogóle chcemy z sobą rozmawiać – zauważyła Wujoanna. - Jest dopiero popołudnie, co będziemy robić? – spytała Esbeata. - Zdaje mi się, że za rogiem przejedzie za chwilę różowy tramwaj. Może byśmy wskoczyły do niego w biegu? – zaproponowała Wujoanna. - Świetny pomysł! Świetny pomysł! – Demonika klasnęła w ręce. - Czy jesteś pewna, Wujoanno, że to będzie akurat różowy tramwaj? – dopytywała się Esbeata. - Oczywiście! Nie słyszysz tego charakterystycznego odgłosu? - Faktycznie, nie zwróciłam na to uwagi. Bapki pobiegły i puściły się pędem za różowym tramwajem. Motorniczy, dostrzegłszy je biegnące po szynach i goniące pojazd, dodał prądu. Bapki biegły jeszcze przez chwilę, ale w końcu tchu im zabrakło, tramwaj mknął zbyt szybko. - To już jest bezczelność! – wrzasnęła oburzona Esbeata. - Co za brak życzliwości – zakrzyknęły równocześnie pozostałe dwie bapki. - Co zrobimy? – zapytała Wujoanna lekko przygaszona. - Może zatopimy smutki i problemy w kakaowym błocie? – zaproponowała zdruzgotana wewnętrznie Demonika. - Masz rację, zróbmy tak, co nam zostało... – odrzekła Esbeata zupełnie przybita. I trzy bapki poszły niepewnym krokiem wzdłuż ulicy Olejowej, skręciły w Pokrętną, a potem w Aleję Leja, gdzie musiały przeciskać się między licznymi straganami i cierpieć drażniące nawoływania przekupniów. Nie minęło pół godziny, jak znalazły się w parku, pośrodku którego było legendarne bagno z kakaowym błotem. Nad bagnem szumiały brzozy, a wokół bagna trzcina solna i tatarak. Bapki chwyciły się za ręce i zatańczyły smutny taniec przewidziany przez Kodeks Legionalny hrabiego Gałązki, po czym zaczęły kolejno ciskać w błoto wszystkie smutki, troski, problemy, zmartwienia, niepowodzenia, załamania, rozterki, kłopoty, tarapaty, bagnety, kluczyki i zwątpienia. Kakaowe błoto bulgotało jak gotująca się zupa, a jego barwa stawała się tym ciemniejsza, im więcej problemów wpadało w głębinę. Buzie trzech bapek stawały się coraz bardziej pogodne, kiedy zbliżył się do nich starszy pan w dziurawym cylindrze. - Przepraszam, ale panie chyba nie zdają sobie sprawy, że to nic nie da. - Jak to, nic nie da? – zawołała przerażona Wujoanna. - To pic na wodę, kanał – banał, kłamstwo, zabobon. - Czy nie widzi pan, że my już mamy weselsze miny, a wrzuciliśmy w błoto dopiero połowę naszych kłopotów? – Demonika była skonsternowana, jak nie wiem co. - To sugestia, miłe panie, to przejdzie po kwadransie. Czy kakaowa papka może rozwiązywać skomplikowane ludzkie sprawy? Gdyby to było tropikalne bagno nasycone polikeksem landrynu, to owszem, ale kakao? Mówię wam o tym, żebyście były przygotowane na doznanie zawodu. Ja wiem, jak się kończą takie spacery nad kakaowe bagno: nerwice, depresje, samobójstwa, i to w stopniu o wiele wyższym niż za króla Bebe. - Jeśli tak, to bardzo panu dziękujemy za te informacje. Lepiej być przygotowanym na to, co ma nastąpić, niż trwać w iluzjach niczym perska wydra – powiedziała Esbeata, a kiedy staruszek oddalił się, dodała: - Wiecie, w gruncie rzeczy coś mi się od początku wydawało podejrzane w całej tej sprawie. - No tak, ty przecież znasz się na gruncie jak nikt inny – podkreśliła Demonika. - No to gleba – westchnęła Wujoanna. - Nie ma co się załamywać. Ja, Esbeata, obiecuję wam, że ten dzień nie będzie dniem straconym. Zostawmy to bagno i chodźmy do mnie, tam się przednio ubawimy. I poszły trzy bapki do domu Esbeaty. Najpierw była kawa, potem jajecznica, potem gra „Memory”, potem wzajemne odpytywanie się z dziejów tatarskich, następnie bapki obejrzały wiadomości w telewizji, przejrzały gazety, wysłuchały wiadomości w radiu, a na końcu Esbeata puściła film, który latał po całym mieszkaniu. Pisku, wrzasku i śmiechu było przy tym więcej niż w dawnych czasach. A złośliwy motorniczy i wyprawa nad kakaowe bagno nie zostały wspomniane ani razu. - Może zostaniecie u mnie na noc? - Ja nie mogę, mam jeszcze bardzo dużo nauki – poważnie odparła Demonika. - Coś nie bardzo wierzę, że jeszcze dziś zabierzesz się za naukę. - Ja też nie. Ale mimo to zawsze jest jakieś maleńkie, drobne, lśniące prawdopodobieństwo. - No tak, coś zawsze jest. A ty, Wujoanno, nie zanocujesz u mnie? - Chętnie bym została, poplotkowałybyśmy sobie, ale moja szefowa zleciła mi przygotowanie wystawy chińskich szkieletów i dziś jeszcze muszę przysiąść i poczynić pewne wstępne ustalenia w tej sprawie. - Czyli, jak mam rozumieć, w najbliższym czasie czeka cię urwanie głowy? - Tak, stresuje mnie to trochę. - Wiem coś o tym, bo sama przygotowywałam kiedyś wystawę zatytułowaną „Oblicza azotu”. - W ramach praktyk studenckich? – spytała Demonika. - Nie – odpowiedziała Esbeata. – Kiedyś pracowałam sezonowo w Instytucie Fotografii Wyższej i Niższej, gdzie przydzielono mi zadanie zorganizowania wystawy. - Czy w razie potrzeby mogłabym liczyć na twoją pomoc, jako osoby z pewnym doświadczeniem w organizowaniu wystaw? - Oczywiście, Wujoanno. W czasie wolnym od zajęć chętnie będę ci pomagać. Myślę, że Demonika również, prawda, Demoniko? - Prawda! Ja nie mam doświadczenia, ale za to mam dużo zapału. Na mnie też możesz liczyć, Wujoanno. - Bardzo się cieszę. Dziękuję wam, moje drogie, za życzliwą postawę. Bapki odśpiewały piosenkę „Szumi woda pod prysznicem” i rozstały się.
2
Szefowa Wujoanny miała tego dnia wyjątkowo nieparzysty humor. Po części przyczyniła się do tego skromna porcja porannych halucynacji, których doświadczyła w trakcie śniadania, ale tylko po części. Tak naprawdę trudno stwierdzić, co istotnie uwarunkowało jej nastrój. Wujoanna zaraz po przybyciu do firmy udała się w kierunku gabinetu szefowej i od razu zauważyła, że ta musi być dzisiaj w nieparzystym humorze, gdyż tabliczka na drzwiach z napisem „Alka Tel. Szefowa” miała zielony kolor, podczas gdy zazwyczaj była granatowa. - Cześć, Alka, chciałam ci przedstawić moje ustalenia dotyczące wystawy. - O, cześć, Wujoanna, jakże się cieszę, że przyszłaś dokładnie o tak wyśmienicie nieparzystej godzinie. Kawy, rumu, soku? - A nie mogłabym dostać banana? - Ależ oczywiście, proszę. - Dzięki. Wujoanna pochłonęła banana w przeciągu czternastu sekund, po czym wyjechała do Alki Tel z taką oto mową: - Otóż doszłam do wniosku, że chcąc zorganizować w naszym mieście wystawę chińskich szkieletów, najlepiej będzie kontaktować się z Fungiem Czu, który nie tylko, że jest klientem naszej firmy, ale posiada szerokie kontakty handlowe ze swoim krajem. Ponadto propagowanie chińskich produktów na naszym kontynencie leży w jego interesach, ale także leży mu na sercu. Myślę, że skontaktowanie się z tą osobistością cieszącą się dużym uznaniem wiązałoby się z kosztami o wiele mniejszymi niż załatwianie sprawy przez ambasadę, czy konsulat. Istotne są koszty transportu, a Fung Czu ściśle wpółpracuje z firmą przewozową Brodzio Kartagiński, transportującą dla niego wiele produktów z Chin, mniej więcej co trzy, cztery tygodnie. Gdyby tak więc wykorzystać Funga Czu i jego chińskie wpływy do udostępnienia nam szkieletów w niezbędnej dla zorganizowania wystawy liczbie pięćdziesięciu sztuk oraz firmę Kartagińskiego do ich przetransportowania z Chin, wszystko zmieściłoby się w rozsądnych kosztach. - Podoba mi się twój pomysł. Jeszcze jednego banana? - Chętnie. Wujoanna sięgnęła po owoc i jadła go powoli, delektując się smakiem przez czterdzieści siedem minut. - Czy twoje przemyślenia potwierdzają przewidywania Zenka co do zysku z wystawy? – spytała Alka Tel, gdy Wujoanna połknęła ostatni kęs owocu. - Ośmielam się nawet prognozować wyższe zyski niż Zenek. Teraz jest dobra koniunktura, rynek zalewa chińska literatura, przy czym jedna książka na sześćdziesiąt trzy dotyczy układu kostnego. Jeśli więc wystawa potrwa dwa miesiące i odwiedzi ją tysiąc osób dziennie, a w weekendy może być ich nawet tysiąc pięćset, to dochód z przedsięwzięcia będzie wynosił siedmiokrotną wysokość inwestycji. - Muszę przyznać, że to, co od ciebie usłyszałam, brzmi bardzo rozsądnie. Cieszę się, że właśnie tobie powierzyłam tę sprawę i myślę, że ty również nie będziesz tego żałować. Mam tu oczywiście na myśli twój osobisty zysk z wystawy. - Cieszy mnie to, co mówisz. Czy mogę się poczęstować bananem? - Ależ proszę. Może likieru? - Nie, dziękuję, czas mnie trochę goni. Wujoanna z bananem w ręku opuściła gabinet Alki Tel i udała się na swoje stanowisko pracy. Przywitała się z komputerem, po czym zaczęła snuć plany, co też sobie kupi za pieniądze zarobione na wystawie. Jej myśli wypełnił obraz szafy, w której zawisły cztery nowe garsonki, po czym liczba ta się podwoiła. Następnie Wujoanna usłyszała w wyobraźni rozkoszny szelest czterdziestu ośmiu nowych apaszek. Dodało to jej sporej porcji zapału.
3
W pokoju numer 311 Hotelu Naukowego zadzwonił stojący na hebanowym stoliczku perłowy aparat telefoniczny produkcji czeskiej. - Słucham, tu Demonika. - Cześć, dziecino, poznajesz mnie? - Kto mówi? Nie poznaję? - Naprawdę mnie nie poznajesz? - Nie. Z kim rozmawiam? - Tu mówi wujek Zygmunt. - Wujek Zygmunt? To naprawdę ty, wujku? - To naprawdę ja. Co byś powiedziała, gdybym zjawił się u ciebie za godzinkę? - Bardzo się cieszę. Czekam. Godzinka wystarczyła Demonice, aby nakupić słodyczy i siedemnastu rodzajów orzeszków, które wujek Zygmunt uwielbiał. Demonika nie widziała go od bardzo wielu lat, bowiem wujek dawno temu wyjechał służbowo na pustynię badać oazy. Ale w czasach, kiedy pracował jeszcze w Kiełku, a Demonika była małą dziewczynką, wprost za nim przepadała. Ostatnio dowiedziała się o jego powrocie do kraju i w najbliższym czasie zaplanowała podróż do rodzinnego miasta, aby się z nim spotkać. Okazało się jednak, że to wujek pierwszy przyjechał do niej. - Jakże się cieszę, że cię widzę. Aleś ty wyrosła – zabrzmiało tubalne powitanie postawnego wujka, niosące się echem przez korytarze. - Wejdź, wujku. A ty się nic nie zmieniłeś, takiego cię pamiętam. - Jestem dobrze zakonserwowany, dlatego tak wyglądam, jak wyglądam, tak się trzymam, jak się trzymam i tak akompaniuję, jak akompaniuję. - Czy nadal hodujesz gąbczaste cegiełki? - Nie, nie mam już na to czasu. Będzie już z dziesięć lat, jak na skutek zarazy wyzdychała mi ostatnia partia. Postanowiłem wtedy z tym skończyć. Demonika zaparzyła kawę o barwie stosownej do pory dnia, po czym usiedli naprzeciw siebie i zaczęło się wspominanie. Wspominanie objęło bardzo wiele wątków, z których jedne były wspominane z większą, a inne z mniejszą drobiazgowością. Wiele wątków nie zostało w ogóle poruszonych, bo nie sposób poruszyć wszystkiego. Demonika była tak podekscytowana spotkaniem ze swym ulubionym wujkiem, że bez przerwy zaplątywała i rozplątywała włosy, a co kilkanaście minut zamieniała kapelusz różowy na błękitny, po czym błękitny na różowy, i tak w kółko, czy też – jak mawiali Rzymianie – w trójkąt. Wujek, który miał naturę gawędziarską, opowiadał o siedmiu tysiącach oaz, które zdążył zbadać na pustyni. Mówił o swoich kontaktach z egzotycznymi plemionami, o ich barwnych zwyczajach, pokazał trochę zdjęć, informując, że po przyjeździe Demoniki do Kiełku pokaże jej trzynaście albumów. - A teraz pora na prezent – rzucił w pewnym momencie wujek. Demonice zabłyszczały oczy, a kiedy sięgał do swojego neseserka, serce zabiło jej pięć razy mocniej niż podczas najtrudniejszych egzaminów. - To dla ciebie – rzekł gość wręczając Demonice niezwykle pomarańczowy uglawor. - Wujku, jesteś niesamowity! – Demonika rzuciła się wujkowi na szyję. – Jest piękny, jest wspaniały – wołała oglądając prezent ze wszystkich stron. – To najwspanialszy uglawor, jaki kiedykolwiek moje oczy oglądały. - Cieszę się, że ci się podoba. - Bardzo mi się podoba. Sprawiłeś mi, wujku, olbrzymią przyjemność. Demonika długo pieściła w dłoniach uglawor, po czym z namaszczeniem ustawiła go na półce. Kiedy już się nagadali i krtanie im się trochę zmęczyły, zrobiło się ciszej, zdania padały rzadziej i były krótsze. Demonika wciąż zerkała to na gościa, to na stojący na półce uglawor, a wujek Zygmunt chrupał orzeszki, sapiąc od czasu do czasu i gładząc się po brzuchu. - Pojutrze wyjeżdżam do Kiełku – oznajmił – ale jutro, jeśli chcesz, zabiorę cię na przejażdżkę moim egipskim kabrioletem Kair 300. - Bardzo chętnie. Powinnam się wprawdzie uczyć, ale myślę, że mała przejażdżka mi nie zaszkodzi. A dokąd pojedziemy? - Chciałbym wybrać się do ruin zamku w Kieliszkach, które zwiedzałem podczas mojej pierwszej wycieczki szkolnej, wiele lat temu. - Fajnie, nie byłam jeszcze w Kieliszkach. A czy moglibyśmy, wujku, zabrać jeszcze moje dwie przyjaciółki? - Tak, jeśli tylko zechcą z nami pojechać. Chętnie je poznam, jeśli są komunikatywne, fremilne i sympatyczne. - Och, one są wręcz duderyczne. - No, więc tym bardziej nie ma żadnego problemu. Przyjadę po ciebie jutro rano o czterdziestej siedemdziesiąt. - Dobrze, będziemy gotowe. Wujek Zygmunt zapiął palto, przełożył zegarek z jednej ręki na drugą i pożegnał się z Demoniką, dziękując za poczęstunek. Po chwili z ulicy dobiegł bardzo egipski w swym wyrazie warkot silnika Kaira 300.
4
Część 22 / 3
Esbeata wróciła z pracy w nastroju abrakadabralnym. Praca w Instytucie Glebnaukowym nie należała do łatwych, a praca dydaktyczna ze studentami potrafiła być szczególnie wyczerpująca i stresująca. Dzisiaj Esbeata musiała przeegzaminować dwudziestu siedmiu studentów, z czego ośmiu okazało się małolatami, a dwunastu cymbałami – oczywiście wszyscy otrzymali oceny żenujące. Pozostała siódemka to pięciu przeciętniaków i dwie zdolne, wybijające się na tle grupy osoby. Tak więc Esbeata miała przed sobą całkiem sporą porcję poprawkowiczów. Na razie postanowiła jednak się zrelaksować, odprężyć i zapomnieć o obowiązkach. Włączyła telewizję, radio, mikrofalówkę, magnetofon, odtwarzacz płyt kompaktowych, lufeton, światło i oddała się lekturze trzydziestego ósmego tomu swego ulubionego cyklu powieściowego. Zatopiła się w miękkim fotelu, a książka spoczywała na specjalnym pulpicie zaopatrzonym w ramię przerzucające strony, uruchamiane pedałem nożnym. Pulpit ten został zaprojektowany z myślą o tych czytelnikach, którzy podczas lektury zwykli mieć zajęte ręce, na przykład jedzeniem, bawieniem się frędzlami od narzuty, grytowaniem, czy czesaniem. Esbeata dostała ten przyrząd na swoje ostatnie urodziny i korzystała z niego radośnie i chętnie, lubiła bowiem, czytając książkę, jeść orzeszki ziemne na przemian z orzeszkami księżycowymi, przy czym w dni parzyste puszkę orzeszków ziemnych stawiała po swej lewej stronie, a księżycowych po prawej, zaś w dni nieparzyste robiła dokładnie odwrotnie. Przerwawszy lekturę na sto pięćdziesiątej ósmej stronicy Esbeata zabrała się za różne zajęcia domowe. Najpierw wyjęła z lodówki sześć jogurtów, z których dwa wlała do akwarium na pokarm dla jeżorybek, a cztery do telewizora. Następnie wymieniła ogórki w lampach, żeby poprawić widoczność w mieszkaniu, jako że następną czynnością miało być ścieranie kurzu. Ale ścieranie nie szło tego dnia najlepiej, chyba dlatego, że gumka nie była zbyt dobrej jakości. - Znowu dałam się nabrać! – cisnęła Esbeata, ciskając gumkę do garnka na śmieci. Zorientowała się, że znowu się zdenerwowała, więc czym prędzej zaczęła się relaksować od nowa. Otworzyła „Wielką Księgę Relaksu” profesora Depreska Kompleksiewicza i zastosowała opisaną w niej metodę relaksowania się numer 16. Była on następująca: „Zwijamy dywan, składamy ławę, rozkręcamy taborety i czekamy trzy minuty. Następnie bierzemy młynek nasączony widnokręgiem i uprawiamy końcówkę szafy przez czas potrzebny do zwinięcia stołu. Na koniec możemy jeszcze pogrążyć kurki od kranu w nastroju pełnodrobiowym i czekamy pótorej minuty, aż będzie dobrze”. Esbeata wykonała wszystkie zawarte w instrukcji zalecenia i nerwy ustąpiły. Postanowiła odebrać telefon. Nie wiadomo, jakim sposobem postanowienie to dotarło do sąsiadki z góry, która wychyliła się przez okno i zakrzyknęła: - Niech mi pani tylko nie odbiera telefonu, czekałam na niego dwadzieścia lat. - Spokojna głowa, niech się pani nie martwi, swój odbiorę – wyjaśniła Esbeata, wyjrzawszy przez okno. - A, chyba że swój, to przepraszam. Telefon zadzwonił, a kiedy Esbeata odebrała, usłyszała głos Demoniki: - Cześć, dzwonię do ciebie z propozycją. - Przyjmuję. A jaka to propozycja? - Przejażdżka samochodowa z moim wujkiem do ruin zamku w Kieliszkach. Jutro rano. - Wspaniała sprawa. Czy Wujoanna już wie? - Tak, dzwoniłam do niej przed chwilą. Upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, bo Wujoanna ma coś do załatwienia w Bełtowie, a to przecież po drodze do Kieliszek. - O której mam być u ciebie? - Przyjdź na czterdziestą. - O key. Więc do jutra. - Do jutra, cześć.
5
Perspektywa wycieczki ogromnie uradowała Esbeatę, dlatego tej nocy zasypiała w rewelacyjnym nastroju, śmiejąc się w głos przez półtorej godziny, nim usnęła na dobre. Śniły jej się dwa sny, które, jak się później okazało, wspominała przez najbliższe siedemnaście lat. W pierwszym śnie Esbeata szła górską drogą przez wspaniale zatrawione pastwiska, a dokoła niej brykały dzwoniące mosiężnymi dzwonkami owce. Pogoda była czerwcowa, powietrze rześkie, a owce, jak to owce, stadnie się bawiły, nie wykazując żadnego zainteresowania dla wydarzeń w Zatoce Puckiej. Minąwszy liczne stado owiec, Esbeata napotkała tłum górali, którzy siedzieli na trawie, jeden przy drugim, i śpiewali, a raczej pomrukiwali lub ryczeli, jako że byli kompletnie pijani. Fakt ten tak zbulwersował Esbeatę, że postanowiła coś z tym zrobić. Jęła więc przechadzać się pośród tłumu, wyśpiewując na całe gardło piosenkę zielarską o tajemniczych właściwościach, pod której wpływem górale poczęli jeden za drugim trzeźwieć. Gdy już doprowadziła do porządku cały tłum, a był on tak liczny, że zajęło jej to pięć ósmych doby, udała się w dalszą drogę. Akcja drugiego snu rozgrywała się w całkiem odmiennej scenerii, bowiem na rozpalonej wściekłym słońcem pustyni. Esbeata podróżowała na grzbiecie wielbłąda wraz z karawaną. Wszyscy jej uczestnicy (Esbeata także) mieli włosy długie do pasa i kwiaciaste koszule. Dwaj brodaci faceci grali na gitarach, a całe grono śpiewało:
- Kogo, kogo dziś spotkama? Może znów hipopotama? Może pustynnego kraba? Może suchą kość Araba? Może spotkamy żurawia, który będzie puszczał pawia? Może spotkamy tygrysa, który pożreć chce hippisa?
Trzeciego snu Esbeata tej nocy nie miała, ale za to na śniadanie zjadła jajko na średnio twardo i wypiła herbatę na pół miękko.
6
Wujek Zygmunt włączył zapłon i motor zastartował. Piękna bryka ruszyła rechoczącą ulicą w kierunku wschodniego zachodu. Wycieczka była rozpoczęta. - Jaki fajny samochód! – zachwycała się Wujoanna. - Jaka oryginalna deska rozdzielcza! – dodała Esbeata. - A jakie miękkie siedzenia – zwróciła uwagę Demonika. Wujek nieustannie wydobywał z zakamarków najróżniejsze łakocie, którymi częstował bapki. Te zaś chrupały wszystko, co tylko wuj wydobywał. Radio grało fioletowo, a auto jechało prawidłowo. - Wujku, czy mógłbyś opowiedzieć nam którąś ze swoich przygód? – zaproponowała Demonika. - Chcecie? - O tak, tak! Niech pan opowie – zawołały Esbeata i Wujoanna. - No więc posłuchajcie. Było to sześć wiosen przed kataklizmem w Bombiku. Pracowałem wtedy na północnym skraju Pustyni Mysiej. Nasza ekipa skończyła właśnie badanie jednej z oaz i postanowiliśmy rozerwać się w najbliższym mieście. Trzeba wam wiedzieć, że najbliższe miasto oddalone było od nas o siedemdziesiąt mil zairskich, ale w tamtych warunkach odległość taka uchodzi za niewielką. O stosownej porze byliśmy na przedmieściach Radomia. - Jak to: Radomia? – przerwały bapki skonsternowane jak ferment wiśniowy. - A tak to: Radomia. Było to dość spore miasto, ale nie za spore, choć spory w nim były, wybuchały codziennie. Wszystko dlatego, że tamtejsze temperamenty są stale poddawane działaniu percepcji wulkanicznych. Jedna z bapek chciała zapytać, co to takiego te percepcje wulkaniczne, ale ugryzła się w język. Wujek zaś opowiadał dalej. - Kiedy dojechaliśmy do centrum, wyszukaliśmy przy jednej z głównych ulic przytulny lokal i zajęliśmy stolik przy oknie z widokiem na parking, bowiem nigdy nic nie wiadomo. Było chłodne piwo, ciepłe frytki, soczyste kulle, dużo śmiechu i beztroskiego rymcu, kiedy nagle nastrój padł. Do lokalu wbiegł słynny w tamtych stronach Numbo Palma i wycelował w kierunku barmana lufę swojej straszliwej broni pneumatycznej, po czym zawołał: „Niech nikt nie waży się na żaden fałszywy ruch. Jeden głupi krok i przestrzelę jego drżący bok. Niech wszyscy oderwą swoje guziki i położą je grzecznie na stolikach”. Lokal wypełnił odgłos odrywanych guzików, a potem Numbo Palma, cały czas celując w barmana, polecił mu przejść się po sali i zebrać guziki do reklamówki. Barman, cały drżący ze strachu i od zajadów, wykonał polecenie. Palma, wziąwszy łup, wybiegł na zewnątrz. Wszyscy zamarli, nikt nic nie mówił, barman zaczął gdakać, jakby był kurą. Tylko ja zdobyłem się na bezcenną w tamtejszym klimacie trzeźwość umysłu i ruszyłem w pogoń za łobuzem. Goniłem go przez całe miasto, na oczach różnokolorowego tłumu, ale nikt mi nie pomógł, taki terror zasiał Palma w ich umysłach. W końcu znalazłem się w starej dzielnicy, na terenie nieczynnej od lat fabryki piany. Numbo Palma wciąż uciekał, ale tracił siły, dystans między nami się zmniejszał. W końcu go dopadłem, rzuciłem na glebę... - Przepraszam, że przerywam, ale czy mógłby pan sprecyzować, jak to była gleba? – spytała dociekliwie Esbeata. - Był to południowy żwirek lessowy. - Kambulcytowy, czy wulkaniczny? - Kambulcytowy. Widzę, że pani jest zorientowana? - Tak, param się tym. - Param, param, rym cym cym – zanucił wujek i kontynuował swoją opowieść. – Więc kiedy go w końcu dopadłem i rzuciłem na glebę, zaczął się trząść jak galareta. W oczach jego pojawił się wypukły strach, a usta posiniały. Tak przerażonej gęby nie widziałem nigdy przedtem, ani też nigdy potem. „Czemu to robisz?” – zapytałem ostro. „Puść mnie, błagam – wyjąkał. – Opowiem ci wszystko, nie ucieknę, tylko nie rób mi krzywdy. Ja nigdy nikogo nie zabiłem, zabieram tylko guziki”. Puściłem go, odrzucając daleko jego broń, i wysłuchałem jego relacji, którą zapodał mi w narzeczu Bdyć-koci-koci. Dowiedziałem się, że w czasach, gdy fabryka piany była najważniejszym obiektem Radomia, Numbo Palma był jej pracownikiem. Pracował na stanowisku starszego pianisty i był z tego bardzo dumny. Obsługiwał skomplikowaną maszynę pianową, a uzyskiwana przez niego piana była zawsze najwyższej jakości. Numbo kochał swoją pracę. Kiedy rząd zmienił politykę gospodarczą, fabryka została zamknięta, a Palma pozostał bez pracy, bowiem nic prócz piany robić nie umiał. Co miał więc począć, żeby wykarmić swoje trzy żony i jedenaścioro dzieci? Zaczął kraść guziki i sprzedawać je kretom. Trochę wzruszyła mnie opowieść tego człowieka, wydał mi się poczciwy jak mazowiecki traktorzysta. Zastanawiałem się, jak by tu mu pomóc, żeby skończył ze złodziejstwem i mógł nadal wyżywić rodzinę. I nagle przypomniało mi się, że na Madagaskarze mam znajomego, który prowadzi fabrykę piany. Zapisałem mu adres na karteczce z mojego amerykańskiego notesu i poleciłem: „Pakuj manatki, zbuduj sobie tratwę, zbierz rodzinkę i wyruszajcie. Tam na pewno, jako specjalista z doświadczeniem, znajdziesz zatrudnienie. W razie czego powołaj się na mnie”. Numbo Palma wpadł w czternastą błogość, wyściskał mnie, wycałował i z radości rozłupał pięć cegieł na drobne kawałki. No i rozstaliśmy się. - I co się z nim stało, wujku, znalazł pracę? – spytała Demonika. - W jakiś czas potem dostałem od niego kartkę z Madagaskaru. Dostał pracę i to nieźle płatną, postawił wieloizbowy dom i był szczęśliwy. Szosa była kręta, lecz gładka. Jechali przez las i delektowali się zapachami świerków, brzóz, kamyków i ziół. Pogoda była wyśmienita, a kilometry radosne. Mijali wioski, a w nich uśmiechniętych wieśniaków machających pozdrawiająco i żywotne dzieciaki, które goniły za samochodem. W każdej wsi grała przydrożna kapela, w której liczba muzykantów uzależniona była od zamożności danej miejscowości. Wieś Zacietki miała na przykład kapelę siedmioosobową, a wieś Cyjankowo stać było tylko na jednego grajka. Kiedy przejeżdżali przez Pałkowo, dostrzegli na poboczu prześlicznie grający duet złożony z młodzieńca grającego na szczypcach i staruszka wydobywającego słodkie tony i kwintale z aktówki. Zatrzymali się, aby posłuchać, poobcować przez chwilę z folklorem. Kiedy tak dumali zasłuchani, do auta podeszła baba i tak się ozwała bezzębnymi ustami: - A ja wiem, a ja wiem. Bo ten Radom był w Afryce. Kracze wrona: kra kra kra, dwa Radomie świat ten ma. Wujek Zygmunt tak się zdenerwował, że nacisnął na gaz i Kair ruszył ostro, wzbijając tumany wiejskiego kurzu.
7
Część 33 / 3
Kiedy dotarli do Bełtowa, zajechali pod bramę z napisem: „Ding-Dong. Firma Wielobranżowa”. Wjechali w zadbaną aleję prowadzącą do niezwykłej urody dworku. Wokół niego spacerowały spokojnie chińskie smoki, a nad nim fruwały kleptyczne stada chińskich latawców. - Mam nadzieję, że nie będziecie na mnie zbyt długo czekać – powiedział Wujoanna. - A może poszłybyśmy razem z tobą? – zaproponowała Demonika. - Byłoby mi raźniej, więc jeśli chcecie mi towarzyszyć, to bardzo miło z waszej strony. Wujek Zygmunt zaczął coś sprawdzać przy aucie, a bapki ruszyły w stronę dworku. Parter pachniał pekińskim rosołem i pełen był małych chińskich dzieciaków, które biegały po korytarzu, kłapiąc sandałami po podłodze. Pierwsze piętro było pomalowane na pomarańczowo i silnie pachniało powidłami. Bapki, rozglądając się z zadziwieniem wokół siebie, dotarły na drugie piętro i zapukały do dużych, ryżowych drzwi, zza których rozległo się azjatyckie „proszę”. Bapki weszły do pomieszczenia, w którym na blacie biurka siedział po turecku Chińczyk Fung Czu. - Dzień dobry, panie prezesie. Jestem Wujoanna, byliśmy umówieni, a to moja świta. Świta zaświtała, zadźwięczała, a Fung Czu tak się odezwał: - Witam, witam, cieszę się, że pomóc mogę, choć pora jest mało ryżowa. Zechcą panie spocząć na blatach – rzekł wskazując liczne znajdujące się w pokoju biurka. Bapki spoczęły, jak nakazywała etykieta, a wtedy zjawił się sznur chińskich dzieciaków, które wnosiły najprzeróżniejsze chińskie przekąski i ustawiały je przy każdej z nich. - Proszę się częstować – zachęcał Czu. – Oto najwyborniejsze surdutki i krawatki, małże z mieszanych małżeństw, cukier w polewie cynamonowej, turbulencje w galarecie, smocze języki, makaron panierowany, no i oczywiście sałatka ryżowa. Bapki były zachwycone. Wujoanna aż się zezłościła w środku, że nie może się całkowicie oddać konsumpcji, gdyż musi załatwić ważną sprawę służbową. - Jak już panu wspomniałam, nasza firma jest zainteresowana zorganizowaniem wystawy chińskich szkieletów. Postanowiliśmy zwrócić się w tej sprawie do pana. - Bardzo słusznie i właściwie, a nawet rozsądnie – stwierdził Czu. - Gdybyśmy zwrócili się bezpośrednio do instytucji chińskich, moglibyśmy mieć problemy z wypożyczeniem szkieletów, gdyż w Chinach nasza firma nie jest znana, a na pewno nie powierzono by eksponatów w niepewne ręce. Pan jednak, jako stały klient naszej firmy, zna jej solidność i wie, że jesteśmy godni zaufania. Oczywiście, mógłby pan zapytać, dlaczego nie staramy się załatwić sprawy przez ambasadę... - Ależ skąd, takie pytanie nawet mi przez głowę nie przeszło. Bardzo się cieszę, że mogę być pomocny i chcę być pomocny. Ile eksponatów potrzeba? - Pięćdziesiąt. - Za jedenaście dni sprowadzam z prowincji Sy-Fong pięćdziesiąt starożytnych wanien, które mają zostać wyeksponowane w muzeum w Przemyślu. Te cenne zabytki chińskiej armatury zostaną przetransportowane dwoma samolotami firmy Brodzia Kartagińskiego. Właśnie kiedy rozważałem, jak wykorzystać pustą przestrzeń wanien, pani do mnie zadzwoniła. Nie może być lepszej okazji. Po prostu w każdej wannie umieścimy jeden szkielet. Szkielety zostaną w ten sposób zabezpieczone, a ja nie będę miał poczucia, że samoloty przybywają z niewykorzystanym do końca miejscem w ładowni. - Uważam, że to bardzo dobra myśl – ucieszyła się Wujoanna. - Apaszka pani drży, pani Wujoanno – zauważył Chińczyk - Proszę nie zwracać na nią uwagi, tak już została uszyta. Jest jeszcze jednak na gwarancji, więc myślę, że coś da się z tym zrobić. A wracając do sprawy, chciałabym zapytać, ile będzie kosztował naszą firmę transport, a ile wynajem szkieletów. - Jeśli chodzi o transport, to jego koszt wyniesie 1300 rapatów. Trudno mi natomiast stwierdzić teraz, ile będzie kosztował wynajem szkieletów. Kiedy porozumiem się z odpowiednimi instytucjami w Chinach, powiadomię waszą firmę telefonicznie. - Rozumiem. - Myślę też, że nie będzie problemu, aby szkielety wracały do Chin razem z wannami. Jest to tylko kwestia uzgodnienia właściwego terminu. A teraz, jeśli panie pozwolą, chciałbym zaproponować obiad. - Dziękujemy bardzo, ale musimy jechać do Kieliszek – z bólem odmówiła Wujoanna. - Ale może pan nas zaprosić na kolację – powiedziała Demonika. – W drodze powrotnej chętnie znów pana odwiedzimy. - Wobec tego oczekuję pań wieczorem. Bapki pożegnały prezesa firmy Ding-Dong i wyszły, zabierając z sobą trochę przekąsek, jako że nie wszystkich zdążyły skosztować.
8
Szosa z Bełtowa do Kieliszek przypominała hiszpańskie szosy z okresu wojny secesyjnej. Gęsto rosnące wzdłuż drogi wierzby były zamieszkane przez liczne bociany i kruki. Klekotanie i krakanie rozlegało się z taką intensywnością, że całkiem zagłuszało pracę silnika. Wujek Zygmunt był trochę zły, bo bardzo lubił odgłos pracy swego kabrioleta. W oddali po obu stronach widać było pola wyrkowe, gdzie okoliczni rolnicy pracowali w pocie czoła i pach, jako że była pora żniw. Długie łodygi, cięte kosą, piszczały i kładły się pokotem. Już niedługo wymłócone wyrko miało się znaleźć w stajniach i salonach gier. W pewnym momencie wjechali w las, a kiedy się z niego wynurzyli, na horyzoncie była już widoczna góra zamkowa w Kieliszkach. Imponujący widok masywnych ruin zatkał wycieczkowiczom dech w piersiach, tak że musieli zatrzymać się i odkaszlnąć. Wujek Zygmunt, przygotowany na tego typu wypadki, dobył z jakiegoś schowka tabletki Rita 23, którymi poczęstował bapki, samemu też zażywając. Chcąc dostać się na zamek, musieli przejechać przez całą miejscowość, jako że ruiny leżały na jej przeciwnym skraju. Wujek Zygmunt rozglądał się dokoła, ale żaden szczegół zabudowy Kieliszek nie wydał mu się znajomy, zbyt wiele lat upłynęło od czasu wycieczki szkolnej. Wspomnienia, które zachował, dotyczyły jedynie samego zamku. Bapki, które zajechały do Kieliszek po raz pierwszy, przyglądały się ludziom, gollom i architekturze, ale trzeba przyznać, że miejscowość jako taka nie była specjalnie urodziwa. Domy były szare i brudne, stare, pochylone, płoty pełne ubytków, ulice nierówne. Jedyną ładną rzeczą w Kieliszkach były świeże czerwone dachówki na wszystkich dachach, a to dlatego, że wójt nałożył na wszystkich mieszkańców obowiązek renowacji dachów. Przejechali przez niemal pusty rynek, gdzie w powietrzu unosił się jeszcze delikatny posmak dawnej świetności grodu, potem mknęli jeszcze przez parę ciemnych, wąskich ulic, aż zajechali do podnóża góry zamkowej. - Dawniej można było wjechać pod sam zamek – poinformował wujek. – Zobaczymy, czy teraz także; może już postawili zakaz. Zakazu nie było i Kair 300, pracując na wysokich obrotach, wtoczył się borsuczo pod samą bramę zamczyska. Wycieczka wyszła z auta i posłała pełne podziwu spojrzenia zabytkowi wybudowanemu w stylu kitogotyckim. Przeszli przez bramę i znaleźli się na dziedzińcu. - Kiedyś to tu musiało tętnić życie – westchnęła Demonika. – Rycerze, biesiady, miody, kotlety. - Ech... – westchnęła z kolei Esbeata. - Mnie tam takie zabytki nie podniecają – rzuciła zimno Wujoanna. – Po co to wysilać myśli na przywoływanie przeszłości, skoro to i tak bezskuteczne? Tyle jest pięknych osiągnięć nowoczesności, po co więc ofiarowywać swój sentyment zabytkom? - Ale to przecież fascynujące, Wujoanno – próbowała tłumaczyć Demonika – że oto tu przed nami ruiny, które postawili ludzie kilkaset lat temu. Obcowanie z dziełem ich rąk sprawia wrażenie, jakby się w jakiś tajemniczy sposób obcowało z nimi samymi. Wujoanna zamyśliła się, ale nie czuła tego tematu. Zamek, owszem, był ładny, przed zniszczeniem pewnie jeszcze ładniejszy, ale ona myślała w tej chwili przede wszystkim o rapatach, które zarobi na wystawie. Wysoko na wieży zatukał tukan. Z przeciwległego muru odpowiedział mu drugi. Wujek Zygmunt, Esbeata i Demonika rozeszli się i każde zwiedzało ruiny w pojedynkę, skupiając swą uwagę na różnych elementach. Wujoanna usiadła na zwale gruzu i poczęła rozmyślać. Wuj Zygmunt, który wszędzie chodził z puszką orzeszków błotnych, przypominał sobie swoją szkolną wycieczkę, z których to wspomnień przeszedł do wspominania dzieciństwa w ogóle. Ileż to on szalonych rzeczy robił, brzdącem będąc. Tukany tukały coraz intensywniej, coraz gęściej wypełniając powietrze tukaniem. Esbeata opuściła obręb murów, a następnie opuściła wzrok, zwracając uwagę na bardzo rzadko występujący rodzaj gleby – różoziem. Wzięła go trochę w dłonie, powąchała, posmakowała. Różoziem był ulubioną glebą Esbeaty, nie tylko ze względu na jego walory kolorystyczne, ale także poetyckie. Będąc na trzecim roku studiów, Esbeata poświęciła nawet całe dwa miesiące na dokładne badania właściwości różoziemu, za które otrzymała wysoką cenę. Tukanie stawało się coraz bardziej miarowe, napełniając okolicę pulsującym rytmem. Wujek Zygmunt skończył spacer i usiadł w pobliżu Wujoanny. Wywiązała się rozmowa, podczas której Wujoanna opowiadała o swoim dzieciństwie w Ostrej Rudzie. Wujek słuchał i porównywał ze swoim dzieciństwem, aż w końcu doszedł do wiekopomnego wniosku: - Każda epoka wytwarza swój model dzieciństwa. Tukanie tukanów stało się tak uporczywe, że Demonika dłużej nie wytrzymała. Wczuła się w rytm, zinternalizowała jego miary i ruszyła w tany. Kręciła się, wirowała, skakała, wyrzucała ręce, całkowicie porwana przez rytm. Tańczyła bez ustanku. Minęła jedna godzina, druga, trzecia, a Demonika wciąż pozostawała w tanach. Wujek, Esbeata i Wujoanna chcieli już wracać, ale do Demoniki nic nie docierało, nie reagowała na nawoływania. Wujek próbował ją pochwycić, ale za każdym razem wymykała się mu. Aż w końcu opadła nagle z sił i zasnęła w tańcu. Mogłaby niebezpiecznie upaść na gruz, gdyby nie znakomity, wykarmiony orzeszkami refleks wujka Zygmunta, który zdążył ją chwycić i przeniósł do samochodu. Ruszyli.
9
Demonika obudziła się lekko oszołomiona. Był blady ranek, a przy niej siedziały blade Esbeata i Wujoanna. - Co tu tak blado? – jęknęła. - Trochę blado – przytaknęła Wujoanna. - Jak się czujesz? – spytała Esbeata. - Całkiem dobrze, tylko trochę blado. Mam jakieś tepiczne wrażenie, że trochę mi się filmik urwał. Sklei się, prawda? Bapki milczały. - No, sklei się, czy nie, do stu tysięcy wariatów!? – wrzasnęła. Bapki odchrząknęły i spokojnie, delikatnymi słowy zaczęły sklejać film. Bladość powoli ustępowała. Twarze bapek stawały się poprawnie rumiane, a słońce wschodziło coraz wyżej. - Najbardziej żal mi tej kolacji u pana Czu. Czy naprawdę nie dało się mnie dobudzić? - Naprawdę – potwierdziła Esbeata. – Spałaś tak twardo jak kamień na lessie. Fakt jednak, że jest czego żałować: sypkie szczupaki w kulkach kalafiorowych, pieczeń z pingwina w polewie arktycznej, hecobanany, paluszki, dziekanki. Wujoanna uzupełniła: - Pataty w figach, metrówki z nadzieniem tekturowym, gołąbki w skwarze, bambułki, a do picia wyśmienity półszampan z Tunezji, niewino dalmatyńskie, sok trelemorelowy i kompot z Wenecji. - Ech... – westchnęła Demonika. – A co z wujkiem Zygmuntem? - Pojechał. Czas go gonił. Ale zostawił dla ciebie pozdrowienia – rzekła Esbeata. - Gdzie są? - W lodówce – wskazała Wujoanna. Demonika wstała, pokręciła się po pokoju, doszła do szafki, a następnie doszła do siebie. Wzięła kontator, uczesała się, po czym odezwała się tymi słowy: - Lubię was. Ale idźcie już każda do swojej pracy. Ja muszę przygotować się na spotkanie z moim promotorem. - To cześć – rzuciły bapki i wyszły. - Zaczekajcie – Demonika wybiegła za nimi. - Co jest? - Mam pomysł. - Każdy ma jakieś pomysły – skwitowała Esbeata. - Spotkajmy się wieczorem w jakiejś przytulnej kafejce na mały bapski ploting. - Ale fajny pomysł! – wyśpiewały euforycznie Wujoanna i Esbeata. - Jaki lokal proponujesz? – spytała Wujoanna. - O siódmej w Martwej Biedronce – rzekła Demonika po chwili namysłu, po czym pożegnała się z bapkami na dobre (na parę dobrych, bitych, sześćdziesięcioczterominutowych godzin).
10
Promotor okazał się być zupełnie brodaty. Z Demoniką znali się świetnie, choć widziała go pierwszy raz. Okulary z błękitnymi szkłami dodawały mu profesorskiej powagi w dobrym, przedwojennym stylu. Przez cały czas nie zdjął melonika z głowy, ale Demonika czuła, że nie wypada zwracać mu na to uwagi. Biurko uginało się pod stosem papierów i ciężkimi kałamarzami, stękając od czasu do czasu. Zmierzyli się wzrokiem na siedząco, potem na stojąco, wymienili kilka kurtuazyjnych powiedzonek, zerknęli na zawieszony na wschodniej ścianie plan miasta, po czym przeszli do rozmowy merytorycznej. - Ten rozdział jest całkiem, czy zdaje pani sobie z tego sprawę? - Tak, wiem, że to całk, panie profesorze. - Późno już, ale chciałbym, żeby była pani świadoma. - Jestem. - To wyśmienicie. Proszę spojrzeć na dwunasty akapit. Zakreśliłem go pani na fioletowo, czyli oznacza to, że... - Że trzeba rozwinąć myśl. - Bardzo dobrze. Piętnasty akapit zakreśliłem na zielono. Czy pamięta pani, co to znaczy? - Tak, panie profesorze, to znaczy, że trzeba dotyczać. - Brawo! Ma pani dobrą pamięć. Co pani pije? - A, takie tam, ogólnie. - No i słusznie. Ale wracając do pani pracy, proszę uwzględnić moje uwagi i przynieść mi poprawioną wersję razem z następnym rozdziałem. - Rozumiem. - Czy przeczytała pani trzeci tom cyklu „Peda, Gog i ja” doktor Watuchowej? – profesor przywiązywał tak wielką wagę do tej pozycji, że aż wstał, zadając pytanie. - Tak. - A co z ostatnią pracą profesora Gustlika…