Akcja · 43 min czytania
TRZY DNI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
- Jak mogłaś to spieprzyć? – pytał Samantę oburzony Skoczek, energicznie przy tym gestykulując. Od kilku godzin siedzieli u niej w mieszkaniu. Pogoda na zewnątrz wyraźnie się popsuła. Z chwilą gdy zaszło słońce, niebo zakryły gęste chmury, przygonione porywistym wiatrem, który teraz gwizdał w nieszczelnych oknach mieszkania. Przeszkadzał Skoczkowi w myśleniu, co dodatkowo go drażniło. - Co miałam zrobić? Wlać mu to do gęby?! – podniosła głos. Miała już serdecznie dosyć obwiniania jej za niepowodzenie całej akcji. - Profesjonalistka psia mać. Mówiłem zrobić to tradycyjnie. Guma do żucia, czekolada, albo nawet zastrzyk w dupę. Robiliśmy to wiele razy. Mieliśmy pewność, teraz masz coś chciał. Baby zarządziły jakieś Chinotto i… - Zamkniesz się wreszcie? – ucięła monolog Skoczka. – Próbuję się skupić. – Leżała na łóżku z zamkniętymi oczami, opuszkami palców masując skronie. Mężczyzna zamilkł. Odwrócił się do okna. W zamyśleniu bawił się długą jasną brodą. Wiatr się wzmagał niosąc ze sobą pierwsze krople deszczu. Targał drzewami, rozrzucając ich gałęzie na wszystkie strony. - Malguści są niedaleko, czuję ich – powiedziała po chwili. - Wracaj tu, zobaczą cię. - Nie. Nie szukają nas. Podążają za niewielkim śladem energetycznym – zaraportowała. – Przeoczyłam go wcześniej. Są w okolicy Starego Miasta i kierują się… - Na południe. Na Płoskie. Do mieszkania Młodej? – zgadywał. Samanta nie przerywała transu. Mentalnie opuściła swoje ciało, by przeszukiwać okolicę i odnaleźć zdrajczynię Agnieszkę Gleszczukową i Andrzeja Nerwińskiego. - Na pewno nie. Znajdź adres jego mieszkania. Na tablicy – poinstruowała. Skoczek podszedł do tablicy korkowej zawieszonej na ścianie, za komputerem. Poprzypinane były do niej różnokolorowe karteczki. Odnalazł właściwą. - Ogrodowa trzydzieści siedem – przeczytał. – To chyba gdzieś na Nowym Mieście? - Tak i tam najwyraźniej kierują się Malguści. Idą na piechotę. - Widocznie ślad jest za słaby i nie wiedzą gdzie jej dokładnie szukać – myślał na głos, nadal patrząc na mroczny taniec drzew za oknem. Deszcz wzmagał się, bębniąc rytmicznie o szybę. – Przemieszczają się powoli. Mamy trochę czasu. – Nagle telefon zaczął wibrować, tańcząc na stole. - Aga – oznajmił Skoczek, zanim odebrał. – Halo. Co ty wyprawiasz dziewczyno?! Rozum ci odjęło?!... Nie uciszaj mnie!... No… Idą do was Malguści… Jakieś pół godziny… Na starówce… Już jedziemy. - Rozłączył się. - Sami wracaj. Miałaś rację, są u niego. Jedziemy. Kobieta wybudziła się i siadła na brzegu łóżka. Głowa strasznie bolała po takim transie. Z szuflady w nocnym stoliku wyjęła lek przeciwbólowy i połknęła popijając wodą z kubka. - Jedźmy – oznajmiła gotowość. – Zanim wysłuchasz kłamstw które ci opowie, pozwól, że skopie jej dupę. Zasłużyła.
——————————
- Mieliśmy czekać tutaj – powiedział Andrzej, gdy jego dziewczyna oznajmiła, że uciekają. – Dokąd chcesz iść? - Nie wiem – westchnęła i usiadła koło niego na łóżku. – Ale nie możemy zostać w miejscu. Chyba popełniłam błąd dzwoniąc do Skoczka. On mi nie daruje tego co zrobiłam, a Malguści… pewnie zabiją. – Rozpłakała się. - Ale chyba twój znajomy nie będzie gorszy od magów? - Nie… Nie wiem już co robić – szlochała. Chłopak widział teraz, jak Agnieszka różni się od dziewczyny, którą znał przed dzisiejszą wizytą w barze. Zawsze zabawna, pogodna i wesoła. Dziś po południu nawet nie siliła się na uśmiech. Nie grała. Była młodą niespełna dwudziestoletnią dziewczyną, którą przytłoczył ogrom zaistniałej sytuacji. Z drugiej strony wcale się nie dziwił. Sam nie należał do strachliwych ludzi, lecz gdy przypomniał sobie, o czekającej go przemianie i wiążącym się z tym bólem, paraliżował go strach. - Czego oni właściwie od nas chcą? – próbował zmienić temat. - Malguści? - Wzruszyła ramionami. – Nie wiem – odpowiedziała po chwili milczenia. – Skoczek mówił coś o czystości magii, o równowadze. Zakon nie zaakceptował sztucznej many i eliminował jej zwolenników. Na całe szczęście nigdy żadnego nie spotkałam. Nie ma ich w Zamościu, ale zdarzały się najazdy i regularne walki z naszymi. Nagle wrócili… zabijać. - Zaczekajmy. Proszę. - Nawet go nie znasz! – krzyknęła. – Boję się, że… - Ja się boję, że nie wiemy co dalej robić! Wpadniemy prosto w ręce magów i po zawodach - również podniósł głos, co w żaden sposób nie uspokoiło dziewczyny. Za to Andrzej poczuł się trochę głupio. – Co proponujesz? - Wiem gdzie możemy znaleźć schronienie – wyszlochała, z wolna powstrzymując płacz. - Wolałbym zaczekać na pomoc tutaj. - A co jeśli pierwsi dotrą tu Malguści? Idą od starówki. My pójdziemy w przeciwnym kierunku, czym być może zyskamy na czasie – wytłumaczyła. – Byle dotrzeć do Carefoura… - A tam? – zapytał zaciekawiony. - Zobaczysz – zbyła pytanie. – Tracimy czas. - A niech to szlak! Idziemy – zadecydował – ale nadal uważam, że to kiepski pomysł. - Zaufaj mi – oznajmiła i pociągnęła go za rękę. Ufał jej.
——————————
- Nie ma ich – oznajmił Skoczek wracając do samochodu. Samanta zaparkowała starego poloneza pod adresem zamieszkania Andrzeja Nerwińskiego, gdzie Agnieszka miała na nich czekać wraz z nim. Tymczasem mieszkanie było puste. – Nawet nie zamknęli za sobą drzwi. - Cholera jasna – Samanta otwartą dłonią uderzyła w kierownicę. – Ukatrupię gówniarę! - Czego się drzesz. Uspokój się i szukaj ich. Ja będę kierował – zarządził mężczyzna. Zajął miejsce za kierownicą, a kobieta bez słowa położyła się na tylnym siedzeniu i połknęła zieloną tabletkę. Znów zapadła w trans. Skoczek spojrzał na nią. Martwił się. Kobieta znacznie przekroczyła bezpieczną dawkę syntetycznej many. Nazbyt częste zażywanie tabletek mogło doprowadzić do uszkodzeń mózgu, lub zwiększyć prawdopodobieństwo wystąpienia chorób, jak choćby schizofrenii. Nie byli małżeństwem, ani nawet parą. Mimo to łączyła ich silna więź. Jako partnerzy, rozumieli się bez słów, a różnica charakterów, z reguły pomagała spojrzeć na sprawę z dwu różnych perspektyw co niewątpliwie pomagało w działaniu. Tym razem było podobnie. W sytuacji zagrożenia umysł Skoczka potrafił dokonywać szybkich i zwykle trafnych decyzji. Jego partnerka bez sprzeciwu połknęła kolejną tego dnia tabletkę. Narażała się. Jednak ufała trafności decyzji towarzysza. To tak naprawdę martwiło Skoczka. Ten brak sprzeciwu - dyskusji. Gdy tak patrzył na pogrążoną w transie Samantę, uświadomił sobie, że kiedyś może popełnić błąd. Co wtedy? - Lwowska – poinformowała kobieta, wyrywając Skoczka z zamyślenia. – Ruszajmy. Zgarniemy ich po drodze. Mężczyzna sam zażył dawkę syntetycznej Many. Musiał widzieć nieludzi, którzy staną na ich drodze. Gdyby tego nie zrobił, mogliby natknąć się na jakiegoś trolla, przez którego samochód wraz z kierowcą przemknąłby nie napotykając oporu. Za to pasażerka z tylniego siedzenia mogłaby poważnie ucierpieć w takim zderzeniu. Ruch na ulicach był niewielki. To miasto wymierało po zmroku. Za dnia każdy gdzieś się spieszy, z chwilą zajścia słońca, wszystko zwalnia. Ludzie znikają z ulic. Zamość kładzie się do snu. Tego dnia Skoczkowi to nie przeszkadzało. Stary polonez miał zdrowy silnik i bez sprzeciwów wykonywał polecenia kierowcy. Dotarli na skrzyżowanie, które zdołali pokonać bez postoju na czerwonym świetle, co było zasługą Samanty. Nie spuszczając nogi z gazu, Skoczek skręcił kierownicą ostro w prawo. Z piskiem opon, w stylu starych, amerykańskich filmów sensacyjnych, wjechali na ulicę Partyzantów, skąd mieli już prostą drogę do celu. Nagle samochód zahamował. Kierowca gwałtownie odbił kierownicą w lewo, dzięki czemu minimalnie uniknęli zderzenia z potężnym wilkołakiem. Następnie płynnie zredukował bieg i zaraz za nieludziem wrócił na prawy pas jezdni, cudem unikając zderzenia w nadjeżdżającą z przeciwka ciężarówką. - Ciasno tu miejscami – skomentował pod nosem. - Sto metrów przed nami – oznajmiła Samanta, nieświadoma faktu, że kierowca przed chwilą dwa razy omal nie spowodowali wypadku swoją szaleńczą jazdą przez miasto. Skoczek już nie potrzebował tej informacji. Przed chwilą sam zauważył dwoje młodych ludzi skręcających w stronę centrum handlowego. Przy skręcie na parking znacznie zwolnił, by nie wzbudzać niepotrzebnej sensacji wśród tłumów ludzi, którzy jak co wieczór urządzali sobie wycieczki do supermarketów. Samanta wybudziła się z transu i połknęła kolejną tabletkę od bólu głowy. - Niech ten dzień wreszcie się skończy – westchnęła. – Wsiadajcie! – krzyknęła do Andrzeja i Agnieszki, gdy stary polonez zagrodził drogę uciekinierom.
——————————
Andrzej nie znał kobiety, która krzyczała do nich z samochodu, ale widząc, że Aga nie rwie się do biegu, sam też powstrzymał się przed ucieczką. Po szybkiej wymianie zdań, Agnieszka spuściła wzrok i twierdząco pokiwała głową wsiadając do samochodu. Chłopak nie pytając o nic, postąpił podobnie. Domyślił się kim byli ci dwoje. Samochód do którego wsiedli ruszył gwałtownie, wykręcając w miejscu. Pruł przez parking ciągle przyspieszając. Zszokowani ludzie z ledwością umykali spod kół pojazdu. - Co się stało? – zapytała kobieta siedząca z tyłu, obok Andrzeja. - Malgust! – odpowiedział zwięźle kierowca. Jak się po chwili okazało, nie sam. Mężczyzna w kolorowym, lśniącym płaszczu, siedział na grzbiecie olbrzymiego trolla, który wkroczył właśnie na parking. Mag rozłożył szeroko ręce i wydeklamował jakieś zaklęcie. Po chwili troll stanął w miejscu i zaczął głośno krzyczeć. Wymachiwał rękami chcąc zrzucić jeźdźca. Bezskutecznie. Malgust położył rękę na czole giganta, a ten natychmiast się uspokoił. Nie drgnął nawet, gdy skóra na jego łopatkach pękła, a z wnętrza ciała wyłoniły się dwa wielkie, skórzaste skrzydła. Po kolejnym zaklęciu maga, rany błyskawicznie się zabliźniły, a nieludź został wybudzony z letargu. Na komendę ruszył do przodu, lecz nie pieszo. Machnął kilka razy skrzydłami w powietrzu, testując nowy organ, po czym wzbił się w górę. - Szybciej! – krzyknęła Aga widząc zbliżające się monstrum. - To tylko stary Poldek, nie da się szybciej – odparł kierowca. - Nie mamy szans! – podsumowała dziewczyna. - Zamknij się! Myślę. Troll zbliżał się nieuchronnie. Pozostała im najwyżej minuta. Jak na złość, miasto nagle ożyło. Na ulicy zaroiło się od samochodów. Skoczek musiał jak szalony manewrować pomiędzy innymi uczestnikami ruchu, którzy nie mogli wiedzieć, jaki jest powód tej brawurowej ucieczki. Na pewno nie widzieli skrzydlatego nieludzia i dosiadającego do człowieka – maga, który w czarodziejski sposób potrafił zapewnić sobie niewidzialność. - Daj mu to – rozkazał Skoczek, gdy szczęśliwie wywinął się ze slalomu pomiędzy innymi samochodami. Podał Agnieszce brązową tabletkę w opakowaniu. – Sami, pokaż mu swój dom na wsi. - Ale… - zaprotestowały niemal jednocześnie. - Zróbcie co mówię – przerwał im Skoczek. Andrzej nie wiedział co się dzieje. Nie rozumiał o czym rozmawiają jego nowi towarzysze. - Połknij to – powiedziała stanowczo Agnieszka, zwracając się do chłopaka. Wiedziała, podobnie jak Samanta, że co by się nie działo, w takich sytuacjach można bezgranicznie zaufać Skoczkowi. Ten człowiek miał dar do wyciągania z takich właśnie opresji. – Proszę – dodała gdy jej chłopak zawahał się. „Mana? Przecież pod żadnym pozorem nie mogę” pomyślał. Zmierzył wszystkich zebranych wzrokiem, ale w końcu uległ prośbie i połknął tabletkę, o nic nie pytając. Mimo wszystko ufał Agnieszce. Zresztą nie było już czasu na dyskusje. Jeżeli to miało ich uratować, musiał działać szybko. Samanta przyłożyła mu dłonie do skroni. Momentalnie przed oczami chłopakowi stanęły obrazy starego wiejskiego domu. Po podwórzu leniwie snuło się stadko kur. Jakieś budynki gospodarskie, jakieś głosy: szczekanie psa, brzęk łańcucha, rżenie koni. Pojedyncze obrazy. Widział czarnego kota skaczącego w strachu z płota. Widział starą kobietę wyglądającą przez brudną szybę. Czuł jakby tam kiedyś był, a jednocześnie miejsce zdawało się być kompletnie obcym. Jakby w jego głowie pozostała świadomość, że to wspomnienia kogoś innego, a nie jego. Nagle wszystko się skończyło, a umysł Andrzeja na powrót znalazł się w polonezie pędzącym przez noc, ulicami Zamościa. - Prawie się udało – westchnęła Samanta. - Co? – zapytał skołowany Andrzej, ale nie uzyskał odpowiedzi. - Trzymajcie się! – krzyknął kierowca i zahamował z piskiem opon, wykręcając w miejscu. Troll przeleciał tuż nad nimi. Wyhamował wbijając pazury w podłoże, którego pasażerowie samochodu nie widzieli. Było w innym świecie. Samochód gnał jakąś boczną uliczką, zyskując przewagę nad pościgiem. - Słuchaj Młody – zaczęła Samanta. – Tylko ty możesz nas z tego wyplątać. Myśl intensywnie o tym miejscu, które przed chwilą zobaczyłeś przed swoimi oczami. Myśl o tym jak bardzo chciałbyś się tam znaleźć razem z nami. Już. Teraz. Nie traćmy czasu.
Część 22 / 3
——————————
Tabletka jaką Skoczek dał Młodemu, była jedynie lekarstwem na biegunkę. No cóż, nic innego prócz Many tutaj nie posiadał. Andrzej nie musiał o tym wiedzieć. Tabletka miała wywołać w jego podświadomość, określony stan. Chłopak musiał uwierzyć, że dostał jakiś specyfik i dzięki niemu ma możliwości do działania. Tak naprawdę, przez trzy dni od zażycia pierwszej dawki Many, nie potrzebował niczego więcej. W tym młodym organizmie, było teraz o wiele więcej energii, niż w ścigającym ich Malguście. Jednak moc ta była chaotyczna, a jej właściciel kompletnie nie umiał się nią posługiwać. Teleportacja czworga ludzi wraz z samochodem, nie byłaby dla niego teraz wysiłkiem. Problem w tym, jak w ciągu kilku sekund nauczyć kogoś magii. - Znów jest – zaraportowała Samanta, gdy zza budynku wyłonił się troll. Odkąd stracili go z oczu, wyrosła mu druga para skrzydeł i teraz wyraźnie zyskał na prędkości, w zastraszającym tempie skracając dystans dzielący go od samochodu. Skoczek nie wiedział jakie plany wobec nich ma ścigający ich Malgust. Na pewno nie chciał ich zabić, a już na pewno nie Młodego. Nie używał magii bezpośrednio w stosunku do uciekinierów, co bardzo zastanowiło Skoczka. Jednak tym razem mężczyzna nie miał czasu na myślenie o tym. W końcu uliczki wyrosła lita ściana budynku, a możliwe kierunki jazdy rozchodziły się w prawo i w lewo, pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Wiedział, że nie uda mu się skręcić przy tej prędkości, ale nie mógł zwolnić, gdyż troll był tuż za nimi. Znów zaufał swemu przeczuciu, przyciskając pedał gazu do podłogi. Samochód jeszcze bardziej przyspieszył. Skoczek znów miał rację. Ściana zniknęła.
——————————
Zamościan obudził okrutnie mroźny poranek. Może i nie był znów taki mroźny, ale ludzie rozpieszczani piękną pogodą złotej polskiej jesieni, nie byli przyzwyczajeni do ujemnych temperatur. Każdy spieszący skoro świt do pracy, wyciągnął grubą kurtkę z szafy i owiązał szyję ciasno szalikiem, chowając w nim usta i nos. Niczym parowóz, emitując obłoczki pary sunął do przodu, byle do celu, gdzie z reguły czekało na niego ogrzewanie pomieszczenie. Temperatura po wschodzie słońca podskoczyła do około zera stopni Celsjusza, ale odczuwalna była niższa, powodowana porywistym wiatrem, który wdzierał się pod kurtki. Tak, poranek był naprawdę zimny. Tym większe było zdziwienie ludzi, którzy przechodząc koło Starego Szpitala powiedli wzrokiem za rykiem zbliżającego się motoru. Nie zdziwił ich sam motor, ani prędkość z jaką przeciął skrzyżowanie, nie zatrzymując się na czerwonym świetle. Pełne zdziwienie ludzi wyglądających z nad szalików skoncentrowane było na motocykliście i jego ubiorze, składającym się z koszulki z logo metalowej grupy AC/DC, luźno powiewającym, niczym peleryna Batmana, czarnym płaszczu i niebieskich jeansach. Jego długie czarne włosy powiewały na wietrze, odsłaniając liczne kolczyki srebrzące się w uszach. Jak szybko pojawił się, tak szybko zniknął w gęstniejącym ruchu ulicznym. Mimo to pozostawił po sobie niezapomniane wrażenie. Nie jeden z przechodniów poczuł przejmujący zimny dreszcz na plecach. Nie jeden z przejęciem wspominał motocyklistę, siedząc przy kaloryferze i rozgrzewając się gorącą kawą w pracy.
——————————
Temeerith był magiem. Był bardzo obiecującym magiem młodego pokolenia zakonu Malgusta. Pomimo tego, gdy tylko miał ku temu sposobność, przemieszczał się w konwencjonalny sposób. Oczywiście na tyle na ile ta szaleńcza jazda ścigaczem była konwencjonalnym sposobem przemieszczania się. Nie czuł zimna, chroniony drobnymi zaklęciami. Nie musiał też obawiać się kolizji z innymi użytkownikami ruchu, bo w magiczny sposób zwiększył swój refleks. Pozostała sama przyjemność jaką mógł czerpać z jazdy. Zadanie jakie dostali było poważne. Najważniejsze jakie kiedykolwiek dostał młodzieniec. Wobec tego jego wspólnik, Emellen Bofl, odsunął go od sprawy i postanowił załatwić sprawę sam. Był zasłużonym magiem po czterdziestce, obecnie opiekunem i mentorem Temeeritha. Jednak zadanie okazało się znacznie trudniejsze niż myślał. Popełnił błąd i cel uciekł mu z przed nosa zeszłej nocy. Temeerith głodny zasług i pokazania co naprawdę potrafi, wysondował strumień magii, który teleportował cel nieopodal miasta. Nie czekając na swojego mistrza, sam ruszył do ataku.
Część 33 / 3
——————————
Gospodarstwo wyglądało tak samo jak w wizjach, które Samanta przesłała Andrzejowi. Ten sam stary dom, z zapadającym się dachem. Te same drewniane budynki gospodarskie, z dziurami w ścianach, przez które mroźny wiatr wdzierał się do środka. W niewielkiej obórce, jedynym prócz domu, w miarę nadającym się do użytku budynku, stał stary gniady koń i czarno-biała wychudzona krowa. Po podwórzu spacerowały kury, topiąc łapy w błocie, z którego w promieniach słońca ustępowała mgiełka lodu. Pogoda wyraźnie się popsuła. Zima szła wielkimi krokami niosąc zimne powietrze. Na horyzoncie zbierały się ciemne śniegowe chmury. Gospodyni, sześćdziesięcioletnia wdowa, ruszyła na obchód swojego inwentarza. Była niezwykle zdziwiona nocną wizytą Samanty i jej towarzyszy. Gdzież tam zdziwiona, omal nie dostała zawału. Z pewnością by go dostała, gdyby zobaczyła starego poloneza materializującego się na jej podwórku. Na szczęście w tym momencie jeszcze smacznie spała. Obudziło ją dopiero uderzenie owego samochodu w kurnik, rozdzierające nocną ciszę dźwiękami giętej blachy o murowaną ścianę, krzykami ludzi uwięzionych w samochodzie i potwornym jazgotem wyrwanych ze snu kur. Nim staruszka ubrała się i wyszła przed dom podpierając się laską, Samanta zdołała wyswobodzić się z pod Andrzeja, który na nią wpadł i wyszła na powitanie. Pierwsze co staruszka zobaczyła, to nie kurnik z rozbitą ścianą, a ciepłe i uśmiechnięte oblicze Samanty, która przystąpiła do wyjaśnień. Wyjaśnienia choć nie mogły być prawdziwe, uspokoiły staruszkę i ta choć z oporami, zaprosiła Samantę, wraz z Agnieszką do środka. Mężczyźni dostali za zadanie ogarnięcie kurnikowego chaosu. Samochód schowany został pod wiatę, gdzie za czasów świetności gospodarstwa stacjonował sprzęt rolniczy. Kurnik zaś prowizorycznie zabezpieczyli starymi kapami i deskami. Łatwo poszło.
——————————
Dom był urządzony w starodawnym stylu, czego można było się spodziewać po staruszce. Ciasna kuchnia ze świętymi obrazkami na tapetowanej ścianie. W rogu stała kanapa służąca bardziej za szafę, niż za mebel do siedzenia. Po przeciwnej stronie na kuchni kaflowej stały okopcone sadzą garnki. W nich zaś gotowała się kiszona kapusta, roznosząc aromaty po całym pomieszczeniu. Gospodyni zamierzała ugościć Samantę i jej towarzyszy bigosem, który miał być na obiad. Jednak goście nie zamierzali zostać tu tak długo. - Musimy iść – oznajmił Skoczek. – Nie możemy się narażać, pozostając w jednym miejscu, a tym bardziej nie powinniśmy narażać twojej babci. - Podejmijmy walkę – oznajmiła Samanta. – Oczywiście nie tutaj, ale jeżeli zadziałamy szybko, nim Malguści podążą naszym tropem, możemy zyskać przewagę. - Jaką? – zainteresował się Andrzej. - To my możemy wybrać miejsce starcia i o ile czas pozwoli, możemy je odpowiednio przygotować, ustawić magiczne pułapki i osłony. O takiej przewadze myślałaś? - Nie tylko. Powinniśmy już dawno zawiadomić radę. – Zapadła cisza, którą po dłuższej chwili przerwał Skoczek. - Rada na pewno wie co się dzieje w mieście. Tym bardziej po naszej nocnej ucieczce i po tak silnym zaklęciu teleportacji. - To może zamiast tracić czas na gadanie, spróbujemy przedrzeć się do naszych? – zaproponowała Aga. - Na pewno Malguści przewidzieli ten ruch. Nie możemy działać tak przewidywalne. - A może to być na tyle oczywiste działanie, że nawet nie będą spodziewali się, że to zrobimy i nie napotkamy żadnych przeszkód? -Andrzej? – zaczął Skoczek. – Czy aby teleportacja nie za bardzo nadwyrężyła twoje szare komórki? - Daj spokój – zwróciła mu uwagę Samanta. – Chłopak stara się pomóc. - Chcesz tak ryzykować? – kontynuował Skoczek nie zwracając uwagi na partnerkę. – Tu chodzi o ludzkie życie i jeśli wierzyć radzie, to chodzi o więcej ludzi, niż nasza czwórka, wiec nie filozofuj. - Idę się przewietrzyć – stwierdził chłopak, wstając. - Zostaw – Skoczek powstrzymał Agę, która chciała pójść za nim. – Niech ochłonie. Czekają go ciężkie chwile.
——————————
Chmury wyraźnie się zbliżyły. Czuć było od nich zimno i wilgoć. Niosły ze sobą najprawdopodobniej pierwsze śniegi. Pomimo to słońce nadal świeciło, rozświetlając ponurą panoramę jesiennego krajobrazu. Andrzej stanął na słońcu i rozpiął suwak skórzanej kurtki, którą podarowała mu wdowa po zmarłym mężu. Chłopak nie mógł przestać myśleć o tym co stało się w ciągu ostatnich godzin. Świat taki, jakiego go znał, nagle zawirował i stanął na głowie. Zupełnie irracjonalne, niedorzeczne wydarzenia spotykały go minuta po minucie. To właśnie w tej chwili, w trakcie rozmyślań i próby ogarnięcia chaosu jaki zapanował