Fantasy · 7 min czytania
Trzy dziewczyny część II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kilka miesięcy później - Faun! Złodzieju, urwę ci ten rudy łeb! Lis wywalił bezczelnie czerwony jęzor i skoczył w głęboką zaspę śniegu, nie wypuszczając ani na chwilę sosnowej strzały z pyska. - Faun! Oddawaj mi to, ale już! Żmija na własnej piersi wyhodowana. – mruknęła już ciszej dziewczyna, polewając ognisko i nakładając na siebie skórzaną, brązową kurtkę. Lisek, którego uratowała jesienią, w styczniu stał się silnym przedstawicielem swojego gatunku. Zadziwiające, jak przerażone, słaniające się z głodu, zabiedzone szczenię przeobraziło się w psotnego, szybkiego hultaja. - FAUN! Macierzanka niedługo wybierała imię dla swego podopiecznego. Faun – zapamiętany z mitologicznych opowieści ojca, a później stryja bożek, Syn Lasu, sprytny złodziejaszek i opiekun zwierząt idealnie pasował do charakteru tego tu. Dziewczyna dałaby sobie rękę uciąć, że nocą jej wychowanek zmienia się w fauna – ciemnookiego młodzieńca w zielonej tunice z kawałkami kory i mchu w gęstych włosach. - Taa, i tańczy wokół ogniska. Co za brednie! – prychnęła kpiąco, przerywając te rozmyślania. Lis skakał obok jej nóg, prowokując do zabawy. Stanowczo odebrała mu strzałę, i powiedziała: - Nic z tego. Dziś wybieramy się do miasta. I spodziewam się, że będziesz grzeczny. *** Targ miejski odbywał się w każdą niedzielę, jednak Macierzanka była na niewielu takich imprezach. Zarówno ojciec, jak i stryj żyli na uboczu, sami uprawiali warzywa, mieli niewielkie stadko owiec, z których ciotka i Konwalia przędły wełnę, niepotrzebne im były krowy, gęsi ani króliki – owce, koń ojca, kilka owczarków czarnych jak smoła i rudy kot były jedynymi zwierzętami w gospodarstwie. Pasterzom i myśliwym potrzebne były skóry zwierząt i mięso – a dobry łuk wytrawny łowczy potrafił zrobić sam. Teraz jednak okoliczności zmuszały Macierzankę do wybrania się do wioski. Za upolowane i oprawione sprawnie zwierzęta otrzyma pieniądze, które ostatnimi czasami były jej bardzo potrzebne. Zapakowała do torby mięso i skóry, Fauna uwiązała na skórzanej smyczy – nie mogła go tak zostawić – lis nie był przyzwyczajony do swobodnego hasania po lesie, a poza tym na pewno by go potem nie odnalazła – i szybkim, równym krokiem skierowała się w stronę miasteczka. *** Targ niedzielny był hałaśliwym, chaotycznym zbiorowiskiem sprzedawców i klientów. Ostre pokrzykiwania przekupek, zachwalających zawsze „najpiękniejsze” okazy zwierząt, malowane naturalnymi farbami dzbany i garnki, słodkie owoce, lśniące kolorami na straganach, przecinały powietrze. Poprawiła płaszcz. Było dość zimno. - Spokojnie, Szafir. – uspokoiła swojego wierzchowca. – Już dobrze. Koń parsknął niespokojnie, ale posłusznie wszedł między ludzki tumult. Dziewczyna, siedząca na nim ogarnęła zmrużonymi oczami cały rynek. Żałosne, jak łatwowierni potrafią być ludzie – o, na przykład ten głupiec w zielonej szacie już kupił nędzną chabetę, za którą nie dałaby więcej jak dwa tuziny. Sprzedawca zaciera chciwe ręce – no faktycznie, świetny utarg. - Przejście dla Dworzanki Jasnej! Przejście dla Jasnej, córki Dworzanina Złocistego! Zmarszczyła brwi. Idiota, przecież przyjechała tu specjalnie po to, żeby zażyć trochę wolności! Nie po to, żeby ją tytułować! Niech diabli porwą ojca i jego heroldów! - Wracaj do pałacu, - syknęła do herolda, ściągając jednocześnie wodze – i guzik mnie obchodzi, co powie na to mój ojciec! Mam prawo do…