Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 45 min czytania

Trzy miesiące

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Anthony J. Slidge wyszedł z kliniki położonej niemal w samym centrum Redmond w stanie Washington.

Siąpił zimny deszcz - późną jesienią w tych rejonach nie powinno to nikogo dziwić. Anthony był wobec tego deszczu i chłodu obojętny. Kilkanaście minut wcześniej usłyszał z ust lekarza niezbyt dobrą wiadomość. "Rak który rozgościł się już na dobre w pana organizmie zabije pana najprawdopodobniej w ciągu najbliższych trzech miesięcy". Jednak obie te kwestie nie miały ze sobą żadnego związku.

Anthony po prostu lubił deszcz i lubił szare, zachmurzone dni. Brak słońca zupełnie mu nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie. Miał tak od dziecka.

Nie lubił tylko kropel zacinających prosto w twarz, choć stojąc tak pod tą kliniką i na nie z trudem zwracał uwagę. Wolnym krokiem podszedł do auta, które zaparkował na parkingu należącym do kliniki. Deszcz wzmógł się, zaczęło lać na dobre. Wszystko dookoła zniknęło za siną mgłą. Anthony uśmiechnął się do siebie.

Wsiadł do auta, poprawił lusterko wsteczne, choć właściwie tego nie wymagało. Włączył radio. Nie lubił siedzieć samotnie w samochodzie w zupełnej ciszy. Spiker odczytujący mało interesujące go tego dnia wiadomości, natychmiast kulturalnie usunął się gdzieś w tło.

Co będzie z tym dziwnym światem dalej, gdy już mnie nie będzie? - pomyślał. Szybko uznał, że właściwie to mało go to obchodzi. Spojrzał na swoje odbicie w lusterku i znów się uśmiechnął.

Uruchomił silnik. Wycieraczki rozpoczęły monotonną wycieczkę po przedniej szybie. Ulewa trochę odpuściła, poprawiła się widoczność na parkingu, jeszcze pustawym o tej porze - dopiero dochodziła ósma. Nim ruszył, Anthony przepuścił jeszcze ambulans wjeżdżający na teren kliniki.

Nie wiedzieć czemu przyszła mu do głowy myśl, że być może przywieziono w nim kolejnego kurczowo trzymającego się życia człowieka. Personel zrobi wszystko, by jego ziemska wędrówka jeszcze chwilkę potrwała. Rodzina, jeśli ją ów nieszczęśnik posiada, z pewnością będzie się o niego martwiła, niewykluczone że ktoś się pomodli w jego intencji. Znajomi będą dzwonić i dopytywać się z troską i niepokojem w głosie o jego aktualny stan.

Anthony znajdował się w zupełnie innej, jego zdaniem o wiele gorszej, sytuacji. Wyglądał jak normalny człowiek, który po prostu przyjechał do lekarza po rentgenowskie zdjęcie dla ubezpieczyciela, albo żeby naprawić zepsutą szóstkę. Tymczasem to właśnie on, Anthony J. Slidge - choć siedział wygodnie w przytulnym samochodzie i właściwie czuł się całkiem nieźle - nie miał żadnych szans na wyleczenie. Nie mogło by mu pomóc nawet tysiąc ambulansów pędzących sto mil na godzinę. Nikt też nie zadzwoni, by zapytać się, czy już z nim lepiej, albo czy wolałby banany zamiast mandarynek. Anthony zdecydowanie wolałby mandarynki.

No właśnie - analizował dalej, prowadząc samochód - jeśli nawet by założyć, że powinien jednak poinformować świat o tym, że właściwie jest już trupem, to kto powinien być pierwszy na liście poinformowanych? Sophie z pewnością powinna dowiedzieć się pierwsza. Żona musi mieć pierwszeństwo. Później matka. Na końcu dzieci. I też nie od razu. Najpierw mały James, dopiero w dalszej kolejności starsza o dwa lata Emily. A może jednak najpierw wypadałoby zadzwonić do matki?

Anthony tak naprawdę nie zamierzał nigdzie dzwonić. Któż chciałby przeżyć ostatnie trzy miesiące swojego życia, patrząc na zasmuconą rodzinę, na szklące się w najbardziej prozaicznych sytuacjach oczy dzieci. Na coraz bardziej żenujące i krępujące próby otoczenia, by ten ostatni czas w jego życiu upływał w jak najbardziej komfortowych warunkach.

Tylko psychopata mógłby coś takiego wymyślić.

Wyjechał z parkingu, włączył się do wątłego porannego ruchu. Spiker przestał zawracać głowę gadaniną, pierwsze takty zagrał anonimowy zespół, którego nie dałoby się żadną mocą odróżnić od tysiąca niemal identycznych. Anthony podkręcił głośność – wokalista cienkim, przechodzącym momentami w falset, głosikiem śpiewał, a właściwie popiskiwał, coś w rodzaju: „Kochana Ma, Gdzie Jesteś, Kochana Ma, Tu jestem”. Było to całkowicie idiotyczne, ale z upiorną podstępnością, zapewne zaprogramowaną przez stado korporacyjnych producentów, wrzynało się gdzieś w sam środek percepcji słuchacza. Po trzecim refrenie Anthony już podśpiewywał razem z piszczącym wokalistą.

Trzy miesiące. Dużo to czy mało?

Anthony J. Slidge był człowiekiem uporządkowanym. Nie lubił brać się za cokolwiek bez najprostszego choćby planu. Prowadził samochód bardzo uważnie i w tym samym czasie zastanawiał się już nad harmonogramem na najbliższe godziny. Przez lata pracy zawodowej wypracował sobie prostą do bólu, ale również do bólu efektywną metodę: najpierw kwestie najważniejsze i najtrudniejsze, dopiero potem należy iść w dół listy i te najłatwiejsze sprawy załatwiać na końcu.

Wokalista skończył swoją pieśń do ukochanej, z głośnika wystrzeliły reklamy - Anthony musiał gwałtownie ściszyć radio. Przełączył szybko na inną stację. Zaaferowana reporterka donosiła o strzelaninie w Portland.

Anthony już podjął decyzję. Numer jeden na liście spraw do jak najszybszego odhaczenia został ustalony.

xxx

Ruch wciąż był słaby. Bez większych kłopotów Anthony opuścił centrum miasta i skierował się na południowy wschód. Nucąc wciąż pod nosem ten sam refren, wsunął prawą dłoń do schowka zamontowanego w przedniej desce. Większość jego przestrzeni zajmowały szpargały. Mapy, nigdy nie używane przewodniki, stare okulary przeciwsłoneczne Sophie, maskotki dzieci. Gdzieś pod tą stertą leżał sobie spokojnie również pewien przedmiot, którego Anthony od czasu zakupu nie użył ani razu. Po chwili poszukiwań wymacał go dłonią po to tylko na razie, by upewnić się, że na pewno tam jest.

Nie śpieszył się, jechał średnim tempem. Miał mnóstwo czasu.

xxx

Wreszcie znalazł się na miejscu. Dojechał do Sammamish w hrabstwie King. Mieszkało tutaj wielu menadżerów wyższego stopnia zarabiających na swoje wystawne życie w Redmond, które Anthony zostawił jakieś siedem mil za sobą.

Dom w którym mieszkał człowiek, którego Anthony postanowił odwiedzić jako pierwszego tego dnia, nie wyróżniał się absolutnie niczym szczególnym na tle standardów obowiązujących w tych okolicach. Takich domów wybudowano tu w okolicy setki. Musiał kosztować niemało, zwłaszcza biorąc pod uwagę położenie. Kilometr dalej zaczynały się piękne lasy, które otaczały jeszcze piękniejsze jezioro. Dojazd stąd do centrum miasta zajmował nie więcej niż kwadrans, oczywiście przy założeniu, że nie jest akurat późne piątkowe popołudnie. Wtedy szosa prowadząca do Sammamish potrafi być zakorkowana, bo wiele osób szuka to odpoczynku od zgiełku miasta.

Cała najbliższa okolica sprawiała wrażenie jeszcze uśpionej. Nikt się nie kręcił, wąskie uliczki były puste. Przed domem, na podjeździe, stał samochód, którego marki Anthony nie potrafił rozpoznać. Wszystkie te nowe i drogie samochody wyglądają tak samo - westchnął w duchu.

Jadąc tutaj obawiał się trochę, że jednak nie zastanie tego kogoś, na spotkanie z kim bardzo liczył. Wiedział jednak, że Ron McGovney wyjeżdżał do pracy dopiero w okolicy godziny jedenastej, a gdy Anthony parkował swojego czerwonego Forda pod jego domem, było dopiero ledwie po ósmej. Istniało niewielkie ryzyko, że akurat tym razem pan McGovney zmieni plany - przecież mogło wypaść mu cokolwiek, na przykład mógł dostać telefon od jednego ze swoich współpracowników, że jest nagle potrzebny. Albo mógł mieć akurat tego dnia siłownię. Nic takiego się nie wydarzyło. Jego drogie auto stało na podjeździe, więc można było założyć, że właściciel jest jeszcze w domu i być może właśnie akurat wpieprza jajka na bekonie.

xxx

Anthony siedząc w samochodzie i słuchając odtwarzanego w radio nie wiadomo, który już raz w historii świata "Sweet home Alabama", obmyślał szybki i absolutnie improwizowany plan dalszych działań. Przez mniej więcej dwie minuty obserwował dom i stojące na podjeździe auto Rona. Właściwie nie musiał podejmować żadnych rozstrzygających decyzji. Od momentu gdy wyszedł z kliniki, czuł się tak pewny jak nigdy dotąd. Zawsze, przez całe życie jego głowa pełna była dylematów, wątpliwości; uwielbiał analizować, godzinami dzielić włos na czworo. Brakowało mu przekonania, co do do swoich własnych wyborów. Wielokrotnie zazdrościł niektórym kolegom, którzy najpierw działali, potem dopiero zastanawiali się, czy aby na pewno były to działania słuszne. Tego pochmurnego dnia wreszcie czuł się wyzwolony. Pozostało mu co prawda jedynie trzy miesiące, ale miał przeczucie, że to będą najlepsze trzy miesiące jego życia.

Wysiadł z auta i ruszył pewnym krokiem w stronę domu Rona. Przepuścił tylko młodą kobietę prowadzącą małe hipsterskie autko. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Odwzajemnił ten uśmiech. Tak jak się spodziewał, pewność siebie musi dawać facetowi mnóstwo korzyści w życiu. Miał czterdzieści siedem lat, wygląd nie ruszającego się sprzed komputera urzędnika – którym zresztą był. Raczej nigdy nie stanowił obiektu westchnień kobiet, zwłaszcza młodych. Coś musiało się tego ranka zmienić w jego wyglądzie, aż sam nabrał ochoty, by przejrzeć się sobie w pierwszym lepszym lusterku. Nie było jednak na to czasu. Zresztą teraz jeszcze wolał wyglądać po staremu. Będzie musiał wzbudzić zaufanie w sytuacji, gdy teoretycznie nikt rozsądny nie powinien mu zaufać. A już na pewno nie taki cwaniak jak Ron McGovney. Anthony swój plan oparł na tym właśnie, że ludzie zwykle raczej traktują go jak osobę potrzebującą pomocy niż potencjalnego napastnika. To miał być jego kapitał na najbliższe minuty.

Trzy miesiące.

Wszedł na schodki domostwa McGovneya. Bez zastanowienia nacisnął przycisk domofonu. Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Przez ten czas Anthony przyjrzał się dokładniej temu, jak mieszka były szef jego kochanej Sophie. Dopiero z bliska zauważył, że Ron nie oszczędzał na wykończeniówce. Działka nie była duża, najprawdopodobniej na tyłach domu był niewielki ogród, być może z małym zamkniętym basenem. Jeśli chce się mieszkać w Sammafish trzeba płacić słono. Anthony wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu. Jego nie byłoby stać nawet na te drzwi wejściowe. Musiały kosztować majątek. Ale i tak czuł się szczęśliwy. Był tylko skromnym inspektorem nadzoru budowlanego, jego dochody nie były na tyle wysokie, by mógł zbudować dom w takiej okolicy. Nie musiał jednak żyć z poczuciem, że większość ludzi, których spotkał na swojej zawodowej drodze, chcieliby splunąć mu pod nogi, albo zrobić coś jeszcze gorszego. A Ron McGovney takiego komfortu mieć nie mógł.

Drzwi wreszcie otworzyły się z cichym stukotem mechanizmu antywłamaniowego. Coś jeszcze przy tym zapiszczało, zapewne elektroniczny i super-inteligentny system kontroli dostępu zezwolił na zwolnienie zamka i spowodował, że na płaskim wyświetlaczu wiszącym zapewne gdzieś w domu zapaliła się zielona ikonka. W drzwiach stanęła nijaka z wyglądu kobieta w wieku mniej więcej czterdziestki i powitała go obojętnym spojrzeniem. – Dzień dobry, nazywam się Michael Schenfner – skłamał gładko. – Pracuję w szkole państwa córki, Maddleine. Isabelle McGovney, prawda? Wyraz twarzy kobiety zmienił się w ułamku sekundy. Jej źrenice rozszerzyły się i wreszcie jakby dopiero teraz tak naprawdę zainteresowały się Anthony'm. Przyłożyła palce z wypielęgnowanymi paznokciami do ust. – Coś z Maddleine?! – chciała chyba podnieść głos, ale utknął jej w gardle i wydała z siebie jedynie głośniejszy szept. – Nie, nic takiego, proszę się nie denerwować – Anthony vel Michael uspokoił kobietę odpowiednim gestem dłoni. – Czy zastałem może pani męża? Przepraszam za takie najście, ale mam nagłą pilną sprawę... – Kto to? Kurier? Kazałem przecież tej idiotce z biura przekierowywać ich na firmę – tubalny głos zahuczał gdzieś w głębi domu. – Ron, to nauczyciel ze szkoły Maddleine – cicho wyjaśniła kobieta, odwracając głowę w tamtą stronę. – Co?!

Po chwili otwór drzwiowy wypełniła sylwetka wysokiego i dobrze zbudowanego faceta w koszuli od garnituru z przerzuconym przez szyję krawatem. To był Ron McGovney. Anthony widział go kilka razy na zdjęciach, które pokazywała mu Sophie po jednej z wielu firmowych imprez. Miał wąską i wysoką głowę, ciemne włosy zaczesane w bok, wyglądały jak przycięte maszyną do pielęgnowania żywopłotów. Oczy McGovneya mówiły o nim wszystko. Jego wzrok był taki jak on sam. Bezceremonialny samiec alfa. Normalnie pod wpływem takiego spojrzenia Anthony schowałby się w mysią dziurę. Tego dnia jednak był już zupełnie innym człowiekiem. Agresywne spojrzenie McGovney'a nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia, jedynie wzbudziło politowanie. – Jestem Michael Schefner – przedstawił się znów. – Przejeżdżałem przez państwa okolicę i wpadłem na odrobinę kontrowersyjny pomysł. Wiem od Maddleine, że państwo mieszkacie właśnie tutaj. – Nie znam pana – odparł sucho McGovney. – Maddleine nie wspominała o panu ani słowa. Czego pan uczy? – Niczego – uśmiechnął się Anthony. – Jestem tam kimś w rodzaju pracownika społecznego. Pomagam szkole prowadzić różne akcje dobroczynne, organizuję wyjazdy i tym podobne historie. Robię to dopiero od dwóch miesięcy, Maddleine mogła nie mieć okazji wam o mnie wspomnieć. To świetna dziewczyna, ale bardzo skromna. Bardzo zaangażowała się w różne działania. Nie lubi się niczym chwalić. Woli działać w tle, być raczej inspiracją dla pozostałych... – Maddleine? – zapytał z niedowierzaniem McGovney. – Maddleine i dobroczynność? Przecież ta dziewczyna ma w głowie tylko kosmetyki i inne bzdury. Leży całe wieczory w łóżku i papla przez telefon z koleżankami. Nie oddałaby potrzebującemu nawet żadnych swoich różowych kapci, za które płacę po dwieście dolców za sztukę. A co tu mówić o dobroczynności. Podobnie jak mamusia. Wszystko jej się należy.

Kobieta która otworzyła drzwi, na te słowa automatycznie przesunęła się za Rona, przysłuchując się wszystkiemu w milczeniu. – Ron, nie przesadzaj – wydusiła z siebie wreszcie po tyradzie męża. Ron McGovney z pewnością musiał być jej mężem. Anthony znał trochę te parę z opowieści Sophie. McGovney początkowo zignorował prośbę swojej małżonki. Jakby przeleciała gdzieś w dole, przy posadzce, tam gdzie nie zwykł kierować swojego wzroku. To jednak nie była prawda. Usłyszał. Jak najbardziej usłyszał, to co trzeba. A te kilka sekund pauzy musiał poświęcić głównie na to, by nie dać się porwać złości. Jego gładka, smagła twarz nagle pociemniała, spojrzenie stało się jeszcze bardziej lodowate. Nie odwracając się za siebie, patrząc wciąż na Anthony'ego, rzucił: – Czy możesz łaskawie nie przeszkadzać mi, gdy rozmawiam z panem ... Przepraszam, jak pan się nazywa? – Michael Schefner. – Ach tak, pan Schefner. – powtórzył głosem, pobłyskującym ironią. – A więc rozmawiam teraz z panem Schefnerem. Nie przeszkadzaj i zajmij się wreszcie czymś produktywnym, ok? Kobieta nawet nie poczuła się zmieszana tymi ordynarnymi i mało kulturalnymi uwagami kierowanymi do niej w towarzystwie obcego człowieka. Po prostu nagle się ulotniła, zdematerializowała, tak jak zażyczył sobie jej mąż. Nie, nie jej mąż. Jej pan. Tak to wyglądało. Anthony bez trudu zachował kamienną twarz. – A więc o co chodzi, panie... mogę mówić do pana na ty? – McGovney zadając to pytanie patrzył na Anthony ego tak, jak patrzy się na bezdomnego wyłudzającego drobniaki przed sklepem. Albo stażystę. Kiepskiego stażystę. – Oczywiście, jestem Michael. – A więc słucham cię, Michael. Co cię tutaj przywiodło? – Jak już wspomniałem, jechałem akurat tędy i przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Maddleine rozmawiała z kolegami i koleżankami o tym, że dobrze byłoby coś zrobić z dilerami narkotykowymi kręcącymi się po ulicach w pobliżu ich szkoły. Kombinowali jak do nich dotrzeć i przetłumaczyć im, żeby zostawili dilerkę i zrobili coś ze swoim życiem. Ostrzegałem ich, żeby to zostawili policji i służbom społecznym. To nieciekawe typy, choć z daleka wyglądają na informatyków... – Do rzeczy, Michael – upomniał go cicho McGovney. – Przejeżdżając dziś w okolicy szkoły widziałem Maddleine samą, rozmawiającą z jednym z tych dilerów. Obawiam się, że mogła podjąć się tego nierozważnego kroku, bywa czasami jeszcze trochę lekkomyślna. Chciałem w pierwszej chwili zatrzymać się i ją zawołać do samochodu, ale cholera wie, jak mógłby zareagować tamten lump. Po co komu policja, papierki i kłopoty. Stwierdziłem, że podjadę do pana i może spróbujemy załatwić to bardziej zgrabnie... - W pierwszej chwili można by pomyśleć, że jesteś bardzo naiwny, Michael, naiwny albo niezbyt mądry. Jeśli moja córka zadaje się z dilerami, to tylko w jednym celu. Zakupu jakiegoś świństwa. Ale dobrze, że przyjechałeś mnie o tym zawiadomić. Patrzę na ciebie i widzę, że jednak nie jesteś taki nierozsądny na jakiego wyglądasz. Tak naprawdę to jesteś bardzo, bardzo cwany. Poczekaj na mnie. Zaraz przyjdę.

Anthony zszedł z podjazdu i ruszył w kierunku swojego auta. Poszło zaskakująco łatwo. McGovney połknął haczyk. Chyba. A wydawałoby się, że tak twardo stąpający po ziemi człowiek jak on, za żadną cenę nie wsiadłby do samochodu z kimś kogo nie zna. Anthony wsiadł do samochodu, ale nie uruchomił silnika. Ciekaw był, czy Ron ostatecznie zdecyduje się na wycieczkę z nim. Zapewne obawiał się najgorszego – skandalu, gdyby wyszło na jaw, że jego córeczka zabawia się z dilerami. Być może odczytał to jako zawoalowaną próbę szantażu. Niech myśli co chce, byleby wsiadł do tego cholernego samochodu.

xxx

Po niecałych pięciu minutach Ron McGovney raczył wreszcie wyjść ze swojego domu. Miał na sobie czarną kurtkę. Na głowę założył czapkę bejsbolową. Przestało już padać, choć niebo wciąż było zachmurzone. Anthony podejrzewał, że Ron zaopatrzył się w czapkę, by choć trochę ochronić swoją prywatność. Myślał też o tej kobiecie, zahukanej żonie McGovneya. Nie był w stanie wyobrazić sobie życia z tego typu człowiekiem pod jednym dachem. Ciekawe, czy ona wie? Anthony nie zdziwiłby się, gdyby tak właśnie było.

Ron McGovney chwilę stał na ulicy, nie wiedząc do którego auta ma wsiąść. Anthony wychylił rękę przez uchyloną boczna szybę. Tamten wsiadł z wyraźnym obrzydzeniem na twarzy. Ludzie, którzy raz wyrwali się z biedy - a tak było w przypadku McGovney'a - lub choćby tylko z przeciętności, najbardziej boją się powrotu do swojego starego statusu lub nawet przebywania w miejscach, które mogą się z nim kojarzyć.

Anthony uruchomił silnik. W tej samej chwili McGovney demonstracyjnie odchylił bok swojej kurtki. – To na wszelki wypadek – mruknął pod nosem. Pod kurtką miał podpiętą kaburę – wystawała z niej rękojeść pistoletu. Anthony nic na to nie powiedział, potraktował to jako infantylny pokaz iluzorycznej siły, która tak naprawdę była nieświadomą i mimowolną demonstracją własnej słabości. McGovney mógł mieć ze sobą nawet Tomahawk'i. Nic mu to nie pomoże.

Anthony spokojnie prowadząc auto, opuścił labirynt drobnomieszczańskich uliczek. Nie miał zielonego pojęcia, gdzie w ogóle jest ta konkretna szkoła, do której uczęszczała z mocno przeciętnym skutkiem córka McGovneya. Ilość informacji, jakie posiadał właśnie się kończyła. – Zrobię kółko, żeby ktoś nie zauważył, że jedziemy bezpośrednio od pana – powiedział do Rona konspiracyjnym tonem. Ten zerknął na Anthony'ego, trochę zdziwiony, ale pokiwał głową ze zrozumieniem. Anthony liczył na to, że wkrótce opuszczą teren miejski i znajdą się w jakimś bardziej dogodnym miejscu. Gdzieś, gdzie nie będzie świadków. I tak się stało. Pokonali ostry zakręt w prawo, potem szosa została pochłonięta przez gęsty sosnowy las. Po obu stronach ciemniały ściany pni, nic nie jechało z przeciwka. Kierowali się w stronę Fall City. – Hej, Michael, a ty gdzie jedziesz? Nie zgubiłeś się przypadkiem? – prychnął pod nosem McGovney. – No właśnie, chyba za bardzo się tym wszystkim zdenerwowałem – odparł Anthony. – Mógłby pan otworzyć schowek? Mam tam mapę. – Na cholerę ci mapa? – odparł Ron zimnym głosem. – Ja znam te okolice lepiej niż ty cipkę swojej starej. Jedź prosto, a jak wyjedziemy z lasu skręcaj od razu w prawo, do szkoły. – Jasne – odparł spokojnie Anthony. – Już dawno obiecywałem sobie, że przełożę tę cholerną mapę z przedniego schowka do tego w drzwiach, powinienem ją mieć pod ręką. Zrobię to teraz, bo potem znów zapomnę. Las już się kończył. Jakieś pięćset metrów dzieliło ich od widocznego z daleka sporego skrzyżowania. – Sam sobie otwieraj ten pieprzony schowek. – stwierdził McGovney i odwrócił głowę w prawo. Anthony przechylił się lekko w prawą stronę. Wyciągnął rękę i otworzył schowek. Wsunął tam dłoń, cały czas kontrolując kierownicę lewą ręką i obserwując pas szosy przed sobą. Potem spokojnie, bez niepotrzebnego pośpiechu wyjął ze schowka paralizator w eleganckiej, ciemnej obudowie z tworzywa sztucznego i nim McGovney w ogóle zdołał zorientować się w jakie wpadł tarapaty, został porażony napięciem elektrycznym rzędu dwóch tysięcy voltów. Rozległ się dziwny, stłumiony skrzek paralizatora. Błysnęły drobne iskierki. Ciałem Rona McGovney'a wstrząsnął silny dreszcz. Krew odpłynęła mu od twarzy, otworzył szeroko usta, pokazując zdrowe, równe i białe zęby. Wybałuszył oczy, jakby zobaczył samego diabła. Jeszcze kilkukrotnie nim targnęło i odpłynął. Głowa przekręciła mu się luźno w prawą stronę. Z jego ust toczyła się strużka śliny. Anthony w tym czasie cały czas obserwował szosę. Dojeżdżał właśnie do skrzyżowania, musiał uważać. Minęły go dwa auta. Nikt nie zwrócił uwagi na pasażera z odchyloną głową. Wyglądał jakby spał. Czy śpiący człowiek w samochodzie, to coś bardzo dziwnego?

xxx

Czerwony Ford należący do Anthony'ego przejechał przez skrzyżowanie i pomknął dalej, w kierunku Fall City. Anthony nie potrzebował mapy. Znał te rejony bardzo dobrze. Spędzał tu czas jako dzieciak, jego dziadkowie mieszkali zupełnie niedaleko, w Black Diamond. Tam gdzie się kierował było bardzo ustronnie. Sam las, bez supermarketów, domków turystycznych, ani żadnej innej infrastruktury. Czyli innymi słowy: żadnych niepotrzebnie kręcących się grupek ludzi. Jeśli ktoś nie miał jakichś wymyślnych powodów, raczej się tutaj nie zapuszczał. A Anthony miał powód. Właśnie wiózł ze sobą sparaliżowanego i nieprzytomnego Rona McGovney'a. Gdzie byłoby lepsze miejsce na to, by się go ostatecznie pozbyć i uwolnić społeczeństwo od jego

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Trzy miesiące — czytnik · opowiadania