Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 37 min czytania

Trzy Rzeźby

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ona. Na szczęście koło warsztatu nie było policji. Każdy młody aspirant zostawiający za sobą ślady wyciekającego testosteronu byłby wniebowzięty mogąc tam się znaleźć. Przeplatanka przekleństw i huku głuchych uderzeń brzmiała dla takiego jak awans. Problem był jeden. Przeklinający głos był kobiecy, a doświadczenie podpowiada, że do jego właścicielki nie powinno się podchodzić bez oddziału specjalnego z pozwoleniem na ogień zaporowy. Zwłaszcza, że inne odgłosy wskazywały na siekierę. -Pierrrdolony debil!- Świst i stuk. - A żeby go szlak trafił w dupę! Tak by się obesrał na ślubie! Własnym! - Świst i stuk.- Z jakąś kozą! -To nie pomoże, wiesz?- Powtórzyła znużona siostra, spokojnie czytając gazetę w rogu warsztatu artystycznego. Świst, przekleństwo i dźwięk upadającej siekiery. -Kurrwa, nie trafiłam.- Powiedziała podbiegając po siekierę, leżącą centymetr przed nogami siostry. -Zarobisz coś na tym, ehm, dziele?- Zapytała oglądając strzępy kiedyś idealnie prostokątnego kawałka drewna. -Może ten bezmózgi drań to sobie kupi. Przypomina jego matkę.- Świst i stuk- Teraz wygląda jak on sam. -Rzeźbiłaś kiedyś siekierą? -Prawie raz. Gdy spotkałam go się ostatnio, próbowałam poprawić mu rysy... Temu skończonemu idiocie, palantowi, draniowi! -Każde określenie było poprzedzone zamaszystym cięciem ciężkiego topora.- Strasznie szybko biega. -Dogoniłaś go? -Prawie. Świst i stuk. Siedząca kobieta była doskonale oswojona z takimi sposobami odreagowywania przez swoją siostrę, przez co często była po stronie „drani”. Cokolwiek by nie zrobili, na pewno nie było to dobrym powodem utraty wszystkiego czym można ruszać. Łącznie z twarzą. Chociaż, jakby się temu dokładniej przyjrzeć, ten ostatni drań był blisko. A do tego zapomniał, iż nie powinno się zadzierać z kimkolwiek posiadającym ramiona oswojone z bronią białą. A już na pewno jeśli ma na imię Kasia. -Mamy więcej drewna? - Spytała Katarzyna powiększając stos wiór. -Gdybyś zamiast drzazg, zrobiła z tego krzesełka, jedyną konkurencją byłaby IKEA. -Świetny żart... Bardziej suchy jest chyba tylko ten pół debil bez jaj. -Bez jaj? Czyli jednak go dogoniłaś? Odpowiedzią był wściekły ryk, godny dzikiej Indianki. Nie wiem czy Indianki były dzikie ani czy rzucały toporami, lecz jeśli tak, każda mogłaby się schować przy Katarzynie. Długi świst i stuk. -Chyba przebił drzwi. -Kurwa.

Dzień był wietrzny. Chłód wiatru wyginał wierzchołki drzew i ciała poszukujące ciepła. Latające liście, niektóre jeszcze zielone, nie pachniały jesienią tylko huraganem. Będzie padać. -Będzie padać. -Pan „oczywisty” kontratakuje? -Uuu ktoś jest nerwowy... Podpaskę? Szelest kurtki i uderzenie. Drugi szelest i dźwięk określony jako „ała”. Nie ma nic bardziej uroczego niż przekomarzanie się względnie dorosłych kobiet. Względnie dorosłych czyli nie koniecznie dojrzałych. Dwadzieścia parę lat to nie trzydzieści, jeszcze do niczego nie zobowiązują. Za parę lat wersja zmieni się na „trzydzieści to nie czterdzieści, do niczego nie zobowiązują”. I tak wersja będzie się zmieniać, dopóki nie trzeba będzie przygotowywać wnuczkom konfitur, co już jest jakimś zobowiązaniem przychodzącym z wiekiem. Ale w przypadku tej parki, nie było to takie pewne. Należały bowiem do osób po których nie spodziewa się stereotypowego zachowania nawet w wieku babulęcym. Miały za to sporo znajomych. -Jak ja go nienawidzę.... Kasia schyliła się gwałtownie. Świst. Nagle zaryczał kot. -Przesadziłaś. -Nienawidzę kotów... Jego dupa wyglądała jak tarcza. -Ale obrzucanie zwierzątek kamieniami przynosi pecha. -Niby dlaczego? -Rzuć w pitbula. Jednak ani żarciki ani spacer w oczekiwaniu na ekipę remontową, nie poprawił Kasi nastroju. Może pisk kota, który miał się teraz gorzej od niej, odrobinę drgnął kącikami jej ust. Ale nieznacznie. -Chcę się schlać. -Łuhu! Dranie się jednak przydają! -Teraz. -Co „teraz”? O tej porze masz zamiar pić? Chcesz wytrzeźwieć przed obiadem...? Właściwie może być. Masz chociaż pieniądze? -Nie... Ahhh... Widzisz tu jakiegoś kota? Chcę rzucać... -Nawet „los” Ci kota pod nos nie podetknie... Czasem można tylko siąść i płakać. -Tylko dlaczego bez wódki? Rozmowa się urwała, siostra, której imię dotychczas będące elementem zagadkowym, brzmi Dominika, nie wiedziała co robić. Czasem po prostu nie można pomóc, mimo chęci. Zwłaszcza gdy zabawa w filantropa w sklepie monopolowym nie wchodziła w rachubę. Jedyna nadzieja pozostała w tym, że soczyście określany drań, wróci. Niech narazie pozostanie nazwany draniem, ponieważ elementy zagadkowe są fajne. Jedynie jego powrót mógłby cokolwiek zmienić. Chociażby ilość ran szarpanych na jego ciele. Pytanie brzmiało „czy on na to wpadnie”, a sądząc po epitetach Kasi, jest to wątpliwe. Dominika mrużyła jednak, na całą sytuację, oczy. Wszytko kiedyś przechodzi, a leczenie rozedrganych nerwów często bywa zabawne dla postronnych. -Wiem! - krzyknęła Kasia niespodziewanie siadając na ławce i wyciągając telefon. -Naprawisz ckliwe problemy wszystkich kobiet tego świata rozdając przy tym uśmiech sierotkom? -Nie, ale jeżeli nie wiem czegoś o twoich rodzicach to może się uśmiechniesz. Tutaj mieszka Jacek, wisi mi pieniądze. A pieniądze są zamienialne na zabawę. -I jak tu nie chwalić wielodzietności. Kocham Cię siostro! -Teraz to „kocham”... -Cicho, korzystaj z chwili czułości. Nie miały ochoty wchodzić w osiedle, szukać mieszkania niecnego dłużnika i tracić czasu. Wykorzystywanie cech kobiecej płci, opanowane do perfekcji, jest o wiele groźniejsze niż wspomniany parę stron wcześniej, ogień zaporowy. I nie trzeba na nie zezwolenia. A powinno, patrząc na to, że przed ostrzałem można się schować, a przed słodkim „proszę” połączonym z błyszczącymi oczami i łamiącym kolana uśmiechem nie da się uciec. A konsekwencje są często gorsze dla faceta niż postrzał w wątrobę. Lub prosto w portfel. Jednakże sam opis biegnącego z uśmiechem dłużnika, ceremoni odbierania pieniędzy na „nie cierpiący zwłoki cel” odmawiania propozycji wspólnego wieczoru i szybkiego spławiania Jacka jest na tyle smutny, że go oszczędzę. Jest okrutny zwłaszcza dla rozanielonego spotkaniem Jacka, któremu jeszcze chwile czasu zajmie zanim zrozumie, że dzisiaj nawet nie wyjdzie z kolegami na piwo. Stracił wszystkie oszczędności.

Szczegółowy opis zakupu „uśmiechu w płynie” jak i spożycie również można opuścić. Szkoda liter na coś świetnie nam znanego, należy jedynie zaznaczyć, że wraz z porą obiadową zniknęły problemy. Chociaż „zniknęły” to niezbyt trafne określenie. Bardziej skryły się za procentową obojętnością, aż do nastania kaca. W tym czasie Dominika została zmuszona do ponownego wysłuchania przykładów najgorszego skurwysyństwa jakie tylko mogą się przytrafić komuś tak cudownemu jak Kasia. Wysłuchała także rozmaitych sposobów na ich zwalczanie, a każdy z nich prowadził do tego aby obgadywana osoba była zdolna tylko do wydawania dźwięków określanych jako „ała”. Do tego wchodziły spekulacje czy ich wspólny fundusz udźwignie kupno zestawu „mały rozcapierzator organów” i sprzętu do kastracji kucyków. Kucyków, ponieważ Kasia stwierdziła, że zestaw do kastracji koni byłby dla tego drania pochlebstwem. W międzyczasie rozmowy, z kawałka miękkiej gliny, powstało w dłoniach artystki coś ochrzczonego, przy salwach śmiechu, jako „sukin-voodoo”. Był to malutki człowieczek, aczkolwiek bardzo dokładnie rozplanowany. Rozplanowanie to pozwalało na swobodne wyżywanie się, przy pomocy młotka, na wszystkim co u prawdziwego człowieka nie lubi kontaktów z młotkiem. Towarzyszyły temu modlitwy, aby osoba będąca wzorem lalki poczuł wszystkie te uderzenia, mimo, że wyglądałby po tym jak porozrzucane i podpalone, sarnie odchody. -Brawo, ulepiłaś kupę. Jak to sprzedasz to starczy na czynsz? - Zapytała Dominika. Przynajmniej próbowała tak powiedzieć. Nie jest możliwym zapisanie dokładmoe jej słów, ponieważ przy pomocy liter ciężko oddać upojenie alkoholowe, a próby wyglądają dziwnie. -Na czynsz i nową wycieraczkę... Nie mów, że źródełko wyschło...- Stwierdziła zaglądając do ostatnio otwieranej butelki.-Idę do sklepu. -Tak to jest, jak się je owieczki zatrute a potem smok idzie nad rzeczkę.... -Co? -Hahahahaha! -Jak wolisz. Po tym stwierdzeniu Kasia postanowiła wyprawić się do sklepu sama. Uznała, że tak będzie szybciej, ponieważ zanim założy siostrze buciki, obie zdążą wytrzeźwieć. Zabierając parasol i trzaskając drzwiami, po chwili znalazła się na ulicy. Mało przyjemnej ulicy. Ulewa i wichura zmieniły je w miejsce niedogodne dla wygodnickich. Wiatr i deszcz działały w niezwykłej komitywie, współpracując i rywalizując jednocześnie. To co pierwszy naniósł ze wszystkich stron świata, drugi próbowało zmyć. Była to syzyfowa praca natury przy jednoczesnej manifestacji jej siły. Czyli powstało bagno, przez które ciężko się przedzierać do monopolowego. Lecz nie był do dla Kasi problem, ponieważ uważała, że pod koniec imprezy zniechęca tylko policja, albo oddział chirurgiczny. Ulice były puste, a świeże powietrze o dziwo nie pomogło wywiać złych odczuć. Do tej pory pomagała obojętność, ale teraz powrócił żal i gniew wyrażany pod hasłem „jak mógł mi to zrobić”. Po chwili Kasia już wracała z butelką, gdy zachciało jej się krzyczeć. Czasami tylko wystarczy chęć by ciszę nocy rozdarł krzyk. Wiatr zadawał twarzy ból, drzewa się wyginały a dziewczyna krzyczała dołączając do ryku chmur. Krzyczała całą sobą. I tylko cudem uniknęła śmierci.

Cuda się zdarzają. Dodatkowo są doskonale widoczne, wystarczy tylko rzadziej mrugać. Pierwszym cudem tej nocy był samochód, ale to nie znaczy, że był cudownie piękny. Pojawił się znikąd, niczym moneta w ręku magika wyciągnięta z ucha małego dziecka, które resztę dnia spędzi na szukaniu większej ich ilości, aż przebije sobie błonę bębenkową. Pojazd wynurzył się niespodziewanie z nicości, zaskakując każdego, nie tylko tych z dwoma promilami alkoholu we krwi. Sama jego obecność wzbudzała pytania, „co ten pieron tu robi?”, „nie ma on rodziny?”, „ale by mnie musiało przypilić coby prowadzić w taką pogodę”. Prawda jest taka, że nikt nie chciałby być na miejscu tego kierowcy, prującego po wąskich uliczkach o trzeciej nad ranem w trakcie burzy. Wewnątrz samochodu grzmiały przekleństwa kierowcy na wycieraczki, pogodę, pracę i GPS, który wprowadził go w centrum zupełnie obcego miasta. Do tego dochodziła widoczność, która podpowiadała szybki i przymusowy koniec jego podróży. Wypadek był tu tak na miejscu jak mucha w zębach motocyklisty bez kasku na głowie. Pewny i mało przyjemny. Samo zderzenie było mało ekscytujące, jeśli byłoby oglądane z nagrania kamery na rogu. Jednakże, jak zawsze dla uczestników, był to koszmar. Koszmar po którym w głowie zostają pourywane przez adrenalinę migawki. Chwila, która przyśpiesza adekwatnie do prędkości samochodu. Kasia nie zdążyła nawet przymknąć oczu a już leżała na ziemi czując ciepło krwi, która ogrzewała coraz więcej jej ciała. Wstrząs nie pozwolił nawet na myśl tłumaczącą co się mogło stać. Oczy zachodzące mgłą zdążyły zauważyć pękniętą butelkę, a potem nie widziały już nic. Minęło parę chwil zanim kierowca zrozumiał, że jego osobiste problemy straciły znaczenie. Wyskoczył z samochodu, podbiegł do ciała prześlicznej, co tylko pobudziło poczucie winy, dziewczyny. I powiedział najgłupsze, możliwe zdanie. -Wszystko w porządku? Rozsądek na szczęście nie kazał mu czekać na odpowiedź, więc zaalarmował karetkę szybko. Było to trudne przy użyciu palców, które mogą być pokryte metaforyczną krwią. -Moment... Pozycja bezpieczna... Ale jak w głowę walło to nie... Kurwa, Maria, Jezus.... Jak to było.... Oddycha!... Karetka nadjechała w ciągu sekundy, jak zawsze gdy czeka na nią ktoś nie obyty z adrenaliną i gdy próbuje dociskać marynarkę do boku poszarpanej, blond głowy.

Kac. Bywało gorzej. Dziwny kac. Jakby upiła się tylko prawa półkula mózgu i teraz próbowała zemścić się za zniszczone komórki... Chwila, to nie mój sufit... Bywało. Może to nawet lepiej, ciekawe kto leży obok... Hmmm to się, chyba nazywa respirator. Kurw... Przestane przeklinać. Szlak. Co mi jest... Ała! Zapamiętać, głowy nie podnosimy. Chociaż pomacam. Ała! Ręki też nie podnosimy. Ału... Lewej też nie. Lecz palcami ruszam, nie jest źle. Tylko się rozpłakać, ale to pewnie też boli. Poczekam sobie aż mnie zauważą. Nie czekała długo, jej życie wewnętrzne zostało uciszone przez miłą pielęgniarkę mówiącą uspokajająco, że pacjentka za niedługo, znów będzie piękna. W tym momencie Kasia oberwała młotem w twarz. Metaforycznym. Gdyby w tym stanie została uderzona prawdziwym, świadczyłby to, że Bóg istnieje i ją nienawidzi, tak mocno jakby Kasia żyła na diecie z czarnych kotów i zakonnic. „Za niedługo!? Co do cholery!?” Zamiast tych słów, wydobył jej się z zaschniętych warg o wiele bardziej wymowny jęk. -Spokojnie, za dwa tygodnie zdejmiemy szwy... -Yghr...Khe... Kto... Ci dał... tę prace... Zemdlała.

-Puk, puk! Patrz! Żelki! -Wyrabiasz się z prezentami. Minęło parę dni, przynosząc ze sobą dary siadania i jedzenia. Nastał czas w pewien sposób cudownego odilozowania i spokoju. Będzie niestety trwał krótką chwilę po której skończą się wygody osoby poszkodowanej. Zamiast nich nastanie czas opowiadania w kółko jednej opowieści, przeciągania L4 i wołania na każdym kroku „O jak boli!”, żeby tylko jeszcze chwilę poleżeć. Z resztą sytuacja Kasi nie była tak zła, większość ran ukrywały włosy. Właściwie prawie wszystkie, oprócz jednej na skroni, która już prawie zaczęła reagować na „Maciuś”. -Przyjechał do nas wczoraj. -Kto...? A...Kurr...ra żeby to zadziobała. Co wie? -Nic, spławiłam go, ale wróci. I co wtedy? -Nie wiem. Chwilę później rozmowa dobiegła końca ustępując miejsca myślą. Dziwnym myślą. Były prawie tak osobliwe jak rzeczy dziejące się w ciele Kasi. Słońce bardziej ją grzało, cukier był słodszy, kwiaty pachniały. Od dawna nie pachniały. I nie był to uraz mózgu, ponieważ żadnego nie wykryto. Jakby bez żadnej widocznej przyczyny, wszystko wokół naszej bohaterki było... Bardziej. Tak naprawdę przyczyna była jedna, ale jej tajemnicę pozostawię Katarzynie. Wraz z tymi odczuciami zaczęły się inne zmiany. Nazywanie, znanego wam, drania, draniem, zaczęło dla Kasi być jakby nie na miejscu. Jakby ta nazwa już nie pasowała. Zaczęła rozpatrywać wszystkie wydarzenia na nowo. Zastanowiła się jeszcze raz dlaczego ochrzciła swojego niegdysiejszego „ukochanego” „pozbawionymi jaj rzygowinami paskudnej kaczki żyjącej w zagnojonym bagnie. Wyjątkowo paskudnym, zagnojonym bagnie.”. Myłała o tym co on takiego zrobił i czego nie zrobiła sama. Co mogła zrobić a co on powinien. Dlaczego teraz chce go zobaczyć w celu innym niż dekapitowanie tego bulwiastego co mu z szyi wyrasta. I dlaczego chciała, by właśnie teraz był tutaj. Odpowiedź znalazła się następnego dnia, gdy właśnie on stanął w drzwiach. A dokładniej w momencie gdy podszedł, zbliżył się i spróbował coś powiedzieć. Kasia, przerwała tę próbę w sposób o którym marzą małe, romantyczne dziewczynki. A mężczyzna stwierdził, że nigdy tych dziewczynek nie zrozumie. Stało się tak ponieważ świat Kasi znowu miał sens. Góra znowu była u góry a dwa plus dwa dawało coś tam. Już wiedziała wszystko. Wystarczyło dostać w głowę.

On.

Kluczyki. Gdzie są te... -Kochanie, czy widziałaś...? Przecież tu nikogo nie ma. Pojechali. Ale wrócą. Albo nie wrócą. Nie ważne. Teraz kluczyki. Szybko. O! Są. Chwilę potem wypadł z domu. Burknął coś na przywitanie sąsiadowi a potem parę przekleństw do rozrusznika motocykla. Ten ostatni jakby odczuwając presję sytuacji postanowił po chwili nie robić problemów i spełnił swoje zadanie wprawiając motor w ruch. Ledwie nasz bohater minął pierwszy zakręt a już był zmuszony zatrzymać pojazd i zawrócić pod dom. Powstrzymał się ze wszystkich sił aby nie zabić uśmiechniętego sąsiada, żartującego na jego ponowny widok. Odpowiedział coś na odczepkę i usłyszał śmiech sąsiada. Wszedł do domu, wyszedł, trzasnął drzwiami i znów odpalił motocykl. Tym razem z kaskiem na głowie. Jadąc minął plac zabaw. Dzieci korzystały z ostatnich, ciepłych, jesiennych dni. Zwalniając popatrzył na ten poniekąd, ujmujący ubrazek. Parki są piękne o tej porze roku. Właściwie tylko przez chwilę, zanim zamienią się w bagno. Dzieciakom tak naprawdę to wszystko jedno, ale poddenerwowanym tatusiom już trochę mniej. Taki tatuś najczęściej uważa, iż wyjście w wolnym czasie z dzieckiem to poświęcenie, które kochana żona powinna wynagradzać przez całą noc. Takie nastawienie dodaje sił, mimo tego, że jest całkowicie błędne, o czym tatuś boleśnie dowiaduje się po każdym spacerze. Lecz do momentu jego skończenia będzie sobie fantazjował. Motocykl jechał dalej, prując powietrze roziskrzone od jesiennego złota i nadchodzącego zimna. Z zachodu nadchodziły chmury, zwiastując koniec ciepła, będącego jedynym wsparciem wśród szarej otoczki codziennego życia. -Rwa mać! Patrz gdzie leziesz, twojej mać nędzy kurwa! Czasem romantyzm i podziwianie natury jest nie na miejscu. Zwłaszcza podczas godzin szczytu w centrum miasta, z którego jeden człowiek chce się szybko wydostać na motocyklu a drugi przejść przez ulicę w niedozwolonym miejscu. Warto zauważyć, że kolory świata nigdy nie przestaną wyzwalać zachwytu wśród tych, którzy nauczyli się patrzeć. A tutaj, niestety, znaleźli się tacy dwaj, przez co o mało się nie pozbijali.

Wyjazd z miasta okazał się trudny. Światła, kręte ulice, wybiegające znienadzka psy i babcie wymagają skupienia, co dla naszego bohatera było wyczynem na miarę Heraklesa. Gdyby jego myśli i odczucia porównać do drinka, byłaby to mieszanka rumu, metaxy oraz miętowej vódki z grenadyną, spritem, syropem kahlua i paroma ogórkami kandyzowanymi na wierzchu. Czyli byłoby to czymś niezrozumiałym, zbyt nasyconym, bezsensownym i do tego nie pozwalającym na odkrycie wszystkich subtelności smaku bo od razu ląduje w toalecie. Na obrzeżach obłędu doznawał wszystkich możliwych emocji, niektórych po raz pierwszy raz od dłuższego czasu. A przeważała złość. Znaczenie wpływało to na jego umiejętności prowadzenia, wyglądało to tak jakby nie tylko wypił powyższego drinka, ale do tego zagryzł go śmietanowym waflem. Szalał. Miał także małą nadzieję, że nie uda mu się wyhamować przed którąś z betonowych latarnii i nie będzie musiał wracać. Niestety nie udało się mu i wyjechał z miasta wprost

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Trzy Rzeźby — czytnik · opowiadania