Przyjaźń · 19 min czytania
Trzynasta- rozdział trzeci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział trzeci =Nowicjuszka=
Leżałam na łóżku, wpatrując się w ciemność. Deszcz za oknem bębnił w szyby, a ja wyobrażałam sobie, że wciąż jestem w Dolinie Trzech Dębów. Jak to możliwe, że życie, które kochałam zniknęło gdzieś, uciekło, jak balon wyrwany dziecku z dłoni w wietrzny dzień. To śmieszne, jak łatwo jesteśmy zdolni przyjąć, że świat należy do nas. Że posiedliśmy na własność choćby mały kawałek przestrzeni. I ja byłam pewna, że mój świat, tak dobrze znany, nigdy się nie zmieni. Nadszedł jednak dzień, który obrócił w popiół ziemię, po której stąpałam i rzucił mnie na cienki lód, mogący załamać się pod moim ciężarem w każdej sekundzie. Myśli o zdarzeniach dzisiejszej nocy nie opuszczały mnie ani na sekundę. Kiedy udało się opanować atak mojej histerii, zdołali wytłumaczyć mi to, co się stało. Nie mogli liczyć na to, że zareaguję na te rewelacje dzikim optymizmem, ale byłam przynajmniej w stanie to przemyśleć. Rozmyślałam o tym wszystkim i próbowałam ułożyć sobie w głowie dalsze życie. Wczoraj, kiedy ściana wody zaczęła zamieniać się w mgłę i opadać, poczułam ukłucie żalu. Magia wyciekała ze mnie, a ja nie potrafiłam jej zatrzymać. Teraz nie czułam jej już w ogóle, jakby nigdy nie istniała. A co, jeśli się pomylili? Jeśli wcale nie miałam niezwykłych zdolności? Odeślą mnie z powrotem do domu? Kolejny raz usłyszę, że nigdzie nie pasuję? Że nie ma dla mnie dobrego miejsca? Zasnęłam późną nocą. Podmuchy wiatru przypominały przeciągłe wycie wilków.
Zbudził mnie chłód, jaki zapanował w pokoju. Otworzyłam oczy i zauważyłam jasną postać stojącą w progu. Była mi jednocześnie znajoma i obca. Tylko oczy świeciły nienaturalnie pięknym blaskiem. Tak znajomym... -Peter- wyszeptałam drżąc na całym ciele. Z zimna i emocji. Wyciągnęłam rękę w jego stronę, ale ani drgnął. -Peter- powtórzyłam nieco głośniej, choć głos mi się łamał. Zsunęłam kołdrę i usiadłam na łóżku. On wrócił! Wrócił- kołatało mi w głowie. Wystarczyła ta krótka chwila, aby rany po jego stracie znów zaczęły piec. Boleśniej niż dotąd. Spojrzał na mnie bezgranicznie smutnymi oczami, ale nadal milczał. Po prostu stał i patrzył. -Co tutaj robisz? Ale jak to możliwe?- pytałam chaotycznie, walcząc z natłokiem myśli. Wstałam z łóżka i zaczęłam pomału stawiać kroki. Pragnęłam go dotknąć i przytulić. Poczuć go znowu, choć na krótką chwilę. Potrzebowałam czegoś, co pozwoliłoby mi żyć dalej. Spojrzał na mnie jeszcze raz i przytknął palec do ust, jakby kazał zamilknąć. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie mogłam zrobić kroku, trzymałam wciąż wyciągniętą dłoń, która dotykała pustki. Mroźnej pustki. Odwrócił wzrok i wyszedł z pokoju. Ruszyłam za nim w stronę korytarza, ale gdy wychyliłam się za drzwi, dostrzegłam tylko cień rozmywający się w promieniach księżyca, wpadających przez okno. -Peter- szepnęłam przez łzy. Hall był pusty.
Nie wiem, kiedy udało mi się ponownie zasnąć, ale gdy obudziło mnie pukanie do drzwi, świtało. -Proszę- zawołałam zaspana. W progu stanął chłopak o anielskiej twarzy. Błękit jego tęczówek wydawał się zbyt jasny, aby mógł być naturalny. Spuściłam wzrok, gdy tylko zorientował się, że na niego patrzę. -Jak minęła ci pierwsza noc?- spytał, rozglądając się ciekawie po pokoju. -Dziękuję. Dobrze- odrzekłam, zakrywając się szczelniej kołdrą. -Profesor Knightley przysłał mnie, żebym zaprowadził cię do jednego z domów. Powiedział, że przyjechałaś dopiero wczoraj i nie dostałaś przydziału. Odetchnęłam z ulgą. A więc wczorajsze zajście pozostało w tajemnicy. Przynajmniej na razie. Nie wiadomo, kiedy zorientują się, że nie mam żadnych magicznych zdolności, a do tego czasu wolałam nie wzbudzać niepotrzebnej sensacji. Im mniej osób odkryje mój sekret, tym lepiej. -Przyjechałam w nocy, ale zajęcia zaczynają się przecież dopiero dzisiaj – obrałam zgrabną taktykę. Powtarzałam połowę pytania, udając rozmowną. Wymagało to ode mnie jedynie koncentracji na rozmówcy, ograniczało zaś moją własną inwencję. Nie byłam zbyt doświadczona w prowadzeniu rozmów z nieznajomymi. Z natury byłam raczej nieśmiała. -Nie dostałaś zawiadomienia? Lekcje trwają już od tygodnia. -Żaden list do mnie nie dotarł. -Dziwne. Z resztą. Dobrze, że w ogóle przyjechałaś. Tak, czy inaczej powinniśmy się śpieszyć. Za godzinę podają śniadanie, a ty widzę jesteś w kompletnej rozsypce. Uśmiechnęłam się na ten jakże uroczy komplement i pobiegłam do łazienki. W pośpiechu wzięłam prysznic i umyłam zęby. Słodki zapach mydła podziałał na mnie odprężająco. Nałożyłam na siebie czarny sweter i dżinsy i rozczesałam włosy. Wróciwszy do pokoju, zastałam chłopaka siedzącego na krześle. Uśmiechnął się na mój widok, a potem zabrał walizkę. -Poczekaj. Zaścielę łóżko. -Dziewczyno, nie musisz tego robić. Mamy tu całkiem niezły personel. Uśmiechnęłam się nieśmiało i zasłałam łóżko. -Umiem zrobić to sama. Chłopak wzruszył ramionami i zaprowadził mnie po schodach do tylnego wyjścia. Szkoła za dnia wyglądała równie ponuro, co w nocy. Blondyn uchylił małe, skrzypiące drzwi i wyprowadził mnie do ogrodu, tonącego w deszczu. Nie miałam okazji przyjrzeć się dokładnie starym drzewom, ani pięknym roślinom schowanym nieśmiało w ich cieniu. Za głównym budynkiem znajdowały się trzy mniejsze, rozciągłe gmachy. -To domy. Będziesz mieszkała w najstarszym z nich – wskazał dłonią budynek wysunięty najbardziej w stronę jeziora. Był...przepiękny. Zbudowany z czerwonej cegły i obrośnięty bluszczem. Zawsze podobały mi się stare budowle, ale ta wyglądała wyjątkowo imponująco. -Jest...piękny. Naprawdę. Chłopak uśmiechnął się i spojrzał mi w oczy. Ich błękit w jednej chwili przypomniał mi wczorajszą ścianę wody. Istniałam tylko ja i rozszalały żywioł, potulny w mych dłoniach, niczym słodki kociak. I wtedy uświadomiłam sobie, że chciałabym jeszcze raz, choć na chwilę, zaznać tego uczucia. -Chodźmy już. Mówiłeś, że zaraz będzie śniadanie. Wprowadził mnie do tego wielkiego domu, który okazał się nieco mniej ponury. Wystrojem przypominał XIX-wieczne pensje dla dziewcząt. Byłam oczarowana, tym, co pokazywał mi chłopak. Wszystko było tak baśniowe. Nawet lampy- naftowe, stare obrazy na ścianach, drewniana podłoga i atmosfera, aż wrząca od magii. Martwiło mnie tylko jedno- nie pasowałam tutaj. Nie byłam taka, jak reszta. Nie miałam w sobie magii. A najgorsze w tym wszystkim było to, że zaczynało mi się tu podobać. -Już prawie jesteśmy. Będziesz w jednym pokoju z Elizabeth Connery. Jest równie cicha, co ty. Na pewno się dogadacie. A tak właściwie to chyba zapomniałem się przedstawić. Jestem William. -Lisa Auclair. Czy wszyscy mówią tu po angielsku? -Tak. Większość zajęć mamy po angielsku. Tak jest po prostu wygodniej. -To dobrze. Z moim francuskim nie jest najlepiej. -W razie problemów, chętnie pomogę- uśmiechnął się łobuzersko. Był pierwszą sympatyczną osobą, jaką tu poznałam. W każdym razie miał jedną niewątpliwą zaletę- dużo mówił, więc ja mogłam w milczeniu podziwiać piękno budynków. Musiałam uważać, jeszcze chwila, a naprawdę nie będę chciała wracać. -Dziękuję- odpowiedziałam, siląc się na marny uśmiech. Nie chciałam zrazić do siebie pierwszej osoby, która nie próbowała mnie zabić. -Do zobaczenia- powiedział, kładąc obok mnie walizkę, a potem zbiegł po schodach, machając mi na pożegnanie. Zapukałam do drzwi i usłyszawszy, „proszę” weszłam do środka. Pokój, choć mały, sprawiał wrażenie bardzo przytulnego. Na cały wystrój składały się dwa łóżka ustawione pod ścianą, szafa, stół pod oknem i kufry, ustawione przed łóżkami. Całość dopełniały staromodne dodatki- wiśniowa tapeta w drobne kwiatki, naftowe lampy, lustro w pozłacanej ramie, muślinowe firanki. -Cześć- w drzwiach od łazienki pojawiła się dziewczyna, z pewnością moja rówieśnica, o lśniących czarnym włosach do pasa. Miała na sobie szerokie, brązowe spodnie i zieloną bluzę, podkreślającą szmaragdową toń jej oczu. Była ładna i czułam się przy niej nijak, w byle jakich ubraniach, taka zwykła i niewidoczna. -Cześć. Jestem Lisa. Mamy razem mieszkać- wyrecytowałam jednym tchem, wciąż onieśmielona i speszona. -Miło mi, mam na imię Elizabeth. Profesor mówił, że zamieszkamy razem, ale ciebie nie było i nie było. Zaczynałam się martwić -Nie dostałam zawiadomienia, że zajęcia zaczynają się prędzej.... Przyjechałam w nocy. Szczerze mówiąc, ciągle nie mogę w to wszystko uwierzyć... -Prędzej nie wiedziałaś o Attrait?- spytała z niedowierzaniem. -Dowiedziałam się... na miejscu- przyznałam szczerze. Elizabeth zaśmiała się cicho, jej głos zabrzmiał jak milion malutkich dzwoneczków. -To miałaś niezłą niespodziankę. Ja dowiedziałam się jako dziecko, kiedy zaczęłam sprowadzać burze na sąsiadów. -Problem w tym, że ja nie czuję w sobie mocy. Chyba nie ma we mnie nic magicznego... Zaśmiała się kolejny raz, a ja poczułam, że robię z siebie kompletną kretynkę. Co ja jeszcze tu robiłam? -Chyba naprawdę nikt cię nie wtajemniczył. Moc nie musi ujawniać się od razu, u niektórych nie jest jeszcze rozbudzona, ale nie bój się. Nikt niemagiczny nie zdoła przekroczyć choćby progu szkoły, a nawet nie zobaczy tu niczego poza ruinami. Westchnęłam bezgłośnie. Nie, to nie było możliwe. Elizabeth była tu nowa, tak samo jak i ja, skąd mogła wiedzieć coś na pewno? Z drugiej strony, od dawna władała swoją mocą, jej nikt nie okłamywał. Poczułam, jak kolejny raz zalewa mnie złość, ale zabiłam ją w sobie, zanim zdołała zepsuć mi humor na dobre. Elizabeth wciągnęła na głowę wielki wełniany beret i schowała pod nim swoje długie loki. -Chodźmy na śniadanie, niedługo zaczynają się zajęcia- powiedziała, ciągnąc mnie za rękę.…