Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 19 min czytania

Trzynastego, czyli myśl o rdzewiejącym śniegu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Trzynastego, czyli myśl o rdzewiejącym śniegu

Wszystkim pokrzywdzonym przez reżim…

Zaskoczyłam cię, prawda? Nie szukałem ciebie. Pozwól mi odejść. Nie teraz. Już nie, już nigdy. Zamknęła za sobą drzwi, których nie miała już dziś otworzyć. Miał siedzieć sam w tym pokoju, opatulony zapachem wolności, którego nie miał już smakować. Jedyne, co mu zostało, minęło wraz z dniem, w którym skurczył się w sobie. Tak to nazywał – stan, kiedy w człowieku budzą się ukryte drżenia, doprowadzając go na skraj, czyli chwilowe odejście. To natchnienie, ocierające się o katatonię. I tego również już nie ma. Pozostał sam. Zszedł z pryczy i zaczął nasłuchiwać ciszy. Wytrzeszczył oczy, szukając milczenia, którym wypowie to, co nienazywalne. Zastygł. Jego nogi zaczęły drżeć. Pomasował udo, lecz zrobiło się zbyt szumnie, głośno zbyt. Podszedł do okna, którego nawet tu nie było. Lecz wyobraził je sobie. I zobaczył to, czego dotychczas nie widział. Brudna ulica, roztłoczona ciałami z wydętymi twarzami. Migotliwe, jasno – niebieskie światła rozpięte na nich, kruszące ich policzki cieniem spływającym ku zakrwawionym chodnikom. I każdy ich ruch – pełen pasji, pełen werwy i poskramianego zbyt długo ludzkiego gniewu – przeciągał członki ich ciał poza granicę dotknięcia, wyrywając się jakoby uścisku stawów i garderoby. Całe ich ciała przenikać zaczął ukryty cień, przebijający się przez szczelinę świateł. To nie wszystko: nagle rozpoczął się wewnętrzny tumult, rozbijający się ciałami nakrytymi zbroją. Ich dłonie były szybsze, mocniejsze. Ich dłonie zadawały więcej bólu. To przed nimi uciekano, to oni zbijali tych ludzi w jedną, poskramianą masę. Spoglądał na to w największym zdumieniu dopóty, dopóki nie runęła na niego twarz, na którą nadepnęła stalowa podeszwa. Zobaczył tylko wybuch krwi, która osuszyła jego wyimaginowane okno. Odsunął się przerażony, wbijając się w przytulny kąt. Kucał. Nie chciał więcej spoglądać w tamtą stronę, gdyż bał się, że oczom jego ukaże się widok straszniejszy. Zawsze tak było. Dlatego teraz postanowił, że zacznie słuchać. I wsłuchał się w ciszę tak głęboko, iż uszu jego dotarł dźwięk ulicy, przed chwilą obserwowanej. Zadrżał wymownie, uderzył napastliwie tyłem głowy w ścianę i szybko wcisnął ją między kolana. Zamknął oczy tak silnie, jak nigdy jeszcze dotąd. Wszystko, byle nie słyszeć krzyków, byle nie słyszeć pisków rozrywanych dzieci i zawodzenia gwałconych matek. Mężczyźni walczą między sobą, wznosząc na przemian donośnie okrzyki. Słyszy szum radia, słyszy chrapliwe rozkazy, nabrzmiałe metalowym sercem, z którego się wyrywają; słyszy Tak jest, panie generale! słyszy szuranie metalowych gąsienic po ulicy pełnej ciał, polewanych wrzącą cieczą z armatek wodnych. Udają. Wjeżdżaj w nich! Polewaj! Polewaj! Na prawo! Skręcaj na prawo, kurwa twoja mać! Tam są! Jedź! Jedź, kurwa! Zaczął jęczeć. Chciał, by to był tylko zły sen, zły podszept złego ducha, co do istnienia którego nie miał żadnych wątpliwości. Lecz nie: zbyt wyraźnie słyszał ludzkie kroki po warstwie ubitego śniegu. Nie miał wątpliwości, iż śnieg zaczął już rdzewieć, że to wszystko co słyszy, jest odgłosem cierpiących ludzi. Z jego ust zaczęła uciekać ślina, łącząc usta jego przezroczystą liną z czystą podłogą. Zaczął się kręcić, zaczął się kiwać z lewa na prawo, z tyłu w przód, a każdy ruch jego masował przyjemnie jego ciało delikatnych puchem zaściełającym ściany. Nie mógł tu sobie zrobić krzywdy, lecz mogli zrobić ją inni. Tak jak teraz. To go boli. Chce nie słyszeć. Przyjdź do mnie! Błagam, otwórz te drzwi! Krzyczy, lecz nikt nie jest w stanie zrozumieć jego słów. Są rozmyte pienistą substancją tańczącą na jego wargach. Nie mogą go znaleźć w takim stanie! Ale przecież wie, że tak naprawdę nikt tu nie zajrzy do jutra. Całą noc będzie musiał słuchać, całą noc będzie musiał zamykać jak najszczelniej oczy, by nie dojrzeć już niczego, co brudne i złe, jak to, co już dziś zobaczył. Ale musi się pilnować, nie może pozwolić sobie na to, by zasnąć ze strachem na twarzy w tym nasypanym kącie. Ona nie może zobaczyć śladu jego głowy na przepoconej ścianie, bo skończy się jak wtedy. Znów przykują go do łóżka na całą noc. A wtedy znów pojawi się ten człowiek, który przychodził tu często, i zacznie mu szeptać do uszu złe słowa. I nie będzie w stanie go opędzić, bo jego dłonie będą ślizgać się po metalowej obręczy, utwierdzonej do jego łóżka. Próbuje zatem wstać, próbuje zamknąć się na odgłosy i dotrzeć do miejsca, w którym go zostawiono. Obiecał przecież, że nie ruszy się stamtąd, lecz przy pierwszej okazji – złamał obietnicę. I teraz za to pokutuje, teraz zobaczył już okno i usłyszał już wszystko, czego nie powinien był. Nie pomogły te specjalne tabletki. Nie pomaga mu już nic. Wpił dłonie w poszarpane włosy. Czuje wilgoć pod powiekami. Czuje, że zaraz zacznie krzyczeć, lecz wie także, że i tak nikt już dziś nie przyjdzie. Nie… nie… nie… nie… Otworzył oczy. Ten mężczyzna już tu był. Stał przed nim, uśmiechając się szczerze od ucha do ucha. Miał brzydkie spojrzenie i zapewne brzydkie intencje. Skrzywił się w sobie, lecz gorsze było to, że odpadła ściana. Że ulica wdarła się do jego przytulnego pokoiku. Nie chce tego przecież. Zastygł całkowicie, gdy usłyszał pierwszy krok mężczyzny na pokrytej śniegiem podłodze. Rdzewiejącej nagle podłodze. Te ciała wtoczyły się bez zaproszenia. Przejechał motocykl, zawyła syrena. Ktoś przewrócił się przy jego stopach. Odwrócił gwałtownie twarz, by nie patrzeć jak ludzie w hełmach obijają jego ciało gumowymi pałkami. Słyszał bulgotanie. Wiedział, że ten człowiek jest pełen krwi. Tu i na zewnątrz. Zwymiotował i zasnął. Czuł wyłącznie nieprzyjemny zapach swoich wnętrzności.

Gdy się obudził, ona już stała nad nim. Nie był pewien, jak długo leżał w tej pozycji, jak długo leżał w swoich wymiocinach. Nie spojrzał jej w twarz od razu, lecz ślizgał się wzrokiem po podłodze, na której nie było już śladów krwi. Nie było także śladów stóp, śladu wichury, jaka przetoczyła się tej nocy przez jego pokój. Nie uwierzy mu przecież, nie ważne jak bardzo zaklinałby się na wszystkie świętości. Powędrował zawstydzony wzrokiem wzdłuż jej nóg, nakrytych od kolan wzwyż białym fartuchem. Poczuł nagłe pulsowanie w okolicach krocza i zapewne zrobiłby coś z tym faktem, lecz nadzwyczaj szybko usłyszał jej głos. Skulił posłusznie głowę jak pies i nie śmiał więcej podnieść oczu. Oczekiwał na karę, a ta musiała nadejść. Postanowił, że poczeka w niepatrzeniu. I nie podniósł się już. Nawet wtedy, gdy dwoje silnych dłoni uczepiły się przestrzeni, jaką określała struktura jego ramion. Poczuł łaskotanie, byłby nawet przysiągł, iż zaczął się lekko uśmiechać. Stłumił to jednak w sobie, gdyż uznał za niestosowne, by śmiać się w takiej chwili. To mogło go kosztować więcej nieprzyjemności.

Zaczęli go prowadzić ciemnym korytarzem. Przodem szła ona, za nią on. Obok niego dwie postacie, silne i stanowcze, również obleczone białym materiałem. Ta druga trzymająca go persona pojawiła się znikąd, nawet nie był pewien kiedy. Chyba zaczął zachowywać się nieprzyzwoicie, chyba naruszył określoną zasadę. Tak, przecież on robił to cały czas. Nie mógł zatem mieć do nikogo pretensji, że idzie poskramiany, dzień za dniem. Słyszał ich rozmowy, lecz jakby z oddali, jakby nie szedł tuż obok nich. Widział także, jak ona obracała się co jakiś czas, rzucając mu pogardliwe spojrzenie. Patrzył w jej twarz i jedyne czego pragnął, to wbić się w jej miękkość. Całym sobą, wszystkim czym był. Jej nienaturalnie duże usta i długie, czarne włosy wprawiały go w stan najwyższego podniecenia. Znowu poczuł to przyjemne pulsowanie. Zaczął nawet ocierać się o jednego z tych, którzy go prowadzili. Otrzymał cios: szybki i powalający. Zobaczył żarzące się punkty przyczepione do ścian. Małe lampki, które nadawały temu ściśniętemu spoconymi ścianami miejscu bardziej złowieszczy charakter. Słyszał skrobanie. Był pewien, że to z poszczególnych pokoików dźwięk ciekawości przybrał w siebie znamię ogółu. Musieli usłyszeć te przepychanki na korytarzu, musieli na nie zareagować. Sam tak przecież robił. Pamięta, jak pewnego dnia, tuż przed ciszą nocną, ktoś zaczął kopać w drzwi swojego pokoju, a czynił to z tak wielką determinacją, iż na jego uspokojenie potrzebowano kilku Fartuchów. Ten ktoś dostał końską dawkę środków uspokajających i na tym się skończyło. Szurania w drzwi jednak, oznaczających stan największego zainteresowania, nie zaprzestano przed najbliższą godzinę. Skończyło się ogólną pacyfikacją mieszkańców. Tak, nawet jemu dostała się dodatkowa dawka tabletek. A teraz… teraz to on jest źródłem zaniepokojenia, lecz tak doprawdy nie dbał zupełnie o losy tych ludzi. Ważniejsze, że wciąż widzi te lampki – jak długi musiał być ten korytarz! Lampki, lampki… sunąca lina nagrzanego powietrza. Tak sobie zawsze przedstawiał źródło ich jasności, tak jemu objawił się dotkliwy ból lewego policzka wraz z zawrotami głowy. Dlatego widział ich światło w ten dość osobliwy sposób.

Usłyszał skrzypnięcie drzwi. Dotarli na miejsce. Nie chciał jednak spojrzeć w tamtą stronę, gdyż obawiał się o płynność swoich oczu. Tam po prostu było za jasno, a jego wzrok nie znosił jasnych miejsc. Poczuł całym sobą rozpiętość tej przypadłości. Zawył i skulił się mocniej w sobie. Przepraszam! Już więcej tego nie zrobię! Tylko nie wnoście mnie do tego miejsca! Bezskutecznie. Mógłby tak wyć w nieskończoność, a i tak nie osiągnąłby swojego celu. Jego słowo straciło znaczenie. Przecież nie raz obiecywał, zawsze kończyło…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%