Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 19 min czytania

Tuchmenat (Preludium)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ABSOLUTNE PRELUDIUM

-Czy jesteś absolutnie pewien, że to właśnie o TYM dziecku mówią nasze przepowiednie? -Nie mam, co do tego żadnych wątpliwości, wszystko się zgadza. Zaobserwowałem nawet, że On mnie widzi, co na pewno nie jest normalne u Tuchmenatów żadnej rasy, a co dopiero tej. -Tylko, dlaczego akurat człowiek? -Nasze księgi mówiły, że On narodzi się w bardzo słabym ciele. -Ale czy tak marna istota zdoła spełnić pokładane w nim od wieków nadzieje? -Napisane jest tylko o ostatecznym boju, a nie o zwycięzcy, my jednak musimy wierzyć, że to właśnie On nim będzie. -Ciekawie, co rada powie na to, że przepowiednie mają spełnić się dzięki jakiemuś...pół-człowiekowi. -Dość! Jego doczesne wcielenie jest tu najmniej ważne. Pamiętaj też, kim On kiedyś może być i nie mów więcej w ten sposób! A teraz już leć, musimy obserwować jego zachowanie od najmłodszych lat. Młody jaszczur rozłożył posłusznie swe ogromne, majestatyczne skrzydła i wzbił się w powietrze, powodując na ziemi małą burzę piaskową. Srebrny, stary smok mógł tylko obserwować jak kłęby piachu przysłaniają mu widok na błyskawicznie oddalającego się zielonego gada, myśląc cały czas o przyszłości swojej rasy, która uzależniona była od jakiegoś kilkudziesięciokrotnie mniejszego od niego stworzenia......

PRELUDIUM UZUPEŁNIONE

-Ooooo....moja głowa....co...co to było?......Dan, Mark... John poruszył głową, co wywołało straszny ból. Po ciemku ledwo ujrzał przyjaciół leżących bez ruchu, tuż obok. Starał się poruszyć ręką, ale jego ciało było sparaliżowane. Popatrzył więc znowu w górę, bo tak najmniej bolało. Ujrzał setki gwiazd, była już noc, a przecież w Klestar byli z samego rana... -Ile już tu leżymy?- Rozmyślał John i wtedy znowu stracił przytomność...

Kiedy Dan otworzył oczy było już zupełnie jasno i choć wszystkie kości go bolały, zdołał się podnieść, a wtedy ujrzał coś co zapamięta do końca życia. Znajdował się w cudownym ogrodzie, wszędzie w koło rosły piękne kwiaty. Lecz nie były to zwykłe rośliny. O nie! Mieniły się one kolorami tak jaskrawymi i żywymi, że Dan długo jeszcze nie mógł nacieszyć swych oczu. Rozglądał się po tej bajkowej polanie i nigdzie na horyzoncie nie ujrzał nic prócz niezliczonych ilości roślin. Były tam kwiaty przypominające nasze róże, ale nie posiadające kolców. A jeden ich kwiat był tak duży jak chyba cały bukiet ziemskich róż. Nie ma chyba sensu opisywać wszystkich gatunków, bo po pierwsze nikt ich jeszcze nie zliczył, a po drugie ciężko by było wyrazić słowami ich piękno. Jednak jedna roślina szczególnie zachwyciła Tuchmenata. Kwiaty jej miały kształt małych gwiazdek, a było ich tysiące i wszystkie mieniły się cudownym złotym kolorem. I chodziarz Dan usilnie wytężał wzrok, nigdzie na polanie nie ujrzał podobnej rośliny, więc ta wydała się mu jakby królową, gdyż była jedyna i na pewno najpiękniejsza, a inne kwiaty wkoło zdawały się jakby kłaniać „złotej gwieździe” jak później ją nazwał. Chwilę jeszcze przyglądał się wszystkim tym wspaniałością i nagle uświadomił sobie, że ból opuścił go całkowicie, a oczy które przed chwilą widziały tylko niewiele wprzód, obejmowały już prawie cała polanę. Wypatrzył bez problemu, jak w oddali rysują się sylwetki trzech łagodnych, zielonych wzgórz, ale nagle cos go uderzyło. Gdzie są jego przyjaciele?! Dan pamiętał, że musiał przejść parędziesiąt metrów podchodząc do co ładniejszych kwiatów i do złotej gwiazdy. Zaczął więc wszędzie szukać miejsca w którym leżą Mark i John, gdyż miał nadzieję, że leżeli razem w tym samym miejscu co on. Wprawdzie niezwykle zastanawiało go to, że nie zostawił nigdzie żadnych śladów, a przecież kwiaty w większości miejsc sięgają mu grubo po wyżej pasa, nie miał jednak czasu na rozmyślania. Wszędzie szukał przyjaciół, nie mógł jednak nigdzie znaleźć nawet najmniejszego ich śladu, dopiero po jakichś dwudziestu minutach bezowocnego krążenia wśród kwiatów, zatrzymał się i rozglądnął w koło. Teraz dopiero ogarnęło go zdziwienie, nigdzie bowiem nie widział tak rzucającej się w oczy złotej gwiazdy! W dodatku otaczające go teraz rośliny nie przypominały tamtych rosnących wkoło królowej. Również były piękne, miały delikatne srebrne listki i niebieskie kwiaty, ale dostrzegał w nich coś niepokojącego. Były jakieś takie zimne i właśnie to coś popchnęło go do dalszych poszukiwań. -Nie mogli przecież zapaść się pod ziemię!- Mówił sam do siebie. Starał się wrócić, ale nie potrafił odnaleźć tego miejsca, krążył wiec przygnębiony to w prawo to w lewo. A działo się z nim coś dziwnego, bo kiedy tylko chciał się zatrzymać i trzeźwo ocenić sytuację, coś popychało go do przodu, każąc mu dalej szukać towarzyszy. Szedł więc posłusznie, bo siła ta była niezwykle stanowcza. Słońce świeciło już wysoko na niebie, kiedy Dan poczuł pragnienie. Oglądnął się jeszcze raz za siebie i znowu ujrzał trzy wzniesienia gdzieś daleko w tyle, a że udało mu się na kilka sekund skoncentrować uznał, że musi iść w ich stronę, bo powinna być tam woda. Zawrócił więc i w coraz bardziej palącym słońcu szedł w kierunku pagórków, niedługo to jednak trwało, dziwna siła znów zawładnęła jego myślami i Dan wbrew swej woli, a może właśnie zgodnie z nią skręcił w prawo. Opamiętując się jednak co chwila znów wracał na właściwy szlak i w ten sposób dokładał sobie co najmniej drugie tyle drogi. Tuchmenat szedł jednak nie przerwanie, starał się trzymać głowę wysoko i choćby nie wiem co nie zbaczać z trasy. Jego zygzak stawał się więc coraz delikatniejszy i teraz już dość rzadko pozwalał sobie na chwilę zapomnienia. Zmęczenie ogarniało go jednak coraz większe i coraz zachłanniej łykał powietrze. -Jaki te kwiaty mają piękny zapach......może odpocznę tu chodziarz na chwilę, krótką chwileczkę- Lecz wzdrygnął się w samą porę, bo jedną ręką już dotykał ziemi. Kwiaty rosły teraz coraz rzadziej, tak że Dan dostrzegał zielona trawkę pomiędzy łodygami. Czuł, że ma teraz coraz większą kontrolę nad sobą, ale mimo to starał się nie myśleć w ogóle, szedł nieprzerwanie w stronę bliskich już pagórków. Słońce powoli zmierzało ku zachodowi, Dan czuł pragnienie i głód, a nogi zaczynały zwalniać. Wiedział jednak, że nie może się zatrzymać, bo pewnie nad ranem obudzi się pośrodku polany, albo przez noc zapomni o pagórkach i pójdzie w przeciwną stronę. Bo choć magnez który kazał mu zawracać był już o wiele słabszy, Tuchmenat i tak musiał dobrze się pilnować, aby nie ulec pokusie. Wzgórza były już naprawdę bardzo blisko. Dan spojrzał jeszcze raz w niebo, do zachodu była najwyżej godzina, a jemu bardzo zależało aby dotrzeć do celu póki jeszcze coś widać. Kierował się w stronę środkowego wzniesienia, gdyż ono wydało się mu najwyższe. Zaczął wyobrażać sobie, że spotka tam przyjaciół, którzy powitają go za zastawionym stołem. Najpierw napił by się starego wina.........obiad zaczął od pieczonego indyka, próbował tylko po trochę każdego z dań, żeby na wszystko wystarczyło mu miejsca....... Na szczęście kiedy był przy deserze, otworzył oczy..... i ze zgrozą spostrzegł, że zawrócił dość spory kawałek. Nadal był jednak prawie u podnóża wzniesienia. Postanowił, że nie zamyśli się teraz nawet na chwilę i w pełni skoncentrowany parł do przodu. Kiedy przyszła noc, spostrzegł ku swej radości, że właśnie na środkowym pagórku pojawiło się czerwone światełko. -To ognisko!- Wykrzyknął, lecz wolał się nie zastanawiać, czy rozpalili go John i Mark... czy może ktoś zupełnie inny. Gwiazdy rozświetlały drogę przed Danem, a w dodatku kierował się w stronę świetnie widocznego ogniska. Teraz nie mógł zabłądzić –Żebym tylko nie zasnął, to uda mi się dojść!- Powiedział tak głośno, że rozbudziły go jego własne słowa i szedł teraz najszybciej jak tylko umiał. -Jeszcze trochę......i znajdę chłopaków- Cały czas pocieszał się tą myślą. W świetle gwiazd Dan szedł pod górę , nie było tu stromo, ale pagórek okazał się wyższy, niż wydawał się z dołu, a że ognisko uniknęło mu na chwilę sprzed oczu , musiał zdać się na własną orientację. Po paru minutach, ogarnęło go jednak takie zmęczenie, że już zamierzał położyć się tutaj, gdy nagle usłyszał znajomy głos, to Mark! Od razu pobiegł w jego stronę. Karzeł namawiał właśnie Johna, aby jeszcze raz wyruszyć na poszukiwania. -John, Mark!- Tuchmenat wyskoczył nagle z ciemności i stanął pośrodku przyjaciół –Nawet nie wiecie jak się cieszę na wasz widok! A teraz proszę....powiedzcie, że znaleźliście jedzenie i coś do picia.- Ledwo skończył, a nagle zabrakło mu sił i padł na ziemię. -Dan!!! Dan!!!- Zaczął krzyczeć karzeł. John chwilę pomyślał i zdecydował się wymierzyć nieprzytomnemu kilka policzków, po których tamten natychmiast się obudził. -Co ja ci takiego zrobiłem?- Powiedział z łagodnym uśmiechem- Macie tę wodę czy nie? -I to ile!- Mark rozdarł się uradowany, że przyjaciel się obudził. -Proszę, jedz i pij do woli- John mówiąc to podsunął, mu kilkanaście kolorowych i przepysznie wyglądających owoców, oraz kapelusz wyłożony liściem i napełniony wodą po brzegi. –Parę metrów stąd płynie jakiś cudowny strumyk, rosną wzdłuż niego piękne drzewa i tylko czekają , żeby spróbować ich wspaniałych owoców. A o smaku wody to nawet nie będę wspominał, po prostu miodzio! -Ale nie jedliście niczego podejrzanego? –Dan jak zwykle starał się myśleć o wszystkim. -Podejzanego! Sefie tu wsystko jest podejzane. Popatz tylko na to....no....niech będzie ze to japko, cy widziałeś kiedyś takie cztero kilowe, niebieskie, świecące japko. No i cy ono nie jest podejzane? Jasne ze jedliśmy prawie wszystko, ale

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Tuchmenat (Preludium) — czytnik · opowiadania