Fantasy · 43 min czytania
Turniej, czyli nie ma to, jak magia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
1. Wśród nocnej ciszy dało się słyszeć coraz wyraźniej brzmiące mlaskanie nekromancerów, co oznaczało, że cmentarz był już blisko. Zawsze, wracając do miasta, próbowałem rozróżnić odgłosy, które wydają głodne nekromancery, od odgłosów, które wydają nekrofile, ale zawsze stan zwłok nie pozwalał na tak subtelną analizę. Dziś wieczorem pochowano zbója Madey'a, ściętego za zgwałcenie dziewicy przeznaczonej dla smoka, i z tym świeżym trupem wiązałem pewne nadzieje, niestety, nie dane mi było dokończyć obserwacji. Jakieś wynędzniałe wampirzyska urządziły sobie tani nocleg, nietoperzowym sposobem wisząc na gałęziach, a ja zbudziłem je niechcący i nie obyło się bez standartowych zaklęć obronnych. Poza tymi incydentami podróż przez lasek przebiegła spokojnie. Przebywszy mostek nad Pawką, rzeczką o dość zagadkowej konsystencji, stanąłem naprzeciw bramy w murze okalającym miasto. Strażnik spał, zachlany jak zwykle. - Otworzyć wrota! - huknąłem. Nic nie pomogło. - Otworzyć, bo rozwalę je, a potem wezmę się za ciebie, jakem Abrakadabror! - Iśś dodiabła... Musiał być nowicjuszem. Wszyscy wartownicy wiedzieli, że ja, albo moi uczniowie, wychodzimy w nocy zbierać zioła i nikt z nich jeszcze nie odważył się nie wpuścić nas z powrotem do grodu. - Obudź się, szczurze!!! - potroiłem moc głosu. - Siiichourwa... wieszsoto roschas? Brame... otffierasie...schorośfit... Tego było już za wiele. Rzuciłem zaklęcie wydłużające na szyję oraz prawą rękę i zacząłem unosić głowę wzdłuż muru. Przy okazji poprawiłem denerwujący mnie od dłuższego czasu błąd ortograficzny w graffiti "Krasnoludy to huje". Przecisnąłem się przez blanki i chwyciłem pijaczynę za fraki. - A wiesz co to Nicowanie?! Czar, który wywraca na drugą stronę! Wolisz przez gębę, czy przez dupę? Tak gwałtownego otrzeźwienia nie widziałem już od dawna. Nie ma to, jak magia. Karczma "U hobbita, czyli tu i ze zwrotem" nie cieszyła się dobrą sławą - tak jak wszystkie karczmy w mieście. Nic dziwnego, miasto samo mało dbało o swoją reputację, gdyż tą zapewniał mu coroczny Turniej, ale o tym później. Wizytówką gospody była niczym nie podtrzymywana siekiera, wisząca pod zadymionym stropem. Przychodziłem tu co pewien czas pod pretekstem odnawiania zaklęcia wiążącego topór, choć byłem święcie przekonany, że jest to niepotrzebne. Co innego Bulbulbo, właściciel knajpy. - Aaa... pokłon waszej czarodziejskości! - nie wiem, jakim sposobem dostrzegł mnie, gdy wszedłem w kłębiący się tłum i dym. Był to hobbit, siedzący okrakiem na przygłupim goblinie, służącym mu masą i dodatkową parą rąk, z tego powodu zwany również Sitting Bulbulbo. Stary numer z symbiozą - mały spryciaż ś duży kretyn. Podszedłem do gospodarza. - Masz towar, mistrzu? - szepnął. Kiwnąłem głową. Obaj wyszliśmy z głównej izby do kuchni. Rozpakowałem worek z ziołami. Bulbulbo zaczerpnął garść liści, fachowo roztarł na ręce i dał do powąchania goblinowi. - Ychy, raycownyca, pryma sort - zawyrokował zwierz. Bulbulbo uśmiechnął się i podał mi rękę. - Wielkie dzięki, potężny Abrakadabrorze. Ufam, że starczy na miesiąc. Wielkie dzięki, wasza czarodziejskość... - Pięćset! - uciąłem. - Ależ oczywiście, wasza czarodziejskość! - Bulbulbo zbliżył się do kasy i odwrócił się, zasłaniając masywnym cielskiem goblina skomplikowaną czynność otwierania skarbczyka. - Ach, wasza czarodziejskość, przepraszam za pamięć, jak zwykle zapraszam na... - Na to, co zwykle, tam, gdzie zwykle - dokończyłem. - Ależ oczywiście, miejsce czeka nienaruszone! - zapewniał hobbit i zapłaciwszy mi za rajcownicę, zapraszającym gestem wskazał drzwi, prowadzące z kuchni na salę gościnną. I znowu uderzyła mnie zwarta ściana oparów gorzałczano- ytoniowych. - Damokles! - warknąłem. Miałem rację. Siekiera po zwolnieniu czaru wisiała dalej pod zadymionym sufitem. W międzyczasie Bulbulbo, opędzając się od niedopitych i zniecierpliwionych gości, dotarł do zarezerwowanego dla mnie stolika. Chrapał na nim jakiś brukołak. - Ej, ty - grube łapy goblina potrząsnęły śpiącym - spływ! Rozbudzony brukołak obnażył żółte kły i ryknął potężnie. Goblin nie pozostał mu dłużny, wbrew protestom Bulbulba, który usiłował nie dopuścić do konfrontacji tego rodzaju stworzeń w jego własnym lokalu. - Ja to załatwie - mruknąłem i splotłem ręce w Znak paradoksalnie zwany Serdecznym, gdyż polegał na umiejętnym zaciśnięciu wszystkich palców z wyjątkiem serdecznego, który sterczał ku górze. Po brukołaku nie zostało ni śladu. Nie ma to, jak magia. - Dziś dwa razy to, co zwykle - zwróciłem się do osłupiałego Bulbulba. - Ależ oczywiście, wasza czarodziejskość! - ocknął się, i wytarłszy pot z czoła swojego i goblina, zaczął się przedzierać przez zatłoczone stoliki do kuchni. Rozsiadłem się wygodnie i powiodłem wzrokiem po izbie. Oprócz mojej, wszystkie pozostałe ławy były szczelnie zapełnione klientami. Najbliżej mnie siedziało sześciu milczących krasnoludów, których mętne i rozbiegane oczy jeszcze raz przekonały mnie o wzrastającej popularności rajcownicy. Siódmy krasnolud leżał nieprzytomny pod stołem. Dalsze siedziska zajmowali żołnierze Gwardii Miejskiej, a za nimi kotłowała się wprost różnokolorowa grupa włóczęgów, poszukiwaczy przygód, graczy ADśD i handlarzy czasopismami science-fiction. Wokół żołnierzy i przyjezdnych nieustannie uwijali się pomocnicy Bulbulba - kuchcik i obrzydliwie grube dziewczynisko, na którego wszak tuszę nie zwracano uwagi w myśl zasady "nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina brak". A o to, żeby wina nie brakowało, troszczyła się właśnie owa niewiasta. Ja również nie mogłem narzekać, Bulbulbo natychmiast przyniósł mi podwójną porcję mojej ulubionej "Krwawej Marychy" w kielichu wykutym z chalcedonu. Pociągnąłem więc łyk, przymknąłem powieki i dokonawszy kontroli wewnętrznej stwierdziłem z lubością, że napój zawiera to, co powinien zawierać. Nagle zorientowałem się, że coś jest nie tak. Uczyniło się cicho, jak makiem zasiał, aż słychać było szmer osuwającego się pod stół drugiego krasnoluda. Otworzyłem oczy i przebijając wzrokiem półprzezroczystą atmosferę dojrzałem powód powszechnego oniemienia. W drzwiach stanęła dziewczyna i, po pierwsze, była przecudowna, po drugie, była nader skąpo ubrana, po trzecie, była sama. Większości opadły szczęki z zachwytu i zdumienia. "U hobbita, czyli tu i ze zwrotem" nie było odpowiednim miejscem dla samotnych dziewcząt. Lecz ja dostrzegłem nad jej prześliczną, pół-elfią główką, niewidoczne dla innych, lekkie falowanie ochronnej powłoki amuletu standartowego, skrytego z kolei znacznie poniżej szyi. Jasne. Tylko adeptka szkoły czarownic mogła odważyć się na takie odwiedziny. Cichutkim zaklęciem przestroiłem wzrok neutralizując okrycia wierzchne i moim oczom ukazały się widoki, zdolne zmiękczyć największych twardzieli, i utwardzić niejedną miękkość. Nie ma to, jak magia. - Znajdzie się tu jakieś miejsce dla mnie? - spytała, niczym nie speszona, młoda czarownica. Rzecz niesłychana - w nabitej do granic możliwości gospodzie w mgnieniu oka pojawiły się wolne kawałki ław przy prawie wszystkich stołach. Tylko krasnoludy nie rozsunęły się, choć już trzeci z nich szykował się do spania na ziemi. - Prosiem, wdzięcznie prosiem! - Do nas pójdź, nie pożałujesz! - A kuku! Tutaj! Mnożyły się zaprosiny, pełne najrozmaitszych gestykulacji i spojrzeń. Dziewczyna zawahała się, aż w końcu przysiadła się do zamiejscowych, ku srogiemu zawodowi gwardzistów. Na sali znowu zrobiło się gwarno, ja pociągnąłem kolejny łyk "Krwawej Marychy", a kolejny krasnolud zwalił się pod stół. Urodziwa wiedźma chciała przywołać gospodarza, lecz siedzący naprzeciw niej rybałci prześcigali się w uprzejmościach, wrzeszcząc na hobbita. - Co podać? - wykrztusił zabiegany Bulbulbo. - Coś do jedzenia - powiedziała czarownica. - Mamy bigos i flaki. - Mogą być flaki - zadecydowała. - No już, ruszaj się, dwójniaku! - pogonili opiekuńczy rybałci. - Jak ci na imię, ślicznotko? - spytał człowiek, zajmujący obok niej miejsce. - Zwą mnie Albumina - odpowiedziała i zakaszlała - Co za duchota! - żachnęła się i nim zdążyłem zaprotestować, rzuciła po cichu standartowy czar kosmetyczny, oczyszczający powietrze w najbliższym otoczeniu. Zaklęcie zostało sklecone nie najlepiej, ale to wystarczyło, aby zadymienie zredukowało się do połowy. Pozbawiona oparcia siekiera runęła prosto na głowę jednego z gwardzistów. Cała gospoda ryknęła śmiechem. Szczęściem w ostatniej chwili telekinetycznie odchyliłem ostrze i żołnierz dostał płazem, ale od razu kilku jego towarzyszy powstało z miejsc. - Smiać się komu chce?! - spytali groźnie. - Bo co? - padła odpowiedź. - Spokój! - pisnął przestraszony Bulbulbo, niosąc miskę z flakami, a goblin przejechał się złowieszczym wzrokiem po krewkich wojownikach. Albumina odebrała posiłek, wzięła w jedną rękę łyżkę, natomiast drugą prasnęła w odważnie poczynającą sobie dłoń siedzącego przy niej mężczyzny. - Ty obskurze, myślisz, że ci wszystko wolno?! - Mów mi Snake - odparł spokojnie jegomość - Zostajesz tutaj na dłużej? - Nic ci do tego! - fuknęła wiedźma, ale po zjedzeniu paru kęsów powiedziała z nutką dumy w głosie - Przyjechałam na Turniej. - To nie widowisko dla kobiet - uśmiechnął się Snake. - Ja nie będę patrzeć - odwróciła się do niego twarzą - Ja będę walczyć! Mężczyzna roześmiał się. - A to dopiero! Słyszeliście? Ona chce bić się w Turnieju! - Myślicie, że nie potrafię? - wydusiła Albumina, patrząc na rozrechotane twarze współbiesiadników. Nagle wyskoczyła zza stołu efektownym staltem, krzycząc "Uśśś karrrrate kingbrusli kozanostra wendetta karrrrrambaa!" i wylądowała z widmowym mieczem w rękach. Sztuczka wyszła jej nieźle, bądź co bądź uczą jej już na pierwszym roku, ale reakcje wywołała różne. Kompani ze stołu zaczęli bić brawo. Co innego gwardziści. - To wiedźma! - Czarownicze nasienie, tfu! Snake demonstracyjnie powstał. - Owszem, czarownica. Nie podoba się coś? - Owszem! - zerwał się zadziornie jeden z żołnierzy, ale drugi powstrzymał go. - Daj spokój, on ma wiedźmiński znak. I do rozróby znowu nie doszło. Wszystko potoczyło się po staremu. Piąty krasnolud osunął się pod ławę, obłapiająca się za mną parka także osunęła się pod ławę, ale z innego powodu, reszta piła, a tłusta kelnerka pocieszała sobą rozeźlonych gwardzistów. Zmęczony ciągłym nasłuchem rejonu wokół Albuminy, zwolniłem czar Amplifonii, opróżniłem swój kielich i zadowoliłem się obserwacją wizualną interesującego mnie obiektu. Nie działo się nic ciekawego, wytrwały wiedźmin raz po raz usiłował dobrać się do czarownicy, bez skutku niestety. Wreszcie Albumina nie wytrzymała i wstała, nie dokończywszy strawy. - Idę stąd! - zapowiedziała. Snake wstał również i wziął ją pod rękę. - Idziemy więc. Chyba nie chcesz włóczyć się nocą po mieście? Zamówiłem tutaj wygodny pokoik - wskazał na schody prowadzące do komnat noclegowych. - Nigdzie z tobą nie pójdę, bezczelny drabie, puść mnie! - Jak to nie? - zdziwił się wiedźmin, po czym złapał ją i podniósł na rękach - Właśnie idziemy! - Ostrzegałam cię. Ghahathahtaettehahthgh!!! - zawołała. Skrzywiłem się zdegustowany. Używała Matrycy Zaklęć I Stopnia Fantasy, gdzie nie liczą się słowa, ale obwiednia fonetyczna, a w szczególności ilość spółgłosek tylnojęzykowych (g, k, h). Wiedźmin oczywiście pozostał nietknięty. - Mów do mnie jeszcze - poweselał. - Arrtahagahtghterhntgtghhh! - wycharczała. - Albo lepiej nic nie mów, zachowaj siły na później. Przerażona Albumina, widząc bezskuteczność swoich zapewne najmocniejszych zaklęć obronnych, poczęła po kobiecemu wierzgać i gryźć, a wiedźmin niewzruszony już wchodził na schodki. Większość żołnierzy zerwała się i chwyciła za broń, gotowa czynić rzecz w swym zawodzie niespotykaną - bronić cnoty. - Hańba! Madey'owi głowę ścięli, a ten przybłęda będzie bezkarnie tu sobie poczynał?! Powstrzymałem ich jednym ruchem ręki. Przynajmniej do mnie czuli należyty respekt. - Stawiam trzy do jednego, że ona wyjdzie cało - rzekłem. Szósty krasnolud był bliski zwalenia się na podłogę, ale jeszcze zdążył wyjść się wyrzygać, dokładnie pod szyldem z nazwą gospody, w miejscu, gdzie było napisane "ze zwrotem", a Snake zniknął na górze wraz z wrzeszczącą i miotającą iskry czarownicą. Wierzyłem, że w obliczu realnego niebezpieczeństwa przypomną jej się wbijane przez lata do głowy podstawy prawdziwej Magii Słowa, chociażby zasady zaklęć II-matrycowych, spisane przez wałkowanych w szkołach Ursulę LeGumin i Howarda the Duck'a. Drzwi od pokoju na pięterku zatrzasnęły się. - Pięć do jednego, że ją napocznie - odezwał się nagle, zawsze przytomny, jeśli chodzi o pieniądze, Bulbulbo. Sala ożywiła się i przemieniła się na chwilę w giełdę. - Dziesięć do jednego, że tylko ją wymaca! - Piętnaście do jednego, że więcej! I tak dalej. Po pewnym czasie zaniepokoiłem się na serio, lecz moje obawy szybko zostały rozwiane. Częściowo rozebrany wiedźmin sturlał się tymi samymi schodkami na sam dół, a przy wejściu na górne piętro stanęła trochę poturbowana Albumina z, jak to się mówi, falującą piersią i rozwianym włosem. Wyglądała ślicznie, że aż mnie zatkało. - Ha! - w jej głosie znać było moc prawdziwej Magii Słowa. Podniosła ramiona i zakrzyknęła dźwięcznie: - A niechże ci się rozpierdoli to smętne kutasiszczę, o skurwielcze!!! Ostatni krasnolud osunął się pod ławę, mimo nieludzkiego wrzasku wiedźmina. Szczątki wspomnianego przez Albuminę organu musiał później Bulbulbo zeskrobywać ze ścian. Nie ma to jak magia.
3. Nikt naprawdę nie wie, jakie były początki Turnieju i dlaczego w ogóle powstał. Istnieje wiele różnych hipotez, ale najczęściej podaje się tą, której i ja jestem zwolennikiem. Otóż złożyło się na to szereg czynników geopolitoklimatosocjoekonomokulturowych. Innymi słowy miejsce, na którym wyrosło później nasze miasto, wprost prosiło się, żeby dać komuś w mordę. Dookoła rozpościerały się puszcze i mokradła, przez które wiodły dwie wąskie drogi, krzyżujące się akurat tutaj, przy rzeczce Pawce. To naturalne miejsce postoju karawan kupieckich, a co za tym idzie, watah zbójeckich, niewątpliwie sprzyjało wymianie towarów oraz ciężkich argumentów. Ponadto obecność smoka w pobliżu kusiła różnego rodzaju śmiałków i harcowników do zgubnych, acz widowiskowych wypraw. Z biegiem czasu powstała tu osada handlowa o wdzięcznej nazwie Blubo. W końcu ktoś wpadł na pomysł, aby nie dość, że uporać się z problemem rozbójniczych porachunków, to jeszcze na tym zarobić. Teren najczęstszych bójek ogrodzono, naprędce ułożono krótki regulamin i odtąd wszyscy, chcący sobie nawzajem rozbijać łby, mogli to zrobić legalnie, po uzgodnieniu terminu z władzami. Po paru latach osada przemieniła się w miasto, a prowizoryczny ring w pokaźną arenę. Na Turniej wstęp mieli już tylko prawdziwi sportowcy. Blubo stało się sławne, zewsząd corocznie zjeżdżały tłumy zagorzałych kibiców, aby ujrzeć zmagania najznamienitszych wojowników, przybyłych ze wszech stron świata. Wpływy z Turnieju często przekraczały przychód z pozostałych źródeł utrzymania miasta. Władca Blubo, książe (Duke) Ellington, syn Yueha Vickersa Wellingtona, mianował mnie przed trzema laty Arbitralnym Sędzią Turnieju. Od tego czasu wprowadziłem kilka małych poprawek w Regulaminie, lecz w sumie niewiele się on różni od pierwowzoru. Spotkania odbywają się systemem pucharowym. Zasady proste: wyłącznie płeć męska, jeden na jednego, broń konwencjonalna, magia do Matrycy Zaklęć II Stopnia Fantasy. Nagrodą Główną było dotychczas pół zamku i książęca córka, lecz za moimi sugestiami poczyniono pewne zmiany - zwycięzca, owszem, dowiaduje się, że dostaje pół zamku i księżniczkę, ale na jedną noc. Doszedłem do wniosku, że triumfator, wyczerpany ponad wszelką miarę i szczęśliwy z faktu przeżycia, nie będzie się mścił ani dochodził swych praw; zobaczywszy królewnę, nawet jej nie tknie, a opłacalnej grabieży zamku przez jedną noc nie zdąży zorganizować. Zresztą, po pobycie poprzedników nie będzie czego łupić, a oszczędności wynikną ogromne. Przecież wystarczającym laurem powinna być waga zwycięstwa w Turnieju! Trzeci, na którym sędziuję, a w ogónej rachubie Dwudziesty Piąty Turniej Blubocki, trwał już od ponad tygodnia. Całe miasto nim żyło, gościńce, karczmy i burdele pracowały na najwyższych obrotach przyjmując masy gości, a Książe (Duke) Ellington wraz z Radą Miejską zacierał ręce, widząc ile dukatów spływa do skarbca. Jako Główny Sędzia byłem obowiązany uczestniczyć we wszystkich pojedynkach, od ćwierćfinału wzwyż, poprzednie z powodzeniem prowadzili moi zastępcy i podwładni. Dwa lata temu, tuż po nominacji, uważałem za punkt honoru obskoczyć tyle walk, ile było możliwe; ludzka (i nie tylko ludzka) pomysłowość w zakresie wzajemnego zarzynania nie zna granic, toteż wydawało mi się to wielce interesujące. Jednak tego roku miałem inne sprawy na głowie, tak że darowałem sobie wstępne sparringi. Pogoda była wspaniała. Jednolita pokrywa chmur nie pozwalała gorącym promieniom słońca dotknąć ziemi, wiał leciutki, orzeźwiający wietrzyk, a na deszcz nie zanosiło się. Od rana prawdziwa rzeka ludzi płynęła w stronę sceny, aby obejrzeć pierwszy półfinałowy pojedynek. Moja lektyka przeciskała się z trudem przez tłumy żądnych mocnych wrażeń kibiców. Pomyślałem, że na najbliższym posiedzeniu Rady Miejskiej trzeba będzie postawić wniosek o rozszerzenie ulic i wydzielenie pasów dla pieszych i pojazdów zaprzęgowych (ciekawe do których zaliczonoby moją lektykę). Wreszcie wychyliłem się przez okienko i krzyknąłem do tragarzy, aby zatrzymali się, a potem rzuciłem czar Awiacji na całą kabinę i uniosłem się w powietrze. Dyplomu Młodszego Arcymaga nie dostałem przecież za piękne oczy. Wylądowałem koło zaplecza Centralnego Amfiteatru i klasnąłem w ręce. Moi uczniowie - Hokus i Pokus - zjawili się bezzwłocznie. - Jesteśmy, Mistrzu! - wyśpiewali. - Bardzo dobrze - odpowiedziałem i wyszedłem z lektyki - Ile nam jeszcze czasu zostało? - Dwie chwile i trzy czwarte momentu wedle tutejszej klepsydry - Hokus zmarszczył brwi. - Robisz postępy - uśmiechnąłem się i odwróciłem głowę do Pokusa. - Pokusie, czy masz to, o co cię prosiłem? - Jasne, Mistrzu! - potwierdził skwapliwie i wyjął z tulei rulon pergaminu - Proszę, oto lista. Rozwinąłem zwój i zacząłem pobieżnie przeglądać spis, o wiele obfitszy, niż przypuszczałem. Był to wykaz właścicieli kramów i zajazdów, którzy odmawiałi przyjęcia i rozprowadzania rajcownicy i jej przetworów. - "Pod Dębową Tarczą"... cała sieć... no proszę... "Excalibur"... tego mam na oku już od dawna... to znam... to też... "Jabba the Hutt"? A to świnia, nie wiedziałem... "Smocza Jama"... no tak... "MacDonald"? Gdzie to jest? - Na rogu Ratuszowej i Thorgalla, tuż przy Placu Roke. Podają tam jakieś obrzydliwe ciasta z mięsem i sałatkami, a do tego wywar z orzechów, który się strasznie pieni - odparł Pokus. - Zbadamy i to, ale nie teraz - odrzekłem, zwijając rulon. - Mistrzu, jeden z kramarzy wymienionych w indeksie ma stoisko przy wejściu na arenę. Sam widziałem. Można by... nauczyć moresu - zaproponował Hokus. - Mówisz, że przy wejściu... ile jeszcze nam pozostało? - Dwie chwile i pół momentu. - Pokusie, skocz i dowiedz się, jak się sprawy mają - wskazałem na kasy biletowe - A ty, Hokusie, idź do tego... - spojrzałem na listę - ..."Srajmariliona" i użyj zaklęcia Propozycji Nie Do Odrzucenia. Odprowadziłem wzrokiem moje beniaminki i pogrążyłem się w lenistwie, niestety nie upłynęła minuta, czyli ćwiartka momentu, gdy poczułem, że ktoś usiłuje skontaktować się ze mną mentalnie. "Wzywam Abrakadabrora, tu Czarymary, odbiór". Z Czarymarym znaliśmy się prawie od dziecka. Był Arcymagiem Młodszym, tak jak ja, i obecnie zajmował się organizacyjno- echniczną stroną Turnieju. "Tu Abrakadabror, cieszę się, że cię myślę, odbiór". "Ja też się cieszę. Mam małą prośbę. Słyczałem, że walą okropne tłumy, a ja porobiłem zabezpieczenia trochę na łapu-capu. Czy mógłbyś obejrzeć wszystkie barierki i płoty i wzmocnić zaklęcia, gdzie potrzeba, odbiór?". "Nie ma sprawy, zrobi się, odbiór". "Stokrotne dzięki, pomyśl mnie, jak będziesz czegoś potrzebował, odbiór". "Dziękuje, wyłączam się, bez odbioru". - Teraz mów - poleciłem Pokusowi, który zjawił się w międzyczasie. - Mistrzu - zasapał - Wejściówki stoją po dychu, u koników po trzydzieści, jak ktoś chce pod żyletą, to pięćdziesiąt! - No, no - cmoknąłem i naraz zmieniłem się w belfra - O czym powinniśmy pamiętać, zmieniając lub neutralizując czyiś czar? - wycelowałem palcem w Pokusa. - Eee... niśmy pamiętać - dukał przestraszony Pokus - Że... że zaklęcia pierwszego i drugiego stopnia najlepiej zanihilować kontrzaklęciem równowartościowym. Przy zaklęciach wyższego rzędu metoda ta nie daje wyników, gdyż a - energia astralna potrzebna do zniesienia czaru przewyższa energię włożoną i ta zależność wzrasta wykładniczo wraz z poziomem zaklęcia, be - konstrukcja zaklęć powyżej matrycy trzeciego stopnia uwzględnia możliwość odwołania przewidzianym hasłem negatywizującym... - Nie, nie o to chodzi - przerwałem jego trajkotanie. Pokus zbaraniał. - Bardziej ogólnie - podpowiedziałem. - Xe... w ogóle odwracanie cudzych zaklęć jest niewskazane i może naruszyć... no... tego... Równowagę... - Co ty chrzanisz? - Mam! - wybuchnął - Że nie ma to, jak magia! - Nareszcie! - rozchmurzyłem się, ale zaraz przybrałem jeszcze sroższą minę - Znowu podsłuchiwałeś mentalnie! Wiesz zatem, o co mnie prosił Czarymary. Jazda na plac i do roboty! Nie ma to, jak mieć uczniów.
4. "...Przychodzi baba do znachora i uchem strzyże. Znachor pyta - Co pani jest? - A ona - Strzyga! Odbiór". "Dobre, ale słyszałem. A to:…