Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 1 godz. 2 min czytania

TWARZĄ W TWARZ

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

TWARZĄ W TWARZ

Wiele osób nie wierzy w duchy i śmieje się z tych, którzy wierzą. Ciekawe, ilu z tych twardzieli odważyłoby się stanąć twarzą w twarz z istotą nie z tego świata? I ilu by nie uciekło, ile sił w nogach?

*****

Jan Mika od dawna chciał kupić dom na wsi. Pracował w fabryce produkującej meble okrętowe i za kilka miesięcy miał przejść na wcześniejszą emeryturę. Zaplanował sobie, że wtedy sprzeda mieszkanie w bloku w Trzciance i starość spędzi wraz z żoną na wsi, wśród lasów i jezior. Tam mógłby poświęcić dużo czasu swojemu hobby, jakim była stolarka, a zwłaszcza wykonywanie mebli w staropolskim stylu. Janek miał pięćdziesiąt sześć lat i ciemne, siwiejące włosy. Średniego wzrostu, krepy, nie był szczególnie szeroki w barkach, ale miał bardzo silne ramiona i duże, mocne dłonie. Koledzy z pracy wiedzieli, że nie warto z nim zadzierać, bo rękę miał ciężką, a ciosy zadawał wyjątkowo szybko i precyzyjnie. W wojsku trenował boks i ciągle potrafił wyprowadzić nokautujący cios. Cechował go charakterystyczny ciężki chód i już z daleka można było poznać Janka po pochylonej, lekko przygrabionej sylwetce i szeroko trzymanych rękach. Miał grubego, sumiastego wąsa, czerwonawą skórę na twarzy – co niektórzy mylnie brali za dowód nadmiernej skłonności do alkoholu – i brązowe, bystre oczy, często sprawiające wrażenie lekko wilgotnych. O starym, jeszcze przedwojennym domu w Zielonowie dowiedział się przypadkiem, od kolegi w pracy. Właściciel chciał go sprzedać, bo planował przeprowadzić się z całą rodziną na Śląsk, gdzie znalazł dobrą posadę w firmie handlowej. Janek jeszcze tego samego dnia pokonał dwadzieścia pięć kilometrów dzielące Trzciankę od Zielonowa. Dom zrobił na nim dobre wrażenie – nie był zbyt duży, ale solidny, dobrze utrzymany i postawiony na fundamencie wzmocnionym dużymi kamieniami, wybudowany w starym stylu, na planie koła. Miał trzy pokoje, kuchnię, łazienkę i korytarz, ciągnący się wzdłuż jednej ze ścian. W każdym pokoju były dwie pary drzwi, gdyż wszystkie pomieszczenia były przechodnie i dzięki temu można było biegać w kółko po całym domu. Z korytarza wchodziło się do kuchni i jednego z pokoi. Kuchnia znajdowała się na prawo od drzwi i można było z niej wejść do małej łazienki i do dużego pokoju; z tego pokoju do następnego, znajdującego się w rogu budynku; dalej do kolejnego, najmniejszego; z którego wychodziło się z powrotem na korytarz. Cena też mu się bardzo spodobała. Trzydzieści tysięcy to naprawdę była okazja, więc bardzo szybko sfinalizował transakcję i stał się właścielem domu. Dziwił się, że wartość posesji jest tak niska, ale dotychczasowy właściciel, który mieszkał w Poznaniu, a do Zielonowa przyjeżdżał tylko latem, wytłumaczył, że opuścił ją, bo bardzo mu zależy na czasie. Chciał przeprowadzić się już za trzy tygodnie i do tego czasu musiał sprzedać wszystko, czego nie mógł zabrać ze sobą. Rozwiał w ten sposób obawy Janka, który już zaczynał podejrzewać, że w ofercie musi być jakiś haczyk – dług na hipotece lub może sprzedający wcale nie jest właścicielem domu. Dumny obchodził wkoło swoją nową własność. Uradowany zakupem nie zauważył dziwacznych spojrzeń mieszkańców wioski przechodzących obok domu.

*****

Dwa dni później urządził w Zielonowie parapetówkę. Zaprosił kilku kolegów z pracy i zapowiadało się na wesołą imprezę, choć musiał zostawić w domu chorą na grypę żonę. Była to typowa męska popijawa – dużo niezbyt wyszukanego jedzenia i jeszcze więcej wódki, której ubywało w szybkim tempie. Jak to zwykle bywa na takich imprezach, rozmawiano o wszystkim i niczym. Była dziesiąta wieczorem i parapetówka trwała w najlepsze. Nagle Henryk, najlepszy kolega Miki, zwrócił uwagę na czarnobiałe, pożółkłe już zdjęcie, wiszące nad łóżkiem i oprawione w brązową, drewnianą ramkę. Przedstawiało śliczną dziewczynę w ślubnej sukni i przystojnego, młodego mężczyznę w czarnym garniturze. - Co to za ludzie na tym zdjęciu, Janek? - Nie wiem. Jakaś młoda para, jak widać, ale ich nie znam. Może tu kiedyś mieszkali? - Bardzo ładna dziewczyna. Podoba mi się – stwierdził Andrzej, podchodząc do zdjęcia - Nie wątpię – Henryk uśmiechnął się do kolego. – Tobie tylko kobitki w głowie! - No to, panowie, jeszcze po jednym – Mika nalał wszystkim następną kolejkę. - Janek, co ty będziesz tutaj robił, Janek?– powiedział (hmm - spytał? Bo to pytanie było, nie?) Grzegorz. – Przecież tu nie ma żadnych atrakcji. Ja tam wolę mieszkać w mieście. Tutaj zanudziłbym się na śmierć - Jak to nie ma? Widziałem na drodze kilka młodych, bardzo atrakcyjnych dziewczyn – zażartował Andrzej. - Nie o to mi chodziło – zaśmiał się Grzegorz. – Ale słuszna uwaga! - Jest tu jedna niewątpliwa atrakcja, ale niebyt przyjemna. Słyszeliście, chłopaki, o Zakręcie Śmierci? – spytał Henryk. - Jakim Zakręcie Śmierci? - zainteresował się nowy właściciel domu. - Na drodze do Trzcianki, jakieś dwa kilometry od Zielonowa, jest bardzo ostry zakręt w prawo. Prawie pod kątem prostym. Słyszałem, że dużo ludzi zabiło się na nim samochodami i motorami. I ponoć wszyscy w nocy. W dzień jakoś nikt tam nie zginął. - Pewnie wszyscy ci zabici byli pijani. Nachleją się i jadą do domu. Na tym zadupiu, policja nigdy nie stoi, więc się nie boją jechać na gazie. – skomentował Janek - Pewnie, że pozabijali się po pijaku. – zgodził się Henryk. – Przed tym zakrętem jest długa prosta, każdy tam przydusi, a po wódeczce wiadomo - refleks słabszy. Za późno zaczną hamować i wtedy nie trudno o nieszczęście. Na szczęście dzisiaj po mnie przyjedzie syn, więc mi to nie grozi – zaśmiał się głośno. - Mnie już nie nalewajcie – odezwał się Władek. – Wiecie, że przyjechałem motorem. Do domu blisko, ale jednak mam już trochę w czubie. – A ciebie, Janek, kto odbierze? - Nikt. Prześpię się tutaj i pojadę rano. Władek, zgodnie ze swoją zapowiedzią, już więcej nie pił, ale pozostali się nie oszczędzali i godzinę później, gdy skończyła się wódka, wszyscy byli już mocno pijani. Kiedy przyjechał syn Henryka, zaczęli się żegnać. Oprócz ojca zabrał też trzech innych kolegów, więc gdy duży zegar z kukułką wybił północ, w domu zostali już tylko Janek i Władek. W tym momencie zgasło światło w pokoju, zaraz lampa zapaliła się z powrotem, by znów zgasnąć i się zapalić. - Co jest, do cholery, z tym światłem! –krzyknął Janek. - Pewnie nawaliło coś z elektryką. Dom jest stary, więc myślę, że przewody też są w kiepskim stanie. Może się upalił jakiś drut i raz jest styk, raz nie i dlatego lampa miga – powiedział Władek. - Może i masz rację?. Jutro muszę to naprawić. Lampa przez chwilę świeciła, a potem znów kilka razy sama zapaliła się i zgasła. Pijani mężczyźni przestali zwracać na nią uwagę. Gdyby spojrzeli na nią jeszcze raz, zauważyliby, że stary, siedmioramienny żyrandol wolno obraca się zgodnie ze wskazówkami zegara, później zatrzymuje na moment i zaczyna wirować w przeciwnym kierunku, choć nikt go nie dotykał. - No, Janek, to ja jadę – Władek podał rękę gospodarzowi. - Tylko uważaj, Władziu. Zwłaszcza na tym cholernym Zakręcie Śmierci. Janek zgasił światło i wyszli przed dom. Władek chwycił motor za kierownicę i razem podeszli kilkadziesiąt metrów piaszczystą drogą do asfaltowej szosy. Władek wsiadł na wueskę, kopnął starter, założył kask, zapalił światło i wolno odjechał. Janek odwrócił się w stronę domu i zamarł. Pamiętał, że wychodząc wyłączył lampę, a teraz widział w oknie pokoju, w którym robili imprezę, jakieś niezwykłe, upiornie białe światło. Podszedł bliżej i wtedy zauważył, że ktoś stoi przy oknie. Nagle zrobiło mu się zimno. Tuż za firanką stała wysoka, szczupła postać odziana na biało. Skrywała twarz w cieniu i nie mógł określić, czy był to mężczyzna czy kobieta. - Cholera jasna! – zaklął głośno. – Ledwo kupiłem dom, a tu już złodziej! I co to za dziwne światło? Cofnął się do samochodu i wyjął z bagażnika duży klucz nasadowy do kół. - Ja cię zaraz przegonię, chuliganie… – mruknął pod nosem. Rozwścieczony wbiegł do domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Wpadł do pokoju, w którym jeszcze niedawno popijał z kolegami. W tym momencie po przeciwnej stronie pomieszczenia mignęło mu coś białego i zatrzasnęły się drzwi. Lampa zapaliła się i zaczęła się obracać. Trzymając w ręku klucz, mający mu posłużyć za broń, dopadł do drzwi goniąc intruza. Gdy je otworzył i wbiegł do następnego pokoju, ktoś z hukiem zamknął drugie drzwi. Janek kontynuował pościg za osobliwą jasną postacią. Ciągle był o krok za wolny, by dojrzeć, kogo goni. Co wbiegł do kolejnego pomieszczenia, ktoś właśnie po drugiej stronie zatrzaskiwał drzwi. Czasem tylko przez ułamek sekundy mignęło mu coś jasnego, przypominającego białą suknię ślubną. Uciekinier śmiał się przeraźliwie i głośno, a potem wył opętańczo i upiornie zawodził. Lampy w całym domu same zapalały się i gasły, kręcąc się powoli, popychane jakąś tajemniczą siłą. Janek był już zmęczony bezskutecznym pościgiem i bliski obłędu. Nie rozumiał, dlaczego ktoś bawi się z nim w berka, biegając po całym domu, zamiast uciec na dwór. W końcu wpadł na pomysł, że zmyli uciekiniera. Wbiegł do kolejnego pokoju i znów drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia głośno się zatrzasnęły. Wtedy zmienił kierunek pościgu i cofnął się do kuchni. Dopadł do drzwi prowadzących na korytarz. Szarpnął za klamkę, chcąc złapać intruza na korytarzu. Wiedział, że uciekinier musiał wbiec do niego, opuszczając pokój. Klamka nawet nie drgnęła. Położył klucz na stole. Chwycił obiema dłońmi i nacisnął z całej siły. Klamka nie opadła nawet o milimetr. - Cholera! Gnojek trzyma z drugiej strony! – krzyknął. Uwiesił się na klamce całym ciężarem. Siłował się chwilę, ale bez rezultatu. Nagle drzwi prowadzące z kuchni do pokoju same zatrzasnęły się z hukiem. Lampa pod sufitem kilka razy zapaliła się i zgasła. To jeszcze bardziej rozwścieczyło Janka. Wziął klucz i jednym uderzeniem zbił żarówkę. - Dorwę cię, złodzieju. A tedy policzę ci wszystkie kości, tak, że mnie popamiętasz! W tym momencie skrzypiąc otworzyły się drzwi do pokoju i ciemności panujące w kuchni rozświetliła blada, upiorna poświata. Janek skoczył w jej kierunku, ale zatrzasnęły mu się przed nosem. Znów bezskutecznie siłował się z klamką, słysząc zza drzwi drwiący, przerażający chichot. Po kilku sekundach klamka ustąpiła i wtedy Janek błyskawicznie wpadł do pokoju. Drzwi natychmiast zatrzasnęły się za nim, tak samo jak te prowadzące do następnego pomieszczenia. Doskoczył do nich, jednak nie mógł ruszyć klamki. - Znów trzymasz, sukinsynu. Silny jesteś, ale na mnie za słaby! – krzyknął. Puścił klamkę i jednym skokiem dopadł do drzwi prowadzących do kuchni. Również nie mógł ich otworzyć. - Cholera, co jest? – wysapał zdenerwowany. - Przecież to niemożliwe, żeby tak szybko przebiegł wkoło przez pokój, korytarz i kuchnię, żeby przytrzymać klamkę. Może jest ich dwóch? Siłował się na zmianę to z jedną klamką, to z drugą, ale bezskutecznie. Nagle okno otworzyło się na oścież, jakby popchnął je potężny podmuch wiatru. Janek spojrzał na drzewo rosnące koło domu – była bezwietrzna pogoda i nie poruszały się nawet najmniejsze gałązki. Zanim doszedł do okna, samo zatrzasnęło się, a za drzwiami dobiegło go wycie, w którym było równocześnie coś ludzkiego i zwierzęcego. Zapalił światło, ale lampa natychmiast zgasła. Znów zapalił i znów po sekundzie światło zgasło. To za jednymi to za drugimi drzwiami słyszał mrożący krew w żyłach chichot, wycie i zawodzenie. Janek nie należał do strachliwych, ale czuł, jak włosy stoją mu dęba. Pomimo wypitej wódki miał wrażenie, że jest całkowicie trzeźwy. Pomyślał, że dużej tego nie wytrzyma i wyjdzie z tego przeklętego domu przez okno. W tym momencie zegar wybił godzinę pierwszą. Głośny chichot dobiegający zza drzwi zamarł jak nożem uciął. Drzwi po obu stronach pokoju otworzyły się, a blada poświata gdzieś zniknęła. Janek otarł z czoła zimny pot i zapalił światło. Spojrzał się na lampę, spodziewając się, że zaraz zgaśnie, ale nic takiego się nie stało. - Cholera jasna! Nie ma mowy, żebym tutaj spał! – krzyknął - A niech mnie nawet policja złapie, jadę do domu!

*****

Na drugi dzień była niedziela i Janek obudził się dopiero o dziesiątej, choć nigdy nie spał dłużej niż do ósmej. Właśnie jadł z żoną śniadanie, gdy zadzwonił telefon. - Słucham? - powiedział do słuchawki. - Cześć, tu Władek! - Cześć. Co się stało? Masz jakiś inny głos. - Miałem wypadek na motorze. Jestem teraz w szpitalu. - Wypadek? Gdzie? - Na tym cholernym Zakręcie Śmierci! – Janek poczuł, że pot wystąpił mu na czoło. - Co ty powiesz! – Mika był wyraźnie zdziwiony i zaskoczony. - Jak się czujesz? Nic ci nie jest? - Mam złamaną nogę i dwa żebra. - O, cholera! Jak to się stało? - Wczoraj, jak wracałem od ciebie, zobaczyłem coś na zakręcie i tak się przestraszyłem, że chciałem zawrócić. Wcisnąłem hamulec i – nie wiem, jak to się stało – wpadłem do rowu. Połamałem się i do tego rozwaliłem cały motor. - Czego się tak wystraszyłeś? – Janek otarł czoło i w napięciu oczekiwał na odpowiedź. - A bo ja wiem czego? Zobaczyłem coś dziwnego i niesamowitego. Jakaś biała postać stała na środku jezdni i wyła jak nieboskie stworzenie – głos Władka był drżący i nienaturalnie chrapliwy. - Biała postać? – Janek przypomniał sobie wczorajszą koszmarną noc w Zielonowie. - Tak. Nie wiem, byłem pijany. Może mi się tylko wydawało? A może widziałem jakiś niespotykany rodzaj mgły? Ale mówię ci stary, jeszcze nigdy się tak nie bałem. - Jak wyglądała ta postać? - Niby jak kobieta, ale tak jakoś przeraźliwie! Ubrana była jak panna młoda - w białą suknię ślubną z długim welonem, ale jej ciało wyglądało niesamowicie, jakby było ze skłębionej mgły albo z jasnego, gęstego dymu. Twarzy nie widziałem, bo była zacieniona w jakiś niezwykły sposób. Błyskała tylko zębami, jakby nie miała warg. - Nie opowiadaj mi takich bzdur! – Janek fuknął na kolegę, ale podświadomie czuł, że Władek może mówić prawdę. Nagle zaschło mu w gardle i zrobiło się bardzo gorąco. - Niby najmniej wypiłeś – beształ go, nie chcąc pokazać koledze, że też się przestraszył - a okazuje się, że byłeś z nas najbardziej narąbany! Panna młoda o północy w lesie na zakręcie? Puknij się w łeb! I z tego, co wiem, to panny młode nie wyją jakby je zarzynano! - Nie wiem, stary, nie mam pojęcia, co to było! Ale coś jest nie tak z tym zakrętem. Nie gniewaj się, ale już mnie nie namówisz na żadną popijawę w Zielonowie.

*****

W następnym tygodniu Janek z żoną codziennie przyjeżdżał do domu w Zielonowie, by go trochę wyremontować i odnowić przed przeprowadzką. Nie wydarzyło się nic niepokojącego i w końcu zaczął myśleć, że na parapetówce przesadził z wódką i miał jakieś pijackie zwidy. Nic nie powiedział żonie o tajemniczym intruzie, którego w nocy gonił po całym domu. Irena należała do strachliwych kobiet, więc nie chciał jej niepokoić bez powodu. Zastanawiało go to, że sąsiedzi przechodzący koło jego nowego domu spoglądają na niego drwiącym wzrokiem, głośno go pozdrawiają, a potem cicho szepczą między sobą, nerwowo zerkając na dom i odchodząc szybkim krokiem. - Jacyś dziwni ludzie tu mieszkają – pomyślał sobie. Trochę zmienił zdanie, gdy w piątek odwiedził go Mikołaj, miejscowy leśniczy, stary kolega jeszcze z czasów, gdy Janek chodził do zawodówki w Trzciance. Nie widzieli się kilka dobrych lat i Janek nawet nie wiedział, że Mikołaj, który przedtem mieszkał w Jędrzejewie, przeprowadził się do Zielonowa. Leśniczy był przystojnym, dość wysokim, szczupłym blondynem. Miał małą, spiczastą bródkę, szybkie, trochę nerwowe ruchy i plamę po oparzeniu nad prawym okiem. Leśniczy przyszedł z półlitrówką wódki, chcąc porozmawiać przy czymś mocniejszym o starych, dobrych czasach, ale Janek grzecznie odmówił picia, bo chciał na noc wrócić do domu. - Jeszcze będziemy mieli niejedną okazję wypić – powiedział Janek. - A co byś powiedział na polowanie? Poszlibyśmy jutro w nocy – zaproponował leśniczy. – Spadł pierwszy śnieg, będzie dobrze widać ślady zwierząt. Może uda się ustrzelić jakiegoś jelenia albo dzika? - No, nie wiem… - Zgódź się, zobaczysz, że fajnie spędzimy czas! Nie lubię sam chodzić na polowania. Dam ci strzelbę z noktowizorem, weźmiemy wódkę i kiełbasę na zagryzkę. Pamiętam, że w szkole byłeś najlepszy w klasie w strzelaniu z wiatrówki, więc może trafisz jakąś grubszą zwierzynę? - No dobra, pójdę z tobą – Mika uśmiechnął się szeroko. - A tak nawiasem mówiąc, chyba wiesz, że kupiłeś dom, w którym straszy? - Nie opowiadaj mi takich głupot. Duchów nie ma – odpowiedział spokojnie, bacznie przypatrując się koledze. - To wcale nie są głupoty. Ale jak mi nie wierzysz, to twoja sprawa.

*****

Nazajutrz, gdy zaczął zapadać zmrok, Janek Mika i leśniczy Mikołaj weszli w las, wypatrując na śniegu śladów grubszej zwierzyny. Księżyc był w pełni i w jego srebrnym świetle przysypane śniegiem sosny wyglądały pięknie i tajemniczo. Polowanie nie szło najgorzej - Mikołaj zabił lisa i trzy zające, a Janek tylko szaraka. Jednak nie trafił im się ani żaden jeleń, ani dzik, na co najbardziej liczyli. Zbliżała się północ, gdy leśniczy przez noktowizor wypatrzył dorodnego jelenia. Pokazał gestem towarzyszowi, by za chował ciszę i podał mu noktowizor. Janek podziwiał przez chwilę imponujące poroże zwierzęcia. Potem ruszył w ślad za leśniczym, który chciał zajść jelenia od zawietrznej. Gdy zbliżyli się do niego na niecałe pięćdziesiąt metrów, Mikołaj stanął, podniósł strzelbę z noktowizorem, chwilę celował, aż w końcu wypalił. Głuchy huk rozniósł się po lesie, a rogacz padł na bok z przestrzelonym sercem. Kiedy do niego podeszli, już nie żył. Usiedli na jeszcze ciepłym zwierzęciu, wyjęli piersiówki i każdy wypił kilka łyków wódki, zagryzając kiełbasą. Potem Mikołaj wstał: - Idę załatwić dużą potrzebę. Że też człowiekowi musi się zachcieć w takim momencie… Poczekasz tutaj? - Jasne. Rozgrzeję się trochę wódeczką. Mikołaj odszedł i po chwili zniknął mu z oczu, bo wzrok nie sięgał zbyt daleko w słabym, srebrzystym świetle. Janek spojrzał na wielki, okrągły księżyc i w tym momencie usłyszał ciche wycie gdzieś w oddali. - Cholera jasna, to chyba nie był wilk? Przecież w tej okolicy nie ma wilków… - spojrzał na zegarek i mruknął. – Dokładnie północ – godzina duchów. Do tego pełnia księżyca, gdzieś w pobliżu wyje wilk, a ja siedzę sam w środku lasu na zabitym jeleniu. Nieciekawa sytuacja. Co ten Mikołaj tak długo robi? Już przecież powinien się załatwić... Niespodziewanie zerwał się porywisty, zimny wiatr. Nagle zrobiło się dużo ciemniej, a nisko nad ziemią pojawiła się gęsta mgła. Znów spojrzał w kierunku księżyca – był teraz niemal w całości zasłonięty dużą chmurą. Janek zadrżał z zimna i wstał, żeby się rozgrzać. Rozejrzał się dookoła wypatrując towarzysza nocnej eskapady, ale nigdzie nie było go widać. Zawołał donośnym głosem. - Mikołaj, idziesz już! - Janek! – usłyszał krzyk z przeciwnej strony do tej, w którą oddalił się leśniczy. - Co? Chodź tutaj! - Janek! Chodź! Chodź do mnie! Chcąc nie chcąc Mika poszedł w kierunku głosu. Przeszedł około pięćdziesięciu metrów, gdy znów usłyszał wołanie, tym raz z jeszcze większej odległości niż poprzednio. - Janek! Janek! Szybciej! - Stój, do jasnej cholery! – odkrzyknął. – Głupka sobie ze mnie robisz?! Przestań się wydurniać, bo to nie jest śmieszne! Nie usłyszał odpowiedzi. Pobiegł w kierunku, z którego usłyszał wołanie. Przedarł się przez gęsty zagajnik, rozejrzał się, ale nadal nigdzie nie było widać kolegi. - Mikołaj! Gdzie jesteś, do jasnej cholery! - Tutaj, Janek! Tutaj! Chodź! Przeszedł jeszcze kawałek i stanął bezradnie na środku dużej polany. - Natychmiast przestań! Nie baw się ze mną w chowanego! - Janek! Dlaczego nie czekałeś na mnie przy jeleniu? – usłyszał głos leśniczego z kierunku, z którego najmniej się tego spodziewał, czyli z tyłu. Odwrócił się, a Mikołaj doszedł do niego, zasapany. - Dlaczego nie czekałeś? – leśniczy ponowił pytanie. - Jak to dlaczego? – Janek był bardzo zdziwiony i poirytowany. - Przecież sam krzyczałeś, żebym poszedł za tobą, więc poszedłem! A ty wyciągasz mnie, nie wiadomo po co, kilkaset metrów w las, a teraz pytasz, dlaczego nie czekałem?! - Co ty gadasz, kolego? Wcale cię nie wołałem. To ty wrzeszczałeś za mną! Już myślałem, że coś ci się stało. Krzyczałeś do mnie, a zamiast podejść, cofnąłeś się w głąb lasu, a potem jeszcze skręciłeś w bok i zacząłeś uciekać! Co mają znaczyć te głupie zabawy? - O czym ty mówisz? Ja cię nie wołałem, to ty darłeś się do mnie, jakby coś ci się stało! - Przecież gdybym do ciebie krzyczał, to bym się do tego przyznał, nie? Słyszałem wyraźnie, jak się wydzierałeś: „Mikołaj! Chodź! Chodź szybko do mnie!” Spojrzeli na siebie zupełnie zdezorientowani. Stali chwilę w milczeniu, aż w końcu odezwał się leśniczy: - A może jest tu ktoś trzeci, kto nas wywołał, żeby odciągnąć od jelenia? - Kto? Chyba poznałbym po głosie, gdybyś to nie ty krzyczał? - Nie wiem kto. Może jakiś kłusownik. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Wracajmy do jelenia. Wrócili po śladach Janka do miejsca, gdzie zostawili zabite zwierze, ale jelenia tam nie było. Był tylko duży ślad na śniegu znikający między drzewami. - Zobacz! – Mikołaj pokazał na trop. – Ktoś ciągnął tędy jelenia. Musi być bardzo silny albo jest ich kilku. Ruszyli wzdłuż śladu, który kluczył między drzewami i krzakami. Szli szybkim krokiem, mając zamiar dogonić kłusownika. Jednak po kilkuset metrach trop nagle urwał się, jakby jeleń zapadł się pod ziemię lub uniósł się w powietrze. - Co jest, do jasnej cholery! - krzyknął Janek. – Gdzie się podział ten cholerny zwierzak? Z krzaków odpowiedział mu głośny, upiorny chichot. Trwał co najmniej kilkadziesiąt sekund i brzmiał tak, jakby ktoś naigrywał się z tego, że zdołał ich oszukać. Janek poczuł, jak ze strachu serce podchodzi mu da gardła. Przysiągłby, że ten kpiący, okrutny, nieludzki śmiech wydobywa się z tego samego gardła, co niesamowity chichot słyszany tydzień temu w domu w Zielonowie. Nie wytrzymał i strzelił kilka razy w krzaki, w których ktoś lub coś wyraźnie z nich szydziło. Koszmarny rechot nie ustał, a po chwili dobiegał już z przeciwnej strony. Później zaczął się oddalać, aż w końcu urwał się nagle. Las wokół nich milczał jak zaklęty. - Wiesz co, Mikołaj? – Janek spojrzał na towarzysza. – Mam już dość tego polowania. - Ja też – odpowiedział leśniczy. - Wracamy do domu!

*****

Po tej przygodzie Janek pojawił się w Zielonowie dopiero tydzień później. Przyjechał razem z żoną. Irena myła podłogi i okna, a on naprawiał rozwalający się płot. Zastanowiło go kilka drobnych szczegółów. Były to błahe, ale dające do myślenia sprawy. Sok, który podczas ostatniej wizyty postawił na stole w kuchni, znalazł w pokoju. Nie mogła tego zrobić żona, bo to Janek otwierał drzwi do mieszkania i pierwszy wszedł do kuchni. Przysiągłby, że pozamykał wszystkie okna na klamkę, a tymczasem jedno z nich było tylko przymknięte. Wiatr raczej nie otworzyłby dużego, ciężkiego okna. Najbardziej zdziwiło go, że zostawił łóżko starannie zasłane i przykryte wygładzoną na równo narzutą, a dzisiaj narzuta była pomarszczona, a poduszka i pierzyna miała duże wgniecenie, jakby ktoś na nim spał. - Co jest, do cholery? – mruknął do siebie. – Przecież nie jestem taki stary i wiem, w jakim stanie zostawiłem dom. Ktoś tu przychodzi pod moją nieobecność czy co? Janek nic nie powiedział żonie o swoich spostrzeżeniach, bo pomyślał, że i tak by nie uwierzyła, a jeszcze nawymyślała mu od starego głupka. Jednak postanowił coś sprawdzić. Gdy już zbierali się do wyjazdu i żona wyszła na dwór, w futrynie drzwi między pokojem a kuchnią rozwiesił kilka bardzo cienkich nitek, niemal niewidocznych gołym okiem. Jedną zamocował na wysokości stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów, a każdą następną o pięć centymetrów wyżej. Nie było obawy, że żona zerwie nitki, bo miała niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu, a Janek pamiętał, by przechodząc przez drzwi lekko się pochylać, żeby nie zerwać tej najniższej. Gdy zaczęli zbierać się do domu, żonę wysłał do samochodu, a sam, zamykając drzwi wejściowe, wsadził rękę przez szparę między drzwiami i futryną i oparł miotłę o drzwi od środka korytarza. Kilka dni później przyjechał bez żony. Ostrożnie odchylił drzwi wejściowe, żeby nie przewrócić miotły, a potem wsadził rękę w szczelinę. Macał szukając jej, ale ręka błądziła tylko bezskutecznie po drzwiach. Odchylił je mocniej i zauważył miotłę leżącą na podłodze około metr od drzwi. - Cholera! Znów ktoś tu był! Po co ktoś tu ciągle przychodzi? Przecież w tym domu nie ma nic prócz łóżek, szaf i krzeseł! Sprawdził nitki na futrynie. Dwie dolne były zerwane, co oznaczało, że przez drzwi przechodził ktoś o wzroście między metr siedemdziesiąt a metr siedemdziesiąt pięć, a więc wyższy od niego. Wpadł do sypialni i od razu zauważył, że znowu pierzyna, poduszka i narzuta są w nieładzie, a do tego jedno z krzeseł było odsunięte. - O nie! – krzyknął. – Nikt nie będzie mi się kręcił po domu. Tydzień nie będę spał, a złapię tego włamywacza! Zadzwonił do żony i powiedział jej, że prześpi się w Zielonowie i do domu wróci dopiero rano. Potem poszedł kupić coś na kolację. Gdy wychodził ze sklepu, zaczepił go starszy mężczyzna, stojący na chodniku z piwem w ręce. - To pan kupił tę chatę? – trochę bełkocząc wskazał butelką na widoczny stąd dom Janka. - Tak, a dlaczego pan pyta? - Po co żeś pan ją kupił? – pijak wyszczerzył krzywe, popsute zęby w brzydkim uśmiechu. - Jak to - po co? Wyremontuję dom i przeprowadzę się do niego z żoną na wiosnę. Czemu pan pyta? – Janek był już trochę zirytowany wścibstwem nieznajomego. - Bo się dziwię. I to bardzo. Nikt panu nie mówił, że tam straszy? - Straszy? - Janek uśmiechnął się niepewnie. Nieznajomy był już drugą osobą, która mu o tym wspominała. - Pewnie, że tak! A jak pan myślisz - dlaczego niby ta chałupa była taka tania, co? Bo nikt nie chciał w nim mieszkać! - A co tam straszy? – nowy właściciel posesji zaczął brać poważniej słowa swojego rozmówcy. - Duch młodej Niemki, która mieszkała tam w czasie wojny. Ruskie ją zamęczyły na śmierć, jak szły na Berlin. Teraz biega po chacie, krzyczy, wyje, śmieje się jak opętana. - To jakieś bzdury! Nie wierzę w duchy – Mika był wyraźnie zdenerwowany. - Nie wierzy pan? To jeszcze uwierzy. Pozbądź się pan tej chaty jak najszybciej. Dobrze radzę! – starszy mężczyzna powiedział to z miną człowieka, który wszystko wie najlepiej, a potem wypił kilka łyków piwa z butelki.

*****

Janek zjadł kolację, ale nawet nie ruszył piwa, które kupił sobie na wieczór. Chciał być całkowicie trzeźwy, gdy dojdzie do spotkania z włamywaczem. Gdy zegar wybił dwudziestą trzecią trzydzieści, obszedł cały dom, dokładnie pozamykał okna i powykręcał żarówki z lamp, pamiętając, co się działo ze światłem po parapetówce. Otworzył drzwi między korytarzem i kuchnią i usiadł w ciemnym rogu jadalni. W ręce trzymał gruby, metalowy pręt metrowej długości, zakończony ostrym szpikulcem. Gdy wybiła północ, przeszył go tłumiony przedtem strach. Chwilę później otworzyły się drzwi wejściowe. Zerwał się na nogi, ściskając mocniej pręt. Drzwi zamknęły się i zobaczył jakąś szczupłą, białą, zamazaną i na wpół przezroczystą postać, wyglądającą tak, jakby była utkana z mgły. Nie wierzył własnym oczom, bo spodziewał się człowieka, a to, co widział, nie mogło nim być. Mimo zaskoczenia i strachu skoczył do drzwi. Był już metr od nich, gdy zatrzasnęły się z hukiem. Chwycił za klamkę, ale nie mógł jej nawet ruszyć. Szarpał z całych sił, jednak bezskutecznie, jakby trzymała ją z drugiej strony jakaś ogromna siła. W końcu puścił klamkę i podbiegł do drugich drzwi, prowadzących do pokoju. Tak jak myślał – ich też nie dało się otworzyć. Wtedy usłyszał hałas na korytarzu. Głośny stukot wielu par ciężkich butów przypominało mu tupot wojskowych oficerek. Odgłosy dochodzące zza drzwi brzmiały tak, jakby przez korytarz przeszedł kilkunastoosobowy oddział wojska. Potem usłyszał głośne trzaśnięcie drzwiami, wysoki, rozdzierający uszy krzyk kobiety plaśnięcie, jakby ktoś został spoliczkowany. Krzyk ustał. Ktoś został rzucony na łóżko, bo słychać było głuchy odgłos i jęknięcie sprężyn. - Ładna dziewczyna, bardzo ładna – powiedział ktoś po rosyjsku grubym, tubalnym głosem. - Nie bój się, będziemy cię tylko kochać i pieścić. Poznasz, jak potrafi kobiecie wygodzić czerwonoarmijec. - Nieeeeeeeeeeeee !!! – kobieta krzyknęła wniebogłosy. - Tak, tak. Będzie ci z nami dobrze jak w niebie. Kobieta znów rozpaczliwie wrzasnęła, a po chwili jej krzyk został stłumiony. Zza drzwi słychać było pojękiwanie, posapywanie, śmiechy, przekleństwa, miarowy, jednostajny odgłos sprężyn i trzeszczenie łóżka oraz tupanie ciężkich butów, jakby po pokoju chodziło wiele osób. Później trzasnęły drzwi wejściowe, usłyszał szybkie kroki na korytarzu i trzaśniecie drzwiami pokoju. Ktoś krzyknął z ogromną wściekłością w głosie, ale Janek nie zrozumiał go w wrzawie panującej zza drzwiami. Potem usłyszał odgłos uderzeń i kilka ciał zwaliło się ciężko na podłogę. Słyszał głuche ciosy, jakby wiele osób równocześnie trzepało dywan i wrzask mężczyzny. Chwilę potem krzyk zamarł i znów był słychać zduszone jęki, posapywania i trzeszczenie łóżka. Trwało to prawie godzinę. Janek myślał już, że oszaleje. Z sąsiednim pokoju dochodziły odgłosy, jakby tłum mężczyzn gwałcił kobietę, a on był uwięziony w kuchni jak w klatce i nic nie mógł zrobić. W końcu ktoś powiedział: - Zostaw ją. Ona już nie żyje. Potem usłyszał tupot nóg na korytarzu i zapadła cisza. Janek odczekał chwilę, a potem ostrożnie nacisnął na klamkę. Poddała się bez oporu, więc otworzył drzwi i zamarł. Metr od progu stała tyłem do niego szczupła dziewczyna w przezroczystej białej sukni. Chciał coś powiedzieć, ale głos zamarł mu w gardle. Odchrząknął, a wtedy dziewczyna odwróciła się w jego stronę. Oblał go zimny pot i zacisnął zęby, żeby nie krzyknąć. Dziewczyna miała twarz rozkładającego się trupa, na której widniał grymas niezmierzonego bólu. Uśmiechnęła się do niego, a wtedy zadrżał ze strachu – w życiu nie widział równe makabrycznego uśmiechu, gdyż dziewczyna nie miała warg, a duże, spróchniałe i krzywe zęby kojarzyły mu się bardziej z wampirem niż z człowiekiem. Mruknęła do niego jedynym swoim okiem, tkwiącym w głębokim oczodole i przeraźliwie zachichotała. Spuścił wzrok, by nie patrzeć na jej zmasakrowaną twarz i wtedy zauważył, że po jej długich, bardzo szczupłych nogach spływa ciemna, gęsta krew i kapie na podłogę, tworząc dużą kałużę. Upiór zrobił krok w jego kierunku i wyciągnął rękę. Janek cofnął się, mocno ściskając w ręku stalowy pręt. Uderzył o coś plecami i odruchowo odwrócił się. Krew zmroziła mu się w żyłach. Za nim stał wysoki, szczupły mężczyzna w czarnym garniturze i z zakrwawioną siekierą w ręku. Jego twarz była strasznie zmasakrowana: opuchnięta i pokrwawiona, z wiszącymi dużymi płatami skóry i ranami głębokimi aż do kości. Gdy mrugnął jednym okiem i wyciągnął dłoń, Janek odskoczył na bok i oparł się plecami o ścianę, podnosząc pręt. Mężczyzna zignorował go. Podszedł do dziewczyny,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
TWARZĄ W TWARZ — czytnik · opowiadania