Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 10 min czytania

Twierdza.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Stoimy we czwórkę. We czwórkę, bo cztery to święta cyfra – wszak czterech bogów ma nasz lud. Stoimy w rynsztunku bojowym, choć co to za rynsztunek był – stara siekiera, zardzewiały miecz i dwie pałki. W sam raz by zabić, ale śmiechem. Nam jednak do śmiechu nie było, bo staliśmy prawie u wrót niezdobytej twierdzy Margh. Usytuowana na szczycie najwyższej góry malowniczo dominowała nad krajobrazem jak i – do niedawna – nad wijącym się u jej stóp szlakiem handlowym, przyczyną całej historii. Dwadzieścia lat temu – a może i z okładem – pomiędzy Goranem a Kyranią powstała różnica zdań co do wysokości myta karawan przechodzących przez góry. Z jednej strony – potężny kraj, aspirujący do miana mocarstwa, z drugiej – górskie państewko, z jednym miastem – stolicą, Margh właśnie. Butni górale nie chcieli jednak ugiąć się sile Goranu, zawsze honor ceniąc nad wszystko, także życie. Liczące może tysiąc głów zadupie chciało dyktować warunki ponad dwudziestu milionowemu krajowi. Już nawet próba pertraktacji byłaby plamą na honorze naszego króla – despoty, więc szybko zbrakło słów, przemówiły miecze i tak doszło do wojny. Wysłano dwa legiony, złośliwi twierdzą, że drugi by pilnował pierwszego, nie zdążył nawet wziąć udziału w walce – błyskawicznie uporały się z liczącą niewiele ponad 200 wojowników armią Kyranii i tak oto szlak handlowy stał się własnością Goranu. Ludność zgwałcono, sprzedano i wyrżnięto w pień, zależnie od preferencji żołdaków. Pozostała tylko jedna sprawa do załatwienia. Margh. Skalna forteca, może i niezbyt potężna, ale za to usytuowana na samiutkim szczycie wysokiej i stromej góry, z jednym jedynym wąskim podejściem. O taktycznych zaletach takiego stanu rzeczy przekonali się wkrótce gorańscy legioniści, próbujący szturmem wziąć twierdzę. Łucznicy, gorący olej czy zrzucane z góry kamienie szybko nauczyły ich moresu. Dwa ataki na twierdzę zakończyły się klęską – ze dwie setki zabitych, kilkuset lżej lub ciężej rannych. Maszyn oblężniczych nie dało się użyć,a szkoda, bo zakończyłoby sprawę w mig. I tak nie wyglądało to optymistycznie dla obrońców – za murami może setka ludzi, a pod nimi – dwa legiony, jakieś 8 tysięcy chłopa. Zadecydowała ekonomia. Szlak handlowy pod kontrolą, kraj zdobyty, a tu kilkuset poległych legionistów i żadnego efektu. Królewski skarbnik szybko podliczył koszt wyszkolenia zabitych, leczenie rannych i utrzymanie całej tej kupy wojska bezczynnie w górach, porównał z korzyściami płynącymi ze zdobycia twierdzy – i przedstawił wnioski królowi. Dalsze zdobywanie twierdzy po prostu nie opłacało się, a niech sobie tam siedzą na górze, stamtąd i tak nic nie zrobią, a karawany spokojnie szły sobie doliną. Ustanowiono więc mały regiment u podnóża góry, na wypadek gdyby obrońcom znudziło się i postanowili zrobić wypad, choć przy niecałej setce ludzi wydawało się to mało prawdopodobne. Spodziewano się, że rok, może dwa i głód zrobi to, czego nie mogły zrobić dwa legiony – i to prawie za darmo. Tu jednak w grę wmieszało się Prawo Euranii. Określa ono zasady stosunków międzynarodowych, polityki, wojen i tak dalej. Ustanowione setki lat temu i każdy kraj na kontynencie musiał się do niego stosować, a przynajmniej nie mógł wystąpić otwarcie przeciwko niemu – wtedy bowiem stawał się krajem-banitą i szybko okazywało się, że kraj bez sojuszników szybko zostaje wchłonięty przez sąsiadów. Otóż jeden z przepisów tego odwiecznego prawa (mniej lub bardziej sensownego w dzisiejszych czasach) stanowił, że wojna między krajami trwa, jeśli w ciągu roku przynajmniej czterech wojowników jednego z krajów zaatakuje włości drugiego. Czterech, bowiem cztery – jak pamiętacie – to cyfra święta. Tak więc każdego roku czterech wojowników musi stanąć pod murami i zaatakować, inaczej wojna zakończy się remisem i mocą Prawa Euranii najeźdźcy będę musieli wrócić do siebie, a szlak handlowy znów przepadnie. Poradzono sobie z tym bardzo prosto, cóż dla wielomilionowego państwa znaczy czworo ludzi? Oczywiście wynik spotkania był łatwy do przewidzenia, nikt nawet nie łudził się, że czwórka zbrojnych dokona tego, na czym połamał sobie zęby cały legion. Ale przecież nie trzeba wysyłać na pewną śmierć najlepszych legionistów, od czego są skazani na śmierć zbrodniarze? Nim upłynął rok oblężenia pierwsza czwórka łotrów szturmowała już górę. Nie dobiegli nawet do bramy, łucznicy byli szybsi. Kolejny rok – i kolejna czwórka. I kolejny, i kolejny. Wtedy dowództwo zaczęło rozumieć, że coś jest nie tak. W końcu obrońcy powinni już dawno poddać się lub zginąć z głodu. Ci jednak okazali się sprytniejsi – wydobytą skąd się dało ziemią pokryli wszystkie dachy i posadzili na nich uprawy. Dużo tego nie było, więc pewnie z głodem byli za pan brat – ale nie umierali. W tych czasach jednak uwaga możnowładców skierowana była gdzie indziej. Sytuacja wydawała się więc ustabilizowana – na górze…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Twierdza. — czytnik · opowiadania