Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 14 min czytania

Tylko nie zapalaj światła

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wszystko – dokładnie tak, jak w filmach akcji, które uwielbiali razem oglądać – naprawdę działo się w zwolnionym tempie. Kawałki szkła zawisły w powietrzu i błysnęły niczym sople lodu, gdy odbiło się w nich światło reflektora. Tego samego, który ułamki sekund później roztrzaskał się na granatowej masce starego kombi. Krzysztof spojrzał na Alicję i spróbował coś powiedzieć, ale z słowa z jego ust płynęły wolno, zbyt wolno, prawie jak dźwięki trąbki wygrywającej melancholijny jazz. Ich ręce splotły się w uścisku tak mocnym, że paznokcie zdrapały naskórek. Wtedy czas znów przyspieszył. Nagłówki wystrzeliły w górę, a Alicja poczuła, jak jej głowa boleśnie ląduje na bocznym oknie, które rozprysło się pod wpływem uderzenia. Kręgosłup Krzysztofa wykrzywił się, gdy ten wyleciał przez przednią szybę. Wyjątkowo szczęśliwie wylądował w jakiś krzakach. Z ust wyrwał mu się jęk, ale zagłuszyły go dźwięki odjeżdżającej w pośpiechu ciężarówki.

Widział – choć tak bardzo by nie chciał – jak Alicja przeleciała nad nim z niemym krzykiem, który uwiązł w jej szeroko otwartych ustach W jego narodzinach przeszkodziło głuche uderzenie miękkiego ciała o twarde podłoże. Twarz Krzysztofa wykrzywił bolesny grymas, jakby to jego kości zostały zgruchotane i poczołgał się w tamtym kierunku mając nadzieję, że będzie potrafił jej pomóc.

Niemal zemdlał spoglądając na twarz Alicji. Poprzeszywaną kawałkami szkła, zupełnie nie przypominającą kobiety, której oświadczył się dwa lata temu, w przytulnej restauracji na południu Francji. Przytulił się do niej – czuł ciepło, nierówne bicie serca i przerywany oddech. Nie chciał jej puścić nawet wtedy, gdy na miejscu wypadku zjawiła się karetka, a ratownicy zabrali Alicję do wnętrza wozu, który w dziwny sposób skojarzył się Krzysztofowi z karawanem. Chciał ją zawołać, dodać jej otuchy, ale zdołał tylko zabulgotać krwią, która zbierała się w przebitych płucach. Przed oczami przeleciały mu w losowym ciągu zdarzenia, które doprowadziły do wypadku. Przypominały źle poskładane puzzle, których kawałki ktoś powciskał na siłę w miejsca, do których na pewno nie pasowały.

{i}- Tylko nie zapalaj światła. – Alicja mruknęła mu do ucha i usiadła na nim okrakiem. - Dlaczego? - Bo, głuptasie, jeszcze ktoś zobaczy, co tu robimy! Krzysztof przytaknął uśmiechając się przy tym szeroko.

Już od dawna nie tańczyli z takim zapałem. Jej spódnica wirowała, niczym stroje derwiszów, a on obracał się wokół niej łowiąc przy tym zazdrosne spojrzenia innych mężczyzn. Kilka par patrzyło na nich z wyraźnym podziwem, kręcąc z niedowierzaniem głowami nad lekkością ich ruchów.

Tir skręcił ze swojego pasa gwałtownie, tak jakby chciał coś ominąć – być może nawet tak było. Jechał zbyt szybko. Z prędkością tak dużą, że niemożliwym było uniknąć zderzenia z autem, które stało nieoświetlone na poboczu drogi.

Alicja przez całą drogę tuliła się do niego i zalotnie muskała palcami wybrzuszenie na spodniach Krzysztofa. Mężczyzna w końcu nie wytrzymał i zatrzymał samochód w miejscu, które wydawało mu się całkiem dyskretne. Zgasił silnik.

Kawałki szkła zawisły w powietrzu i błysnęły niczym sople lodu, gdy odbiło się w nich światło reflektora.{/i}

Spotykali się z Alicją tylko przy zgaszonym świetle. Siadali na podłodze i Krzysztof gładził ją delikatnie po twarzy, opowiadając o tym, co dzieje się poza szpitalem. Wyraźnie wyczuwał bruzdy w okolicach ust, nierówności na policzkach, w których wciąż krył się dramat wypadku. Podobno mogły w nich zostać kawałki szkła, zbyt drobne, by można je dostrzec. Niekiedy zastanawiał się, czy gdyby odważył się zapalić światło to jej twarz zalśniłaby srebrem. Na to jednak nie potrafił się zdobyć. Tak więc spędzali czas w ciemnościach, on mówił, a ona słuchała – nie robiła nic innego, bo jej ust nie opuszczały ani zdania, ani nawet pojedyncze słowa. Krzysztof wyczuwał, że najbardziej lubi, gdy wraca do ich pierwszych chwil, tych z zamierzchłej przeszłości, czasów liceum. Chwil, w których nie bali się obcować ze sobą przy jasno świecącej lampie, czy nieco trywialnych, lecz na swój kulawy sposób bardzo romantycznych płomykach świec.

Tak mijały im tygodnie, potem miesiące, w końcu – lata. Zmieniały się pory roku, słońce niekiedy jaśniało wyjątkowo mocno w zimowe poranki, a księżyc – jakby z przekory – w letnie wieczory wędrował po niebie tak wysoko, że chmurom z rzadka tylko udawało się powstrzymywać jego blask. I tylko w pokoju Krzysztofa i Alicji bezustannie panowała bardzo smutna, choć bezpieczna noc.

Wszystko zmieniło się z pojawianiem w szpitalu Doroty. Obsypana nagrodami, pięćdziesięciosześcioletnia psycholog robiła prawdziwą furorę swoim mocno niekonwencjonalnymi – i często bardzo kontrowersyjnymi – metodami leczenia pacjentów. Nieprzyzwyczajona do porażek, żądna szybkich sukcesów zaordynowała szereg nowych terapii dla, jak ich nazywała, wyjątkowo upierdliwych przypadków.

Ku zaskoczeniu wszystkich – a nawet chyba samej Doroty – procent wyleczeń, czy wyjątkowej poprawy stanu chorych skoczył z czterdziestu sześciu do dziewięćdziesięciu dwóch. Solą w oku była tylko owa dziwna para, która nie potrafiła stawić czoła prawdzie. Dlatego też Dorota poświęciła cały piątek na dokładne przestudiowanie ich sytuacji – w sobotę i niedzielę musiała, absolutnie musiała stawić się na balach charytatywnych – i postanowiła zadziałać radykalnie. Gdyby nie pośpiech związany z przyjęciami (które cele miały jak najbardziej szczytne, lecz te zazwyczaj szybko tonęły w kieliszkach od szampana lub pod ciężkim sosem do krewetek) to całkiem możliwym jest, że Dorota nie zniszczyłaby życia co najmniej kilku osób. W tym swojego.

Oboje wiedzieli, że kiedyś to nastąpi, ale nie teraz, jeszcze nie teraz, prosił, żeby to nie było teraz. - Proszę, nie zapalaj światła. – wyszeptała Alicja wprost do ucha Krzysztofa – Zostań jeszcze ze mną. Nie odchodź. To były jej pierwsza słowa, jakie usłyszał od wypadku. Lekarz, który się nimi opiekował próbował przekonać Dorotę, że nie powinni tego robić, ale ona była nieugięta. Nim sięgnęła do włącznika światła rozważyła jeszcze w głowie wszystkie za i przeciw. Czuła się trochę tak, jakby siedziała przy stole do ruletki. Mała kulka już za sekundę miała zostać puszczona w ruch, a ona musiała zdecydować za ile zagra. Z głośnym sykiem wciągnęła powietrze do płuc i postawiła wszystko.

Cały pokój zalało jasne, niemal oślepiająco białe światło. Żarówka, od tak dawna nieużywana, bzyczała monotonnie, jakby oświetlenie pomieszczenia wymagało od niej jakiejś niesamowitej pracy. Krzysztof zamrugał oczami, przymknął je i potarł mocno palcami, aż powieki zaczerwieniły się nieprzyjemnie. Gdy to zrobił – wypuścił Alicję z rąk.

{i}głuche uderzenie miękkiego ciała o twarde podłoże.{/i}

Porcelanowa lalka odbiła się od…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%