Wojna · 8 min czytania
Tylko śmierci udaje się pokonać miłość ( cz.1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był to styczeń 1945 r. Za oknem pruszył śnieg. Jasnożółte słońce oświetlało czerwone dachy domów. Na ulicach tłoczyło się kilkadzieścioro przechodniów, wśród nich wyróżniały sie ciemne stroje okupantów. Przeprowadziłem się właśnie do nowego domu. Nie był moim wymarzonym, jednak wyglądał lepiej od opuszczonego budynku z prowizorycznym dachem i starą kanapą z równie starym stołem. Dziś miał być wielki dzień. Zjadłem kromkę chleba, założyłem swój stary, podziurawiony płaszcz i zniszczoną czapkę. Do plecaka włożyłem 5. bochenków chleba, które otrzymałem od Franka (miejscowego piekarza, który działał w ukryciu), po czym wyszedłem na dwór. Wiał chłodny wiatr, małe, białe śnieżynki wirowały w powietrzu. Rozejrzałem się. Zauważyłem zarys dwóch postaci chowających się pod kartonem. Niepewnym krokiem podzszedłem do nich, i pokazawszy biało-czerwoną flagę na ramieniu płaszcza, zasygnalizowałem że jestem dobry i nie chcę im nic złego zrobić. Otworzyłem plecak i wyjąłem z niego jeden z bochenków, ułamałem kawałek i podałem małej dziewczynce. Ku mojemu zdziwnieniu, ta spojrzała na mnie smutnymi oczami i odparła, że ona nie jest jeszcze wystaczająco głodna by jeść taki rarytas jak chleb, po czym wzieła z mojej ręki kawałek i podała go leżącemu chłopcu. Nie miał siły wstać. Był bardzo wychudzony. Chwycił chleb w swoje małe rączki i po kawałeczku zjadł. Dziewczynka przyglądała sie temu z lekkim uśmiechem. Ułamałem kolejny kawałek chleba i podałem jej mówiąc, że teraz to jest już dla niej, że może zjeść, bo jej kolega już zjadł. Ona z uśmiechem sięgneła po chleb z mojej ręki i ze smakiem zjadła. Podziękowała mi grzecznie i odparła że nawet nie zna tego chłopca, ale każdemu trzeba pomagać. Zdumiony odeszłem , poddając się wspaniałemu śpiewaniu ptaków. Na pozór brzmiały bardzo wesoło, jakby nie przejmowały się niczym. Jednak po głębszym wsłuchaniu się w ich dźwiękach była odrobina bólu . Bólu uwięzionego kraju, który przeszywał każdego człowieka od stóp do głów, nie zostawiając ani skrawka wolnego miejsca . Lecz wzniecał on w sercach nienawiść, patriotyzm i wiarę. Szłem przed siebie, niezważając na popychających mnie co chwila przechodniów. Wypatrywałem tylko tej jedynej, wesołej twarzy, która potrafiła mnie uszczęśliwić, nawet w najgorszym smutku. Miałem się z nią spotkać o 12.00 przy dawnym sklepie spożywczym, teraz miejscu ukrycia dwóch mężczyzn, którzy próbowali przechytrzyć śmierć, starali się przed nią schować. Wątpie że komukolwiek by się to udało. Doszedłem już do sklepu. Odczekałem 5.minut, jednak Basi wciąż nie było. Z ruin sklepu wyszedł tylko jeden z mężczyzn, który chwiejnym krokiem kierował sie w stronę dawnego kościoła. Domniemam że chciał się pomodlić, że tliła sie w nim cząstka nadziei. Jak świeczka , która nigdy nie zgaśnie. Zaczepiłem go i spytałem o Baśke. Stwierdził że widział dziś taką przed kościołem, do którego właśnie ponownie zmierza. Grzecznie spytałem czy mógłbym iść z nim, on przeczącym ruchem głowy, zasygnalizował że nie. Chciałem spytać o powód odmowy, ale coś w środku, kazało mi odpuścić. Rozczarowany zostawiłem go , po czym szurając butami po mokrym asfalcie skierowałem się w stronę kościoła. Po drodze przyglądałem się szarym przechodniom. Dążyli do celu, jednak wyglądało na to że niestety cel równał sie zeru. Po kilku minutach doszedłem do kościoła, a raczej do jego pozostałości. Lewa ściana zawaliła się, niszcząc przy tym przykościelny cmentarz. Rozejżałem się w poszukiwaniu mojej Basi. Powoli traciłem nadzieje że ją odnajdę. Bałem…