Fantastyka · 9 min czytania
U nas ten numer...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Ceremonia trwała w najlepsze. Spektakl na scenie skończył się, otrzymał należyte oklaski z głośników aplauzowych i wyniósł się w bliżej nie określone miejsce Sieci. Miliony, ba, setki milionów widzów skupiło swoją uwagę na podium. Czekali w swych wirtualkach na kulminacyjny punkt uroczystości. Oto bowiem Prezydent Zjednoczonych Narodów, Harry Morgan, miał dziś wręczyć najwyższe odznaczenie tej organizacji istocie spoza Ziemi!
To bezprecedensowe wydarzenie, chociaż oczekiwane i naturalne (jeśli brać pod uwagę zasługi Marsjan dla naszej społeczności) poruszyło całym światem. Niektórzy nawet postanowili obejrzeć je z bliska i wybrali się na nie, uwaga, osobiście! W dobie bezpłatnych przekazów sieciowych i taniutkich wirtualek dla całej rodziny, było to niespotykane Podobno, choć to z pewnością tylko plotka, pewne małżeństwo, państwo nr.2482154, przyjechali do stolicy z sąsiedniego kwadratu, oddalonego jakieś 27 mil od Sali Ceremonialnej! Obłęd.
W końcu pojawił się Prezydent. Wyglądał jak zwykle wyśmienicie - idealne połączenie Clintona i młodego Kennedy'ego. Wyszczerzył śnieżnobiałe zęby do kamer i zaczął przemówienie. Jak można się domyśleć mówił o kontakcie, szczęściu, Nowym Ładzie, Marsjanach, dobrobycie i podobnych sprawach. Ale przede wszystkim dziękował. Dziękował za to, za tamto, a w szczególności za owo. Podziękowaniom nie było końca, a skierowane były oczywiście do Istot.
Wtedy też dał się zauważyć pierwszy zwiastun nadciągającej katastrofy. Otóż mówca przerwał w pół zdania (dziękował właśnie za tamto) i zrobił minę głęboko zamyślonego człowieka.
Wiele lat trwały spekulacje: nie mógł domyśleć się dalszego ciągu, czy może był to chwyt przedwyborczy. Pojawiły się nawet najmniej prawdopodobne interpretacje, na przykład taka, że prezydent naprawdę myślał. Gdyby nie dalsze wydarzenia, z pewnością uznano by to za miłą niespodziankę zgotowaną publice. Ale niespodzianki miały dopiero nadejść.
Najnowszej generacji Mistrz Ceremonii, cały pozłacany i kapiący świeżą oliwą, szybko przeanalizował sytuację. W końcu, gdy cisza się przedłużała rzekł:
- Wspaniale, dziękujemy panie Prezydencie.
Część 22 / 3
Z głośników dobyły się gromkie oklaski, które szybko ucichły. Oczekiwano ostatniego punktu ceremonii.
- Teraz - zaczął uroczyście Mistrz - nastąpi wręczenie Błękitnego Globu Grhkhngdkowi, przedstawicielowi naszych Kosmicznych Braci. Narody Zjednoczone wyrażają tym gestem najwyższe uznanie dla zasług jakie ...
Mistrz gadał dalej a Prezydent myślał głęboko, trzymając w ręku holograficzną statuetkę przedstawiającą niebieskawą sferę.
- Panie i Panowie! - zagrzmiał w ekstazie robot. - Powitajmy Grhkhngdk'a!!
Szum oklasków jak morski sztorm uderzył z głośników, odbił się od ścian sali i wrócił przez mikrofony do uszu setek milionów uczestników. Prezydent myślał dalej.
Na podium pojawił się Marsjanin. Jego wygląd był tak dziwaczny, że z najwyższym trudem przychodzi opisanie go: miał po dwie kończyny na dole i na górze, średnio dużą głowę, pokrytą w połowie włosami i tułów w kształcie jajka. Wrzawa nasiliła się, aż membrany głośników wpadły w rezonans i poczęły pękać, a mikrofony szlag trafił.
Wtedy zdarzyło się to. Coś tak niepojętego, że przyjazd pana 2482154 z małżonką był niczym w porównaniu do ... tego czegoś.
Część 33 / 3
Prezydent rzucił Globem w istotę.
- Co to ma być, do ciężkiej cholery!? - zawył przerywając definitywnie swoje myślenie.
- brrriiip? - bripnął kompletnie zaskoczony gość.
Na sali zapanowała absolutna cisza. Taka jak przed burzą, ale jeszcze bardziej absolutna i przedburzowa. Po pięciu koszmarnie długich sekundach Prezydent podjął:
- To wszystko jest bez sensu! Ja, Prezydent Narodów Zjednoczonych, najważniejszy obywatel Ziemi, mam płaszczyć się przed jakimś zielonym, oślizłym, śmierdzącym ufolem?!
- Ale... - zaczął Marsjanin chcąc pewnie wytłumaczyć, że wcale nie jest taki zielony, że to tylko takie światło, lecz nie dane mu było skończyć.
- Cicho! Teraz ja mówię!! Mam tego dosyć, słyszysz zieleniaku, słyszysz?! - szef NZ cały się już oślinił, ale…