Rodzina · 9 min czytania
U rodziny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
U RODZINY
Różowa terakota na przedpokojowej podłodze rozjaśniła jej pomarszczoną twarz. Złoty uśmiech wkomponował się pomiędzy zmarszczki, a oczy zapłonęły zachwytem nad wyrobem hiszpańskiego producenta. W miejscu starego bordowego dywanu, teraz wśród lśniącej posadzki odbijała się jej skromna postura. Ściany świeże jak zielona, wiosenna trawa chwytały spojrzenie staruszki. „Boże jak tu młodo i pięknie” pomyślała przez moment krocząc po śliskiej podłodze. W starych kozakach wkraczała w tą pełną nowoczesności krainę dobrobytu, która zupełnie nie przywracała jej wspomnień. Na środku przedpokoju ujrzała swe odbicie w plastikowym lustrze z wielkiego sklepu. W miejscu gdzie kiedyś widniały jej zdjęcia, teraz słaby wzrok dostrzegł elegancko zaczesane srebrne włosy. Piękna osoba z fotografii przepadła gdzieś wśród remontowego zgiełku, obecnie pocieszając swym widokiem jedynie piwniczne szczury. Kolejne kroki budziły nowe wrażenia. Staruszka zachęcana przez nowo wprowadzonych wnuków założyła kapcie. Ich różowy kolor sprawiał, że na tle terakoty były dla staruszki prawie niewidzialne. Teraz płynęła niesiona nowym wystrojem jej starego domu. Wnuczka zachęciła do wejścia do salonu. Przechodziła przez te same drzwi, którymi przechodziła od pięćdziesięciu lat. Tym razem przeniosły ją w zupełnie inną krainę. Próg wydawał się być tej samej wysokości, mimo to był jakby cięższy do pokonania. Klamka również czarna i chłodna, ale trzask otwieranych drzwi był zdecydowanie łagodniejszy i bardziej cichy. Kiedy puściła klamkę drzwi były już zupełnie otwarte. Na środku pokoju stał nakryty stół. Tam gdzie zawsze tego dnia stały szklane butelki z oranżadą, teraz stała jedna czerwona, plastikowa, duża butla. Stół ten co kiedyś. Stał pod tą samą co od półwiecza lampą, która teraz mocniej świeciła dzięki japońskim żarówkom. Naprzeciwko stołu, za śnieżnobiałymi firankami wpuszczały słońce okna. Widok z nich był bardziej przejrzysty niż kiedyś. Spływające po nich zasłony nie kołysały się tak jak kiedyś razem z drzewami w rytm wiatru. Broniły przed ich dźwiękiem, które w długie letnie wieczory były dla staruszki powrotem do dzieciństwa na wsi. To były jej osiemdziesiąte-piąte urodziny, wiek w którym niektórzy myślą już tylko o śmierci, a życie nabiera ogromnej powtarzalności. Całodzienne oglądanie telewizji, głównie teleturniejów i polskich seriali obyczajowych, najlepiej o tematyce religijnej. Cotygodniowe słuchanie tych samych co od dwudziestu lat audycji radiowych, przede wszystkim koncertu życzeń. Poranny różaniec, który mogła już chyba odmawiać nawet od tyłu. Połykanie kolorowych tabletek, których różnorodność barw sprawiała, że połykała je chętniej. Te same śniadania i kolacje, składające się z bułki z masłem i dżemem, herbaty koniecznie z cytryną i dwoma łyżeczkami cukru. Niedzielny rosół, na który staruszka czekała przez cały tydzień. Radiowa msza, podczas której śpiewała skrzekliwym głosem, w swoim małym pokoiku. Popołudniowy spacerek po przedpokoju, po którym chodziła jak więzień w areszcie. Teraz jednak powtarzalność i chęć odejścia na „tamten świat” odeszła. Była strasznie ożywiona i podekscytowana. Z jej twarzy nie znikał uśmiech. Częstowała wszystkich, kupionym w cukierni tortem. Chciała z każdym rozmawiać. Nie peszył jej fakt, że słuchał ją tylko prawnuczek, który był jedynym dzieckiem na uroczystości. Razem rozpakowywali prezenty, wśród których największą ciekawość wzbudziło czerwone pudełko. Jubilatka szybko uporała się z kolorowym papierem, w którym zapakowane były czekoladki. Nie zdrapana, wysoka cena, jeszcze bardziej zniecierpliwiła babcię. Nieudolnie próbowała dobrać się do zawartości, nie potrafiąc otworzyć tej diabelskiej skrzyneczki. Chłopiec widząc to wyrwał czekoladki i bardzo szybko je otworzył. Bez namysłu chwycił jedną z nich i zjadł. Na jego twarzy pojawił się grymas. Wystawił język pokazując go pozostałym gościom, co wywołało śmiech u jego rodziców. Staruszka zabrała chłopcu pudełko i zaczęła częstować nim rodzinę. Rozkosz w ustach była olbrzymia. Delektowali się jakże…