Akcja · 41 min czytania
Ucieczka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ucieczka
Do domu wróciłem z baru po kilku godzinach, które spędziłem rozmawiając o niczym przy piwie ze stałymi bywalcami. Myślałem, że pójdę od razu do łóżka ale żona już na mnie czekała w bojowym nastroju. - Gdzie ty się włóczysz tyle czasu? Śmierdzisz tylko olejem i papierosami! - Ja? Byłem tylko w barze. - Chodź pokażę ci coś! – zaprowadziła mnie do salonu, gdzie stał nasz wielki telewizor. - No? - Poczekaj, zaraz będą wiadomości. - A co się stało? - Zobaczysz. – rozsiadłem się w fotelu i gapiłem się przez dobre kilka minut na niekończący się pokaz reklam, po którym była krótka przerwa na wiadomości z ostatniej chwili a po nich znów, blok reklamowy pojawiał się z powrotem. - Ooo posłuchaj! – mówiono właśnie o kobiecie, której ciało znaleziono w bagażniku jej wozu z roztrzaskaną czaszka od kilku strzałów z pistoletu. - Znowu kogoś zastrzelili? - No ty chyba wiesz najlepiej! - Ja? - Tak ty! – powtórzyła zapamiętale. - A niby dlaczego ja? - Przecież to była ta zdzira, z którą szlajałeś się po całym miesicie. - Dzisiaj się z nikim nie szlajałem! - Wiem, że nie dzisiaj, bo pani Winiarska już nie żyje od samego rana. - Adrianna Winiarska nie żyje!? Jak to? Co się stało? - Zdziwiony? Popatrz lepiej na ten program w telewizji. O! właśnie o tym mówią! – patrzyliśmy się więc razem przez dłuższą chwilę, oglądając energiczną blondynkę, która relacjonowała z zapałem fakty z miejsca zbrodni, które można było też przeczytać na przesuwającym się wciąż z prawej do lewej strony ekranu pasku napisów. Pomyślałem, że całkiem inaczej to wygląda z perspektywy naszej kanapy, jakoś tak poważniej i straszniej no i wszędzie na miejscu były porozklejane te złowrogie, żółte taśmy policyjne. - No i co, nie uważasz, że to podejrzane? - Tak. Wczoraj nasz dyrektor, a dziś jego asystentka, to całkiem podejrzane. Może to jakiś spisek... - Oczywiście, że to podejrzane. Coś, czy może raczej ktoś, musi łączyć te dwie zbrodnie. - Hmmm, to prawda, to dziwna sprawa. - Oboje zginęli z broni palnej. – zauważyła. - No proszę. W takim razie to musi być jakiś spisek. - Nazywaj to jak chcesz ale prawda jest taka, że i ty możesz mieć z tego problemy, zakładając oczywiście, że jesteś niewinny. - A co, wątpisz w to? - Ostatnio mogłam się przekonać o tej twojej niewinności. A skoro ktoś ma odwagę zdradzać żonę, jeśli można to w ogóle nazwać odwagą, to dlaczego nie miałby zabić niewiernej kochanki przy okazji? A do tego nie przepadałeś przecież za swoim nowym szefem więc i tu mogłeś mieć motyw. Może nawet był twoim wrogiem. Z tego co mi opowiadałeś to często się z nim kłóciłeś. - Można to tak ująć, w końcu gdyby nie on, to może dostałbym ten cholerny awans. A tak w ogóle to on kłócił się ze mną. - Więc teoretycznie rzecz biorąc, mogłeś mieć motyw, żeby go zabić. - Hehehe, oczywiste i powiem więcej, to ja go zabiłem. - Tak też myślałam. A dziś rano zabiłeś również ja! - Cóż za przenikliwość, ty rzeczywiście widzisz więcej niż można się tego po tobie spodziewać. Niby taka cicha, i skromna ale bystra jak mało kto. W końcu kierownik oddziału banku. - Szkoda tylko, że nie potrafiłeś przez ponad dziesięć lat poznać mnie z tej strony. Szkoda, wielka szkoda. Za to Adę pewnie poznałeś bardzo dobrze, co? - Ada, to był wypadek przy pracy. Już o tym zapomniałem. Nie wracajmy do tego. - Ooo, gratuluje ci daru niepamięci, też bym tak chciała. Tylko się nie tłumacz bo w nic ci już nie uwierzę, co się stało, to się nie odstanie. Nic cię nie usprawiedliwia. - Ja się nie tłumaczę, mowie tylko jak było. - Lepiej powiedz, że to nie ty ich zabiłeś! - Chciała byś? - A ty nie? - Co się stało, to się nie odstanie. - Więc to ty tak? - Tak trudno się domyślić? - Przyznaj się, bo musze to wiedzieć. Nie chce przecież żyć z mordercą. Rozumiesz? - Jeśli ci powiem, uwierzysz? - Nie! - Więc, co proponujesz? - Nie wiem, muszę się zastanowić. Przejdę się może żeby zebrać myśli. A ty nie wychodź z domu bo jesteś na liście podejrzanych. – podeszła do wieszaka w przedpokoju i już chciała wziąć swój płaszcz, kiedy ja złapałem ją za rękę i przytrzymałem. - Lepiej nigdzie nie idź. - Puść mnie! – szarpnęła się ale ja zacisnąłem dłoń jeszcze mocniej. - Ty jesteś chory! Puść mnie natychmiast, to boli! - Usiądźmy i porozmawiajmy. - Już rozmawialiśmy, teraz chce wyjść na dziesięć minut, puścisz mnie czy nie? - Nie. - A więc może i mnie też zabijesz?! - Nie, nie mam powodu żeby cię zabijać. Na to trzeba sobie zasłużyć. - No dobrze, to posiedźmy razem i porozmawiajmy, skoro tak ci na tym zależy. - Tak zależy mi, usiądźmy i porozmawiajmy, o tam na kanapie. – i nie puszczając cały czas Beaty podprowadziłem ja do skórzanej kanapy w salonie. Usiedliśmy. Obserwowałem ją pilnie, jak drapieżnik swoją zdobycz, która w każdej chwili mogła mu się wymknąć. Jakiś pierwotny instynkt znów uruchomił się we mnie. Moje postrzeganie było wyostrzone a podniecenie wzrosło. Chciałem się napić. - Napijesz się ze mną, tak dla zebrania myśli zamiast spaceru? - No jeśli to rozwiąże nasz problem, to proszę bardzo. – podszedłem do barku, który stał o jakieś pięć kroków od kanapy, pochyliłem się nad butelkami i zacząłem szukać czegoś odpowiedniego na tę chwilę. – Zobaczymy czy będzie chciała uciec? – pomyślałem i specjalnie niby przestałem zwracać na nią uwagę ale nawet żaden podejrzany szmer do mnie nie doszedł. Wciąż siedziała. – A może pójdę do kuchni? – pomyślałem chcąc sprawdzić czy nadal będzie tak siedzieć, czy może jednak zdecyduje się już na swój spacer dla zebrania myśli. Wziąłem butelkę i postawiłem na stoliku. - Może być? – spytałem. - Jest mi to obojętne – odpowiedziała całkiem zrezygnowana, siedząc nadal z płaszczem przewieszonym przez oparcie fotela. - Pójdę do kuchni po czyste szklaneczki. - Poczekam, nigdzie się już nie wybieram. - A więc jednak. Zobaczymy. – i podczas kiedy ja byłem w kuchni, która od salonu była przedzielona ścianą z kominkiem, miałaby szansę uciec. Nie słyszałem jednak żadnych odgłosów, mogących świadczyć o takim zamiarze. Kiedy wracałem ze szklankami, osłupiałem bo fotel jednak był pusty. Serce zabiło mi jak szalone. Machinalnie spojrzałem w stronę drzwi i zobaczyłem Beatę przy wieszaku. Wpatrywałem się w nią jakbym zobaczył jakąś zjawę, a ona od razu zauważyła moje osłupienie. - Wieszam płaszcz tylko, a ty co myślałeś? Masz taka minę, jakbyś zobaczył ducha? - Aaa nic, po prostu mnie zaskoczyłaś tak cicho wstałaś. - To co ja mam powiedzieć, ja dopiero jestem zaskoczona tą całą sytuacją. – usiedliśmy w końcu razem na kanapie i skosztowaliśmy trunku. Był mocny. Od razu robiło się jakoś przyjemniej. - Na czym to my stanęliśmy? – zagadnąłem pierwszy. - Tak jakby na tym, że siedzę i piję bimber z mordercą. – miała nieufne spojrzenie. Zauważyłem to już przedtem, jak chciała wyjść na ten swój spacer. To już nie była ta sama Beata. Nawet wówczas, kiedy wygarnęła mi tę kwestię o mojej zdradzie, nie była taka, jak w tej chwili. Teraz, w tym spojrzeniu oprócz złości był również strach. Wtedy tam go jeszcze nie było. Widziałem to doskonale. Teraz jedynie grała opanowaną bo pewnie bała się, że i ją mógłbym zabić. Tak może i mógłbym, w tych okolicznościach, kiedy jakiś dziki instynkt brał nade mną górę, może i tak mogłoby się stać. – Nie, nie mogę jej zabić ale co zrobić, żeby mnie nie wydala? – i kiedy na nią patrzyłem, miałem wrażenie, że jedyne o czym myśli to, jak się teraz stąd wyrwać. Na razie nie widziała możliwości, więc była spokojna ale jej ciało wszystko mi zdradzało. Byłem czujny i podekscytowany. Obserwowaliśmy się nawzajem kątem oka, niczym chłopak i dziewczyna, którzy rzucają na siebie przelotne spojrzenia, chcąc ukryć swoje wzajemne sobą zainteresowanie. Ja tymczasem piłem coraz więcej a ona może właśnie w tym upatrywała swoją szansę. Musiałem zatem się pilnować choć im więcej piłem tym byłem pewniejszy siebie i tu wpadałem w pułapkę. - Więc czemu ich zabiłeś bo jestem bardzo ciekawa motywu? – podjęła w końcu mówiąc zimno z zaciśniętymi ustami. - Ooo, zaczynam czuć się jak na przesłuchaniu. A może to ty mi powiesz, bo ja z kolei jestem ciekaw twojej wersji. – odparowałem wąchając opary mojego swojskiego trunku. - To proste. On stanął ci na drodze do kariery, a ona cię rzuciła dla niego. Ot cała filozofia. I dlatego musiałeś ich zastrzelić. Jednego dnia jego, a drugiego ją. Zrobiłeś to z nienawiści i z zazdrości ot co! A tak naprawdę, to przecież nic ci to nie dało. Kompletnie nic! – tak, i tu można się było z nią zgodzić, bo to były morderstwa czysto emocjonalne, nie miałem w tym żadnego wymiernego zysku. - Tak, jest w tym coś ale nie wiesz o jednej jeszcze rzeczy. Ada mnie rzuciła, znudziła się mną - dlatego musiałem ją ukarać. Trzeba dodać, że rzuciła mnie dla niego a to już mnie bardzo zabolało. Więc tak sobie myślałem, że gdyby nie on, to może... - Dalej byś zdradzał żonę? No pięknie! Ale już nie z nią bo i tak ona by sobie dała z tobą spokój, po tym jak z nią rozmawiałam. Mówiłam ci przecież. Spisała cię na straty bo nie chciała mieć kłopotów, jakich na pewno bym jej przysporzyła. A swoją drogą, to myślisz, że byłeś wyjątkowy dla tej zdziry, wystarczyło mi na nią spojrzeć i już wiedziałam, z kim mam do czynienia. To tylko ja byłam naiwna, że się z tobą związałam. Teraz żałuję. - Co do niej, to w takim razie, tym bardziej zasługiwała na to, co ja spotkało. - Nie zapominaj, że ty też zdradzałeś mnie z kolei ale może to się już dla ciebie nie liczy, i pewnie zdradzałbyś mnie dalej bo ty jesteś typem nałogowca. Nie potrafisz powiedzieć w odpowiednim momencie dość. Dopiero jak ktoś inny sprowadzi cię siłą na ziemię, przestajesz ale tylko na chwilę by później znowu brnąć w ten swój nałóg coraz głębiej, czymkolwiek on jest. - Może wszyscy mamy coś z nałogowców. - Nie! Gwarantuje ci, że nie wszyscy! - A ci twoi faceci? - Jacy faceci? O co ci chodzi? - No ci, z którymi sypiałaś. Sama przecież się przyznałaś, że też masz swoje grzechy. - Hehe, o to ci chodzi, co? - No i kto tu nie jest nałogowcem! Też to lubisz! - Ty właśnie tak oceniasz innych. – tylko według swojej miary – wszyscy są nałogowcami, skoro ty nim jesteś. - A nie jest właśnie tak, skoro ty też mnie zdradzasz z tymi bankierami na tych waszych niby szkoleniach? Jeździsz tam często, myślisz, że nie wiem, co się tam wyrabia? - Sam jeździłeś, co? Znasz to. Te polowania i te ogniska! Śmiechu warte i to są dorośli mężczyźni. Muszą pić, zabijać i zdradzać, bo inaczej źle się czują. - Jak widać, kobiety też muszą zdradzać. No i kto wie, co jeszcze knują. - Naiwny jesteś. Tak tylko ci wtedy powiedziałam, z tymi zdradami, żeby ciebie też zabolało, a ty od razu uwierzyłeś, no bo skoro ty nie jesteś w porządku, to inni też być nie mogą. To jesteś cały ty. Jak ty robisz coś źle, to na pewno inni też. Nie jest tak? Inni też zabijają? Twoi koledzy? Zabijają? Zdradzają? - O zdradach to wiem bo się sami chwalą ale co do zabijania, to może się tylko nie przyznają do tego. - Jasne. Ty chyba masz coś z głową. Zaczynam się ciebie bać. To co, zabiłeś ich czy nie? - Nie zabiłem. Uwierzysz w to? - Nie! Nie uwierzę ci na słowo ale musze się przekonać, czy to byłeś ty! - Jak chcesz to zrobić? - To ty musisz mnie przekonać! Jakie masz dowody, że to nie ty? Co robiłeś wczoraj wieczorem? - Siedziałem w pracy do późna. - To znaczy do której? - Do siódmej. Tak, było coś koło siódmej, jak wyszedłem, pamiętam dokładnie. - A można by dokładniej. Zresztą to można sprawdzić na portierni. - Tak portier notuje wszystkie wejścia i wyjścia, no chyba że czasem mu się nie chce. - A po pracy, co robiłeś? - Ooo, przesłuchanie idzie pełną para, jak widzę. Nalać ci jeszcze? - Nie, widzisz przecież, że mam. Od samych oparów robi się niedobrze. Nie pije tyle, co ty. - A ja sobie naleję. – nalałem znów pół szklanki a poprzednie pół już czułem w głowie. – A po pracy, od razu wróciłem do domu. Nic szczególnego, jak widzisz nie robiłem wczoraj. - Zakładając, że po drodze nikogo nie zabiłeś, to istotnie nic szczególnego. Rozumiem, że i dziś pojechałeś prosto do pracy i również nic szczególnego się nie wydarzyło. Nie złapałeś może gumy albo nie potraciłeś psa? - Niestety. - No to wygląda na to, że to jednak nie ty. - Ale nie mówisz tego z przekonaniem. - No bo jakieś mało konkretne to twoje alibi. - Nic na to nie poradzę. - Sprytnie to wykombinowałeś. Wczoraj po pracy jego a dziś przed praca ją. I jak ty mogłeś pracować po czymś takim? - Więc nadal mi nie wierzysz? - Powiedzmy, że ci wierze, na razie. Zobaczymy, jak sprawy się dalej potoczą i gdzie będą szukać. - Masz na myśli policję? - Tak, bo na pewno zaczną szukać, przesłuchiwać, obwąchiwać, podpytywać, sprawdzać, kto ma broń, i wierz mi, ciebie też wezmą pod lupę. Zobaczysz. Może jakieś ślady znajdą. Dzisiaj technika pozwala zobaczyć o wiele więcej niż dawniej. Założę się, że coś umknęło twojej uwadze, może ktoś cię gdzieś widział przypadkiem i nawet się tego nie domyślasz. Trudno jest kogoś zabić i żyć dalej bezkarnie, a tu są dwa trupy i to z jednaj firmy i być może zabójca użył tej samej broni. Jak zaczną cię podejrzewać, to już po tobie. No chyba, że to istotnie nie ty, że znajdą kogoś innego, no wtedy się przekonam. - A może chcesz mnie wydać? - Wydać? Nie, wystarczy, że poczekam. Nie musze cię wydawać, bo zresztą, jak mówię, na razie muszę uwierzyć ci na słowo. Choć w gruncie rzeczy ja też mogłabym mieć motyw – ten Adam staje na drodze do kariery mojemu mężowi, więc go zabijam, a Ada z kolei uwodzi mi tegoż męża, więc i ją zabijam, może nie sama bo nie umiem strzelać, ale może kogoś do tego wynajmuję, stać mnie na to. Jak widzisz i ja mogę być podejrzana. - Ale to byłoby trochę dziwne, że tak troszczysz się o awans męża, który cię zdradza. - Dobrze, więc to może ja zabijam mojego kochanka Adama, który zdradził mnie z Ada, która ginie notabene następnego dnia również z mojej ręki. - Tak już prędzej. Już nawet sam zaczynam się zastanawiać. - Więc może skończmy już tę dyskusję i połóżmy się spać bo zaczyna mi się kręcić w głowie od tego czegoś, co mi nalałeś do szklanki. - Mi się jakoś spać nie chce. - Za mało jeszcze wypiłeś? - Tak za mało, posiedzę tu sobie i popatrzę na wiadomości bo robi się ciekawie. - W takim razie ja już się położę. Idę na górę. Dobranoc. – i poszła. – Może i ma racje, wystarczy przeczekać, bo może mnie wcale nie wyda. Ale trzeba być czujnym. Widziałem przecież ten strach i tą obcość w jej oczach, jakby była przekonana, że to ja, i że musi za wszelka cenę wyrwać się stąd, uciec od zbrodniarza. Może zadzwoni teraz na policję? Nie - jej telefon został na dole. - również i to kontrolowałem. - A może chce poczekać, aż zasnę i wtedy zadzwoni i powie, że to ja zabiłem? Nie ma w prawdzie konkretnych dowodów, to w końcu tylko przypuszczenia ale lepiej by było, gdyby policja się mną nie zainteresowała. Byłbym podejrzanym, nie ma co. Więc, co robić? Wyda mnie na pewno, jeśli nie dziś to jutro. Jeśli nie za tydzień, to za miesiąc. Jestem pewien, że mnie wyda. Wystarczy głupi anonim, że to ja. I co ją też mam zabić? Eeee, to nic nie da. Zastraszyć jakoś? – Nie, to się też nie uda. Uciekać? Ale dokąd? Na jak długo? Trudno, muszę iść w zaparte. Muszę to przetrzymać. To przecież nie musiałem być ja. Czy mi to udowodnią? Nie przyznam się do niczego. A tak swoją drogą może lepiej sprawdzić, co ona robi tam na górze? – i już zaczynałem żałować, że spuściłem ją z oka na te parę minut. Nalałem sobie znowu i poszedłem sprawdzić, co robiła moja żona. W sypialni było ciemno. Zapaliłem światło i znów zdębiałem. Nie było jej! Zajrzałem do garderoby. Tam też nie było nikogo W łazience ani w dwóch innych pokojach, też jej nie było. Za to w łazience było zapalone światło i otwarte okno. Zamarłem. – Więc jednak nie można było jej ufać! Dałem się zaskoczyć! Uciekła przez okno! – Wychyliłem się przez nie i rozejrzałem w około ale niewiele dało się zobaczyć, parę drzewek i ścianę domu obok, ale żadnych śladów Beaty. Wróciłem więc do sypialni, bo nie sprawdziłem jeszcze balkonu i kiedy podszedłem do dużego okna, zobaczyłem, że jedno skrzydło było tylko przymknięte. – Może tędy uciekła, co rzeczywiście było łatwiejsze niż ewakuacja przez okno w łazience. – pomyślałem i otwierając przeszklone drzwi szeroko, wyszedłem na mały balkonik, z którego, można było dość łatwo opuścić się nad trawnik a później już tylko przelecieć jakieś półtora metra w dół, co spokojnie można było zamortyzować. – Nigdy bym ją o to nie podejrzewał! – wróciłem do sypialni, zbiegłem na dół, do przedpokoju i wyszedłem na dwór. Było cicho i ani śladu Beaty. Jej samochód stał w garażu. Domyślałem się, gdzie mogła pobiec. Mięliśmy tu niedaleko znajomych, więc pewnie już tam była bo mieszkali raptem kilka domów dalej. – Aha, już wiedzą wszystko – pomyślałem i wróciłem do środka. – Więc może i policja już tu jedzie? - zacząłem panikować. Świadomość rychłej konfrontacji ze stróżami prawa i porządku zaczęła napawać mnie lękiem, co mnie z kolei trochę otrzeźwiło po wypitym alkoholu. Teraz to ja chciałem stąd uciec i to jak najszybciej. - Byle dziś z nimi nie gadać! Muszę to wszystko sobie jakoś poukładać w głowie i absolutnie nie dać się dzisiaj złapać. Teraz trzeba się gdzieś zaszyć i obserwując okolicę i tak przeczekać do rana. A może nie przyjadą? Sam nie wiem. Co robić? A jeśli przyjdą? Złapią mnie wtedy i już nie wypuszcza! Nie! Nie mogę dać się złapać! Dwa morderstwa, kto wie, czy za to już nie wieszają! Nie mogę się dać złapać! Trudno, będę uciekał ale będę wolny! Dopadłem do sejfu, wziąłem rewolwer i luk przy okazji – Teraz już mi nie zależy, byle nie dać się złapać! - miałem tam także sporo gotówki, którą obok pary zapasowego ubrania, butów i nabojów, włożyłem do plecaka. – Po co to wszystko biorę? I ten luk do tego? Aaa zresztą, najwyżej go wyrzucę. – wybiegłem z całym ekwipunkiem za dom, do ogrodu i dostrzegłem w oddali światła dwóch pojazdów przenikające ciemność nocy. – Aha już jadą! – pomyślałem i przyłożyłem lornetkę do oczu. Istotnie już jechali. Nie maiłem czasu żeby uciekać samochodem, zresztą od razu by mnie zauważyli byli już zbyt blisko. Nie myśląc więcej, przesadziłem ogrodzenie od strony ogrodu i już biegłem w kierunku lasu. Kiedy przemierzyłem to samo zaorane pole, co ostatnio, podczas pijackiego spaceru i rozmowy z Najwyższym, znalazłem się pod lasem, gdzie na jego skraju zatrzymałem się i ponownie przyłożyłem do oczu lornetkę. Zobaczyłem, że pod domem stoją już dwa nieoznakowane samochody a nie trudno było się domyślić, że policyjne. Jednak musieli mnie zobaczyć, bo jeden z nich zawrócił i dojechał aż do wspomnianego pola, które teraz nas dzieliło. Tam już nie mogli jechać bo zaraz by się zakopali. – Hehe, trzeba było wziąć samochód terenowy a nie to pudło! – zaśmiałem się. Spuścili dwa psy. – Aha, ruchomy cel! – pomyślałem. A te bezbłędnie chwyciły trop. Biegły prosto na mnie. Ich przewodnik został daleko w tyle a ja już napinałem cięciwę. Kiedy psy zbliżyły się na odległość strzału, wstrzymałem oddech i obserwując je cały czas przez noktowizyjne okulary, które obok lornetki były dziś dla mnie nieocenione, puściłem strzałę, która z lekkim sykiem przeszyła powietrze i bezbłędnie utkwiła w ciele bestii. Ten zrobiwszy kilka koziołków, runął martwy na ziemię a ja w międzyczasie błyskawicznie załadowałem drugą strzałę i już mierzyłem do kolejnego szybko poruszającego się celu, który był już bardzo blisko, nie więcej jak pięćdziesiąt metrów ode mnie. Znowu wstrzymałem oddech i wypuściłem kolejną strzałę prosto w nadbiegającego psa, ziemia zadudniła od fikołków i pies podobnie jak poprzedni, runął martwy. Policjant, który cały czas biegł daleko za swoimi podopiecznymi nagle się zatrzymał, wyjął broń mierząc gdzieś przed siebie i krzyknął: - Stój bo strzelam! - Ja bynajmniej się nie ruszałem już od dobrych paru minut, zaszywszy się za jakimś krzewem i nie zamierzałem zmieniać pozycji bo już napinałem po raz kolejny łuk i wypuściłem strzałę, tym razem do łatwego nieruchomego celu. Strzała przebiła klatkę piersiową policjanta. Padł twarzą w brudną ziemię. Teraz dopiero rozumiałem Bogusia, czemu tak zachwalał łuk. Cichy i taki celny, jak się umie strzelać. W łuku nie czułem się jeszcze ekspertem takim, jak w broni palnej,…