Opowiadania.pl · 53 min czytania
UCIECZKA W NIEZNANE
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
A gdy brakowało mu słów, podchodził do okna i na zaparowanej szybie rysował dla niej serce. Zrobił tak ostatniej zimy. – pomyślała, patrząc na okno w sypialni. Któż mógł pomyśleć, że ich losy potoczą się inaczej? Nie doceniła drobnych gestów swego męża. Jego niespodzianki zaczynały ją nużyć. A ona sama czuła się niespełniona. Zdradziła go z taką łatwością, wręcz rutyną. Nie miała żadnych pohamowań. A przecież się kochali. Przed Bogiem przysięgli sobie miłość i uczciwość małżeńską. A ona? Tak po prostu to przekreśliła. Tamtej nocy istniała tylko ona i nieznajomy on. Przystojny, elegancki, pełen klasy. Nie zadawał zbędnych pytań. Nie interesowała go obrączka na palcu. Nie zastanawiał się, dlaczego ona samotnie siedzi w barze w hotelu. Po prostu się przysiadł. Postawił drinka. Dociekał rzeczy banalnych. Począwszy od ulubionego koloru, skończywszy na ostatniej wyrzuconej kartce do śmietnika. Jego oczy wodziły po jej ciele... – na myśl o tym, szkarłatny rumieniec oblał jej policzki. Jego dłoń na jej dłoni... W tym barze, czuła się jak nastolatka. Serce dygotało z podniecenia. I ten pocałunek. Najpierw czuły, delikatny, badający granice, a potem coraz szybszy, gwałtowniejszy. Ich oddechy splecione w jedność...- smutnym wzrokiem objęła sypialnie. Zdradziła. Jednorazowa przygoda skreśliła jej małżeństwo. Zamiast rozwiązywać problemy, zaczęła od nich uciekać. A teraz musi zapłacić za swą lekkomyślność.
***
Patrzył na osuszone promieniami słońca szyby. Nie było już śladów po narysowanych znakach i pisanych z uczuciem literach. Wyparowała osadzona na szybach wilgoć, tak jak miłość, która miała trwać wiecznie. Wyciągając powoli z szafy wieszaki ze swoimi ubraniami, jeszcze raz przyjrzał się garniturowi, który miał na sobie w dzień ślubu. Ręką wyjął resztki ryżu sypanego na szczęście. - Czy tak wygląda szczęście? Jeśli tak, to czemu wszyscy o nim tak marzą... Wyciągnął zaschnięty kwiat herbacianej róży z butonierki, przewiązany białą kokardą. Chwilę obracał w palcach, patrząc na niego wilgotnymi oczami, później rzucił w kąt. Upadł na ziemię, rozsypując się na drobne kawałki. Tak jak jego życie. - Dlaczego? - ciągle zadawał w myślach to pytanie, ale nikt nie udzielał odpowiedzi. Nie wiedział dokąd jedzie samochodem. Po prostu jechał. Przed siebie. Byle dalej, ale wystarczyłoby tylko jedno słowo: „Zostań.” Zatrzymał się nasłuchując. Cisza...
***
W milczeniu patrzyła jak wchodzi do sypialni z walizką. Chciała coś powiedzieć. Lecz nie potrafiła. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Siedziała samotnie w kuchni robiąc sobie herbatę. Z sypialni dochodziły dźwięki wyjmowanych ubrań. - Żyj chwilą - przypomniały jej się słowa przyjaciółki. - Tamtej nocy żyła chwilą. - pomyślała. - I ta chwila zniszczyła mi życie. Bierna do samego końca. Nie zrobiła nic by go zatrzymać. Wyszedł. Nawet na nią spojrzał. A ona obserwowała z mieszkania jego samochód. Widziała jak pakuje walizkę do bagażnika. Jak zatrzymuje się, przed drzwiami. Jakby wahał się. Nie był do końca pewien. Po czym odjeżdża. Pozostawiając pustkę.
***
życie ty podły zdrajco plątasz naszymi drogami tak że nie mamy szans iść prosto kluczymy szukając kwiatu szczęśliwego ścierając krew z podrapanej twarzy i wyciągamy ciernie z serca nie ma kwiatu szczęścia życie ty podły zdrajco kochamy cię
Część 22 / 5
Zmierzchało już, gdy Andrzej zaczął uważniej rozglądać się po okolicy zza szyb samochodu. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że ciągle jechał autem. - Gdzie ja jestem? - mówił na głos do siebie, szukając w mijanych widokach czegoś, co pozwoli mu określić miejsce, w którym się znalazł. Nie wiedział. Nie poznawał nic. Ręką szukał za swoim siedzeniem, gdzie przeważnie znajdowała się jakaś butelka z piciem. Miał język i usta tak suche, że każde wymawiane słowo stanowiło dla niego bolesne doświadczenie. Pusto. Nie ma nic do picia. Na wielkiej białej strzałce widniał napis: Zajazd narciarski „Łysa Góra”. Po chwili dobijał się do drzwi zamkniętych na cztery spusty. - Hallo!!! Czy ktoś tu jest? - Czemu pan tak się dobija. Przecież jest napisane, że czynne tylko w sezonie, gdy chodzą wyciągi na zboczu Łysej Góry. - te słowa płynęły z ust starszej, bardzo zadbanej kobiety. - Proszę pani... - powiedział. - Ja tylko chcę szklankę wody. W salce wyłożonej surowymi deskami z oflisem, panował lekki chłód. Kazała mu usiąść przy barze i chwilę poczekać. Z zaplecza dochodził stuk naczyń kuchennych i gwiżdżącego czajnika. Patrzył na twarz tej kobiety. Miała bardzo ciepły wyraz oczu. Taki matczyny. Ona też mu się przyglądała przez opary herbacianego płynu. - Pan jest nietutejszy. Zagubił się pan. W pana oczach... Widać jak bardzo się pan zagubił. - mówiła powoli, delikatnie bujając swym ciałem na wysokim krześle. Po twarzy Andrzeja zaczęły płynąć łzy, najpierw powoli potem już w sposób niekontrolowany. Ciągle nie wiedział dlaczego to wszystko się działo. Dlaczego nikt nie powiedział: „Zostań.”
***
Wypijając do końca herbatę, zostawiła brudny kubek w kranie. Sama natomiast usiadła na kanapie w salonie. - Odszedł - przemknęło jej przez myśli. Nie do końca potrafiła w to uwierzyć. Bezradność chwyciła ją w swe szpony i nie opuszczała przez kolejne dni. Nie poszła do pracy. Mijały długie, beznadziejne dni. A ona z ich wspólnego mieszkania zrobiła fortece. Zabarykadowała się w nim, nie wpuszczając nikogo do środka. Zostawiła jedynie głosową notatkę w redakcji, że bierze urlop i nie wie kiedy wróci. Po czym zniknęła ze świata żywych. Nie interesowało ją nic. Jej świat zaczynał się i kończył w kilkunastu metrach kwadratowych. Przez głowę przechodziła tylko jedna myśl. Przedzierała się przez żyły, krążyła w obiegu, wydostawała się na światło dzienne pod postacią łez. I milczała w głuchym "odszedł". Przez te kilka dni spędzone w samotności, odgrodzona od świata Anka próbowała ogarnąć całą tą sytuację. - Czy było warto? - pytała sama siebie. - Nie było - padała odpowiedź znikąd i znikała w głąb mieszkania. Musi coś zrobić - postanowiła ocierając łzy dłonią. - Musi - powtórzyła szeptem, przerywają kilkudniową ciszę. Wstała. Z półki ściągnęła dawno nieużywany telefon. Komórka jednak była wyładowania. Podłączyła ją do ładowarki i włączyła ponownie. Po kilku minutach jej skrzynka była zapełniona wiadomościami.
***
Sezon zaczyna się już za kilka dni. Teraz po pierwszych opadach śniegu i gdy temperatura spadła tak mocno poniżej zera, mogą pracować armatki śnieżne. - Myślę, że już w następną sobotę będziemy mieli pierwszych gości. - mówiła pani Wiesia, mocniej otulając się puszystym kocem z wizerunkiem milutkich kociaków. Andrzejowi też zrobiło się chłodno. Teraz dopiero zauważył, że szyby w zajeździe są całkiem zamarznięte. Podszedł do okna i dotknął palcem mrozowego witrażu. Miał ochotę coś narysować ale czuł, że nie potrafi. Dotknął rury biegnącej do kaloryfera. Zimna. W samym pomieszczeniu też było zimno, a mimo to, czuł panujące tu ciepło. Takie inne ciepło... - Pojadę już. Bardzo dziękuję za gorącą herbatę. - Andrzej podszedł do pani Wiesi, by podać jej dłoń na pożegnanie. Stał przed nią z wyciągniętą dłonią, a ona patrzyła w jego smutną twarz. Nie tylko ona wpatrywała się w niego. Robił to też wypchany trocinami lis i jastrząb myszołów siedzący na kawałku gałęzi przykręconej do ściany. - Jeśli nie chcesz i nie musisz to nie jedź. Po śmierci męża mieszkam tu sama. Na sezon przyjeżdża syn z Wrocławia i pomaga mi poradzić sobie z obsługą zajazdu, wynajmujemy też pracowników sezonowych. Jeśli nie musisz jechać to zostań. - słowa tej kobiety dźwięczały w uszach Andrzeja. Przecież jeszcze kilka godzin temu tak bardzo chciał je usłyszeć. „Zostań.” Może jeszcze jego życie nie jest do końca stracone. Wstawili jego samochód do garażu. Potem zapalili w kominku. Później jedząc kolację przy małym stoliczku, milczeli zastanawiając się nad tym, co będzie dalej. Jeszcze nigdy kilkudniowy chleb i jakieś parówki nie miały takiego smaku jak teraz. Postanowili, że Andrzej będzie pracować w zajeździe w zamian za wikt i opierunek, i jakieś niewielkie pieniądze na swoje wydatki. Dostał pokoik na poddaszu. Może niezbyt wielki, ale za to z pięknym widokiem na trasę zjazdową i bardzo ciepły, z racji swojego usytuowania przy kominie. - Gdzie ja podziałem swój telefon?- znowu mówił do siebie przeszukując kieszenie. - Chyba został w samochodzie. Jutro go znajdę. - pomyślał. - I tak pewne nikt nie zadzwoni.
***
Mrok drapał już w szyby. Na ulicach robił się spokój. W oknach sąsiednich bloków zaczęły zapalać się światła. Anka usiadła na parapecie z popielniczką i papierosem w dłoni. Rzuciła palenie w dniu ślubu. Czasami tęskniła za tym nałogiem. Lubiła zapach dymu, który unosił się w powietrzu. Był niczym mgła. Osaczał. Uspokajał. Przypominając sobie dawne czasy zapaliła. Powietrze było szorstkie. Wieczory z dnia na dzień stawały się mroźniejsze. Z oddali czuć było nadchodzącą zimę. Spojrzała na telefon. Po odebraniu kilku wiadomości z redakcji, od Magdy - przyjaciółki, i brata, rzuciła komórką w kąt. Nie zadzwoniła, tak jak prosił ją o to brat i nie wysiliła się, by odebrać pocztę z nowym tematem artykułu. - Magda... - szepnęła, jakby to imię było magicznym zaklęciem. - Chyba powinna z nią porozmawiać. - pomyślała, zeskakując z parapetu.
Część 33 / 5
- Chcesz mi powiedzieć, że przespałaś się z tym fagasem, nie widząc jak się nazywa, gdzie mieszka i w dodatku ze skruchą poleciałaś do swojego męża, by mu się z tego wyspowiadać? - gdyby wzrok Magdy mógł zabijać, Anka już po pierwszych słowach powinna nie żyć. - Czyś ty na głowę upadła? - kontynuowała dalej. - Dlaczego, dlaczego do cholery jasnej nie przyszłaś z tym do mnie? Wyprowadził się? - to ostatnie, było raczej stwierdzeniem niż pytaniem skierowanym w stronę winowajczyni. - Na drugi dzień. Spakował walizkę i odjechał. Z tego co wiem wziął sobie L4. Nikt z jego znajomych nie wie gdzie jest. Gdy do niego dzwonili mówił, że musiał wyjechać i się rozłączał. Myślisz... - ściszyła głos Anka. - Myślisz, że on mi kiedyś wybaczy? - Słońce. - powiedziała hardo Magda. - Z tego co mówisz, ty z nim w ogóle na ten temat nie rozmawiałaś. On wie tylko tyle, że go zdradziłaś, że przespałaś się z innym facetem, i nie zrobiłaś nic, kompletnie nic, by go zatrzymać. Mówi się, że kobieta wybacza, ale nie zapomina... A on? Może jest w nim pierwiastek kobiecości? - zażartowała Magda, by rozluźnić panującą atmosferę. - Musicie porozmawiać. On cię kocha. Ty zresztą też go kochasz. Nie widzisz świata poza nim. T w o j a z d r a d a nie może przekreślić kilku lat małżeństwa. Musisz się jednak liczyć z tym, że on mógł stracić do ciebie zaufanie. Nigdy, słyszysz? Nigdy nie będzie tak jak przedtem. I nie licz, że słowo przepraszam i zostań odbudują to co zniszczyłaś. Porozmawiaj z nim. Bo chyba o tym zapomniałaś. - Tak... Dziękuję... - powiedziała Anka, smutno patrząc w szarą przestrzeń. W tym samym czasie Magda szukała czegoś w swoim notesie. - Masz - powiedziała, dając Ance jakąś kartkę papieru. - Muszę już lecieć. - rzuciła, całując ją w policzek. - Zastanów się nad tą opowieścią. - dodała, znikając z kawiarni.
"Jej miłość do mnie była, jak rezerwacja stolika w kawiarni na rogu. Natknęliśmy się na nią przypadkiem, gdy zgubiliśmy drogę do domu. Był wtedy pochmurny wieczór. Lampy swym światłem dawały znać, że czas szukać drogi powrotnej, albo wybrać miejsce na spędzenie wieczoru poza domem. Owa herbaciarnia (bo tak zaczęliśmy na nią mówić), była małym, przytulnym lokalem. Miała w sobie pewien urok. Klimat, który przyciągał nas do niej. Wchodząc do środka czuć było aromat wanilii. A nad głowami cichutko szemrały dzwoneczki. Ściany pokryte były cegłami. Posiadały też wnęki, w których właścicielka lokalu trzymała swoje impresjonistyczne obrazy. Podłoga lekko skrzypiała. Sufit pokryty był drewnianymi belkami. Blade światło wydobywało się z świec, które ustawiono na każdym stoliku. Stoliki były drewniane, o kształcie kwadratowym, w kolorze dojrzałego wina. A zamiast krzeseł znaleźliśmy fotele, pokryte kwiecistym materiałem. Zakochałem się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. W tej herbaciarni spędzaliśmy razem cudowne chwile naszego małżeństwa. Omawialiśmy problemy. Rozterki. Co powinienem kupić teściowej na imieniny. Jak na imię damy naszemu dziecku... Jednak pewnego wieczoru natknęliśmy się na tabliczkę z napisem NIECZYNNE. Od tamtego czasu nasz związek jakby zubożał. Zabrakło w nim magii. Po kilku dniach zburzono budynek, w którym znajdowała się kawiarnia. Po miesiącu na jej zgliszczach zaczęto budować kolejny supermarket. Nie zauważyłem kiedy moja własna żona stała mi się obca. Kiedy przestaliśmy omawiać wspólnie problemy. Po pół roku zażądała rozwodu.
Jeszcze długo przychodziłem w tamto miejsce, w poszukiwaniu owej herbaciarni. Wydawało mi się, że gdy znajdę ten lokal, odnajdę miłość, jaką zostawiła dla mnie w tamtym kącie, na tamtym stoliku."
"Przestaliśmy omawiać wspólne problemy..." - to zupełnie jak my - mówiła do siebie Anka, płacąc rachunek. Wychodząc z kawiarni, kartkę schowała do kieszeni, a w torebce zaczęła szukać kluczyków. Nie spostrzegła jednak, nadjeżdżającego Vana z naprzeciwka. Kiedy podniosła głowę, było już za późno...
***
przyszłość jak mury Atlantydy utonęła w odmętach niespełnionej miłości mknąc przez kosmos zdarzeń wiem że cel już nie istnieje mimo to mknę
Nie wiem po co pani Wiesia ustawiła na nocnej szafce Andrzeja budzik, on nie zasypiał. Trwał zawieszony pomiędzy rozpaczą a wspomnieniami. Wstawał bardzo wcześnie. Rozpalał w piecu, potem z wielką pomarańczową łopatą przygotowywał dojazd i miejsca na parkingu. W tych porannych chwilach towarzyszyła mu suka. Pięknie wyrośnięta i ułożona dobermanica pani Wiesi. Trochę był o nią niespokojny, gdy mknęła ogromnymi susami w pobliskie oszronione zarośla, płosząc przy tym wrony, śpiące na konarach rosłych jesionów. Później śniadanie w towarzystwie szefowej i jej syna, który wziął sobie urlop trochę wcześniej, by pomóc matce. Dziś na stole pojawiły się gorące tosty z twarogiem ziołowym. - Tak... - pomyślał. - W domu, który właśnie zniknął z mapy świata, często na śniadania były tosty z twarogiem. Oczami wyobraźni zobaczył ręce jeszcze niedawno jego Ani, nakładające białą masę na gorące pieczywo, a potem te kochane usta, w których ginęły grzanki z chrupiącym odgłosem. Wstał bardzo szybko od stołu i pośpiesznie wyszedł na mroźne powietrze. Wstydził się swoich łez i tak wielkiej bezradności. Te łzy bardzo często do niego wracały. Wystarczył jakiś drobny szczegół, jakaś para idąca ze śmiechem za ręce czy leżąca na stoliku „Chwila dla Ciebie” tak chętnie przeglądana przez Annę. - Widzę, że nie możesz sobie poradzić ze sobą. - głos Wiesi wyrwał go z zamyślenia. - Jak ona tu się zbliżyła, że nic nie słyszałem? - zapytał w myślach. - Nie mogę. I muszę coś z tym zrobić. - poczuł rękę gospodyni na swoim ramieniu. Potem poszedł powolnym krokiem do swojego samochodu w garażu. Nie chciał jeszcze odjeżdżać z zajazdu. Ze schowka wyciągnął swój telefon i przeczytał raport. „Masz nieodebrane 14 połączeń.” Przeleciał szybko po imionach tych co dzwonili. - Maciek pewnie coś chce, bo dzwonił trzy razy. I z pracy, pewnie nie wiedzą, co się ze mną dzieje. No i Monika z redakcji Ani. Ona zawsze musi się wszystkiego dowiedzieć. Dalej dwa połączenia od Magdy, najlepszej kumpeli mojej żony. Na końcu listy jakiś trzykrotnie powtarzający się numer stacjonarny. - Co to jest? - podświadomie wcisnął opcję połącz. Przyłożył telefon do ucha:............ - Słucham. Szpital miejski. - odezwał się głos w słuchawce.
Część 44 / 5
***
Jak to się stało, że znalazła się w białej sali? Nie wiedziała. Tak jak nie potrafiła sobie przypomnieć ostatnich 24godzin. Czuła się dziwnie lekko. Jakby nie istniała. Słyszała jakieś głosy. Niewyobrażalnie dużo głosów. Zewsząd. Lecz z trudem rozpoznawała słowa. Nic nie układało się w zdania. Stała tak pośrodku niczego, nie wiedząc co ma zrobić. Zaczęła ogarniać ją panika. Bo to co się działo, to nie był sen. Gdzie była? Kim była? Jak tu się znalazła? Pytania rodziły się z każdą minioną sekundą, a ona nie znajdowała na nie odpowiedzi. - Anna... - szepnęła znienacka. - Kim jest Anna? - pytała samą siebie. - Moją córką? Siostrą? Matką? Kim jest Anna? - zaczęła uporczywie szukać w pamięci obrazów, śladów, znaków, sygnałów... Była niczym dziecko, które chce za wszelką cenę ułożyć puzzle. Po dłuższym czasie ów puzzle zaczęły do siebie pasować. Słowa układały się w zdania. Obrazy tworzyły film. Ślady oraz znaki dodawały kolorów i znaczeń. W końcu wróciła też i pamięć. To ona była Anną. Była? A może nadal jest? Nagle nicość zawirowała. Jakimś niezwykłym sposobem znalazła się przed zajazdem narciarskim Łysa Góra. Zobaczyła swojego męża, który powolnym krokiem zbliżał się do garażu. Jego smutna twarz wyrażała więcej niż tysiąc słów. Cierpiał. - Andrzej! - krzyknęła Anka podbiegając do niego. On jednak nie mógł jej słyszeć, ani widzieć. Jej krzyk stał się pusty. Cichy. Mały. Trwało chwilę zanim zrozumiała, co się zaraz stanie. - Wypadek... - rzuciła z przerażeniem, patrząc jak Andrzej wyciąga telefon ze schowka. Widziała jak jego twarz pochmurnieje, oczy napełniają się rozpaczą, a komórka jak w zwolnionym filmie spada z łoskotem na asfalt. Dotykała jego ramienia. Ocierała łzę z policzka. Przeczesywała jego włosy palcami. Tymi gestami chciała wyrazić, że wszystko będzie w porządku. Bo przecież jeszcze nie umarła. Żyła, prawda? Czuła jak zniszczony przez nią jego świat, rozpada się jeszcze bardziej. Na milion drobnych kawałków. Widać tylko... Ruiny. Gruzy. Zgliszcza. A to wszystko takie namacalne. Nasycone ludzkim cierpieniem. I w tej nieziemskiej chwili poczuła jaką ogromną miłością, darzy ją jej mąż. Bo przecież wystarczyło zamknąć oczy. Zrozumiała swoje zaślepienie. Zaczęła zauważać swoje błędy. Swoje zdawkowe odpowiedzi, że "w pracy bez zmian", a "urlop spędzą gdziekolwiek, byle nie w tym mieście". Ich małżeństwo stało się rutyną. Prezenty przestawały zaskakiwać. A czułość nie była już tak namiętna jak przed laty. Dlatego zdradziła. Dlatego on się wyprowadził. Dlatego spotkała się z Magdą. Dlatego nie spostrzegła nadjeżdżającego Vana. Ziemia zadrżała. Andrzej zniknął. Stała się ciemność. Znów zaczęła słyszeć głosy. Coraz wyraźniej. - Budzi się - usłyszała z oddali.
***
chwile biegnące spadają w dół rozbite na dnie zatrzymują czas zmieszane drzazgi miłości rozpaczy żalu zmieszane w jedną łatwopalną masę Kopciuszek potrafi to wszystko rozdzielić ale czy to nie jest tylko bajka
Na szklących się ulicach panował wzmożony przedświąteczny ruch. Sznur samochodów poruszał się w żółwim tempie i na nic były nerwowe klaksony czy próby wyprzedzenia kogokolwiek. Gdzieś w tym niekończącym się rzędzie aut biała astra Andrzeja. Trzymając bardzo mocno kierownicę, wpatrywał się w niewidoczny jeszcze cel swojej podróży. - Boże Wszechmogący, pozwól bym dojechał nim ją zabierzesz. Nie każ, by tak skończyło się to wszystko. Pozwól mi jeszcze raz uścisnąć jej rękę i popatrzeć w te oczy, które tak kocham.
Za szybą, w beżowym pomieszczeniu izby przyjęć, siedziała podstarzała pudernica. - Kim pan jest dla tej pani? - zapytała przewracając jakieś papiery na biurku. - Jak to kim? Jestem jej... - na chwilę zawiesił się jego głos. - Jestem jej mężem. Nie widzi pani? - Na czole nie ma pan tego napisane. - odparła. W Andrzeju zaczęła wzbierać złość, ale z całych sił powstrzymywał się, by jeszcze bardziej nie komplikować i nie przedłużać formalności. - Tu ma pan przepustkę. Proszę ją podbić u lekarza dyżurnego na oddziale i przy wyjściu oddać ją mi. Pokój 276. Drugie piętro. Intensywna terapia. Nie mógł doczekać się na windę. Biegnąc po dwa stopnie błyskawicznie pokonał te dwa piętra. - Pan do kogo? - zapytała pielęgniarka na korytarzu oddziału. - Wczoraj przyjęliście kobietę z wypadku. Gdzie ona jest? - Proszę tu usiąść powiem lekarzowi, że pan przyszedł. Każda sekunda oczekiwania wyciągała się do niebotycznych rozmiarów. Wstawał, robił kilka kroków. Potem znowu siadał. Potem znowu wstawał... - Pan jest mężem Anny R.? - zapytał szpakowaty mężczyzna w zielonym kitlu bardzo uważnie przyglądając się zdenerwowanej twarzy Andrzeja. - Tak! - powiedział chyba za głośno, po czym dodał. - Co z nią? Czy ona żyje? - Niech się pan uspokoi. Żyje. Ale widzi pan sprawa nie jest taka prosta. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, by przywrócić jej pełną sprawność. Wszystko jest bardzo świeże i musimy czekać cierpliwie. Za kilka dni... - Andrzej słuchał słów lekarza ale one wcale do niego nie docierały. Biegały gdzieś wokół odbijając się od ścian i sufitu, czasem od wózków z kolacją dla pacjentów. - Czy mógłbym się z nią teraz zobaczyć? - zapytał już lekko spokojniejszy. - Może ją pan zobaczyć, ale ona w tej chwili śpi po zabiegu. Nie zobaczy pana. Proszę ubrać fartuch i pójdę z panem na oddział.
Część 55 / 5
Trudno było rozpoznać w tej postaci za przezroczysta zasłoną Ankę. Na zabandażowanej głowie i twarzy widoczne były tylko małe otwory. Można było się domyśleć, że to oczy, nos, usta. Ale i tak poznał jej dłonie, delikatne smukłe kiedyś pieszczące jego plecy, teraz leżały bezwładnie na białej pościeli... Patrzał na nie powtarzając w myślach. „Wybacz mi Aniu.”
***
Nagle zobaczyła snob białego światła. Biała sala w której znajdowała się jeszcze chwilę temu znikła bezpowrotnie. Słyszała jak ktoś do niej mówi, lecz nie do końca rozumiała sens słów. Nie potrafiła jeszcze rozpoznać kształtów. Trwało chwilę zanim wróciła w pełni świadoma do rzeczywistości. - Pani Anno, czy pani mnie słyszy? - ktoś nagle dotknął jej dłoni. Chciała coś powiedzieć, lecz nie miała sił wydobyć głosu. - Proszę ścisnąć moją dłoń, jeśli pani mnie rozumie. – rozumiała. Lecz jakaś nieznana siła, nie pozwalała na poruszanie. Lekarz jakby czytając z jej oczu, powiedział. – Proszę dwa razy zamrugać powiekami. - zrobiła jak kazano. Znów światło przeraźliwie zaświeciło jej w oczy. - Jest pani w szpitalu - mówił szpakowaty mężczyzna. Na plakietce widniało jego imię, Radosław. I jak się można było domyśleć, był on lekarzem prowadzącym. - Miała pani wypadek. – ciągnął spokojnym głosem. – Nie było pani z nami kilka dni, ale na szczęście obudziła się pani ze śpiączki. Jak na taki wypadek, miała pani wielkie szczęście. Na razie proszę nie wykonywać gwałtownych ruchów. I proszę nie przerażać się niedowładem w kończynach, to normalne w takiej sytuacji. Rany na głowie szybko się goją, więc lada dzień zdejmiemy pani te niewygodne bandaże. Zostanie pani z nami na intensywnej terapii przynajmniej do przyszłego tygodnia. Ale proszę się nie martwić, teraz będzie tylko lepiej. – powiedział, uśmiechając się do Anny. Ten mały gest, podniósł Anie na duchu. - Aaa...Andrz...Andrzej - powiedziała ledwo słyszalnie, sylabizując imię swojego męża. Lekarz pytając wzrokiem popatrzył na pielęgniarkę, a ta zaś odpowiedziała: - Był tu godzinę temu. Ale kazałam mu iść się przespać. Siedział dniami i nocami przy pani łóżku. Niedługo zapewne się pojawi. - dokończyła. - Tymczasem musi pani odpoczywać. - wtrącił lekarz. - Gdyby pani czegoś potrzebowała tu jest przycisk - wskazał kwadracik przypięty do łóżka pacjentki. - Wystarczy nacisnąć. Pielęgniarka - tu wskazał wzrokiem na szatynkę stojącą przy drzwiach – będzie przychodzić do pani co godzinę. - po tych słowach wyszedł z sali. Za nim wyszła również pielęgniarka. Słyszała jak ich kroki oddalają się w głąb korytarza. Anna została sama. W tych czterech ścianach słychać było tylko dźwięk podłączonych aparatur i zegar zawieszony nad drzwiami. Ściany pomalowane były zielonkawy odcień i biel pościeli przeraźliwie wyróżniała się na tle całego pokoju. Minuty upływały wolno. Wskazówki zegara w żółwi m tempie przesuwały się po tarczy. Wydawało się, że minęła wieczność, od przyjścia do wyjścia pielęgniarki, sprawdzającej stan pacjentki. Po dwóch godzinach usłyszała znajomy silny, męski głos, wykłócający się z pielęgniarką na korytarzu. - Ale pani mnie nie słucha. Jestem jej bratem. Bra - tem. Mam prawo zobaczyć jak się czuje moja siostra. ... Nie proszę pani, nie mam ochoty rozmawiać z lekarzem. ... Ależ ja jestem spokojny. ... Oczywiście tylko pięć minuty, niech pani będzie spokojna. - po tych słowach drzwi do pokoju otworzyły się. Do pomieszczenia wszedł jej brat. - Anka... - powiedział, jakby niedowierzając, że to ona leży w tej zielonej sali, na tej białej pościeli, z tymi bandażami na głowie. - Możesz mówić? – zapytał, patrząc jej w oczy. - Tak, mogę... - odpowiedziała cicho. - Boże, kobieto. Nawet nie wiesz jakiego strachu nam narobiłaś. - Nam. - powtórzyła Ania. - Co to znaczy nam? - Wszystkim. Magda. - mówił dalej Tomek. - Nie mogłem odebrać od niej telefonu. Akurat miałem ważne spotkanie. Wpadła mi do biura niczym burza. Przerażona. Myślałem... - poczym urwał, patrząc w okno znajdujące się obok łóżka. - Na szczęście jesteś. - dodał patrząc na Anię, ze łzami w oczach. Chyba po raz pierwszy w życiu widziała łzy swojego brata. A może nie pierwszy? Może wcześniej po prostu ich nie zauważała, a teraz ten drobny szczegół, w szklistych oczach, przykuł jej uwagę. - Tomek, powiedz mi. Rozmawiałeś z lekarzami, prawda? Co ci powiedzieli? Popatrz na mnie. - dodała, widząc jak ten odwraca wzrok w inną stronę. Wiedział, że nie uniknie odpowiedzi na to pytanie. Już miał zacząć mówić, lecz w tym momencie do pokoju wszedł Andrzej...
***
Powoli prawie na palcach Andrzej zbliżył się do łóżka Anki. Przechodząc koło Tomka wymienili kurtuazyjny uścisk dłoni. Potem stali dłuższą chwilę po obu stronach łóżka Anny ze spuszczonymi głowami, niczym grzesznicy czekający na odpuszczenie win. - Pójdę już. Jutro po pracy zajrzę do ciebie. Czy coś ci przynieść? - wyszeptał Tomasz. Anka bez słowa dała przeczący znak głową. Zostali sami. Milczący. Pochylając się Andrzej przytulił swoją twarz do ręki swojej żony. Odwróciwszy dłoń głaskała go po kilkudniowym szorstkim zaroście. Normalnie zrobiłaby o tę szczecinę awanturę ale teraz nie mogła sobie wymarzyć nic przyjemniejszego. Nie wiadomo kiedy umknął czas wizyty a oni nie powiedzieli ani jednego słowa. Po drugim ponagleniu Andrzej jeszcze raz przytulił i pocałował dłoń Anny -Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.
Andrzej nie mieszkał w domu. Ciągle pracował w zajeździe narciarskim na Łysej Górze. Codziennie odśnieżanie, kotłownia i mnóstwo drobnych napraw. Tyle, że spał teraz…