Środowisko · 15 min czytania
Ucieczka w wyobraźnię.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Warszawskie metro to fajna sprawa, serio szczególnie latem kiedy żar leje się z nieba a słońce daje o sobie znać jeszcze bardziej niż w Grecji w ten dzień kiedy turyści walą całymi gromadami aby przeżyć czas w którym temperatura przekracza ludzkie pojęcie. To kraj w południowo wschodniej Europie, położony na krańcu półwyspu Bałkańskiego i jest tam naprawdę pięknie byłem wiele razy i mówię wam nie ma piękniejszego miejsca na ziemi. Mówiąc najpiękniejsze miejsce na ziemi mam na myśli całą Grecję, naprawdę. Szczególnie pamiętam ten dzień kiedy obudził mnie szum fal wgryzających się w czysty piaszczysty brzeg plaży. Wrzuciłem w siebie dwa tosty z dżemem, ubrałem swoje spodenki, chwyciłem maskę do nurkowania i wybiegłem na spotkanie z cudownie ciepłym morzem, które witałem z urwiska. Biegłem bosymi stopami po rozgrzanym białym jak śnieg piasku. W powietrzu unosił się rozkoszny zapach wolności a ja nie myślałem o niczym innym jak tylko wskoczenie do błękitnej otchłani i zapomnieniu o bożym świecie. Dobiegłem do znanego mi urwiska , założyłem maskę na twarz i zanurzyłem się. Takich barw w jednym miejscu nie zobaczyliście nigdy w życiu, były tam wszystkie kolory tęczy; rafy koralowe, najróżniejsze gatunki ryb a wszystko dopełniał najpiękniejszy odcień niebieskiego jaki kiedykolwiek widzieliście. A gdy kolorowe rybki otaczają twoje ciało, podszczypują pomarszczone od wody palce i dotykają swoim śliskimi ciałkami, to jest najmilszy dotyk, którego nie porównam nawet do najdelikatniejszego materiału. Jednak najpiękniejsze jest, że kiedy jesteś tam, wiecie tam pod wodą czujesz niepohamowane uczucie szczęścia, jest się wolnym od wszystkiego, tak jakbyś tam na lądzie zostawił wszystko ale wtedy to „wszystko” wydaję ci się zupełnie niepotrzebne. Takiego uczucia nie znajdzie się nigdzie. Tylko tam. Cholera. Szkoda tylko, że na początku było tak pięknie i nagle wszystko znikło jak pęcherzyk powietrza, który przepłynął mi przed oczami, płynął, żeby wydostać się na powierzchnię wody a potem. .potem pękła moja wyobraźnia. Wleciał zimny strumień powietrza, przeczesał moje brązowe włosy zaskrzeczał: ‘’świętokrzyska” i już go nie było. Tak jest, nazywam się Fiodor Sof li i nigdy nie byłem w Grecji. Ludzi bardzo łatwo zbajerować a tak naprawdę zwyczajnie okłamać, wystarczy stanowczy głos oraz szczere spojrzenie a ludzie jedzą ci z ręki. Tyle, że ja nie kłamie, może raczej puszczam wodze fantazji albo sam nie wiem. Co ja wiem? Wiem tylko, że jestem człowiekiem, tylko to mogę o sobie napisać chociaż właściwie nie jestem pewny więc co ja wiem o sobie? Właśnie wiem tylko, że ‘’jestem’’. Dlatego kiedy puszczam wodze fantazji mogę powiedzieć o sobie wszystko, bo kto mnie sprawdzi. Nikt. Wybieram sobie o właśnie tę panią która siedzi naprzeciwko mnie. Jest to starsza kobiecina ubrana w zwiewny niegustowny biały t-shirt i granatowe spodnie do kostek o kolorze mdłego morza, nie takiego morza jak w Grecji. Jej twarz zdobią liczne zmarszczki a małe błękitne oczka ledwo są widoczne z ilości skóry, która już dawno straciła swoją jędrność a smutek jaki maluje jej się na twarzy nie jest smutkiem scenicznym tylko smutkiem kobiety, która naprawdę nie ma co czerpać z życia. Jej lata minęły. Zaczynam od przedstawienia się tu nie ma bajerowania, najwyżej czasem zmieniam nazwisko, albo nawet nie mówię i w tym momencie przypomina mi się jeden ze wspaniałych dni w Grecji; ludzie za granicą są bardzo otwarci i tam poznałem takich mnóstwo. Byłem wtedy gówniarzem o zielonych oczach w których malowała się pasja do nurkowania i to coś czego potrzeba, żeby budzić zaufanie. Biegłem przez wąską uliczkę w swojej ulubionej błękitnej koszulce, spodenkach do pływania a w ręku trzymałem plik listów z przemyśleniami do samego siebie. Podbiegłem pod swoją ulubioną kawiarnię gdzie było mnóstwo obcokrajowców. Wypatrywałem kogoś znudzonego urlopem, z twarzą, którą można by było łatwo zagadać. Dostrzegłem kobietę, ubraną w letnią białą sukienkę, skórzanych sandałach oraz za dużych okularach przeciwsłonecznych. Wpatrywała się bezczynnie w pustą szklankę, w której na dnie spoczywał spokojnie plaster żółtej cytryny. Wyglądała na osobę mocno po czterdziestce jednak pomimo upływu lat, miała zadbaną cerę oraz niezła figurę. Siedziała sama jednak przy stoliku były jeszcze dwa wolne krzesła. Tak to była idealna osoba, która wysłucha mojej zmyślonej historii. Spytacie: czemu to robię? Sam nie wiem, po prostu sprawia mi to pewną satysfakcję a także radość. Wziąłem głęboki wdech zacisnąłem mocniej dłoń w której trzymałem listy, przykleiłem najlepszy uśmiech po czym ruszyłem pewnym krokiem w stronę kobiety. Niezwykły żar lał się z nieba, ludzie lepili się do siebie i zajmowali każdy najmniejszy skrawek cienia. Kawiarnia była położona w sercu miasteczka tyle, że te serce było bardzo blisko miejsca zejścia do wody więc była to idealna miejscówka o ile miało się jakiś grosz w kieszeni (ja nie miałem prawie nigdy). Na białym niczym jak śnieg piasku były ułożone drewniane jasne palety, na których stały sterylne białe stoliczki z drewnianym krzesełkami. Nad całą restauracją rozwieszona był biały materiał, który improwizował dach ale jego głównym zadaniem była osłona gości przed słońcem. Po kawiarence kręcili się energicznie zapracowani kelnerzy i kelnerki z włosami poplecionymi w drobne warkoczyki bądź upięte wysoko w koki. Wszyscy mieli ciemną karnację doprawioną słońcem, a ich twarze zdobiły miłe, czyste uśmiechy. Postawiłem stopę na chłodnej desce i podszedłem w kierunku dwóch wolnych miejsc. Kobieta podniosła ku mnie wzrok, a na jej twarzy pojawił się niewinny uśmiech. Muszę wam przypomnieć, że wtedy wcale nie wyglądałem jak zawodowy Casanova i także wcale nie o to mi w tym chodziło, żeby uwodzić gorące czterdziestki. Byłem dzieciakiem z wątłym ciałem, kasztanową czupryną, szczerymi zielonymi oczami i dwunastoma latami życia za sobą. A w tym wszystkim chodziło mi wyłącznie o kontakt z ludźmi i rozmowę, której tak bardzo mi brakowało - Dzień dobry, czy to miejsce jest wolne ? – spytałem odsuwając delikatnie krzesło od białego stoliczka. Powiem wam, że jak na dwunastolatka świetnie opanowałem angielski. - Witam – powiedziała radosnym głosem – Proszę siadaj. - Proszę pani czy my się znamy ? - To chyba ja powinnam zadać to pytanie nie sądzisz ? – rzekła wyraźnie rozbawiona. Co mnie bardzo ucieszyło. - Jak to? Nie przedstawiłem się? Proszę mi wybaczyć moją bezczelność. - Nazywam się Leopold Luderno, chociaż wszyscy mówią na mnie Lupo - wyrecytowałem po czym ucałowałem delikatnie kobietę w jej kruchą dłoń. - Miło mi, Elizabeth Lergh. - Pani Elizabeth, czy pójdzie Pani ze mną nad morze? W tym momencie, pojawił się jakiś silny obcokrajowiec, położył ciężkie dłonie na jej wiotkich ramionach i powiedział jej coś na ucho. Ona uśmiechnęła się do mnie niezręcznie i powiedziała: - Przykro mi Lupo, myślę, że musisz z kimś innym pójść nad morze. Poszukaj na pewno kogoś znajdziesz – rzekła. A mężczyzna pociągnął ją za sobą. Siedziałem sam przy stoliczku, rozejrzałem się, a mój wzrok błądził w twarzach szczęśliwych ludzi. Było ich mnóstwo, otaczali mnie z każdej strony. Byłem samotny w tłumie ludzi. Ponownie. Moje oczy stały się wilgotne więc szybkim ruchem wytarłem łzy z policzków. Wyjąłem z kieszeni listy, do samego siebie. Otworzyłem pierwszy z nich i przeczytałem treść: Znajdź kogoś do…