Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 13 min czytania

Uczta Melomanów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W roku dwudziestym szóstym mego życia zostałem zaproszony, wraz z moim jazzowym zespołem „Pilniki”, na odbywające się co kwartał spotkanie zwane „Uczta Melomanów”. Skłonny byłem bardzo, gdyż moje ambicje jako klarnecisty, gdzieś się powoli wypalały. Mój stan finansowy również pozostawał w stanie krytycznym. Była ta więc jedna z niewielu okazji, na których mogłem zarobić z czystym sumieniem. Powróćmy jednak do tego zagadkowego zdarzenia, które miejsce miało przy ulicy Chocholskiej 1/38 w Wolnym Mieście Bydgoszczy, pewnego słonecznego dnia. Staliśmy w korku na rondzie bałwochwalców, gdy zadzwonił mój telefon. - Witam panie Stanisławie – powiedział głos z słuchawki. Rozpoznałem że był to organizator „Uczty Melomanów”, Bolesław Teppich. – Czy pański zespół przygotował jakąś klasykę prócz własnego repertuaru? - Ależ oczywiście – zapewniłem. Coś niespokojnego było w jego głosie. - Dobrze. Proszę nie brać ze sobą instrumentów, mamy wszystko czego potrzeba pańskiemu zespołowi. Niech zadzwoni pan do mieszkania trzy razy. - Zrozumiałem. Do zobaczenia. – odparłem, po czym rozłączyłem się. Powiedziałem chłopakom z zespołu o wszystkim. Byli wyraźnie uszczęśliwieni faktem, iż nie musimy jechać po nasze instrumenty, gdyż byli zbyt pijani, aby móc zapakować je do naszej furgonetki. Czułem w powietrzu, że będzie to coś niezwykłego. Korek ustał i ruszyliśmy prosto do celu. Dojechaliśmy na miejsce stosunkowo punktualnie. Nie mogłem zrozumieć, jak melomani mogą zbierać się w mieszkaniu blokowym. „Jak się tam pomieścimy?” myślałem. Moje obawy rozwiali jednak koledzy z zespołu, bełkocąc że mamy duży zysk, więc nie ma się co narzekać. Wdrapaliśmy się po schodach, stanęliśmy przed mieszkaniem i zadzwoniliśmy trzykrotnie do drzwi. Nie zdążyliśmy nawet poprawić kapeluszy, a drzwi już zostały otwarte przez elegancko ubranego, siwego kamerdynera. - Panowie z zespołu jak mniemam? – rzekł twardym głosem. – Proszę za mną. Szliśmy gęsiego przez ciasny przedpokój, a ja cały czas zachodziłem w głowę, jak możemy grać w tak małym mieszkaniu. Nie przebyliśmy jednak kilkunastu kroków, gdy mym oczom ukazał się olbrzymi taras z ogrodem. Zszokowany tym widokiem zwróciłem się do kolegów, jednakże byli oni zbyt pijani, aby coś takiego mogło ich zdziwić. Po lewej stronie tarasu znajdowała się scena, na której stała perkusja a obok leżał kontrabas i klarnet. Przed sceną ustawionych było dwadzieścia krzeseł w czterech rzędach, natomiast za nimi wielki prostokątny stół. Cała śmietanka melomanów zajęła już swoje miejsca na krzesłach. Bolesław Teppich, widząc że już nadchodzimy, wstał aby się z nami przywitać. Wyglądał tak, jak go sobie wyobrażałem. Wysoki, łysawy, o obfitej tuszy. - Witam panów najserdeczniej! – mówił uśmiechnięty podając całej naszej trójce dłonie. – Poczekamy aż panowie się rozłożą i zaczniemy koncert. Ile czasu potrzebujecie aby rozstawić się na scenie? - Ach, powiedzmy, dziesięć minut. – odparłem oszołomiony lekko całą sytuacją. Organizator uścisnął nam dłonie i kazał służącemu zaprowadzić nas na scenę. Weszliśmy na nią, po czym od razy chwyciliśmy za nasze instrumenty. Ustnik mojego klarnetu, dziwnie smakował masłem. Perkusista chwycił pałki, pograł chwilkę i stwierdził iż są one strasznie lepkie a na dodatek pachną dżemem truskawkowym. Kontrabasista również czuł zaskakującą lepkość swoich strun. Lekko zafrasowani poprosiliśmy o kieliszek czerwonego wina na uspokojenie nerwów. Chwilę później ustaliliśmy kolejność wykonywanych utworów. Wyszło nam, że utwór przygotowany specjalnie na tą okazje jakim był trzeci kontrapunkt Bacha, zagramy ostatni. Mieliśmy zamiar wykonać repertuar w następującej kolejności: „Kaloryfer”, „Ciepły oddech kosiarza”, „Niemrawe Mrówki” oraz kontrapunkt na zakończenie. Ułożyliśmy sobie listy pod nogami, po czym wszedł na scenę Teppich, aby nas zapowiedzieć. - Witam wszystkich przybyłych na odbywającej się co kwartał „Uczcie Melomanów”. – wyrzekł głębokim basem. Wywołało to falę szeptów, które chwilę później zamieniły się w oklaski. – Dzisiaj wystąpi jazzowy zespół „Pilniki”, który wykona kilka utworów z własnego repertuaru, oraz jeden utwór klasyczny. Powitajmy ich gromkimi brawami. Teppich zszedł ze sceny, a publiczność zaczęła anemicznie klaskać. Rozpoznałem, że na widowni siedzi nie kto inny, jak Ofelia Wilczyńska, znany animator kultury. Pani Ofelia również była osobą o obfitej tuszy. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego wszyscy melomani są zawsze wielce otyli. Odpowiedź na to poznałem kilka godzin później. Powróćmy jednak do początku koncertu. Podszedłem do mikrofonu i zapowiedziałem pierwszy utwór, „Kaloryfer”. Perkusista nabił jedenaście ósmych zaczynając tym samym naszą odpowiedź, na piosenkę „cztery przez cztery to piękne numery” Jurka Tupeckiego. Dmuchnąłem w klarnet i czułem, że dźwięki wydobywające się z niego są naznaczone nutką masła. „To przez ten ustnik” myślałem sobie grając dalej. Płynąc z cieplutką melodią, zacząłem rozglądać się po publiczności. Wszyscy jakoś dziwacznie mlaskali. Wzrok melomanów przeszywał rączki i nóżki perkusisty. Było w tym wszystkim coś, czego wtedy nie podobna było określić. Skończyliśmy pierwszy utwór za który dostaliśmy anemiczne brawa. Bez zbędnego, artystycznego ociągania zabraliśmy się do „ciepłego oddechu kosiarza”. Trój-taktowe przejście którym zaczął kontrabasista, wywołało głębokie poruszenie wśród zgromadzenia. Z ust Wilczyńskiej i Teppicha wyczytałem mnie więcej coś takiego : „tak tak, dyplomu brak ewidentny”, „oczywiście, lecz cóż za smakowite uderzenia”. Nie mogłem znaleźć w tym jakiejkolwiek logiki, więc grałem dalej. Zarówno ten utwór, jak i „Niemrawe Mrówki” minął bez większych emocji wśród publiczności. Niesłychana rzecz stała się natomiast w ostatnim utworze. Po zakończeniu „mrówek” podszedłem do mikrofonu aby zapowiedzieć końcówkę. - Teraz wykonamy specjalnie dla państwa trzeci kontrapunkt autorstwa Jana Sebastiana Bacha. – wywarło to falę życzliwych szeptów, które dały nam do zrozumienia, że możemy już zaczynać. Wróciłem na swoje miejsce, poprawiłem sobie nuty i rozpoczęliśmy. Coś było nie tak. Grałem z nut, ale słyszałem że nie jest to Bach. To była fuga Szostakowicza! Ktoś nam podmienił nuty! Zauważyłem grymas niesmaku na twarzach melomanów, jednak nie mogliśmy przestać grać. Pociągnęliśmy z trudem do końca. Skończyliśmy. Na całym tarasie zapanowała grobowa cisza. Spuściłem głowę na dół, gdy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%