Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

medycyna · 41 min czytania

Ukraińska służba zdrowia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PERUŃSKIE ŻYCIE Rozdział czwarty - Służba zdrowia

Ośrodek Zdrowia

Miałam zaszczyt poznać ukraińska służbę zdrowia i być pod ich opieką. Unikam lekarzy, przychodni czy ośrodków zdrowia jak tylko się da, ale tym razem byłam zmuszona, bo urodziłam syna. Mieszkałam na wsi, 60. km. od najbliższego miasta gdzie przyjmowali lekarze. 20. km od nas owszem, był Ośrodek Zdrowia, ale tam nie poszłabym nawet z chorą, starą kurą , a wiedza Pań na temat prowadzenia kobiet w ciąży a potem ich pociech zatrzymała się ( i nie chciała ruszyć...) w latach 70. ubiegłego wieku. Do tego nasiąknięta była jak gąbka ideałami komunizmu ( " Kobiety na traktory!!! Jak trzeba -to urodzić, a potem s powrotem na traktor ! Praca Równość Komunizm !) Niestety musiałam tam się zgłaszać z Jaśkiem na szczepienia, badania itp. Panie nas ( mnie i mojego męża) lubiły, bo stanowiliśmy dla nich darmową rozrywkę. Nie mogły pojąć dlaczego przyjechaliśmy tu z Zachodu. Dziwowały się, żartowały, wypytywały, doradzały, namawiały na przejście na prawosławie i szczerze nas żałowały, że wpadliśmy na tak durny pomysł żeby tu przyjechać. Wielu ludzi stykając się ze mną , z nami ( mąż mieszkał w Polsce od 10. lat, więc dla nich też już był Polakiem) po jakimś czasie zwykła kiwać głową ze współczuciem i stwierdzać: "No tak, Polacy naród dziki..." jakby tym zdaniem wybaczali mi to kim jestem, jak się zachowuję i jak podchodzę do życia. Panie z Ośrodka Zdrowia też tak o nas myślały. Ze znużoną cierpliwością odpierały moje pytania o witaminy, o szczepienia, o rozwój malucha. Pewnego razu gdy zaczęłam drążyć temat witaminy D, pani się zdenerwowała i powiedziała: "Taa, przyjechali mi tu z Jewropy z wełną na głowie i się mądrzą!". "Wełną na głowie" dla pani były dready, które nosił mój mąż. Innym razem badając Jaśka jedna mówi: - On ma krzywą głowę! - Jak to krzywą?- zmroziło mnie- Jest pani pewna? - Ta, ma krzywą. Źle mu się zrasta, o tu. - Gdzie tu !? - No na głowie! - Ale gdzie? Niech mi pani pokaże!! - byłam bliska płaczu. W końcu to moje pierwsze dziecko i nie jestem oblatana jak matka pięciorga dzieci w kwestiach krzywych główek. - Co pokaże? Mówię przecież że tu - tu wskazała ogólnie na Jaśka leżącego na kozetce. - Jest pani pewna tego co mówi? Że ma krzywą głowę? - O Jezu,Tatiano Iwanowa ! Czy on ma krzywą głowę !? - zakrzyknęła pani do pokoju obok, gdzie Tatiana Iwanowa zajęta była wyjmowaniem śledzi ze słoika, ponieważ zbliżała się pora obiadu, a obiad to tam - rzecz święta - wszędzie przestrzegana. Dlatego w godzinach obiadowych nic nie załatwisz, bo jest zamknięte na głucho. Godzinę, czasem dwie, zależy co na obiad... - Skoro tak mówisz ,to ma !- odpowiedziała z zza ściany Tatiana. - No, widzisz? Ma. - I co teraz? - Nic. Albo się źle zrośnie, albo się dobrze zrośnie. Czas pokaże jak się zrosło - filozoficznie odpowiedziała pani. I zostawiła mnie z tym. Jaś miał normalną głowę, powiedział pediatra (20 dolarów za wizytę), do którego nazajutrz trafiłam, po nieprzespanej nocy i dniu pełnym najgorszych myśli. Wracają od niego, pojechałam do Ośrodka z gotową gniewną przemową na temat ich wiedzy o rozwoju dziecka, którą ćwiczyłam przez całą drogę, bo miałam wygłosić ją po rosyjsku, a nie umiałam go jeszcze perfekt. Mąż poprawiał mnie co i rusz, bo jego zdaniem, było to nie za bardzo zrozumiałe oprócz przekleństw - rzecz jasna - które wypowiadałam jak urodzona Rosjanka...Wystrzeliłam z samochodu z rozwianym włosem i... pocałowałam klamkę w drzwiach...Trwała przerwa obiadowa...Tak... obiad- rzecz święta. Tradycja celebrowania obiadu - przy zamkniętych drzwiach zakładu pracy - uratowała mnie przed narobieniem sobie wrogów w Ośrodku Zdrowia, a paniom: Tatianie Iwanowej i Nadii Władimirowej oszczędziła tyrady na temat ich kompetencji. Dobrze, że było zamknięte. Ciekawe gdzie bym potem jeździła z Jaśkiem na badania? Najbliższy - był weterynarz... w sumie różnicy między nimi wielkiej nie było...

Szpital im. Władimira Lenina.

Choć był 2005 rok szpital wyposażeniem, wystrojem i podejściem do pacjentów niewiele się zmienił od czasów Lenina. Był to ogromny, brudny, szary i przygnębiający budynek. Tam gdzie wprowadzali " jewrostandart" (europejskie standardy) trwał niekończący się remont i bałagan. Tak było u nas na oddziale- gdzie leżałyśmy po porodzie. Nie było łazienki. Jak ci przyszło do głowy (cóż za niedorzeczny pomysł...) żeby się wykąpać - to trzeba było iść do łazienki piętro wyżej - na oddział chirurgiczny. Plan był dobry,ale wykonanie trudne, ponieważ nie wolno nam było opuszczać naszego oddziału pod Żadnym Pozorem. Nikt nie mógł tam wejść ani wyjść oprócz lekarzy i pielęgniarek. I jak reszty standardów szpitalnych nie przestrzegano, tak ten bardzo. Byłam chyba jedynym obcokrajowcem w szpitalu, a na pewno na naszym oddziale. Matka Polka - tak mnie przezwali i oglądali jak rzadki okaz rybki w akwarium. Na każdym kroku pytali mnie czym się różni Polska od Ukrainy w kwestii szpitali. Nie chciałam być niegrzeczna i powiedzieć im prawdy, że: WSZYSTKIM, więc udawałam, że nie rozumiem co mówią , bo słabo znam rosyjski. Jednak moja narodowość działała na moją korzyść. Traktowali mnie lepiej niż pozostałe panie. Pewnie chcieli się pokazać przed osobą z zachodu (dla nich Polska nadal była Zachodem). Od samego początku mojego pobytu tam, wzbudzałam niezdrowe (moim zdaniem) zainteresowanie i wyróżniałam się z tłumu. Choćby ubiorem - nie nosiłam koszuli nocnej w kwiatki i szlafroka , tylko bawełnianą sukienkę do kolan. Brązową. Na wszystkie uwagi personelu, że czegoś nie wolno, odpowiadałam: "Tak? A u nas w Polsce wolno" i to im zamykało usta. Chcieli porównań, to mają. Brązowa sukienka ratowała mi życie, wyglądałam w niej jak osoba odwiedzająca kogoś w szpitalu. Pozwoliło mi to uciekać z naszego oddziału: a to na czwarte piętro - wykąpać się na chirurgii, a to na dwór - przytulić się do się O. (mój obecny wtedy mąż) i pogadać z przyjaciółką - gdy przyjeżdżali mnie odwiedzać, albo pójść do kiosku koło szpitala na kawę. Chodziłam też do apteki na parterze po różne rzeczy dla innych pań z naszego oddziału. W ich oczach byłam bohaterką. Byłam ich łącznikiem ze światem zewnętrznym. Kurka wodna -jak w więzieniu. Bardzo się bały kiedy wymykałam się po sprawunki dla nich. Żeby je uspokoić mówiłam im, że w razie wpadki zostanę potraktowana łagodniej, bo jestem: "Polaczką", a "Polacy - naród dziki" - jak twierdzili niektórzy - to i dziwne zachowania mają. Poza tym co mogli mi zrobić? Naskarżyć do ordynatora? Zatrzymać na kolejny tydzień w szpitalu? Na oddział były dwa wejścia: główne - ze schodów z parteru, drugie boczne - dla personelu - przez które można było wyjść na dwór. Dyżurka pielęgniarek znajdowała się na końcu korytarza. Wystarczyło się przyczaić - i kiedy pielęgniarka znikała w pokoju dyżurnym- wymknąć się przez drzwi. Na schodach nikt nie zwracał na mnie uwagi, bo wyglądałam jak oni. Mogłam być odwiedzającym, albo kimś kto przyszedł do apteki. Korzystałam z tego aby pójść do kiosku, albo odebrać pakunek od jakiegoś męża dla jakiejś pani od nas, lub pozwiedzać teren szpitala. Wypady te czyniły znośnym mój pobyt tam. Jak już wspomniałam traktowano mnie lepiej niż inne panie - bo byłam z Polski. Pielęgniarki były apodyktyczne i gburowate, lecz do mnie odnosiły się w miarę miło. Panie z mojej sali wysyłały mnie do nich po dodatkowe szmatki. Hm...szmatki. Szmatki - to było mistrzostwo świata. Dawano nam je zamiast podpasek i pieluch dla dzieci. Obowiązywał totalny zakaz używania jednego i drugiego na naszym oddziale. Niemożliwe? A jednak. Gdybym nie doświadczyła tego na własnej skórze, nie uwierzyłabym gdyby ktoś mi o tym opowiedział. Dzienny limit szmatek to - trzy dla kobiet i pięć dla dzieci. Szmatki- to były po prostu podarte na paski szmaty, prześcieradła czy Bóg wie co tam jeszcze... Koszmar. Totalny koszmar. Sztywne, wygotowane kawałki materiału całe w brunatnych plamach. Kiedyś, gdy byłam na dworze, zobaczyłam dwie panie ciągnące brudny, szmaciany wózek na kółkach w stronę budynku oddalonego o jakieś 60-70.metrów od szpitala. Udając, że mnie tu nie ma, śledziłam je, zastanawiając się co z tym zrobią? Weszły do budynku, o którym pomyślałam, że jest opuszczony - bo na taki wyglądał. Ciekawość mnie zżerała co jest w środku? Przez ciemne, zakratowane okno nic nie było widać, za to było aż nadto czuć. Mdlący odór: mydlin, szmat, gotowanej krwi, moczu i kału. To była pralnia... szpitalna pralnia. Nie zdziwiłabym się, gdyby "czyste" pranie wracało tą samą drogą po błocie, w tym samym brudnym wózku s powrotem do szpitala. To tyle na temat sterylności. Mnie -jako Polce dawały o pięć szmat więcej, oczywiście po cichu. A jak przyszłam poprosić o dodatkowe kilka sztuk - to dostawałam. Swój przydział rozdzielałam między panie z sali. Wiedziałyśmy, że dostanę dodatkowe, dlatego wysyłały mnie do pielęgniarek. Im by nie dały... No może za bombonierkę, czy jakiś kosmetyk, cholera... Próbowałam przemówić moim paniom z sali do rozsądku, żeby używały podpasek, wkładek do biustonosza, a dzieciom zakładały pieluchy. Nie. Nie wolno. Bo lekarz przychodzi na obchód i nie daj Boże zauważy, że masz na sobie bieliznę (tego oczywiście też nie można było nosić. Regulamin punkt 4. podpunkt 7. chyba). "Ale lekarz na obchód przychodzi o 7. rano ! I koniec! Przez cały dzień nikt do nas nie zagląda !"- tłumaczyłam. "Nie. Nie wolno." No ludzie trzymajcie mnie!!! Po cichu zazdrościły mi odwagi, że nosze bieliznę, ale same tego nie robiły. Chodziły po korytarzu ze ściśniętymi kolanami - jak dzieci, które zaraz się posikają - podtrzymując przy biuście kawał szmaty; albo trzymały się "tam" i tam, albo niezdarnie wyginając ciało próbowały łapać "w locie" to co im spadało, albo zbierały z podłogi to co im spadło...To nawet nie był cyrk na kółkach - to była parodia paralityków cierpiących na zespół nie trzymania moczu. Łóżka na sali były stare, wąskie, siennik śmierdział, a łóżko- gdy na nie siadałam zapadało się prawie do podłogi. Powstawał jakby lej, z którego trudno się było wydostać. Jasia kładłam na sobie - nie dało rady położyć go obok - bo bym go zgniotła. Pościel trzeba było mieć swoją - i dobrze - bo to była tam chyb jedyna czysta rzecz. Przysługiwał jeden koc. Wszędzie były przeciągi. Był koniec września, ale było zimno. Gdy po raz pierwszy przynieśli mi Jasia - był lodowaty. Zawinięty w jakieś szmaty. Mi w ubraniu było tam zimno. On był goły, tylko w tych szmatach. Poszłam do pielęgniarek po koc. Dostałam pół... Tak, pół koca. Podobno wystarczy... Dzieci przynoszono tylko na karmienie. Mogły zostać potem około godziny. Przy łóżku stał plastikowy stolik. Przypominał kocią kuwetę na wysokich nogach. Nie było na nim materaca, koca, czy czegoś podobnego. Goła kuweta. Nie wolno było zobaczyć dziecka poza karmieniem. Dzieci przywożono do karmienia według ustalonych godzin, nie według ich brzuchów, więc niektóre biedaki słychać było na 2.godziny przed, a niektóre nie były głodne gdy przyjeżdżały. Dopiero, gdy była pora odjazdu, odzywał się u nich głód, ale było już za późno. Takich słychać było 2. godziny po. Dziecko nie mogło zostać przy matce na noc - no chyba, że darło się od trzech godzin - mniej niż trzy się nie liczy - wtedy je przynoszono do uspokojenia, potem odnoszono s powrotem do sali, do której - pod karą śmierci - nie wolno nam było wchodzić. Dobrze chociaż, że drzwi nie były zamknięte na kłódkę , od której klucz miałaby tylko starsza przełożona pielęgniarek. Lekarze przychodzili rano na obchód. Potem byli nieosiągalni. W nagłym przypadku, szukano ich po całym szpitalu. To trwało - bo szpital był ogromny, a lekarz mały - wszędzie mógł się schować... Od pielęgniarek nic się nie dowiedziałeś. Pytania? Do lekarza dyżurnego. Nie ma? Trudno. Jutro rano będzie. Ubikacje - otwarte boksy z dziurą w środku, obok wiadro z wodą - najczęściej bez - do spłukania. Bieżącej wody brak. Umywalka jest. Tylko po co jak po kranie zostały dwa kikuty w ścianie? Łazienka jak już wspomniałam - piętro wyżej na chirurgii. Nie to, żeby tam zaraz kafelki, prysznice, umywalki, gorąca woda albo wieszaki na ubrania. Nie, nie, nie. Nie wymagajmy cudów. Sterczy rura ze ściany? - sterczy. Leje się z niej woda? - leje. Że chłodna? - dobrze, że w ogóle jest. Wieszaki na ubrania? - parapet wystarczy. Zamek w drzwiach? - "A kto tu wejdzie oprócz pacjentów". Że mężczyźni? - "A co oni gołej dupy nie widzieli?" Śliska, brudna, cuchnąca podłoga? - " O jakie to delikatne ! A w domu co? Sracz na podwórku i miska do mycia. To nie hotel w Kijowie, tylko szpital." Posiłki... Lepiej nie będę o tym pisać. Ujmę to tak: bezpieczniej było tam nie jeść. Niestety nie wiedziałam o tym i w pierwszym dniu powiedziałam O., żeby mi nic nie przywoził do jedzenia - bo tu zaraz będzie obiad. No i był... No i żałowałam, że O. nic mi nie przywiózł. Wymknęłam się do budy koło szpitala po hot- doga i ciastka. Odwiedziny odbywały się przez... okno... Panowie na dole, panie w oknie stołówki- jedyne okno, które się otwierało na całym piętrze, więc zawsze panował tam tłok i zamieszanie. Zresztą na stołówce i tak był tłok, bo panie cały czas jadły to co im z domu przynieśli. Lodówki nie było. Jedzenie trzymały na parapecie okiennym.

Pani położna

Kolejnym cudem była: Technika Opatulania Noworodków, oczywiście w co? W szmaty. Większe niż te dla nas ale- szmaty. Nazywali to hucznie "rozpaszonki" po naszemu- śpiochy. Składały się na to dwie szmaty. Mała jako pielucha i duża do zawinięcia delikwenta. Wykwalifikowana pani położna w wieku około 80.lat przeprowadziła nam na sali szkolenie z przewijania noworodków. Rozłożyła szmatę i położyła na niej malucha : rączki przy ciele, nóżka do nóżki, złapać za ten koniec, obwinąć, mocno, teraz tu, teraz tam, zacisnąć, a koniec wsadzić tu. Gotowe. Ciach- ciach i dzieciak wyglądał jak mumia z wybałuszonymi oczami. Oprócz głowy nie mógł ruszyć nawet palcem. Podobno w pierwszych dniach po narodzinach ciasne owinięcie malucha daje mu poczucie bezpieczeństwa ( pewnie ich o to pytali...). O. K. to do mnie przemawia - w brzuchu nie miał miejsca na swobodne machanie rączkami i nóżkami - na zewnątrz też mu może tyle wolności nie potrzeba; ale ściskać go tak, aż mu oczy wychodzą i nie ma możliwości żadnego ruchu to lekka przesada co? Przynajmniej dla mnie. Dla nich widocznie nie. Wygodnie to to trzymać, nie wierci się, nie spadnie z łóżka ( niby jak, skoro się nie rusza?). Poczwarka w kokonie. Położna wskazała na jedną z nas: - Ty, powtórzyć! Wskazana matka bez większego problemu zrobiła ze swoim dzieckiem to samo co ona z tamtym biednym maluchem. "Matka mnie nauczyła w domu". Kolejna też, no może z drobnymi poprawkami. Trzecia to samo. Pach, pach i zawinięte... Nie mogłam tego ogarnąć... I z powodu szybkości z jaką to robiły i z powodu totalnej wewnętrznej niezgody na to, aby tak krępować malutką istotę jakąś szmatą. Przyszła moja kolej - a ja nic, stałam jak baran i patrzyłam na gołego synka i nie wiedziałam nawet za jaki róg chwycić tą szmatę na której leżał. Położna ze zniecierpliwieniem pokazała jeszcze raz całą czynność. "Powtórzyć !" Nie umiałam. Nie chciałam tego umieć; do niczego mi to nie było potrzebne. Popatrzyłam po twarzach otaczających mnie kobiet. Malowała się tam mieszanina współczucia, zniecierpliwienia i zdziwienia. Położna bez pardonu odepchnęła mnie na bok i szarpnęła za róg szmaty tak mocno, że Jaśkiem zatrzęsło. Wystraszył się i zaczął kwilić. O nie! Dość tego! Nie będzie mi tu jakaś baba szarpała syna i zawijała w brudne szmaty!! Tak jak ona - bez pardonu - odepchnęłam ją na bok, wzięłam Jasia na ręce, podeszłam do łóżka i zaczęłam go ubierać w rzeczy przywiezione z domu. Matko, jaki wrzask się podniósł ! "Nie wolno!!! Co ty robisz!!? Nie wolno!!!" Położna chwyciła Jaśka za rączki i zaczęła mi go wyrywać. Jasio zaczął wchodzić na wysokie tony w płaczu. Złapałam ją mocno za rękę i wysyczałam : "Nie". Zrozumiała, bo cofnęła się . Nie - to nie, po polsku czy po rusku znaczy to samo. Zapanowała konsternacja, a pańcia położna wpadła w szał. Krzycząc na cały regulator - spróbowała raz jeszcze wyrwać mi z rąk Jasia - i wtedy mój synek rozpłakał się na całe gardło... Ooo... obudził się we mnie pierwotny instynkt - ten naturalny odruch każdej matki - na płacz potomstwa, które jest w niebezpieczeństwie. Zaatakowałam. Popchnęłam ją - wpadła na pielęgniarki tłoczące się z tyłu i z hukiem wylądowały na łóżku po przeciwnej stronie. Zaczęły krzyczeć, na co w odpowiedzi maluchy - z Jasiem na czele - zaczęły się drzeć wniebogłosy. Zrobiło się niezłe zamieszanie. W drzwiach od razu pojawiła się "publiczność". - Uch ty swołocz !!! - wykrzyknęła położna wygrzebując się spod pielęgniarek, i ruszyła w moją stronę. - Rusz moje dziecko to ci ręce połamię - powiedziałam spokojnym głosem (gdy jestem maksymalnie zdenerwowana - mówię bardzo spokojnie, dlatego ludzie często myślą,, że mnie jest trudno wyprowadzić z równowagi).Gdybyście tylko wiedzieli co mnie wyprowadza z równowagi to... - Ty, Polaczka !! - Wypluła z siebie położna. - Ty, położna !! - Zrobiłam krok do przodu. - No dziewczęta, dziewczęta spokojnie, po co te krzyki - panie z sali próbowały załagodzić sytuację. - Dzwonię do ordynatora !!! - krzyknęła położna. - A ja do konsulatu polskiego !!! - ??? Zapanowała konsternacja. Wszedł lekarz. Ciekawe skąd się wziął? Z piętra wyżej czy niżej? U nas lekarza ujrzeć można było tylko rano gdy miał obchód. Wszystkie na raz zaczęły mu relacjonować przebieg wydarzeń, więc niewiele zrozumiał, poza tym nasze dzieci zawodziły chórem. Wyszli z położną i pielęgniarkami. Uspokoiłyśmy maluchy; dokończyłam ubierać Jaśka w śpiochy. Za jakiś czas wezwano mnie do ordynatora. Lekarz okazał się tak stary jak ten szpital. - Ewo... - zaczął - Ewo... hm... jak wasze otczestwo? (imię ojca) - wymamrotał patrząc w moje papiery. Tu zawsze zaczynały się schody. Tam zwracając się do osoby dorosłej do imienia dodają imię odojcowskie. Ze mną zawsze mieli problem gdy patrzyli w paszport i widzieli Ewa Grażyna P... Próbowali więc przerobić Grażyna na formę męską. Lekarz też próbował: - Grażyna to imię ojca? - A pana ojciec nazywałby się Tamara? - Nie. - Mój też nie. - Kogo to imię? - Nikogo, moje - odparłam zadowolona. Wiele razy już to przerabiałam. Jak nie miałam czasu - lub nie chciałam męczyć pytającego - od razu wyjaśniałam mu, że w Polsce nie używamy imion odojcowskich przy imieniu, tylko mówimy: pan, pani. Tym razem miałam czas, poza tym ten szpital działał mi już na nerwy. - Jak nazywał się ojciec? - Teofil. - Ewo Teofilowna? - Nie. - ??? - Zasępił się lekarz - Czemu w paszporcie jest Grażyna? - To moje drugie imię. Kobiety nie używają imion po ojcu. - Po kim? - zdziwił się. - Czasem po matce, czasem po babci, czasem po prababci, a czasem imię zupełnie nie jest związane z rodziną . - Świadomie komplikowałam panu tok myślenia - Mężczyźni mogą mieć imię po ojcu lub dziadku lub przyjacielu rodziny. Czasem nie mamy drugiego imienia, a czasem dobieramy sobie trzecie po bierzmowaniu. - uśmiechnęłam się. "Bierzmowanie", "pradziadek", "brak imienia", "trzecie imię" - niemal widziałam na twarzy lekarza gonitwę myśli. - To jak tam do siebie mówicie? - Po polsku. - A jak kogoś nie znacie? To z nim nie gadamy ... Dobra koniec tej zabawy. - Zwracamy się pan, pani. Na przykład panie doktorze. - Mam mówić Pani Ewo? - Tak. Pani Ewo. - Więc pani Ewo, pobiła pani Larysę Borisowną. Dlaczego? - Zostałam sprowokowana przez panią Larysę. - Borisowną. - Borisowną. - Jak? - Najpierw odepchnęła mnie, potem szarpnęła Jasiem, następnie zaczęła mi go wyrywać z rąk, żeby zawinąć go w szmaty. - Jakie szmaty? - Brudne. - Nie rozumiem. - Ja też. - O jakie szmaty chodzi? - Używacie tego zamiast śpiochów i pieluchy. - Tak, takie są szpitalne wymogi. Zresztą w domu też tak zawija się dzieci. W szpitalu nie wolno ubierać noworodków w śpiochy czy w co tam jeszcze pani ze sobą wniosła na teren szpitala łamiąc regulamin. - W szpitalu jest zimno, nie będzie mój syn leżał goły zawinięty tylko w jakąś szmatę. W nocy musiałam przykryć go swoim kocem, bo nawet tego mu nie dali. Zmarzliśmy oboje. - Dobrze, mniejsza z tym. W sprawie napaści na położną napiszę odpowiedni raport. - Dobrze. A ja napiszę do Konsulatu Generalnego RP w Charkowie. Opowiem im jakie warunki tu panują i jak tu traktujecie ludzi. Załączę też zdjęcia. Lekarz nie był głupim człowiekiem. - Pani Ewo, po co zaraz mieszać w to konsulat... władzę... - rzekł pojednawczo -

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ukraińska służba zdrowia — czytnik · opowiadania