Inne · 34 min czytania
Ulica ibn Aiszy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Krzysztof Zadros Ulica ibn Aiszy
W tym mieście trudno było kupić jakikolwiek alkohol. Za to haszysz – bez problemu. Po ulicach kręciło się mnóstwo szemranych gości, którzy udawali, że chcą nam sprzedać orzeszki ziemne albo wyczyścić buty, a gdy znaleźli się bliżej, kusząco szeptali do ucha: hashisz, hashisz. Tak, paliłem kiedyś to gówno, szczerze mówiąc nawet ostro ciągnąłem, ale to było dawno, potem mi się znudziło. A alkohol jakoś do tej pory nie. Na północy kraju, bliżej morza, było lepiej. Też krzywo patrzyli na chlanie, ale jak się umiejętnie zagadało z kelnerem, to można było dostać wszystko. Wino, whisky, browar, co chciałeś. Tyle, że musieliśmy sobie polewać pod stołem, żeby nie wkurzać pobożnych muzułmanów. Ale tutaj – zero, po prostu mogiła. Gdyby Geoffrey Firmin był konsulem nie w Quauhnahuac, czy gdzie to tam było, ale w Maroku, a konkretnie – w Marrakeszu, miałby poważny problem. My też mieliśmy. W tamtych czasach piliśmy z Iwoną właściwie codziennie, podobnie zresztą jak teraz. Byliśmy uzależnieni, bez dwóch zdań, jak większość ludzi w naszym porypanym kraju. Całymi dniami harowaliśmy jak głupi w jakichś zafajdanych firmach i zarabialiśmy pieniądze. Na dom, na rodzinę, na to, żeby móc mieć dzieci i żeby te dzieci mogły kiedyś pójść do dobrych, prywatnych szkół. Żeby zapewnić sobie spokojną i świetlaną przyszłość. Żeby ludzie nas kochali i szanowali. Zresztą nie wiem. Po prostu robiliśmy to, co wszyscy. A wieczorami upijaliśmy się, by o tym zapomnieć. Nie dało się inaczej. Wiedzieliśmy, że kiedyś stracimy nasze prace, bo na tym świecie wszystko się wcześniej czy później traci. Któregoś dnia przypomnieliśmy sobie, jaką wspaniałą instytucją jest płatny urlop. Że możemy wyjechać i byczyć się przez kilka tygodni, a przez cały ten czas ktoś nam będzie wpłacał pieniądze na konto. Postanowiliśmy to wykorzystać, póki jeszcze mogliśmy. Kiedy powiedziałem swojemu szefowi, że chcę wziąć cały urlop na raz, popatrzył na mnie, jakbym mu oświadczył, że zamierzam wysadzić w powietrze warszawską giełdę. Cały świat tego człowieka stanął nagle w obliczu nowego, nieznanego zagrożenia, widziałem to w jego oczach. Synu, fakt, że komuś przysługuje urlop, nie oznacza jeszcze, że należy go wykorzystywać, mówiło mi jego spojrzenie. Zrozumiałem, że popełniłem wielkie faux pas. Podpisał podanie, ale byłem pewien, że mnie po powrocie wyleje. I tak właśnie miało się stać, choć wtedy, w Marrakeszu, nie mogłem jeszcze tego wiedzieć na pewno. Zresztą, nie myślałem tam o tym. Miałem inne problemy. Chciałem się napić, a nie bardzo było co. Suszyło mnie jak diabli, szczerze mówiąc rozważałem nawet, czy by z tego powodu nie wrócić na północ. Ale wstyd mi było przyznać się do tych myśli Iwonie. Ten wyjazd to miał być nasz odwyk. Mieszkaliśmy w tanim hotelu w starej części miasta, przy placu Dżemaa el-Fna. Pokój był w porządku. Rzadko z niego wychodziliśmy, przynajmniej za dnia, bo na zewnątrz było za gorąco. Przeważnie spędzaliśmy czas leżąc w łóżku, leżąc i gapiąc się w sufit. Czasem się pieprzyliśmy. Z początku wydawało mi się, że w takim upale nie dam rady tego robić. Trudność sprawiało mi nawet poruszanie powiekami, a co dopiero czym innym. Miałem ochotę tylko leżeć w wyrze i dyszeć. I to właśnie robiłem. Ale po kilku dniach, kiedy organizm się trochę przyzwyczaił i przestał wariować, przemogłem się w końcu i zabrałem do rzeczy. No i okazało się, że jest super. Te słone krople ściekające z nagrzanych ciał, te wonie, mokre, zrolowane prześcieradła. Człowiek ma przez to wszystko wrażenie, jakby unosił się w wodach płodowych. A to tylko jego własny pot. Pierwsza klasa. A jeśli uda się zaszczytować przy muezzinie, to już w ogóle. Nam się udało. Przypadkiem. Byliśmy na finiszu, kiedy zaczął śpiewać. Wzywał wiernych na którąś z pięciu obowiązkowych modlitw, drugą czy trzecią, nigdy nie zdołałem się w tym do końca połapać. Gdy tylko usłyszeliśmy jego przeciągły śpiew, oboje mieliśmy fantastyczny orgazm. Ktoś może pomyśleć, że bluźnię, ale nie o to mi chodzi. Po prostu było nam fajnie. Czułem się, jak w jakimś muzułmańskim raju, czy w czymś takim. Ale to trwało tylko chwilę. Potem długo odpoczywaliśmy. Iwona leżała na łóżku, naga, z szeroko rozrzuconymi nogami, i wachlowała się jakąś starą, arabską gazetą zostawioną tu przez któregoś z poprzednich mieszkańców. Ja chłodziłem tyłek o zimne kafelki podłogi i paliłem papierosa. Było cholernie gorąco, jak zwykle. Zaczynała się pora sjesty, każdy normalny Marokaniec kombinował już, gdzie by tu uderzyć w kimono, żeby przeczekać najgorszy upał. Tylko zaklinacze węży z Dżemaa el-Fna nigdy nie robili sobie przerw. Jazgot ich piszczałek dochodził do naszego pokoju przez okrągłą dobę. Nie mieliśmy pojęcia, co robić. - O rany. Ale bym się napiła zimnego piwa – odezwała się Iwona. - Piwa? Daj spokój. Przecież wczoraj chlaliśmy wino. Faktycznie, chlaliśmy. Wypiliśmy po litrowej butelce miejscowego wińska “Maghrebi” na głowę. Było ohydne i przez całą noc rzygaliśmy jak koty. Kupiliśmy je w jednym ze sklepów na ulicy ibn Aiszy. To było jedyne miejsce w mieście, gdzie sprzedawali alkohol. Tak przynajmniej napisali w turystycznym przewodniku. No, były jeszcze bary w drogich hotelach i ekskluzywne nocne kluby, taa, w nich pewnie można było dostać wszystko, ale to nie na naszą kieszeń. Nam pozostawała ulica ibn Aiszy. Mieściła się w nowej części miasta, jakieś cztery kilometry od naszego hotelu. Kawał drogi. Jechaliśmy w obie strony taksówką, bo jakoś nie udało się nam rozszyfrować systemu kursowania tutejszych autobusów. Rozkłady jazdy były wyłącznie po arabsku. Na tę taryfę wydaliśmy fortunę. A kasy mieliśmy coraz mniej. - No to co? - Co: no to co? – zapytałem, bo straciłem wątek. - No to co, że piliśmy wczoraj wino? - To, że mieliśmy sobie zrobić odwyk. - Daj spokój. Przecież mówię tylko o piwie. Co lepiej gasi pragnienie w taki upał? - Pragnienie. Po prostu brakuje ci codziennej dawki alkoholu we krwi. Skiepowałem papierosa i sięgnąłem po następnego do leżącej na stoliku paczki. Zauważyłem jakiś ruch w zakratowanym oknie bez szyby. W szparze między czerwoną zasłonką a futryną ujrzałem czyjeś oko. Czarne jak chrześcijańskie piekło. Popatrzyło na mnie i zniknęło. Pomyślałem, że to pewnie ten onanista. Przyuważyłem go już kilka razy. Był mały i jakiś taki pokurczony. Kręcił się tu i zaglądał ludziom w okna. Z początku podejrzewałem, że to złodziej, ale potem się zorientowałem, że facet po prostu ślini się na widok białych turystek w negliżu. Zobaczyć kawałek nagiego, kobiecego ciała to dla tych Marokańców więcej, niż ujrzeć Allacha we własnej osobie. Na widok odkrytych ramion staje im tak, że musza przysiąść. Co się dziwić. Ich kobiety, zakutane od stóp do głów w luźne szatki, pokazują im tylko pomalowane henną dłonie i oczy. I to ma biedakom wystarczyć? Spojrzałem na swoja żonę, całkiem nagą i bezwstydnie rozwaloną na łóżku. No, to mu się trafiła gratka. Pewnie teraz pobiegł sobie strzepać. I dobrze. Niech chłopak też ma coś z życia. - No i co? – zapytała Iwona nie zmieniając pozycji. - Idziemy po to piwo? - Zwariowałaś? Gdzie tutaj chcesz kupić piwo? - Jak to: gdzie? Na ulicy ibn Aiszy. - To przecież aż w Nowym Mieście. - Weźmy taksówkę. - Mamy mało kasy. - No to chodźmy piechotą. - Taki szmat drogi? - Nie przesadzaj. - Słuchaj, jest cholernie gorąco. - No to co? W końcu przyjechaliśmy tu, żeby się wygrzać. - Ale mieliśmy nie pić. - Daj spokój. Odwyk zrobimy sobie, jak pojedziemy na pustynię. Tam to już na pewno nie da się kupić żadnego alkoholu. Poza tym to tylko piwo. - To jest takie głupie usprawiedliwianie się. - Nie chrzań. Chcę się napić piwa. Umilkłem. Zabrakło mi argumentów. Na zewnątrz rozległ się jakiś hałas. Grupka mieszkających w sąsiedztwie Francuzików wsypywała się do swoich pokoi. Od kiedy się tu sprowadzili, miałem ochotę trzasnąć któregoś z nich w papę. Prosili się. Wypacykowane panienki i wkurzający kolesie w pedalskich ciuchach. Wyglądali, jakby byli z jakiejś agencji reklamowej albo co. Wyjazd integracyjny a może szkolenie w egzotycznej scenerii. Zawsze robili cholerny hałas. Oni na pewno nie pili “Maghrebiego”. Pewnie sączyli wieczorami burbona w którymś z tych odpicowanych nocnych klubów na Nowym Mieście. Skurwysyny. - Idź sama. – powiedziałem w końcu do Iwony. – Ja zostanę. I dla mnie też przynieś puszkę. - To bez sensu. - Dlaczego? - Zanim tu doniosę, będzie ciepłe. - Racja. No to mi nie przynoś. Albo przynieś, wypiję ciepłe. - Nie. - Dlaczego? - Chcę, żebyś poszedł ze mną. - Dlaczego? - Bo jesteś moim mężem. Poza tym wiesz, że się na pewno zgubię. Miała rację. Potrafiła się zgubić nawet we własnej łazience. Do Nowego Miasta szło się aleją Mohammeda V, która przecinała cały Marrakesz. W każdym marokańskim mieście główna ulica nosiła imię Mohammeda V. Potem trzeba się było zagłębić w plątaninę wąskich uliczek i znaleźć tę jedyną, gdzie sprzedawali alkohol. Cholerny kawał drogi. Przecięliśmy plac Dżemaa el-Fna mijając stragany zielarzy i sprzedawców świeżego soku z pomarańczy (kilka dni temu dostaliśmy od niego niezłej sraczki), przeszliśmy szybkim krokiem obok wirujących tancerzy Gnawa i podejrzanych typów zajmujących się zaklinaniem węży. Ci ostatni jak zwykle próbowali nas wciągnąć do swego kręgu. Ale ja już ich znałem. Za położenie ogłupiałego, pozbawionego zębów gada na głowie czy ramieniu żądali od turystów równowartości małolitrażowego samochodu. Powiedziałem, żeby spadali. Aleja Mohammeda V zaczynała się pod wielkim meczetem Kutubija. Z dwunastego wieku. Kiedyś rozciągał się wokół niego targ z książkami. Ale to było dawno. Teraz meczet był w remoncie. Dla nas nie miało to znaczenia. Niemuzułmanów i tak do niego nie wpuszczali. Niemuzułmanów w ogóle mało gdzie wpuszczali. Trwała sjesta, miasto sprawiało wrażenie wymarłego. Nieliczni przechodnie byli senni, nieobecni, niedorobieni. Słońce naparzało, jakby chciało nas ukamieniować swoimi promieniami. Po kilku minutach marszu zaschło mi w ustach. - Słuchaj, a może zapytamy w tym barze? - O co? - Czy mają piwo. - No coś ty. Przecież wiesz, że nie mają. - Może mają. Co szkodzi zapytać? Weszliśmy do środka. - Macie piwo? - Nie, Monsieur. Nie sprzedajemy tu alkoholu. Jesteśmy muzułmanami. - No jasne. - Alkohol wyniszcza ciało i prowadzi duszę ku przepaści. Nie wiedzieliście? Tego mi brakowało. Kelnera – filozofa. Jezu, ludzie, o co wam chodzi? Wyznawajcie sobie swój islam, nie ma sprawy, ale dajcie mi się, do cholery, napić! - Ale mamy inne dobre napoje. Herbatę, fantę, tonic, coca – colę. Są dużo zdrowsze od alkoholu. Coca – cola zdrowsza. Akurat. - No i oczywiście herbatę. Marokańską whisky. Ha, ha, ha. Dlaczego wszyscy kelnerzy w tym kraju wciskają mi ten sam dowcip? Myślą, że będę się nabierał za każdym razem? Marokańska whisky. Piekielnie mocna zielona herbata z miętą i taką ilością cukru, że wargi przylepiają się do brzegu szklanki. Wszyscy tu piją ją co najmniej trzy razy dziennie, jakby pogłupieli. Nie rozumiem tych ludzi. Może ich to jakoś trzepie? Ja w każdym razie dałem się na ten specjał naciągnąć raz i pięknie dziękuję. Jakbyś, chłopcze, miał prawdziwą whisky, to byśmy pogadali. Ale z tym waszym zielonym świństwem nie chce mieć więcej nic wspólnego. Obróciłem się na pięcie i chciałem wychodzić, ale Iwona przytrzymała mnie za ramię. - Czekaj. Chcę się czegoś napić. - Czego? Coli? - Chociażby. Suszy mnie po tym wińsku. Usiedliśmy przy stoliku w klimatyzowanej sali i zamówiliśmy dwie cole. Było całkiem nieźle, chłodno i w ogóle, ale cola smakowała jak szczyny. Szybko opróżniłem butelkę i nie poczułem żadnej ulgi. Potem siedziałem, myślałem o piwie i patrzyłem, jak Iwona certoli się ze swoją. Sala była pusta, wszyscy w mieście pewnie spali. Spojrzałem na sufit, ale nie było tam wielkiego, obracającego się wiatraka, takiego jak na filmach. Te współczesne klimatyzacje działają jakoś inaczej, elektrycznie, zresztą co mnie to obchodzi. Kelner patrzył na nas drwiącym wzrokiem. Przywołałem go i dałem mu banknot. - Merci – powiedziałem. Gość spojrzał na banknot, zgiął się niemal w pół i wyszeptał nabożnie: - Merci, mon ami. Nie jestem twoim przyjacielem, fiucie. Za szybą z rzadka przejeżdżały samochody, głównie czerwone, zdezelowane taksówki. Iwona patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem. - Idziemy? – spytała. - Czekaj. Jeszcze reszta. - Jaka reszta? Przecież powiedziałeś mu “dziękuję”. - No to co? - To tak jakbyś powiedział: “reszty nie trzeba”. Tak to się rozumie w restauracjach. Jak ktoś mówi przy płaceniu “dziękuję”, to tak, jakby powiedział “reszty nie trzeba”. - Co ty gadasz? - No tak. Nie wiedziałeś o tym? Nie zauważyłeś, jak mu się zaświeciły oczy? Fakt, zaświeciły się. Rozejrzałem się po sali. Kelner ulotnił się jak dżinn z butelki. Pewnie pobiegł zatelefonować do kolegów, żeby się pochwalić, jaki to biały frajer mu się trafił. - Ile mu dałeś? - Nie wiem, chyba z dwadzieścia. - A ile byśmy zapłacili za tę colę? - Jakieś dziesięć. - No to podarowałeś mu dziesięć dirhemów napiwku. - Kurwa mać! Walnąłem pięścią w stół. Nikt się nie zjawił. - Kurwa jebana mać! I co mam teraz zrobić? - Nic. Już po ptakach. - Czekaj, znajdę, go i powiem, że zaszło nieporozumienie. Pewnie jest gdzieś na zapleczu. Chciałem zerwać się z krzesła i biec do niego, ale Iwona mnie powstrzymała. - Daj spokój. - Dlaczego? To dziesięć dirhemów! - Trudno. Po prostu byłeś hojny. Wpadłem w furię. - Jezu, ale ze mnie palant! Nie chciałem mu dawać dziesięciu dirhemów napiwku! Przecież nie mamy kasy! - Przestań, nic się nie stało. Na drugi raz będziesz pamiętał. - A może jednak z nim pogadam. Wyjdę na idiotę, ale przynajmniej odzyskam forsę. Szlag mnie trafia, jak pomyślę, jaki jestem głupi. To było niechcący, naprawdę. Wierzysz mi? Patrzyła na mnie nieruchomym wzrokiem. - Proszę cię, uspokój się. Powkurzałem się jeszcze trochę, a potem poszliśmy. Kelner już się nie pojawił. Lepszy cwaniak. Znów zanurzyliśmy się w gorącą zupę na zewnątrz. Ciągle byłem nabuzowany. Czułem, że zrobiłem z siebie idiotę, a tego nie lubiłem. Zwłaszcza przy żonie. Milczeliśmy, nie chciało nam się gadać. Nie przeszliśmy jeszcze nawet jednej piątej drogi, a mnie już się wydawało, że za chwilę uświerknę z gorąca. Cholerna ibn Aisza. Dlaczego to musi być tak daleko? No, była krótsza droga, przez medinę, ale za żadne skarby nie chcieliśmy się w nią zagłębiać. Istny labirynt. Wczoraj zgubiliśmy się tam po kwadransie. Po prostu utknęliśmy. W końcu trzeba było dać jakiemuś obesrańcowi 20 dirhemów, żeby nas stamtąd wyprowadził. I jeszcze się targował. Ta dziwna nazwa. Rue ibn Aicha. Chodziło o jakąś kobietę? Bo Aisza to chyba żeńskie imię. Słyszałem je w takim kawałku: Aisza, Aisza, ecoute moi... Jakiś Algierczyk to zdaje się śpiewał, ale po francusku. Khaled, czy jakoś tak. Szliśmy i szliśmy, było mi coraz bardziej gorąco. Znowu nie wziąłem niczego na głowę. Z nudów zacząłem sobie wyobrażać tę Aiszę. Pewnie miała wielkie cycki i tyłek jak stodoła. Wszystkie tutejsze kobiety miały takie tyłki. Mijały nas obojętnie, wyniosłe i milczące, zawinięte w te swoje szaty. Sunęły niczym wieże oblężnicze. No i te wielkie, podkreślone czernidłem oczy patrzące na mnie zza czarczafów. Jak z opowieści Szeherezady. Wieczorami Aisza pewnie zrzuca z siebie wszystkie suknie i wykonuje taniec brzucha w jakimś lokalu, może nawet w jednym z tych dyskretnych nocnych klubów, których mijaliśmy coraz więcej w miarę, jak zagłębialiśmy się w Nowe Miasto. Tak, kluby, kasyna, ekskluzywne bary, drogie, hotelowe restauracje. Powciskane w zaułki, poukrywane w podwórkach, z nie rzucającymi się w oczy szyldami, pozbawione okien. Co się kryje się za ich zamkniętymi drzwiami z wielkimi judaszami? Pewnie morze alkoholu, wszystkie alkohole świata, czego tylko dusza zapragnie. Tak przynajmniej napisali w przewodniku. I mają gdzieś, że nas na to nie stać. A w którymś z klubów ogłoszenie: dziś wieczorem wystąpi słynna tancerka egzotyczna ibn Aisza. Biodra opasuje jej srebrny łańcuszek i nie ma na sobie nic, absolutnie nic więcej. Je skóra jest oliwkowa i pachnie piżmem, cynamonem, przyprawami, olejem sandałowym. Czy raczej pachniała, bo skoro nazwali ulicę jej imieniem to pewnie od dawna nie żyła i teraz co najwyżej cuchnęła. Albo w ogóle już nie wydawała żadnej woni. Zresztą nie wiem, może w tej nazwie nie chodziło o żadna kobietę, może tu było grane zupełnie co innego? - Aisza, Aisza, ecoute moi... – zanuciłem. Któraś z mijających nas wież oblężniczych obróciła się w moją stronę i strzeliła oczami. A może mi się tylko zdawało. A potem na przeszkodzie stanęła nam wielka, kilkupasmowa ulica, szeroka jak rzeka. Po…