Akcja · 15 min czytania
Ulice Calleh
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Urodziłem się w mieście pozostałościach czegoś co ludzie dawniej nazywali Paryżem. Podobno była to kiedyś stolica wielkiego państwa, w każdym razie nie jest to teraz ważne. To co z niego pozostało to jedna wielka kupa gruzów i ta wielka metalowa antena niewiadomego przeznaczenia. Nigdy nie interesowałem się za bardzo dawnymi losami ludzkości, nie należałem do grona fanatyków rozpamiętujących to, że Ziemia kiedyś była pięknym miejscem. Dla mnie liczyła się rzeczywistość, czyli jeden wielki zanieczyszczony śmietnik. Moi opiekunowie podzielali w moje zdanie w tej kwestii, dlatego też szybko wyjechaliśmy do ostatniej ostoi cywilizacji Calleh, miejsca w którym mieliśmy rozpocząć nowe życie - lepsze życie. Tak się przynajmniej nam wydawało. Na moje nieszczęście opiekunowie wkrótce po naszym przybyciu do Calleh, zmarli z powodu wyższego niż gdzie indziej poziomu zanieczyszczeń. Tak oto w wieku piętnastu lat pozostałem sam na tym ziemskim padole, bez możliwości utrzymania się.
***
-Kaleb! Chodź tutaj szybko - zawołała mnie właścicielka najsłodszego głosu pod słońcem. -Już idę - odsapnąłem zdyszany po biegu - Mam tylko tyle - powiedziałem wyciągając z kieszeni garść miedziaków i zepsuty srebrny zegarek. -Mało - powiedziała skrzywiona - Zwijamy się stąd zanim nas ktoś zauważy. -Racja - powiedziałem dysząc jeszcze, po czym wszedłem za nią do starego magazynu zamykając za sobą klapę. Nie mając innego pomysłu na życie zostałem złodziejem, a że nie szło mi w tym najlepiej pewnego razu wpadłem w niezłe tarapaty, z który wyciągnęła mnie Sara - piękna brunetka, z która właśnie rozmawiałem. To ona nauczyła mnie wszystkiego na temat przeżycia w tym opuszczonym przez boga mieście. Nie wiem jak potoczyłyby się moje losy bez niej. W każdym bądź razie od tamtego czasu trzymaliśmy się razem, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a może nawet czym więcej. Miałem przynajmniej nadzieje, że kiedyś będę mógł zakończyć taki tryb życia i zacząć zarabiać jak normalni ludzie, choć wątpiłem czy miałem na to jakiekolwiek szanse. Sara zawszę powtarzała, że trzeba być dobrej nadziei. Była niepoprawną marzycielką potrafiła godzinami mówić o tym jakie ona będzie kiedyś prowadziła życie, nie podzielałem jej zdania, ale bardzo lubiłem słuchać jej opowieści. Nie wiem czemu, może dlatego, że dodawały mi one otuchy w tych trudnych czasach i chociaż cień nadziei. Myślę, że ona o tym wiedziała, dlatego tyle mi o tym mówiła. Wspaniała z niej była dziewczyna. -Co tak stoisz jak ten słup - powiedziała w moim kierunku - obiad sam się nie zrobi. -Wiem, wiem - powiedziałem drapiąc się po głowie, mimo jej zalet nie potrafiła kompletnie gotować, dlatego ja musiałem się tym zajmować - Już idę. -Rozpalę piec. -Dobrze. Zacząłem obierać cebulę i przebierać w resztkach jakie udało mi się dzisiaj zdobyć na targu za marne grosze, którymi dysponowaliśmy. Nie było to może najsmaczniejsza rzecz jaką jadłem w swoim życiu, ale przynajmniej dostarczała wystarczającej ilości energii na cały dzień,a to było najważniejsze. Zresztą w tej części miasta ludzie tylko od święta mogli pozwolić sobie na coś innego. -Ej pośpiesz się z tym piecem, bo musimy to jeszcze ugotować - krzyknąłem w jej kierunku. -Jak jesteś taki cwany to sam spróbuj rozpalić coś tymi śmieciami - odpowiedziała oburzona, jak zwykle robiąc przy tym swoją słodką minę. -Daj mi to - powiedziałem i zacząłem grzebać się w śmieciach, ale po chwili rzuciłem wszystko w cholerę - dobra masz rację. Dzisiaj jemy na zimno. Nie lubiłem zimnych posiłków, ale dziewczyna niestety miała racje, tymi śmieciami nie dało się nic rozpalić. Nie mogliśmy sobie jednak pozwolić na wybrzydzanie, dlatego z uśmiechami na twarzy zjedliśmy wszystko udając przy tym, że nam smakuje. Przez resztę dnia nie wychodziliśmy już z magazynu i tylko przez zasmolone okno obserwowaliśmy zachód słońca za zieloną smugą otaczającą miasto. To był męczący dzień, dlatego też szybko usnęliśmy.
***
Część 22 / 2
W środku nocy obudziły mnie dziwne hałasy, nie przejmowałem się tym zbytnio, bo działo się to dosyć często, na wszelki wypadek postanowiłem jednak to sprawdzić, bo nie należało niczego lekceważyć. Jednego dnia można było obudzić się bez całego dobytku. Chwyciłem ręką wcześniej przygotowaną na taką okazję rurę, po czym zszedłem tak cicho jak to tylko możliwe na dolny poziom. Rozejrzałem się się powoli dookoła i przeszedłem się jeszcze chwilę zaglądając po zakamarkach, żeby sprawdzić czy nikt tam się przypadkiem nie schował. Gdy już miałem zamiar wraca na górę położyć się dalej spać zauważyłem czających się za oknem gwardzistów, pobiegłem szybko na górę z zamiarem obudzenia Sary, ale oni już tam byli i zakuwali ją właśnie w kajdanki, ci na dole widząc moją nagła akcje również wkroczyli szybko do budynku. Spanikowałem nie wiedziałem co robić, serce waliło mi tak jakby miało zaraz wyskoczyć z klatki piersiowej. -Tylko spokojnie młody człowieku - powiedział jeden z nich - nie opieraj się, a będziemy delikatnie. -Akurat! - odkrzyknąłem. Już ja dobrze wiedziałem co oni robią z takimi jak ja i Sara. Nie było czasu do stracenia, trzeba było się ratować, tylko jak? W akcie desperacji pobiegłem stronę najmizerniej wyglądającego gwardzisty, która na całe szczęście stał przy oknie i rzuciłem się na niego przez co obaj wypadliśmy przez okno. Na całe szczęście jego ciało zamortyzowało mój upadek to też szybko się podniosłem i zacząłem biegnąć co sił w nogach, a w tym byłem naprawdę dobry. Lata praktyki w uciekaniu i dobra znajomość terenu pozwoliła mi się szybko ulotnić z miejsca zagrożenia. Znalazłem się w jakimś bliżej nie określonym budynku, ale było tutaj przynajmniej ciepło. Ja byłem bezpieczny, przynajmniej na razie, ale nie mogłem powiedzieć tego o Sarze. Przez całą noc miałem wyrzuty sumienia, że zamiast jej ratować uciekłem ja tchórz zostawiając ją samą na pastwę losu.
***
-Hej stary! - ktoś zaczął mną potrząsać - To moje miejsce! Wstawaj! Moim oczą ukazał się brodaty schorowany starzec, który najwyraźniej miał do mnie pretensje o to, że przespałem tam gdzie on zwykł to robić. Jako, że był już ranek postanowiłem, że nie będę się z nim o to kłócił. -Dobrze, dobrze bez nerwów. Nie wiedziałem o tym - odpowiedziałem wstając. -Nic nie szkodzi i tak dzisiaj nie spałem - uśmiechnął się delikatnie przegryzając krakersa - Zresztą rzadko mam tutaj gości. Czasem miło jest się do kogoś odezwać. -Domyślam się. -Co cię tutaj sprowadza. -Nic takiego, musiałem gdzieś przenocować. -Wyglądasz na zmartwionego - podrapał się po brodzie, po czym dodał - może jednak powiesz mi co cię gnębi. -No dobrze - rzekłem i opowiedziałem mu co się zdarzyło wczorajszej nocy. Przyznam szczerze, że nawet mi trochę po tym wszystkim ulżyło jak już się wygadałem. Jeszcze przez chwilę razem rozmawialiśmy na ten temat. Podczas tej rozmowy postanowiłem, że uratuje Sarę za wszelką cenę, chociaż jeszcze nie wiedziałem jak. W każdym razie musiałem to zrobić dla niej i też dla siebie, bo nie mogłem żyć ze świadomością, że jej nie pomogłem. Przez kilka dni pałętałem się po mieście szukając informacji na temat…