Przygoda · 2 godz. 12 min czytania
ULICZNY SKWAR
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
1.
To był zwykły sześciopiętrowy budynek. Zaczynając od parteru zamieszkiwały go pracownicze rodziny umieszczonego naprzeciw zakładu produkującego pacynki. Na parterze zwykli pracownicy, na pierwszym pietrze załoga techniczna, na drugim modelarze, pużniej załoga ceramiczna, krawcowe, malarze i tak do pietra szóstego, które zostawało puste. wszyscy byli życzliwi. ja stałem na górze. patrzyłem się w dół.Moje stopy ułożone na papierowym gzymsie odłamywały resztki piaskowego tynku. Było ciepło.W powietrzu słychać było ptasi śpiew.Wtopione w smolistą papę gołębie pióra dawały o tym znać. Moje oczy wpatrzone w niebieskie niebo błagały o sen. Nikt mnie nie widział, nikt mnie nie słyszał, choć stałem na dachu budynku, gdzie miał mieścić się mój dom. Wiał ciepły wiatr, a ja patrzyłem się w dół. Me łzy spadając ku ziemi nabierały ziemistych kolorów, tylko po to, by z całym swym życiem roztrzaskać się o betonowy chodnik. W mojej duszy grała muzyka. Najpiękniejszy celtycki sonet poprzeplatany grą słów. Płakałem ze szczęścia. Moje policzki zmazane łzami szczęścia tęskniły za życiem. odwróciłem się. Spojrzałem głęboko w swe oczy i poznałem swe życie. to był mój wybór, mój los, moje życie. Rozłożyłem swe ręce, odchyliłem się do tyłu, leciałem w dół. Nie czułem już nic.
2.
Najbardziej kochałem moją dziewczynę. Zawsze pragnąłem być blisko niej. I nawet gdy szczerze płaczę, wiem że to właśnie u jej boku najbardziej chciałem być. Dawała mi dużo szczęścia , dużo energii, to właśnie z nią chciałem dzielić swój los.
3.
W moim niebie było niebiesko. był to najpiękniejszy błękit mojego życia. Były to długie mażniecia platynowym pędzlem. Niebieskie smugi powolnie płynące po nieskończonej kartce papieru. w moim niebie latały łabędzie. najpiękniejsze z ziemskich ptaków, w moim niebie... W moim niebie ludzie puszczali latawce. Unoszące się na delikatnym wietrze wzorzyste arkusze papieru przymocowane malutkimi gwózdkami do drewnianych konstrukcji beztrosko unosiły się na wietrze. w moim niebie...- nie czułem już głodu, nie czułem już strachu, nie czułem już smutku. W moim niebie nie było podziałów, nie było oszustwa, kłamstwa, zawiści. Byłem tylko ja, ten błękit i te piękne, puszczane przez ludzi latawce.
4.
Przy betonowym chodniku, przy tym samym na który minutę temu kapały me łzy pierwsza znalazła się mała dziewczynka. Nie wiedziała kim jestem, nie znała mnie, nie wiedziała że ja już nie żyje, nie wiedziała, że kwiatek, przepiękna stokrotka opadająca z wianka okalającego piękne, długie włosy wprost na moje ciało będzie moim największym pragnieniem, by powrócić na ziemię. Jako druga podbiegła kasztanowłosa dorosła kobieta. Ona w odróżnieniu od dziewczynki wiedziała, że mój lot był moim ostatnim upragniony spełnieniem. potem zaczęli zbiegać się kolejni przechodni. Z oddali słychać było wyjące syreny nadjeżdżającej karetki pogotowia. Z okien budynku powychodzili obcy ludzie, ktoś wzywał pomocy. Ja już widziałem to ... widziałem to z góry.
5.
Cały budynek wyglądał przez okna. Na betonowym chodniku stała masa przechodniów. Wszyscy wpatrzeni w moje ciało. Było tłoczno. Tak tłoczno, że sanitariusze ledwo co znajdowali skrawki miejsca by próbować powrócić mą duszę. Nie wiedzieli że ja już jestem u pana boga, u mojego stwórcy. Jestem tylko ja i on i moja piękna, przepiękna śnieżnobiała stokrotka.
6.
Wiał mocny wiatr. Za oknami ,przysłonięte drzewami latarnie dawały mgliste światło, które wpadało do mojego pokoju. siedziałem skulony przy ścianie starając się przywracać swe szczęście. było już póżno. Moja mocno wystudzona herbatą leżała koło mnie, a ja wpatrzony w nią swymi płaczliwymi oczkami. Przywracałem swe dawne wspomnienia.
7.
Sanitariusze szybko wybiegli z ambulansu biorąc ze sobą cały potrzebny do ratowania ludzkiego życia sprzęt.Ludzie nie dawali im przejść. Było głośno i gwarno. Ktoś zabrał stojącą małą dziewczynkę. Wyciągnął ją z tłumu. Zakrył jej oczy. Nie chciał żeby patrzyła. Jeden z sanitariuszy położył mi dwa palce na szyi. Sprawdzał tętno. Nie dawałem znaku życia. Drugi sanitariusz, jego kolega wyjął respirator. Rozpoczęła się reanimacja, walka o życie, ja jednak miałem już na zawsze opuszczone powieki . Nie dawałem już znaków życia.
8.
Na samym początku marzyłem o mojej miłości. wpatrzony w tańczące na ścianie odbicia nocnych gałęzi szukałem swej duszy. Było ciemno i pusto. słychać było tylko szum wiatru. Płakałem. Tęskniłem za moja dziewczyną z którą się rozstałem, za łąką ,za latem, za ciepłem. Widziałem ją i siebie tańczących w miłości, na łące na niebie. Widziałem jej piękne niebieskie spojrzenie, jej uśmiech, jej szczęście. pełno było kwiatów. Wiał wiatr, ciepły miły, przyjemny. owiewał naszą radość, tą miłość, pragnienie. Szum zielonych drzew grał nam do koloru ptaków, które latały nad nami - do małych skowronków . latały motyle. wirując na niebie dawały nam szczęście . mi i jej, tej mojej przepięknej dziewczynie. a ja wpatrzony w moje i w jej oczy w te nasze przepiękne, błękitne spojrzenie.
9.
Mijały sekundy, długie minuty.Zrobiło się cicho. Sanitariusze po mało tracili nadzieje. Me serce wciąż stało, kości pogruchotane .Jeszcze jedno spojrzenie i koniec. Szaleniec nie żyje. Ktoś z tłumu zasmutniał. Świat się zatrzymał. Poleciała łza smutku, ktoś mocno zapłakał, następnie druga i trzecia osoba. Ludzie zaczęli odchodzić. Zostali tylko sanitariusze, ja , betonowy chodnik i ona, ta mała dziewczynka z moim mażeńczym bukietem ze stokrotek.
10.
Kochaliśmy się bardzo. Ja i ona, ta moja przepiękna dziewczyna. Zawsze lubieliśmy obdarowywać się spojrzeniami. Prowadziliśmy normalne, spokojne życie. Oboje pracowaliśmy. Ja w zakładzie stolarskim, ona w zakładzie kosmetyczno-fryzjerskim. Była w tym naprawdę dobra.Ludzie lubili do niej przychodzić.Wiedzieli, ze była moja najfajniejszą dziewczyną. Oboje razem zajmowaliśmy się domem, razem robiliśmy posiłki, razem chodziliśmy na długie wieczorne, letnie spacery. Wszystko razem.Zazdrośnicy mówili ze jesteśmy jak papużki nierozłączki. Byliśmy w sobie tak mocno zakochani. My błękitnoocy po uszy w sobie zauroczeni.
11.
W moim niebie, na tej mojej niebieskiej kartce papieru wszystko było szczęśliwe. Drzewa, woda, łabędzie. Wszyscy żyli beztrosko, nie marząc, nie myśląc o niczym , bez żadnych problemów. Jedni siedzieli na ławkach, drudzy chodzili po plaży. wszędzie wciąż grała muzyka. Wszędzie przepiękne brzmienie muzyki.. w moim niebie spotkałem nieżyjącego od niedawna własnego ja.
12.
Sanitariusze zwijali rozłożony jeszcze niedawno sprzęt. Kierowca przez krótkofalówkę powiadamiał o śmierci młodego samobójcy.Na miejsce została wezwana straż pożarna i jednostka policji. Razem dyskutowali na temat próby pozbawienia życia. próby...udanej. Strażacy chodzili po dachu sprawdzając jak mogłem się na niego dostać, natomiast inspektorzy robili mi zdjęcia. Pozostała po mnie grupa gapiów i garstka ludzi szepczących coś miedzy sobą. Była godzina 14:20. Zza zakrętu wyłonił się długi , czarny samochód. Podjechał pod miejsce zdarzenia. Zatrzymał się, zgasł. To była karawana, karawana , która już była na miejscu.
13.
Spadając w dół, wzdłuż okien widziałem powystawiane po sobie łzy szczęścia. Łzy, które pozostały na gzymsie sześciopiętrowego budynku. Spadając w dół patrzyłem na niebo , na ptaki, na słońce. Widziałem jak promienie przeszywają moje smutne żrenice rozszerzając je do maksymalnych granic smutku.. Spadając w dół płakałem. Płakałem jak dziecko, gdyż chciałem jak najbardziej wykorzystać mój ostatni dany mi czas. Spadając w dół słyszałem rozmowy przechodniów i stukot maszyn w pacynkowym zakładzie. Spadając w dół czułem smak życia, życia , które nie było mi dane tego pięknego, słonecznego , czwartkowego dnia.
14.
Sanitariusze zapakowali mnie do plastikowego worka. Gdy zasuwali zamek jeden z nich otarł mi z twarzy ostudzone już rozgrzane życiem łzy. policjanci zrobili ostatnie zdjęcia. Zamek się zasunął i na ulicy została tylko mała dziewczynka, ślad białej kredy, potok zastygniętych po mnie łez.
15.
Skończyła się noc. Byłem bardzo zmęczony. Wiatr ustał , zniknęły cienie. rozpoczął się dzień. Jak zwykle zacząłem się zajmować codziennymi obowiązkami. Zaparzyłem gorącą, sypaną kawę by otrząsnąć się po nieprzespanym śnie. Nie chciałem. Chciałem dalej siedzieć oparty o podrapaną ścianę, chciałem dalej marzyć, chciałem dalej by była noc.
16.
Pamiętam jak kiedyś moja dziewczyna kupiła mi prezent.Tak bez żadnej okazji. był to piękny, brązowy, pluszowy miś. Było to jakoś po południu, gdy wracałem do domu z mojego zakładu. Był to bodajrze wtorek,godzina gdzieś okolo15:20. Otworzyłem kluczem drzwi i wszedłem do przedpokoju, gdzie zdjąłem buty. Następnie wszedłem do pokoju gościnnego gdzie zauważyłem niewielkich rozmiarów pudełko obwinięte grubym , plecionym sznurkiem. Podszedłem do niego i zauważyłem przyczepioną czerwoną karteczkę z wydrukowanym moim imieniem. Ucieszyłem się bardzo. I wtedy gdy chciałem rozpakować pudełko w drzwiach ukazała się moja ukochana. gdy powiedziała , że ów pudełko jest dla mnie strasznie się zaczerwieniłem. Nie wiedziałem co powiedzieć. Dostałem prezent od mojej ukochanej.Od mojej, mojej ukochanej dziewczyny. Pluszowego misia o brązowych guziczkowych oczkach.
17. Dziewczynka z wiankiem we włosach wciąż stała. Stała sama, samotna. Jej lokowane kręcone, blond włosy latały na wietrze, tak samo jak jej biało-niebieska sukienka. Nikt na nią nie zwracał uwagi, nie podał jej nikt ręki, a była tak bardzo samotna. Tylko ona i wianek w milionowym tłumie, znikała., tak samo jak kreda, jak łzy pozostawione po mnie. Te szczątki nadziei, już dawno zadeptane przez miejscowych przechodniów.
18.
W moim niebie nie było granicznych krańców. Nie było też nieskończoności. W moim niebie nie było już wrogów. Wszyscy żyli w miłości harmonii i szczęściu. W moim niebie, w tej mojej niezapomnianej szczęśliwej krainie rzeki płynęły powoli. Płynęły, Płynęły unosząc na swych falach łzy szczęścia. W moim niebie wiało ciepłe , przyjemne powietrze. Ciepłe podmuchy wiatru, które zmieniały noc w dzień. W moim niebie wszystko pachniało nadzieją.
19.
Gdy już leżałem nieżywy,był to czas dla mnie , czas dla mego nieśmiertelnego życia.Sekundy zmieniały się w minuty, minuty w tygodnie. Był to mój czas by pożegnać się ze światem.
20.
Karawana jechała bardzo powoli, długo ,ślamazarnie.Stawała na każdym przydrożnym skrzyżowaniu podmiejskich parkingach.Kierowca i jego towarzysz co chwila stawali i wychodzili by zapalić papierosa. Śmiali się i opowiadali sobie dowcipy..Szumiało powietrze, Dudnił warkot mijających nas samochodów. Wszyscy zatrzymywali się i wskazywali na mnie palcem.Wyśmiewali się:- to ten co dziś popełnił samobójstwo. Widziałem to, te szydercze uśmiechy.Prześmiewcze gesty i wytykanie palcami. Ludzie się śmiali a w mojej głowie był ten papierowy gzyms, ten odpadający piaskowy tynk.
21.
Pani Grażyna była pracownikiem zakładu produkującego pacynki.Była zakładowym portierem.Do jej obowiązków należało sprawdzanie czy nikt się nie spóżnia do pracy i czy wszystkie pracownicze karty są dobrze odbite. Miała spięte w kokon włosy była w wieku 44 lat.Na zegarze była godzina 13:50. Pani Grażyna szykowała się do pójścia do domu.Jej zmienniczka była już na dyżurce. Przygotowywała sobie kawę .Ich zmiana miała nastąpić dokładnie o 14:00 Trwało to już dokładnie od 10 lat.Wszyscy bardzo dobrze znali panią Grażynę. Była darzona wielkim szacunkiem. Godzina 13:55 Do pracy zaczęli się schodzić ludzie z drugiej zmiany. W portierni zaczęło przybywać osób zaczęło przybywać też kart,Gdy nagle ktoś zakrzyczał. To pan Zbyszek. Krawcowy. To on jako pierwszy widział mój jedyny udany samobójczy lot.
22.
Mała dziewczynka nie znała mnie, nie wiedziała że czerwony ślad rozpływający się na chodniku to moja krew.Krwawiłem powoli a z oczów , mimo że już nie żyłem wciąż toczyło się moje szklane spojrzenie. Leżałem spokojnie, bez bólu bez krzyku, a ona wciąż się patrzyła. Na moją nieśmiałość, na moja odwagę. na moją śmierć.
Część 22 / 6
23.
Dzień dłużył mi się strasznie.Po dopiciu wystudzonej już kawy zacząłem bezcelowo błąkać się po kwadratowym pokoju. Wyglądałem za okno.Wpatrzony w szklaną szybę wypatrywałem miłości. Stary zegar wiszący na ścianie wciąż cykał. Mijały me marzenia, patrzyłem się pusto.Marzyłem o szczęściu. Wybiła godzina jedenasta a ja wciąż tkwiłem z mym szaleńczym wzrokiem w podwórkowy krajobraz.
24.
Szary budynek. Kostnica. Na zewnątrz dostojnie.Przepięknie zagospodarowany park w którym tkwiły przepiękne konwalie, króciutko przystrzyżona trawa, dwa klomby a w nich pospolite śmierdziuchy. Na lewo od wejścia lawendowe korony, a w nich gniazdo skowronków. Ogrodzenie- Przepiękny żywopłot a przed nim mosiężne ogrodzenie mocno przytwierdzone do betonowych słupów. Furtka- drewniana. Bukowa a na niej pozawieszane miedziane dzwoneczki i jedna grawerowana kołatka. Wszystko to dla nas - pozagrobowych nieboszczyków.
25.
Pamiętam jak ja i moja dziewczyna trzymając się mocno za nasze rozgrzane dłonie wirowaliśmy w koło po łące pełnej kwiatów. To był maj . Tak , słoneczny maj. Złociste słońce ogrzewało nasze spragnione miłości ciała. Wszędzie słychać było śpiew ptaków, szum wody, szelest drzew oraz trzepot latających pięknych motyli. Stanęliśmy. Wpatrzeni w swe przepiękne błękitne spojrzenie, ściskaliśmy się mocno. I tak wtuleni w swe usta żyliśmy rozkoszą. Pamiętam, to był nasz pierwszy pocałunek. Był to nasz niezapomniany smak ust. Miałem wtedy 14 lat , a ona miała na imię Agnieszka.
26.
Do małej dziewczynki podszedł nieznajomy. Miał na głowie głęboki kapelusz i ubrany był w długi brązowy płaszcz z podniesionym do góry kołnierzykiem. Podszedł do małej blond dziewczynki i chwycił ją za rękę. Dziewczynka podała mu swą dłoń. Płakała. Popatrzyła się w jego oczy. Poprosiła by z nią został. Mężczyzna się zgodził. Powiedział że przyszedł specjalnie do niej ,że będzie z nią na zawsze, że nigdy jej nie zostawi nawet dzisiaj w ten bardzo niezwyczajny dzień. W ten dzień , w którym bohaterem jest stary sześciopiętrowy budynek. Zawiał wiatr. Z włosów dziewczynki porwało stokrotkowy wianek. Poleciał wzdłuż okien , wzdłuż dachu, wzdłuż szyb.
27.
Siedziałem na brzegu oceanu, na drewnianym pomoście. Był 28 pażdziernika 1994 roku..Jak na te porę roku było bardzo ciepło i nic nie zapowiadało się, że wkrótce ma się pojawić chłód.: Moje stopy zanurzone były w błękitnej wodzie.W oddali widać było malutkie zagłówki unoszące się poprzez wiatr.Był to przepiękny widok. Trwało to bardzo długo a słonce rozrzażyło swój jesienny blask.. Czułem się dobrze, przyjemnie, beztrosko, niczym małe dziecko.Byłem szczęśliwy.. Ocean był nadzwyczaj spokojny. Malutkie fale rozpryskiwały żółty piasek po nadbrzeżnym wybrzeżu.Patrzyłem się w fale i widziałem tam swoją twarz, swoje usta, swój wzrok- te puste spojrzenie. Zniekształcone zarysy odbite w słonej wodzie oceanu indyjskiego.
28.
Łabędzie latały wysoko.Było ich około trzydziestu. Unosząc się na ciepłych południowych prądach powietrznych szybowały zataczając ogromne okręgi. Doniosłe, smukłe przepiękne stworzenia boskie roznosiły swą radość. Wszędzie słychać było ich godowy śpiew.Wszędzie słychać było trzepot ich śnieżnobiałych skrzydeł. Wszędzie te przepiękne ptaki koiły ludzki znienawidzony przemiennie świat.Jeden, dorosły samiec nagle odłączył się od grupy, przepięknym lotem wzbił się na wyżyny ku błękitowi nieba, ku przeszywających ziemię promieni słonecznych rozpoczynał swój samotny, dziewiczy lot.
29.
Mała dziewczynka i nieznajomy tajemniczy mężczyzna powędrowali wzdłuż betonowego chodnika prowadzącego przez miasto.. szli powoli stawiając malutkie kroki, maszerowali przez świat.milczeli.Nie chcieli wiedzieć dlaczego dzisiaj na dachu budynku zakończyłem swój zamknięty świat.Chcieli zapomnieć. szli i patrzyli. Na te betonowe budynki tworzące miasto.Na ulice na drzewa, na ludzi, lecz wciąż w oczach dziewczynki pojawiał się ten mój papierowy gzyms..Szli bez celu , nie kierowali się niczym. Wędrowali tam gdzie kierował ich wiatr.. Ich oczy wędrowały po popękanych , starych płytach chodnikowych.zdążało się, że czasami ktoś ich mijał, ktoś ich wyprzedzał. Słychać było samochodowy warkot silników samochodowych. Dzwonki rowerzystów, miejski tłok., stanęli na czerwonym świetle na skrzyżowaniu, auta ruszyły, znów zawiał wiatr.
30.
Karawana podjechała od tylu budynku. Kierowca zgasił silnik. Otworzyły się drzwi.pasażer i kierowca wysiedli oboje.Prowadzili miedzy sobą dalszą rozmowę.Jakaś tam pogawędka na temat wczorajszego dnia. Kostnica odmiennie od wejścia, od zaplecza nie wyglądała już tak pięknie. Była bardziej zaniedbana, wszędzie walały się śmieci podziurawiony asfalt nie przystrzyzony trawnik, brak śmietnika, brud.Na ścianach widać było odlatujące kawałki tynku, brudne zakurzone szyby. Koło ściany, w miejscu gdzie kończyła się ściana budynku a zaczynała się pordzewiała oddzielające ulice od zaplecza siatka stała wysłużona miotła do zamiatania. Koło krawężników i w gęsto zarośniętych trawach plątały się zeszłoroczne liście. Nikt ich nie zbierał, nikt o to nie dbał, wszędzie widać było smutek, rozpacz i żal.
31.
Oderwałem wzrok od szyby. postanowiłem wyjść. Pobłąkać się. Nie miałem konkretnego celu. Byle tylko iść do przodu przez życie.Na zewnątrz było dość pogodnie więc nie zakładałem kurtki.Wybrałem drogę przez leśne ścieżki. Niebieski szlak, niebieska droga.. Szedłem powoli. Wpatrzony w korony drzew, w parkową zieleń myślałem o życiu. Byłem samotny bez bratniej duszy. Samotny, samotny jak cień.
32.
Pochowali mnie głęboko pod ziemią..W głębokiej trumnie. Dół miał wymiary: 2000na 700 cm.Ziemia była koloru brunatnego. Ceglane złoża gliny i granitowe skały. Ściany grobu były równo ścięte, natomiast podłoże posypane odłamkami granitu.. Fachowa solidna robota.Na nasypanej wierzchniej kupie ziemi kolorowe bukiety poprzeplatane czarno-białymi wstęgami. Z nieba padał deszcz. Przepiękne przezroczyste krople spadały na foliowe opakowania kwiatów. Był to przepiękny widok. Na jednym z tulipanów pełzała glista. wszyscy odeszli , zostałem już sam.
33.
W moim niebie płacz zamieniał się w szczęście. W moim niebie czarno-białe barwy układały się w kolorowe wzory.W moim niebie smutek przelewał się szczęściem. W moim niebie pozostał ślad. Przepiękny łabędzi lot.
34.
To był lipiec 2006 roku.Wakacje w jurze krakowsko- częstochowskiej. Moje pierwsze samotne wakacje.Bilet ważny do końca listopada. znaczona nazwiskiem rezerwacja. Ostatnie gwizdnięcie konduktora i jestem już w trasie. Wpatrzony w przedziałowe okno przemierzałem polski krajobraz..Byłem zadowolony byłem szczęśliwy , byłem już tam.Siedziałem w zatłoczonym przedziale, lecz nikt nie zabierał mi tego mojego szczęścia. nikt się nie kłócił. Nikt nie mówił nie.Trasa trwała niecałe cztery godziny. Ostatnia stacja, ostatni peron i już jetem na miejscu. Jeszcze ostatnia podroż pks i jestem jestem już tam.
35.
Światło zielone. poszli. Ona, mała niewinna dziewczynka i on, jej niestworzony anioł stróż. Przeszli przez oznaczone miejsce, przez pasy i powędrowali wzdłuż zatłoczonej alei zwycięstwa, która była najlepszym miejscem na popołudniowy spacer .Równo ułożony brukowy chodnik i latarniana noc znakomicie działały na ludzkie zmysły.szli właśnie tam , gdzie nie jeden człowiek oddawał się swym emocją.
36.
Szurałem butami po liściach. Patrzyłem się jak unosząc się pod mym dmuchnięciem przesuwały cały świat. W koronach drzew słychać było szum pracowitych pszczół. Szum, który łagodnie koił mój strach. Szedłem powoli, a liście leciały. Schyliłem się i podniosłem jednego. Potem drugi i trzeci i trzymałem już ich całą garść. Piękne zielone, zielone podmuchy miłości. Prosiły o sen. Ja szedłem dalej, ku wodzie, ku wodzie którym był strumyk. Kucnąłem, uklęknąłem i położyłem na wodę jednego liścia . Odpłynął w dal. Potem drugi, trzeci i już płynął cały las.. Przeszedłem po kładce i obserwowałem jak liście płyną. Jeden zatrzymał się na jakimś wystającym korzeniu, drugi utonął. Przybliżyłem się i widziałem jak miękko, jak lekko opadł na dno. Widziałem ten płynący las. Jak stałem tak widziałem , jak widziałem tak stałem a las, ta moja garść liści podpłynęła częściowo wzdłuż fal. Poszedłem wzdłuż nich. Poszedłem w ostatnią podróż po to by pozostawić po sobie błotnisty foremny ślad.
37.
Moja dziewczyna bardzo mnie kochała, wiedziała kiedy jest mój dół. Broniła mnie przed nim. Chroniła przed złowieszczym natręctwem. Gdy widziała złe ludzkie spojrzenie kazała mocno chwycić się za rękę. Zawsze gdy ktoś z przechodzących wygarniał do mnie swój złowieszczy wzrok. Potem mówiła żebym zapomniał, że to człowiek, zły człowiek, że ja nie potrzebuję przecież jego zła.
38.
Po pół godziny szukania odnalazłem swoje obozowisko. Było to niewielkie pole namiotowe z zamieszczoną z boku toaletą i prysznicami i z drugiej strony kuchenką i i miejscem na grilla lub ognisko. Rozpakowałem bagaże i zabrałem się do rozkładania namiotu. Nie chciało mi się, lecz było to konieczne, gdyż za drzewami widać było nadciągające chmury. Zabrałem się do roboty. Najpierw konstrukcja, tropik, przeciwdeszczowa narzuta i namiot już stał. Byłem zadowolony, że mam już za sobą ten pracowity czas.
39.
W podmiejskim parku dochodził już zmrok. Mężczyzna z dziewczynką wędrowali powoli odciskając na bruku swoje nowo narodzone ślady.. zabłysły latarnie. Rozpoczął się czar, rozbłysły świetlane świetliki.Na niebie zabłysła jedna z miliardów gwiazd.Dziewczynka pociągnęła energicznie mężczyznę na rękę. Powiedziała, aby wypowiedział życzenie. ON jednak milczał.To nie była jego gwiazdka, to nie był jego życzeniowy czar.. Nie powiedział jej jednak tego. Nie chciał jej zranić. Chciał by w jej oczach nadal pozostał jej czar.
40.
Było gdzieś około południa. Postanowiłem, że pójdę do domu i przyrządzę sobie coś do jedzenia, gdyż czułem jak dokucza mi głód. Wyruszyłem więc w drogę powrotną. Nie patrzyłem pod nogi. Szedłem średnim krokiem. Nie zatrzymywałem się już, mimo że serce tego chciało. Chciało jeszcze chwilę pożyć tymi małymi odłamkami życia. Jeszcze chwilę pooddychać tymi małymi odłamkami życia. Jeszcze chwile nacieszyć się tymi dżwięcznie rozbrzmiewającymi się trzepotami czarno-żółtych pszczół.
41.
W moim niebie wszystko wydawało się być doskonałe. Wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Ludzie, asymetryczne postacie wydawali się być idealnymi postaciami. Ludzie ideały. Z ich oczów wydobywał się blask, tęsknota, nadzieja. Poruszali się wolno, lekko, swobodnie. Bez żadnych strapień, bez żadnych kłopotów. Idealne życie pozagrobowe. Idealne, idealne niedowierzanie.
42.
Agnieszka patrzyła mi głęboko w oczy. Ja odwzajemniałem jej to spojrzenie.Była to cudowna, piękna głębia spojrzenia. Czułem się wspaniale, czułem się szczęśliwie. Patrzyła na mnie z wiara, z nadzieja. Powiedziała żebym nie płakał, gdyż zauważyła, iż z serca toczyły mi się łzy. Z serca, przez oczy, z miłości. Wyciągnęła dłoń w moim kierunku i otarła mi oczy, przyjemnie mrugnęła, szczęśliwie, powoli. Ja zalałem się łzami. Agnieszka widziała ocean mych łez. Prosiła bym przestał, mówiła , że bardzo ją to boli. Bardzo okropnie. Zamknąłem oczy , nie chciałem widzieć tego bólu. Ściskałem i czułem jak pod zamkniętymi powiekami zbiera się morze, morze mego życia. Przestałem. Zabrakło mi łez.
43.
Me ciało leżało nieruchomo, spokojnie. Grabarze wysłużonymi łopatami usypywali mi grób.Słychać było grany dla mnie pożegnalny koncert. W trumnie było ciemno i chłodno. Ubrany byłem w białą, dokładnie wyprasowaną koszulę. Guziki miałem starannie pozapinane. Niżej czarne , garniturowe spodnie, świeżo napastowane buty. Wszystko to dla mnie, dla młodzieńczego chłopaka, wariata, szaleńca. Moje powieki szczelnie chroniły me niewidome spojrzenie. Me usta zamknięte, poważne, pokazywały mój niedoszły żal. Wszystko to dla mnie, dla samotnie pozostawionego półtorej metra pod ziemią. I zostałem tylko ja sam, z modlitewnie ułożonymi rękami w których trzymałem moją małą usychającą, śnieżnobiałą stokrotkę.
Część 33 / 6
44.
Po chwili namysłu postanowiłem pochodzić troszkę po obozowisku. Zrobiłem wiec pierwszy krok.Rozglądałem się wokoło. Wszędzie kempingi, namioty i mały oszklony kiosk z mapami i pamiątkami. Postanowiłem tam iść. Nie było kolejki więc chwilę potem, bezproblemowo znalazłem się pod okienkiem kiosku. Pani sprzedawczyni była to tęga starsza kobieta z założonymi na nosie okularami. Czytała gazetę. Rozglądnąłem się wkoło, lecz nie było nikogo. Schyliłem się tak żeby mieć okienko przed oczami i zapytałem się o mapy. Oczywiście były jedne bardziej, drugie mniej dokładne. Wybrałem jedną z tych bardziej opisanych po czym zapłaciłem i pożegnałem panią w okienku. Rozpakowałem mapę z foliowego opakowania, otworzyłem, po czym wybrałem czerwony szlak. Chmury na niebie nieoczekiwanie rozeszły się.
45.
Mała dziewczynka z nieznajomym mężczyzną usiedli na parkowej ławce. Była to długa drewniana ławka umieszczona na metalowych , ręcznie zdobionych stelażach , które przypominały starożytne dzieło. Przepiękne wzory gronowych kiści na końcach których przymocowane były miedziane głowy lwów. Siedzieli. Nieustannie płynął czas.Oboje wpatrzeni byli w znajdujący się na drugim końcu brukowego chodnika staw. Na pływające łabędzie. Na latające ważki, na kaczki , które oświetlone światłem nocnych latarni przepięknie błyszczały.W dziewczęce włosy wdarł się wiatr. Oboje nie mówili nic; wpatrzeni w wodną taflę marzyli.Marzyli o miłości, radości, o szczęściu. Dookoła było pusto. Tylko oni, przechodzień z kundelkiem i wieczorny, doskonale oddający swoje piękno miejski park.
46.
Wyszedłem z lasu i dostałem się na asfaltową drogę. Przyspieszyłem kroku. Głód był coraz silniejszy. W głowie tylko jedna myśl: kiedy będzie w końcu ten cholerny dom.
47.
Po moim upadku nie było już śladu.Wiatr rozmył resztki mojego wyboru, mojego skoku, mojego życia. Ludzie już dawno się rozeszli, wszyscy zapomnieli o mojej śmierci , o mnie , o moim ja.
48.
Jesienny liść opadał powoli. Był koloru żółto- zielonego. Zabarwiony w świecie kolorowych barw.Opadał spokojnie. Obracał się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Wirował dookoła. Opadał w dół, zataczał ogromne kręgi.Poprzyszywany promieniami jesiennego słońca leciał ku ziemi. Czuł wolność, czół radość, był przepełniony radością, był wolny. Mógł przeszybować cały świat. Mógł zdobyć pustynne powierzchnie, azjatyckie stepowe przestrzenie. Mógł, lecz nie natrafił w swym życiu na ciepłe prądy powietrzne. Upadł na ziemię. Był mocno przez ludzi zadeptany. To była jego ostatnia nadzieja, ostatnia nadzieja na wzlot.
49.
Moja dziewczyna kochała mnie bardzo. Zawsze mogłem leżeć na jej ciele z głową na jej brzuszku. Ona wiedziała że to mi pomaga. Głaskała mnie po mojej schorowanej głowie. Zawsze dziękowałem jej za to. Zawsze , zawsze leciały mi wtedy łzy. Agnieszka widząc to brała chusteczkę i delikatnie wycierała moje spłakane oczka. Ja jej wtedy mówiłem, że już nie chcę żyć , że się wypalam, że nie wiem, ale że kiedyś to zrobię a ona odpowiadała mi że kocha mnie za tą szczerość mimo ,że w to nie wierzyła, mówiła że wie, że ja chcę już odejść.
50.
Wybrałem czerwony szlak. szlak samobójców. Ludzi nieszczęśliwie zakochanych. Zakochanych z miłości , zakochanych ze szczęścia. Gdzieś w górze przelatywał jakiś ptak.Ja deptałem po piasku, deptałem po skałach, po ziemi. Zaznaczałem swój ślad krwią, ludzka krwią, ludzkim zranieniem.
51.
Gdy postawiłem pierwszy krok to strasznie nie chciałem się zabić, nie chciałem jeszcze odejść. Wiedziałem że już się nie da powrócić, wiedziałem, że w moje ciało wieje już wiatr.
52.
Droga dłużyła mi się w nieskończoność. Stawiałem kroki jeden po drugim nie zastanawiając się ile ich jest. Były. Miliony, miliony pozostawionych przez moje zabłocone buty, zabłocone, gdyż wiele samobójczych dróg było dziś wielce zabłoconych. Popatrzyłem przed siebie. W moich zamazanych mgłą obrazach urywał się sen z przepiękną dziewczyną, z moją Agnieszką.
53.
13:54, moja śmierć, lecz dla nieznajomych ludzi zupełnie normalny dzień, szczególnie dla pewnego mężczyzny. Miał gdzieś 48 lat. Siedział wtedy w kawiarni. W malutkiej kawiarence w której podawano najlepszą kawę i herbatę w całym mieście. Starszy pan uwielbiał tam przebywać.. Było to po drugiej stronie miasta licząc od miejsca gdzie ja wchodziłem na drogę w której ludzi przyciąga mały świecący biały punkt. Było to najlepsze z miejscowych miejsc. godzina 13:55 zapach kawy, mój skok. Zwyczajny najnormalniejszy miejscowy dzień.
54.
W moim niebie słowo "ideał" było bardzo uszlachetniane.Jej doskonała wypowiedż nabierała bardzo tworzących, twórczych form. Idealny a zarazem taki prosty jak tam pospolite , proste puszczanie latawców. Ideałowały się swoją najskrytszą prostotą. W moim niebie dłoń- biała, pięć palców i wszystkie 12 przykazań bożych. Na jednej dłoni wypisane wzdłuż przecinających linii papilarnych. Pierwsze przykazanie - słuchaj mnie aż do ostatniego przykazania. przykazanie drugie: nie naśladuj swoich słów bo to są tylko twoje słowa. W moim niebie, na niebieskiej kartce papieru.
55.
Okolica. Podmiejskie osiedle.Pani Hela była właśnie w ogrodzie. Słońce wisiało wysoko a promienie ogrzewały cały ogród.Pani Hela ubrana w ogrodniczki i słomiany kapelusz wykonywała w ogrodzie prace porządkowe. Zbierała przywiane z okolicznych parków zeszłoroczne liście, zamiatała ścieżki, plewiła marchewkowe grzędy.Jednym słowem robiła wszystko to co było do roboty w jej ogrodzie. Było gorąco. Słońce dawało o sobie znać. Dosłownie był piękny słoneczny dzień. Słychać było śpiew słowików. Gdzieś w oddali słychać było krzyki. Pani Hela wstała i popatrzyła w stronę tych odgłosów. Nie wiedziała co się stało.
56.
Każdy mój położony krok to co raz bliżej mojego kresu. Każdy krok to co raz bardziej widoczna wybrana przeze mnie śmierć. Wchodziłem po schodach. Spoglądałem na marmurowe stopnie.. Było ciemno i pusto. Miejscami tylko przebijało się słoneczne światło, które tworzyło mglisty półmrok. Słyszałem tupot swych butów. Poruszał się osadzony na schodach kurz. Parter,1 piętro,2,3,4,5,6, byłem już na górze. Jeszcze ostatnie wzniesienia, I już jest mój dach. Moje miejsce o którym śniłem, marzyłem. Moje szczęście i wolność, mój ostatni skok.
57.
W parku zapanował zmrok. Słonce już dawno zniknęło za horyzontem, na niebie widać było latarniany blask. Złocisty księżyc wyruszył w swą nocną podróż przez przetarty przez siebie podniebny szlak. Gwiazdy świeciły, zbliżała się noc. Dziewczynka z mężczyzną byli zmęczeni. Zwróceni ku sobie oparli się ramieniami. Znużeni marzyli o śnie. Nie przeszkadzała im niewygoda, nie przeszkadzał im chłód. Byle tylko ukoić swoje myśli, byle by tylko zapaść w wymarzonym przez siebie śnie.
58.
Nasz pierwszy pocałunek był wspaniały. Pamiętam to. Moja ukochana Agnieszka zbliżyła się do mnie, zbliżyła do moich ust swoje usta i wtedy poczułem pierwszy raz jej smak. Czuliśmy nawzajem swoje spragnione pocałunku usta. Czuliśmy jak tańczy dookoła nas świat. Mieliśmy zamknięte oczy. Nic tylko nasz przepyszny smak. Nic tylko ja i ona. Czuliśmy smak pocałunku, miłości i szczęścia.
59.
13:55. Ostatnie gwizdnięcie maszynisty. Ostatnie połączenie z Międzylesia do Zamościa. Pociąg wypchany po brzegi. Ścisk i tłok.Maszynista ruszył powoli. Z kotłów buchało rozgrzane powietrze, w pociągowych przedziałach słychać było rozmowy. Ktoś krzyczał , ktoś płakał, ktoś inny się śmiał. Wszyscy którzy zdążyli na pociąg relacji: Międzylesie- Zamość o godzinie 13:55.
60.
Księżyc świecił a gwiazdy mrugały. Dziewczynka ze swym kompanem płynęli we śnie. Była chłodna noc a niebo świeciło swym blaskiem. Zero chmur, zero strachu. Przepiękna czarna szata okrywała cały świat. Było spokojnie, ciemno, cicho.Nic tylko okrągły księżyc i świat gwiazd. Z potężnych gwiazdozbiorów wypływały wieczne, mleczne krainy. Płynęły po niebie, płynęły, a w umysłach śpiących na ławce czuć było ich smak. Przepiękna, nieistniejąca mleczna kraina, potężny nieistniejący świat.
61.
Pierwsza klepsydra wisiała na tablicy ogłoszeniowej przy bramie wejściowej miejskiego szpitala. Pierwsza z pamiętających moje życie chwil. Przyklejona była mocno czterema plamami kleju do tapety. Druga na mieście tuż obok urzędu miasta, w bardzo widocznym miejscu zaraz koło przeróżnych ogłoszeń. W centrum handlowym wisiała trzecia - ostatnia.
62.
Świat zamilkł. Ucichł ptasi śpiew. W koło zapanowała cisza i pustka. Świat stracił swoje piękno. Świat zszedł na drugi plan.Na pierwszym planie zapanowałem ją . Moja siła , moja energia. Walory ludzkiego życia wyblakły jak świeżo pomalowana ściana, jak sufitowa biel. Zrobiło się smutno , na ziemi zapanował żal.
63.
Moja dziewczyna lubiła zabierać mnie na długie, samotne, romantyczne spacery. Uwielbiałem to bardzo.Często do tego powracałem moimi myślami. Pamiętam te drobne ślady pozostawione po nas, w dali w odchłani przeszłości. Pamiętam jak się wtedy wspaniale czułem. Byłem wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Tylko ja i ona, moja kasztanowłosa dziewczyna. Wędrowaliśmy daleko, ja i ona, bez celu. Daleko wprost w naszą bezcelową drogę.Czasami naszą drogą był miejscowy park, czasami las , czasami wybieraliśmy się do podmiejskiego parku, w którym można było nakarmić czerstwym chlebem zamieszkującą dziki staw kaczki. Lubiłem to bardzo. Staliśmy wtedy na drewnianym mostku i rzucając rozdrobnione kawałki chleba patrzyliśmy jak jedna po drugiej kaczki podpływały i zjadały swoimi dziobami odłamki rzucanego przez nas chleba.
64.
Latawce unosiły się wysoko, pomalowane w przeróżne kolorowe wzory. Szybowały wśród biało-niebieskich obłoków. Wiatr wiał delikatnie a one napędzane niewidocznymi podmuchami wirowały w niebieską dal. Był to przepiękny widok. Tysiące latawców i tysiące ludzi w wielkim spokoju z wiarą, nadzieją i miłością w oczach.Patrzyłem jak nieziemskie podmuchy poruszają ich niewyśnione marzenia senne. A one latały dostojnie, zmysłowo, tylko po to by jeszcze raz podkreślić to miejsce, ten pozaziemski upragniony raj.
Część 44 / 6
65.
Wszedłem do domu i zrobiłem sobie jedną kanapkę z wędliną i ogórkiem którego kupiłem dzień wcześniej w osiedlowym warzywniaku.Zjadłem ją po czym zabrałem się za porządki. Było już pużno, słońce zachodziło za horyzontem. Na samym początku starłem kurze, następnie zabrałem się za odkurzanie. Wszystko zajęło mi gdzieś około godziny czasu. Byłem zadowolony, gdyż myślałem że zajmie mi to sporo więcej czasu. Byłem zadowolony, byłem szczęśliwy, byłem...sobą.
66.
Na dachu byłem bardzo szybko. Byłem ja, ja i moja śmiercionośna choroba. Popatrzyłem w górę, widziałem wszystko: ptaki, niebo, Boga. Mój wzrok przeszyty był przezroczystością. Papa kleiła się do moich butów. Opuściłem głowę by po raz ostatni popatrzeć się na świat. Byłem szczęśliwy, pozbawiony obowiązków, jak ptak szykowałem się do pierwszego a zarazem ostatniego pionierskiego lotu.Bałem się. Czułem jak bije mi serce czułem że jest to moje ostatnie bicie wewnątrz mnie. Ostatnie spoglądnięcie na świat, ostatni dzień. Stanąłem na krawędzi budynku, rozłożyłem ręce, mrugnąłem, pożegnałem się ze światem. W imię ojca, syna i ducha świętego, amen.
67.
Złoty dziesięć, złoty dwadzieścia, złoty pięćdziesiąt, dwa złote. Mapa jest już moja. Doskonały rozkład jazdy, trasy pieszych wędrówek, szlaków niestrudzonych taterników i traperów. Otworzyłem na pierwszej stronie i wybrałem wcześniej przeze mnie obrany czerwony szlak.
68.
Pluszowy mis siedział głęboko w swoim wiklinowym fotelu. W kominku płonęły duże kawałki drzewa. Paliła się lampa naftowa. W drewnianym domku było przytulnie, ciepło. Miś małymi łyczkami pił zagotowane przed chwilą mleko. Za oknem padał śnieg. Był to mrożny, zimowy styczeń. Misiu rozpływał się w swoich marzeniach, natomiast mała dziewczynka siedziała na kuchennym, okutymi metalowymi klamrami krześle. Patrzyli się na siebie, gdyż ktoś nagle zapukał do drzwi.Miś ślamazarnie podniósł się by otworzyć. Ciężkim krokiem podszedł do wejścia gdy nagle drzwi się otworzyły, zawiał zimny wiatr. Było ładne niebo, dziewczynka mrugnęła lekko powiekami- niestety, to tylko sen.
69.
W moim niebie nie było nieskończoności. Jeden grzech oddzielony był od drugiego, jedno zdanie od drugiego zdania, natomiast wschód oddzielony od zachodu.
70.
Bałem się. nie wiedziałem , że to tak bardzo bedzie bolało. Najbardziej bolało serce. Zawiodlem. Niezapomniane marzenia niespelnionego chłopaka, a może bardziej zawiodło moje zniedowieżanie, że ktoś tak bardzo robi to, co jest odwrotne z jego prawdziwymi prawdami. Tak bardzo bałem się swojej prawdy.Uciekałem przed tym, czego tak bardzo chciałem. Czasami ludzie widzieli jak płakałem, zalewałem się łzami, tylko po to by choć na chwilę zapomnieć o swoim szczęściu, którego bardzo chciałem, ale płakałem gdy przychodziło te moje szczeście.
71.
W misiowym domku było miło, ciepło i bardzo przyjemnie. Z kominka leciały podmuchy ciepłego powietrza, powietrza które swoimi podmuchami ogrzewały najskrytsze zakamarki misiowej chatki.Wszystko było spowilone ciepłem, wszystko zapadniete w zimowy sen koiło swoje zmysły tym przenikajacym wszystko ciepłem. Z glinianego kubka unosiła się para. Mgielne obłoki przesiąknięte ciepłym mlekiem. W oddali, w zakurzonych kątach domku zamieszkiwanych przez różne żyjątka panowała cisza i spokój. Wszystko mocno zapadnięte w śnie. W śnie, w którym tkwiła siedząca obok misia dziewczynka.
72.
Dla sanitariuszy była to zwykła robota. Nie oczekiwali na mnie, nie wierzyli w moje sny. Było to zwykłe wezwanie. Wezwanie do interwencji którą zgłosiła jakaś starsza kobieta. Zwykłe wezwanie do zwykłego samobójcy. Piejący kogut, wyjące syreny, reanimacja i moja upragniona śmierć.
73.
Agnieszka zawsze lubiała dostawać kwiaty. Pamiętam jak zawsze wystawałem się w kolejkach , jak przetrzepywałem wszystkie sklepy. Tylko po to, by sprawić mojej ukochanej przepiękny bukiet kwiatów. Zawsze była z tego powodu uradowana, zawsze się cieszyła. Kiedy stałem w drzwiach a w dłoni trzymałem bukiet pachnących, białych róż.
74.
Na moim pogrzebie było pełno cierpiących dusz, pełno smutku, pełno płaczu.Wszyscy ubrani w ciemne ubrania opłakiwali moją śmierć.Kałuże smutku spływały po moich policzkach wprost na dno trumny. Pływałem. Zatopiony w gorzkim oceanie chciałem coś powiedzieć, chciałem krzyczeć, chciałem wstać. Nie mogłem. Było już za póżno. Moje ciało było zimne, sztywne, samotne. Patrzyłem na nie z góry, ze świata , które miało raz na zawsze zamknąć mój świat. Mężczyżni pomau opuszczali mnie na gróbych, plecionych linach. Szalałem, szalałem z tęsknoty. Ziemiaste kopy przysypywały moje marzenia, me troski, mój świat.
75.
Patrzyłem się pusto w ścianę. Nie wiedziałem jak sie nazywam, nie wiedziałem kim jestem.Z tyłu świeciło światło, tak, że na ścianie widać było mój cień, moje odbicie. Patrzyłem się i zadawałem sobie mnóstwo pytań.Cień nie zmieniał pozycji. Połozyłem sobie dłoń do oczów, na ścianie ułożyło się widzialne odbicie. Symbol świetlny odzwierciedlający moją dłoń. Moje żrenice oddychały.Powiększone spoglądały na ścienne odbicie. W tle słychać było buczenie podłączonego pod lampę transformatora. Buczenie było ciche i jednostajne. Węglowa spirala świeciła swym Żółtym mrocznym swiatłem. Milczałem.Słychać było mój płytki oddech.Wydmuchiwane z płuc powietrze przenikało przez zapalonego przeze mnie papierosa.Nie zaciagałem się nim.Palił się wolno oblatując swoimi nikotynowymi obłokami całe pomieszczenie. Było cicho. Tylko ja, papieros, transformator i nierozłacznie przylegajacy do ściany cień.
76.
Chmury były gęste, wielkie, kłębiaste. Prorocznie mojego snu.Kropił z nich deszcz. Małe kropelki błękitnej wody zalewał całe miasto. Krople, jedna po drugiej leciały bezimiennie w dół. Jedna nie różniła się niczym od drugiej, lecąc roztrzeskiwały się o ulice i chodniki. Powstawały małe kałuże a w rzekach przyspieszał nurt.Było mokro i smutno. Tysiące wpatrzonych w szklane okna ludzi opłakiwało mój strach.
77.
Nie myślałem o niczym , w mojej głowie zapanowała pustka. Stłoczone jeszcze przed chwila myśli rozpłynęły się po oceanie zapomnienia.Milczałem. Słyszałem swój śpiew. Było to ostatnie pożegnalne wołanie o pomoc. Nie chciałem tego zrobić, lecz moja miłość przerosła moje troski. Poświeciłem dla niej moje jedyne życie.
78.
Pluszowy miś krzątał się po pokoju swojego przytulnego domku.Na twarzy miał smutek. Jego guziczkowe oczka okazywały negatywne emocje. W powietrzu panował strach. Strach przed nieznanym. Miś krążył w koło drewnianej ławy, pod jego ciężkimi łapkami trzeszczała podłoga.. Swiat zamilkł, ucichł nawet mysi szmer. Miś spojrzał na dziewczęce oczka i uśmiechnął się lekko. Jego kąciki ust nabrały ciepła, życzliwości i pogody. Dziewczynka też się uśmiechnęła. Zrobiło się przytulnie i miło.Na twarzy dziewczynki pojawłly się rumience.. W kominku rozbłyskiwał ognisty żar. Ich oczy zabłysły. Oboje zbliżyli się do siebie, przytulili się mocno, dziewczynka poczuła na swym policzku ciepło, nie chciała sie budzić, chciała by ten sen pozostał na zawsze.
79.
W grobie było ciemno, zimno i pusto.Mała stokrotka umieszczona w mych dłoniach zapadała w sen. Jej płatki opadały, traciła swój żar. Był to smutny widok. Tak widzieć jak umiera, jak więdnie, zanika. Prosiłem Boga by podarował jej życie, prosiłem, prosiłem lecz robotnicy już zasypali dół. Stokrotka była skazana patrzec jak odchodzę, miała sie patrzeć by ustrzec przed samobójczymi igraszkami.
80.
Zawiodłem , zawiodłem sam siebie. Widziałem to w niebie. w słońcu, chmurach, w wietrze, w wietrze, który pędził ze mną w dół powstrzymując mnie od zazdrości o samego siebie, że odważyłem się na skok.
81.
Byłem szczęsliwy ze swojego wyboru. byłem szczęśliwy, że mogłem postawić ten mój ostatni krok. Drżałem, serce mocno mi waliło. Czułem się jak w dniu swoich pierwszych urodzin kiedy to byłem małym płaczącym dzieckiem. Wiał silny wiatr, miałem mocno zaciśnięte oczy. Zastanawiałem się długo. Przed oczami przewijało mi się tysiące życiowych chwil. Moja dziewczyna, moja kochająca mnie mama, moi przyjaciale, moja rodzina. Widziałem ich stojących na moim pogrzebie, ich płacz kiedy zostałem opuszczony w duży ciemny dół. Byłem szczęsliwy, szcześliwy, że nikt nie widzi mojego szaleńczego, ostatniego smutku.
82.
Marzenia miałem małe , niewielkie. Takie zwyczajne chłopięce pragnienia. Dom, miłość, rodzina. Nic specjalnego.Takie proste marzenia zakochanego w życiu chłopaka. Byłem chyba najmniej wymagającym chłopakiem. Moim takim największym marzeniem było chyba być zrozumianym przez innych. Byłem wesoły, ubierałem się schludnie i zawsze byłem czysty. Uwielbiałem zawsze coś robić. Pisać, czytać, malować. Chciałem zawsze być jakoś zapamiętany.Chciałem , żeby ludzie na mój widok zawsze stawali i mowili- patrzcie, to ten który tyle w swoim życiu zrobił. Nie obchodziło mnie zło i nienawiść. Bo mimo, że w nim żyłem walczyłem z całych sił. Mimo, że odnosiłem nieraz klęski stwarzałem, stwarzałem swój niebezpieczny świat.
83.
Pierwsza łza poleciała mi kiedy Agnieszka ode mnie odeszła.Było to w pażdzierniku 1999 roku.Pamiętam to jak dzis.Pamiętam smak płynących wtedy łez.. Nie chciała tego robić, wiedziała, wiedziała , że robi to z miłości do mnie. Wiedziała jak się męczę. Wiedziała że rzeczywistość to nie mój świat.. Prosiła mnie , prosiła żebym tego nie robił lecz w środku w jej oczach widziałem , że mam od niej przyzwolenie by opóścić ten znienawidzony przeze mnie świat.
84.
Latawce wykonane były z drewnianych listewek sklejonych klejem po środku i skręcone mocno splecianym sznurkiem. Wszystko to obwinięte było beżowym materiałem pomalowanym w przepiękne kolory o przeróżnych wzorach.Do ich końców poprzyczepiane były lśniące paski z wyszytymi trójkatnymi epizodami. Było ich mnóstwo, dziesiątki tysięcy, miliardy przepięknych latawców pływających po niewidocznej, bezbarwnej masie powietrza na który mówili w moim niebie: wiatr.
85.
Dzień był długi. Zaczynał się o szóstej rano a trwał do 22-23 wieczorem. Noc trwała krócej, jakieś 3-4 godziny. Reszta czasu to czas , w którym wszyscy oczekiwali na wschodzące lub zachodzące słońce. Nikt nie wie ile to trwało, wszyscy cały czas spogladali na przepiękny choryzont, który swoim wzrokiem zmylał tak dokładnie liczony przez ludzi czas. Nieraz trwało to szybko, nieraz ciągnęło się całymi tygodniami. Czas tracił na swojej wartości. Ludzie zaczynali się stawać nieśmiertelni.
Część 55 / 6
86.
Planety wirowały wokół słońca. Mars, Neptun, Ziemia wszystkie tańczyły nakręcając czas. Było cicho, pusto , nieraz tylko nalatywała jakaś kometa rozsiewajac za swym ogniem gwiezdny pył. Było zimno, lodowato, było granatowo. Planety dawały się obserwować. Wpatrzeni w teleskopy ludzie rozkoszowali swój wzrok.
87.
Swiatło na klatce schodowej zgasło.Siedziałem oparty o starą lamperię. Płakałem. Drzwi od mieszkania były zamknięte. Prosiłem Agnieszkę żeby otworzyła mi drzwi.Prosiłem aby dała mi jeszcze jedną, ostatnią szansę. Żeby dać jej ostatniego, białego kwiata, ostatniego, który przemawiał moim zranionym sercem. Moja ostatnia dusza w świecie zranionych ludzi.Ktoś wszedł do klatki i zapalił światło. Był to dla mnie oślepiający błysk.
88.
W pokoju znów zrobiło się tłoczno. Mieszkający wraz ze mną mężczyżni rozmawiali własnym językiem. Nie rozumiałem ich slów. Byli mi obojętni. Nie miałem z nimi żadnego kontaktu. Moje życie było bez sensu. Nie widziałem przyszłości. Wielka monotonia zawładnęła mym ciałem. Byłem jak studnia bez dna. Pusta, czarna i długa. Bezdenna postać. Ludzka marionetka sterowana ludzkimi zachowaniami. Moi sublokatorzy toczyli rozmowę na temat jakiś głupich samochodów. Jeden przechwalał się przez drugiego . Byli mi obcy.
89.
W koło było pełno dzieci.Moje dziecęce wspomnienia. Zabawki, cukierki i wata cukrowa.Ciągle widzę jak sklepikarz stojący za aluminiowym, okrągłym mechanizmem kręci drewnianym patyczkiem i nawija na niego przepyszną wtedy watę cukrowa.Wszystko to dla nas , dla małych dzieci.
90.
Odkochanie się w życiu bardzo bolało. Odkochiwałem się pomału, spokojnie. Zacząłem od ludzi, następnie zwierzeta, domy , ulice. Nie pozostawiałem nikomu żadnego sentymentu.
91.
Pan Staszek, właściciel mieszkania zabrał sie do ścielenia posłania. Stał tyłem do mnie tak , że widziałem tylko podlatującą do góry piżamę i pościel. Była godzina 21:45. Ja dalej siedziałem w swoim pokojowym kącie, czytałem gazetę.
92.
Jeszcze przed wejściem do budynku pragnąłem żyć. Widziałem ten świat, był piękny, cudowny. Był moim swiatłem. Drzewa szumiały, po chodniku jeżdziły na swych rowerach małe dzieci..
93.
Wiedziałem , że nie mogę mieć wszystkiego tzn. mogłem, ale nie odrazu Albo wszystko albo nic. Dla mojej dziewczyny , dla Agnieszki rezygnowałem z wszystkiego.Z muzyki, z pisania, zostawiałem to.Wyzucałem płyty, usówałem programy, wylewałem farby olejne, akrylowe i moje ukochane plakatówki. Żegnałem się po kolei z wszystkimi znajomymi, schodziłem z wszystkich popalonych przez siebie mostow. Rezygnowałem z wszystkiego czego Agnieszka nie lubiała.. Wszystko po to, by być jak najwiecej czsu przy swojej jedynej dziewczynie, mojej usmiechnietej Agnieszce.
94.
Zapomnieć choć na chwilę o tym świecie. Zapomnieć. Wyostrzyć swe sięgnięte w niebie zmysły i uwolnić siebie. Poznać swój świat, swój raj. przepięknie uwolniony wzrok, obserwując swoją ciemność zamkniętych już powiek. Ostatnia chwila. Nie mysleć choć na chwilę, móc spojrzeć swojemu losowi prosto w oczy, naśladując swój list, który szybuje w swojej skrzynce. Płynące pochodnie. Choć na chwilę pozostać w swym niespodziewaniu. W swych postępkach, w świecie, w którym wszystkiego pełno ze świadomością, że znów robisz to po raz pierwszy.
95.
Pluszowy miś pochodził z miejskiej fabryki zabawek. mierzył 41cm. wzrostu i był wypchany mięciutkim puchem. Był koloru brązowego z wielkimi guziczkowymi oczkamii z beżową zamieszczoną na lewej łapce łatką. Był strasznym leniuchem, nie było u niego dnia bez popołudniowej drzemki.. Siedział wtedy na bujanym fotelu i z wielkim chrapaniem odpoczywał od męczącej pracy.Za miejsce jego odpoczynków najchetniej był wybierany. domowy ganek, na którym miś uwielbiał oddawać się swoim snom.
96.
W pokoju było już ciemno, moi współlokatorzy dawno poszli już spać. Ja wpatrzony w naścienny zegar liczyłem upływający czas. Sekundy, minuty, godziny. Próbowałem go oszukać , po to by żyć wiecznie, by nie prowokować już ludzkich i´ndywidualnych spraw. W pokoju slychać było czyjeś chrapanie. Ja patrzyłem nadal w me niewidome spojrzenia, oczy zamykały się same, domagały sie snu..
97.
Drzwi nadal były zamknięte. ja, moje wołanie, moje prośby,mój nieskończony żal. Siedziałem nadal pod drzwiami Agnieszki i odliczałem sobie czas.Wiedziałem że nie otworzy, wiedziałem, że to moja miłość ,wiedziałem, że ona pomaga mi odejść na temtą stronę życia . Była w domu, słyszała moje pukanie, moje rozpaczliwe wołanie , płakał a przy kucnietą w kącie walczyła ze swoimi emocjami, walczyła ze swoim sercem. Nie chciała mnie stracić a jednocześnie chciała bym odszedł bym pozostawił ją sama, samą w tym nienormalnym świecie. Nie godziła się z tym, lecz nie mogła mi już otworzyć drzwi. Zamknęła i prosiła by nadszedł już dzień w którym rodzi się na nowo nowy świat.
98.
Cukier sypał się powoli a kolejka wydłużała się coraz bardziej. Dziecięce uśmiechy rozpromieniowywały. W ich oczach panował błysk. To całe stanie , cały ten czas, wszystko to po to , by móc zanużyć się w cukrowej słodkości.By móc czuć jej smak, tej waty cukrowej, która zawirowała cały nadchodzący świat. Sklepikarz widział tą radość, widział te szkliste spojrzenia, te powiększone żrenice, powiększające się wraz z rosnącą słodką watą cukrową.
99.
Kiedy byłem małym chłopcem uwielbiałem spacery z moją mamą. pamiętam jak chodziłem z nią na przeróżne wyprawy.Poznawałem z nią cały świat. Zawsze trzymałem ją mocno za rękę i cieszyłem się z bycia razem z nią. Zadawałem mnóstwo pytań. Trochę takich mniej i trochę takich więcej ważnych. Nie wiedziałem co to zło. Mama zawsze mnie od niego chroniła. Nie wiedziałem co to nienawiść, gdyż moja mama pokazywała mi tylko te dobre kawałki życia.. Żyłem w beztrosce ja czteroletni wówczas chłopiec.
100.
W moim niebie, w moim niebie byłem już całą wieczność, w końcu mogłem odpoczać, w końcu zatrzymał się dla mnie czas.Byłem szczęśliwy a zarazem smutny że odszedłem z ziemi, z miejsca w którym tak bardzo chciałem żyć. Żyć chodzić, oddychać, delektować się życiem, słyszeć ptasi śpiew.Słyszeć szum wody, odgłosy ludzi, słyszeć swój oddech swoje szczescie ,swój płacz. Tęskniłem za moja matką, rodziną, bliskimi, tęskniłem za szumem drzew, który dawał mi spokój, odetchnienie, tęskniłem za swiatem, za światem który dawał mi mój szcześliwy los.
101.
Agnieszki nie było na moim pogrzebie. Było mi z tego powodu bardzo smutno, ogarniał mnie z tego powodu straszny żal.Nie chciałem żeby samonie płakała, chciałem żeby towarzyszyła mi w drodze na tamten świat. Było to moim niespełnionym marzeniem, jedną rzeczą która tak bardzo chciałem mieć. Moja ukochana. Moja Agnieszka.Widziałem ją wtedy ubraną w czerni. W czarnych, gustownych spodniach, w czarnaj koszuli, w długim czarnym płaszczu.Była to jedyna rzecz jaką chciałem mieć. Widzieć ją jak odchodzi w siną mglistą dal.
102.
W parku dochodził ranek. Ćwierkanie porannych skowronków dawały o sobie znać. Zza horyzontu wychodziło słońce, przepiękne słoneczne promienie rozpryskiwały się po całym niebie, gwiazdy ucichły, ksieżyc zgasł. Koło spiącej na ławce dwójki zaczęły latać liście. Zaczęli chodzić pierwsi przechodnie, świat się budził , ludzie zaczęli poznawać uroki poprzedniego dnia.. Gdzieś w oddali słychać było odgłosy trekoczących samochodów, świat zacząlł odżywac, na twawnikach osiadniętych poranną rosą, zaczał dorastać mech.
103.
W pokoju , w którym siedziałem zaczął unosić się dym papierosowy, który się tlił w papierosie. Nie paliłem , patrzyłem. W swietle lampy naftowej tlił się węglowy obraz, nie wiedziałem kim jestem. Oderwany od ziemi tłoczyłem natchnione myśli.. Byłem szczęśliwy że mogę robić to co lubię, a zwłaszcza to czego chciałem. Myslałem o tym, szczesliwie zataczałem życiowe okręgi, umierałem w swych poczuciach.
104.
W moim raju ludzie rozkoszowali się wszystkim przysłowiowe jabłko adama już dawno stracilo swoj smak. Teraz tam dostępne na każdym kroku, niczym smak swojej życiowej potrzeby, zbawiennie kusi swym niechcianym doświadczeniem w sposób zależnie niedostosowanym do ludzkich potrzeb. Palenie papierosów dostosowane do zasad niedoświadczonych w potoku prawdy. Prawdy, która ukazywała czyn w oczywisty sposób., że sięgnięcie po papierosa jest tak samo potrzebne jak uzależnienie sie od odporności. Odpowiedzi na pytanie, że nikt nie pomysli gdyż w tym świecie nie ma przyszłości świat się kończy na terażniejszosci, tak że nawet nie zdąży się zapytać o tak przeze mnie kochane latawce, bo na te pytania tam nie było odpowiedzi gdyż w tym świecie jet to zbyt oczywiste by zadawać tam takie pytania.
105.
Byłem szcześliwy, że ludzie stojący nad miejscem mojej śmierci nie zabrali mi snu, w który tak bardzo chciałem zapaść. Stać się momentem wewnętrznego odetchnienia. Ja osoba , która sama na siebie sprowadziła los.
106.
Dziewczynka nie chciała jeszcze wstawać. Obawiała się swojego życia codziennego. Nie chciała swojej samotności, nie chciała zostać sama, nie chciała znów uciekać w swój samotny świat.. Nie chciała samotnie wędrować w towarzystwie meżczyzny.
Część 66 / 6
107.
Na lesnej polanie mnozyło się od wrzosów, żonkilów i śnieznobiałego rumianku, który swym zapachem zabarwniał całą łąkę. Stałem w objęciach mojej ukochanej dziewczyny. Patrzyłem jej głeboko w oczy. Wtedy otworzyłem w jej kierunku swoją szczerość, swoją prawdę. Zatęsknilem. Ogarnął mnie smutek. Przytuliłem się do niej z całej siły Rozpłakałem się prosto w jej ramię.Wyżalałem w jej kierunku masę swych kłamliwych słów. Słów , które nie dawały mi żadnego pokrycia.. Słów, które roiłem tylko po to, aby się bronić przed ludzkim złem . Agnieszka mnie słuchała.Karmiła mnie swym zaufaniem i troskliwie glaskała mnie po mej schorowanej główce. Byłem nieszczęsliwy, nieszczęsliwy z wypowiedzi swoich słów.
108.
Nie myślałem gdzie jestem.Liczyłem się tylko ja. Moje tłoczone się myśli wirowały unosząc cały świat. Miałem smak gorzki z lawendowym polotem ludzkich barw. Szybowałem łamiąc zasady grawitacji, z tęsknotą wznosiłem się ponad świat.Mój cień mocno trzymał mnie za ręce. patrzył się ślepo w ruch moich warg.. Chciałem coś powiedzieć, lecz brakowało mi słów. nie wiedziałem co powiedzieć, choć wiedziałem , że muszę wypowiedzieć choć jedno słowo. Wiedziałem że mój cień czeka,lecz tak bardzo nie wiedziałem co. Tak bardzo mocno poleciał mi potok słów.
109.
W tym samym czasie kiedy noc okajała swym blaskiem niebo, dwie siostry pełniły dyżur w miejskim szpitalu. Były fajnymi siostrami, bardzo fajnie sie z nimi rozmawiało, potrafiły rozmawiac cały czas. Dyżur nie różnił się niczym od tych pozostałych. Jak zwykle: kawa, ciastko, mleko i oczywiście nocne obchody. Kiedyś widziałem przez okno. Pamietam to. Przechodziłem właśnie obok kościoła, kiedy to usłyszałem głosy rozmawiajacych siostr.Podszedłem pod okno, usłyszałem ich głos. Byłem bardzo ciekaw kto to jest. Podszedłem do okna i zapukałem.
110.
Zaczął padać deszcz. Dżwięk roztrzaskiwanych kropel deszczu wypełniał całe mieszkanie. Moi współlokatorzy Damian i Pan Staszek siedzieli przed telewizorem popijając świeżo zaparzoną cherbatę. Ja stałem w oknie. W głębi pokoju słychać było stukot łyżki o szklankę. To Pan Staszek mieszał cherbatę.Patrzyłem przez rozmytą szybę.Patrzyłem jak po ich zewnętrznej stronie spływają strożki wody. . Patrzyłem się uważnie. Lało coraz mocniej.. Gdzieś stał zaparkowany samochód. Zlany deszczem mechaniczny trup. Wszedzie odgłos rozwalajacych sie o parapet kropli i dżwiek stukajacych o brzeg szklanki łyżeczki.Strużki wody co chwila zmieniały swój kształt.Rozlewały sie swoimi drogami tworząc rozmazane rysy.Niebo było ciemne od zaciagniętych na nie chmur.Nagle zapaliło się w pokoju światło, obruciłem się, spogladłem. To pan Staszek poszedł do kuchni. Zamyslilem się chwilę, ziewnąłem, zachciało mi sie spać.
111.
Stukot w szybę był głośny i wyrażny, lecz nikt nie otwierał.Zapukałem jeszcze raz, drugi , trzeci. Dalej nic.W końcu zawołałem , ale to też nie pomogło.Czekałem ze zniecierpliwieniem. Oczekiwałem, że jedna z sióstr mnie usłyszy, potowarzyszy mi w te piekną gwiezdzistą noc. Była to moja ostatnia nocna wędrówka.Ostatnie spojrzenie na ciemna noc. W szyby zawiał wiatr.Usiadłem zmartwiony. Moje pukanie dławiło się echem. Niczym balon odbijał się od szyby i waliło w moje uszy. To nie był mój czas.
112.
Z moją dziewczyną chodziłem zawsze trzymając się za ręce. Pamiętam jak kiedyś się jej o to zapytałem. Dostałem wtedy strasznych rumienców. Stałem, a ona, moja Agnieszka patrzyła na mnie i się uśmiechała.To był jeden z lepszych dni w moim życiu. Pamiętam to jak wyciągnęła dłoń w moim kierunku. Nieśmiało dotchnąłem jej dłoni. Była delikatna i ciepła. Byłem bardzo szczęśliwy.Odchyliłem głowę w tył i mrugnąłem oczami. Miałem już dla kogo życ. Nie musiałem zostawać już sam.
113.
W łazience pachniało wanilia.Waniliowe świeczki unosiły się na powierzchni wody, która spokojnie fajowała w marmurowej wannie. Woda była czysta i gorąca., a zapach w łazience unosił się po całej łazience.Było ciepło i przyjemnie. Agnieszka stała w miękkim frotowym szlafroku. Szykowała się do kąpieli. Była piękna, miała delikatne ramiona oraz smukłe nogi.Jej wlosy były spięte w kokon. Zdjęła szlafrok, odkrywając swoje piękne, nagie ciało. Po jej skórze przeleciał powiew ciepłego wiosennego powietrza. Zamknęła oczy, rozpieła kokon, włosy spłynęły po jej ciele.Staneła nad wanną, jej ciało przeszył przyjemny dreszcz.Delikatnie dmuchnęła w taflę wody. Zanużyła w niej swoją delikatną dłoń. Było miło i przyjemnie. Waniliowe świeczki rozproszyły się po brzegach wanny. Agnieszka zanużyła się w wannie. Jej włosy rozpłynęły się a jej uda, jej dłonie, jej piersi wtopiły się w wodę wypełnioną waniliowym balsamem. Jej ciało poczuło odprężenie, jej zmysły były wolne, jej dusza spokojna.
114.
Moje uczucie dojrzewało bardzo powoli. Niczym ziarno zasiane w sercu Agnieszki. Dobrze znałem te uczucie, Agnieszka bardzo je pielęgnowała. Walczyła, żeby w moją miłość do niej nie wdał się żaden chwast. Była bardzo troskliwa i uczuciowa. Codziennie rano karmiła mnie swym słodkim pocałunkiem. Wierzyła, że moje czyny zaowocują wielkim szczęściem i da mi wieczne ukojenie. Mowiła mi o tym zawsze, długimi wieczorami przy blasku lampy naftowej wpatrzona w moje oczy., opowiadała o mojej niezapomnianej przeszłosci. Mowiła, że świat nas juz na zawsze połączył, że nasze drogi mają ten sam kierunek.
115.
Moje żrenice były duże i czarne.Mój świat nabrał niewyobrażalnie ostrych kolorów. Moje dłonie stały się czulsze.Patrzyłem się dookoła. Drzewa, budynki, ulice, Wszystko zaczęło żyć.Poczułem niespotykalną bliskość z naturą.Moje serce ustało, zatrzymał mi się puls.Poczułem niewyobrażalnie silną moc przewidzenia. Świat stał się banalnie prosty. Byłem tylko ja i on, mój przenikający , wyostrzony wzrok.
116.
Mała dziewczynka polubiała pluszowego misia. Nawet można powiedzieć pokochała go.Nie chciała się jeszcze budzić, nie chciała opuszczać swojego snu.tęskniła za rozmowami z pluszakiem, za ogrzewanym kominkiem., domkiem, za całym misiowym snem.Tęskniła za tym wieczorami spędzonymi w jego towarzystwie. W jej myślach powstawały senne wspomnienia, żyła sennymi marzeniami. Jej oczy spowiła mgła, mgła szczęscia, mgła nadzieji, mgła życia.
117.
Siedziałem ciągle ze zniecierpliwieniem pod szpitalnym oknem. Rozmowy płynęły przez mój słuch.Odbijające się od bębęnków dżwieki poruszały moje myśli. Siedziałem samotnie.W moim sercu zapłonąl żar.Moje pukania, moje odezwy odzywały się głośnym echem. Byłem smutny. Nikt nie słyszał mojego wołania, moich próśb. Czułem się niekochany, niepotrzebny. Sam na sam ze swoimi myslami. Sam na sam ze swoim wlasnym ja.W kolo bylo pusto i cicho.Tylko czasami słychać było szum drzew.Było spokojnie, była to najspokojniejsza z wszystkich moich nieprzespanych nocy. moja chęć o pogadaniu z siostrami coraz bardziej gasła. Moje życie płynęło, odeszłem , znów zostałem sam.
` 118.
Szybowiec spokojnie i lekko unosił się na wietrze. Jego smukła sylwetka wyglądała elegancko w podniebnych obłokach. Szum wiatru zagłuszał mój głos.Siedziałem w kabinie obok pilota. Patrzyłem w dół , widziałem ziemię, wszystko malutkie, nadzwyczajne. Pola podzielone małymi dróżkami konkurowały o me względy.Nie czułem lęku, podziwiałem ten świat.Całe jego podniebne oblicze.Widziałem ukryty w podniebnych chmurach świat. Ogromne błękitne chmury przedstawiały przeróżne postacie. Rozszeżyłem mocno powieki. Byłem w pokoju.
119.
Moje dzieciństwo. Pamiętam moje zabawy w indian, w żołnierzy, moją pierwszą jazdę na rowerze.Pamiętam to. Był to niebieski rower marki Reksio.Z tyłu przymocowane miał małe boczne kółka.Mimo zadowolenia, nie była to dla mnie przyjemna jazda. Popękane i podziurawione chodniki zupełnie się do tego nie nadawały.Rower, tak, był to najfajniejszy składak na caćym osiedlu. Tylko ja ślamazarny. Nie radziłem sobie z tym. Nie pozostawał po mnie żaden ślad
120.
Agnieszkę poznałem przypadkowo. Pamiętam był to lipcowy, ciepły dzień. Mieszkałem wtedy wraz z moimi rodzicami w ich mieszkaniu. Mieliśmy psa z którym trzeba było wychodzić. Pamiętam pewnego dnia mama kazała mi go wyprowadzić. Wyszedłem. Z wielką niechęcią plątałem się za nim po osiedlowych trawnikach. Co chwile przystanek , gdyż pies oczywiście wszystko musiał obwąchać.Jakieś drzewo , kamień, kępę trawy, patyki wszystko musiał obwąchać. Pies wąchał a ja stałem i głupio się patrzyłem na dymiący w dali komin.Zastanawiałem się co o tej porze roku może się palić. Wtedy ktoś poklepał mnie po plecach. Odwróciłem się, wtedy zobaczyłem Agnieszkę. Stała w zwiewnej sukience . To wtedy się zapytała czy może zostać choć na chwilę moją dziewczyną.
121.
Ulatujący z komina dym krążył po niebie tworząc ogromne, sine chmury. Sine, gęste chmury. Zaślepiały cały świat. W mieście było pełno dymu, gdyż niskie ciśnienie i południowy wiatr ciągnął gęste chmury w dół. Samochodowe spaliny dokończyły dzieła. Z ludzkich oczów toczył się szczypiący potok łez.. Dym gryzł w oczy. Słychać było wrzask.Zapanował haos i zdenerwowanie. Było siwo i okropnie. Ludzie w domach pozamykali okna, kierowcy pozakręcali szyby w samochodach. Znikł gdzieś domowy , miasteczkowy urok. Wszystko zakrył kominkowy czad.
122.
Nie miałem z kim porozmawiać.Mój kat pozostawił mnie samego. Tak bardzo potrzebowałem wtedy przyjażni pomocy.Nie miałem jej.Przeklinałem z bezradności, nie miałem sie kogo poradzić. W momencie kiedy ważył się mój los.Właśnie wtedy potrzebowałem ciepła. Nie miałem.Głos, który jeszcze dwa dni temu pozwolił mi na samobójstwo teraz tak bardzo się ze mną gryzł.Ciągnął mnie do środka, wyrywał mi moją duszę, czułem niedosyt życia. Pragnąłem tak jak wtedy mocno zacisnąć pięść, mieć życie w garści, mieć poczucie przynależności do jakieś grupy, poczuć moc bezpieczeństwa. Pragnąłem patrzeć, żyć, oddychać. Czułem się jak nowonarodzone niemowlę, czułem ten podryw, czułem ten strach.
123.
Poranek był dość wcześnie, gdy moi współlokatorzy już o godzinie szóstej zaczęli swą poranna kszątanine po mieszkaniu. Pierwsza zapażona kawa, pierwszy papieros, pierwsze rozmowy. Leżałem odwrócony do ściany, starałem się zasnąć. Nie dało sie. Głosy były nie do zaniesienia. Rozmowy lokatorów, gramolenie się, nic nie pozwalało mi spać.Oczy kleiły mi się do powiek. Chciałem jeszcze spać, lecz Pan Staszek włączył radio. Wstałem. Chciałem iść do łazienki lecz było zajęte.. Zapażyłem sobie kawy.Patrzyłem się ślepo.Wyciągnąłem się , rozprostowałem sobie kości., sen odeszedł. Było mi wszystko obojętne. Odechciało mi się już spać. O godzinie 6:30 moi współlokatorzy poszli do pracy. Już ich nie było, zostałem sam. Pozostał po nich tylko nikotynowy posmak i trzask zamku w drzwiach.
124.
W pokoju pachniało piżmem. Piżmowe kadzidła stojąc na podstawkach roznosiły swój zapach. Całe mieszkanie pachniało piżmem. Agnieszka siedziała na miekkiej kanapie i otulona w ciepły, wełniany koc czytała ksiażkę. W kominku palił się ogień, który tańcząc swymi promykami rozpościerał się po całym palenisku tworząc piękny bal. Piżm przenikał zakamarki pokoju, unoszac sie swonodnie ku gorze, rozbijal sie o sufit i ciagnal sie po scianach by przy ivh krancach opasc w dół. Agnieszka uwielbiała ten zapach, ten nastrój.Wczytana w stronice romantycznej ksiażki rozmyślała o swych podniebnych marzeniach. O domu, miłości , rodzinie. Kartki książki przelatawały odkrywając co raz zapisane na nich tajemnice. Była myślami bardzo daleko bo reszta była ze mna ze swym ukochanym Dawidem.
125.
Mojego Ojca pamiętam kiepsko. Odszedł od nas kiedy miałem 5 lat.Trochę pamietam jak wyglądał. Krótkie ciemne , kręcone włosy, lekki zarost,171 wzrostu. Jak go pamiętam zawsze był zapracowany. Pamiętam jak kiedyś kłucił się z moją mamą, chyba płakała, udeżył ją w twarz. Teraz już wiem co się wtedy stało, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem , nie wiedziałem czemu mama płakała. Ojciec krzyczał. Wrzeszczał . Nie wiedziałem co się dzieje. Popatrzyłem ze strachem na mamę. Z jej nosa poleciała krew. Widziałem jak cierpiała, Bardzo się bałem. Chwyciłem mamę za nogę. Pociagnąłem , wyszliśmy po za drzwi.
126.
Stałem ze swoją dziewczyną w sypialni. Ja ubrany w podkoszulek i bokserki, Agnieszka była w zmysłowej bieliżnie, miała rozpuszczone włosy.Zbliżyliśmy się do siebie blisko, czułem jej oddech na swym ciele.nasze usta się spotkały, zaczęliśmy się namiętnie całować. Bardzo dobrze pamiętam ten jej smak. Legliśmy na łóżko. Nasze ciała zaczęły się namiętnie pieścić. Dotykałem delikatnie jej ud, jej szyję jej piersi. Czułem wielkie podniecenie. Patrzyłem się jej głeboko w oczy. Chcielismy tego, chcielismy złączenia naszych spragnionych miłościa ciał.
127.
Pozostały po mnie wspomnienia. Radość miłość, cudowny czar. Pozostała po mnie moja szczerość, moje słowa, moje czyny. Pozostały po mnie moje obrazy, moje zapiski, poodbijane na chodniku ślady. Pozostały po mnie moje zabawki z dzieciństwa, malutkie resoraki, przeróżne