Fantastyka · 11 min czytania
Ulikses, czyli nowa odyseja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Kalendae Iunius, XLV rok panowania Cezara Augusta Flawiusza Klaudiusza Juliana
Witaj drogi Gajuszu!
Piszę w odpowiedź na twój ostatni list z Aleksandrii, który niewolnik raczył mi dostarczyć przed trzema dniami. Sycąc twoją ciekawość i obawy płynące z mojej dalekiej podróży, odpowiadam, że wróciłem cały, bez uszczerbku na ciele i duszy. Od id majowych przebywam tu gdzie się moja wyprawa zaczęła, czyli w Ostium. Trudno streścić tak wiele niezwykłości, jakie wydarzyły się podczas ostatniego roku, mimo to spróbuję. Początek naszej wyprawy sięga dekadę wstecz, kiedy to Cezar rozgromiwszy powstanie w Germanii postanowił ruszyć dalej, na wschód do dzikiej krainy, którą dzisiaj Venedią nazywamy. Prowincja ta sięgająca od gór do morza, mieszcząca się między dwoma rzekami, zamieszkiwana jest jak sam wiesz przez ludy galijskie, które pod groźbą najazdów burzliwych hord ze wschodu, zjednoczyły się i poprosiły Cezara o opiekę. Niemal dziewięć lat po rozpoczęciu zwycięskiej kampani venedyjskiej, swoją podróż rozpocząłem również ja. Kierowaliśmy się początkowo Via Sacinum, która wiodła starym szlakiem handlowym przez Dalmację, Panonię, Moravię, Bohemię i Venedię, aż do granic Mare Suebicum. O ile przez większość część trasa nie różniła się niczym od innych licznych rzymskich dróg, tak gdy przekroczyliśmy góry zwane Karpatami (od dackiego plemienia, które niegdyś je zamieszkiwało), wszystko uległo zmianie. Podróż stała się trudna i uciążliwa, a kamienny bruk zastąpiły wbite w grunt drewniane belki, niestety w większości na wpół zgniłe lub wyłamane. Poza szlakiem rozciągała się gęsta, nieprzebyta puszcza, która była naszą jedyną towarzyszką między nielicznymi grodami. W końcu, po trzech tygodniach dotarliśmy do Colonia Iulianus, stolicy Venedii.
Powitał nas tam, wraz z całym dworem, słynny Pompeliusz Sewer zwany niedźwiedziem, dawniej venedyjski książę, teraz rzymski prefekt. Był to ponad dwumetrowy olbrzym, pokaźnej postury i zdumiewającego wręcz owłosienia. Stanął przed nami ubrany w wilcze skóry. Wtedy zrozumiałem czym zasłużył na swój przydomek. W końcu, po dniach udręki, trafiliśmy do prawdziwego rzymskiego miasta! Od podstaw budowanego już szósty rok, rękami naszych legionistów. Na wąskich ulicach można było, oprócz galijskiego gwaru, usłyszeć łamaną łacinę, a miejscami nawet grekę. Architektonicznie Colonia wprawdzie nie mogła rywalizować z Neapolis, Ancium, czy Mediolanum, lecz w niczym nie ustępowała innym miastom Imperium. Nasi budowniczowie stworzyli prawdziwą perłę cultus latini, w sercu barbarzyńskiej głuszy. Jednak spędziliśmy w tym mieście zaledwie kilka nocy, ponieważ rozkazy Cezara były dość pilne, mimo to staraliśmy wykorzystać ten krótki pobyt, by w ukończonych niedawno termach i pałacu prefekta zażyć odrobiny cywilizacji. Sam najjaśniejszy prefekt okazał się człekiem dosyć prostackim, aczkolwiek wielkodusznym i spełniał wszystkie nasze zachcianki. Przeczuwałem, że za tą dobrocią musi coś się jednak kryć. I jak zwykle się nie myliłem. Poznałem historię tego nieokrzesanego ''rzymianina'', poznaj ją i ty.
Kiedy przed siedemnastoma laty zbuntowały się legiony germańskie, w imperium tliła się jeszcze wojna domowa. Tylko dlatego stłumienie tego powstania trwało tak długo. Wobec walki na dwa fronty Cezar Julian postanowił zawrzeć sojusz z lokalnymi plemionami, które razem z nim miały napaść na Germanów. Były one wprawdzie skłócone, lecz wizja obfitych łupów zjednoczyła je, przynajmniej na pewien czas. Owy Pompeliusz, noszący wtedy imię barbarzyńskie, był księciem Tartów, jednego z największych venedyjskich plemion. Z tego faktu został wybrany tymczasowym wodzem koalicji plemiennej. Jednak ten cwany lis wiedząc, że wojna wkrótce się skończy, pożądał władzy na stałe. Więc przed dziesięcioma laty złożył hołd Julianowi i namówił go na późniejszą kampanię venedyjską. Mieczami obcych wojsk w trzy lata zjednoczył pozostałe plemiona, a po rozbiciu Gotów na północy i zajęciu pomorza Venedia stała się oficjalną prowincją rzymską, a on dożywotnio jej prefektem. To opowiedział mi sam prefekt. Ale chodząc uliczkami Colonii usłyszałem od miejscowej kapłanki, że ciąży na nim i nasieniu jego klątwa. Podobno podczas kampanii, zazdrosny o władzę, wyrżnął cały swój ród i wszystkich synów podbitych książąt. Później, gdy Cezar postanowił ogłosić go namiestnikiem, ten poprosił o radę wróżbitkę.
– Cóż mnie czeka, wszechwiedząca? Jaki to los plotą mi bogi?
Ta przyjęła ofiarę, rozpaliła ognie i zamknęła się w świątyni bez chleba i wody. Po trzech dniach i dwóch nocach w końcu jej mizerna postać wyłoniła się ze świątynnego mroku. Sługa, który cały ten czas czuwał w okolicy, natychmiast pobiegł uprzedzić o wszystkim księcia. Ten, zniecierpliwiony tak długim oczekiwaniem wezwał ją do swojego dworu.
– Jaką masz dla mnie wróżbę, skoroś tak prędko nie wracała z zaświatów?!
Część 22 / 2
– Zaklinam Cię, książę! Ta wróżba nie przyniesie nic dobrego ani tobie, ani mnie.
Jednak on nie ustępował. Przeciwnie, jeszcze bardzie zapiekł się w swoim uporze i wydał rozkaz.
– Mów co widziałaś!
– Krew. Ród we krwi! Gród się pali. Orzeł! Widzę jak orzeł, książę, Cię rozszarpuje.
– Łżesz! Orzeł to Rzym. A Rzym mi sprzyja.
– To inny orzeł, panie. Przyjdzie na tarczach, stamtąd gdzie słońce wschodzi. Widzę jak wzywa cię twój ród, byś do niego dołączył! Widzę Ciebie książę i gród… w płomieniach!
Ten wzdrygnął się i natychmiast zlękł, że ktoś przejrzał jego zbrodnie. Wróżbitka jednak jeszcze nie skończyła.
– Strzeż się…