Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 28 min czytania

"Ulubieniec Bogów" c.d. "Terranum" (3 i 4 r.)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

III ( skończony)

Przycupnęli zdjęci strachem za blaszaną balustradą. Gdyby nie zgrzyt starych drzwi zostaliby nakryci na gorącym uczynku. Obaj wznosili teraz dziękczynne modły do bliżej nieokreślonego boga wszystkich ptaków za to, ze zesłał gołębia, który jak na komendę wleciał przed chwilą przez otwarte okno do hali. Pół godziny zajęło im znalezienie miejsca przez które dostali się do środka. Za żadne skarby świata nie mogli otworzyć dziwnego zamka w drzwiach hali. Dopiero obchodząc magazyn naokoło zdołali wejść po starych zardzewiałych schodach przeciwpożarowych na dach i stamtąd przez wybite okno do hali. Kucali teraz obserwując, jak dziwny osobnik na dole wraca do pakamery zamykając za sobą drzwi. - To ten koleś mnie tak załatwił - wyjaśnił Sienkiewicz. - Gdzie niby był ten portal? Michał wskazał miejsce na południowej ścianie. Teraz zalegała tam sterta kartonów. - To tylko iluzja - Michała denerwował sceptycyzm Roberta. - Kiedy się uaktywnia staje się strasznie jasny. Mówiłem wam przecież. - Dobra, dobra mówiłeś. Spróbujmy znaleźć drogę na dół. Jak postanowili tak też uczynili. Ostrożnie przeszli wzdłuż hali po metalowej kładce do drabinki prowadzącej w dół. Otyłość Roberta przysporzyła mu trochę kłopotów, bo nie mógł się zmieścić w wąską obręcz zabezpieczającą drabinkę. Dopiero przy pomocy Michała udało mu się przecisnąć przez wejście. Schodzili powoli bojąc się wzbudzić jakikolwiek hałas mogący zaalarmować „kapelusznika”, jak nazywał Michał, człowieka pilnującego magazynu. Poczuli się pewniej, gdy ich stopy dotknęły twardego podłoża. Spokojnie i powoli przeszli kryjąc się w cieniu do miejsca wskazanego przez Michała. Robert schylił się po jeden z kartonów. Michał tymczasem obmacywał z niedowierzaniem ścianę. - Iluzja powiadasz... - Robert odezwał się uszczypliwym szeptem podając Michałowi tekturowy kawałek. Ten odepchnął jego rękę ze złością. - Kurwa! Przysięgam! To... było tutaj. W tym miejscu! Szukał dalej zdając sobie sprawę z idiotycznej sytuacji. Była jeszcze jedna szansa, żeby mógł udowodnić swoją historię. Musieli poczekać, aż portal na nowo się uaktywni. Problem polegał na tym, że mogło to nastąpić zaraz, jak i w bliżej lub dalej nie określonej przyszłości. - Musimy się tu zaczaić - wyszeptał. - I poczekać... - Powaliło cię! Ja mam felieton do napisania! Nie będę się uganiał za duchami czy stworkami z bajek! - Proszę cię! Przynajmniej zobacz tego gościa. Sam osądzisz, czy jest człowiekiem czy nie. - Kuźwa młody... - zdenerwował się Robert, lecz postanowił, że da ostatnią szansę Michałowi. - Dobra, miejmy to już za sobą. Podkradli się cichaczem do pakamery. Robert ostrożnie zajrzał do środka, gdzie w koncie na kozetce spał strażnik. Problem w tym, że nakrył się kocem i był tyłem. Poza tym słabe światło z lampki ustawionej na prostym stoliku nie ogarniało całego pomieszczenia. Pokazał to Michałowi. - Poczekamy jeszcze chwilę - powiedział. - Jak się nie obróci w ciągu pięciu minut to spadamy. Robert kiwnął głową, że się zgadza. Oparł się o ściankę pakamery i zaczął się bawić wyciągniętym papierosem. Kątem oka zauważył przedmiot leżący między gazetami na podłodze. Przedmiot złapał jakiś refleks odbijając światło z żarówki w pakamerze. Robert podszedł i podniósł go. Był to nie wielki okrągły kamień o czerwonej mocnej barwie. Zaczął się mu przyglądać z zainteresowaniem. Pokazał go Michałowi - To chyba rubin czy coś takiego. Jego wiedza o kamieniach szlachetnych nie była za duża. W dotyku był zimny i niezwykle gładki. Michał zwarzył kamień na dłoni. Prawdziwy byłby trochę wart. Pomyślał. Przy drzwiach do magazyny zatańczyły cienie. Ktoś napierał z drugiej strony starając się dostać do środka! Spłoszeni dziennikarze pośpiesznie schowali się za kartonami.

***

Zbudził go odgłos kroków. Zerwał się szybko. Czujny już zupełnie rozbudzony. Umiejętność czujnego snu i przejścia do stanu gotowości opanował dzięki służbie w wojsku w czasie trzeciej wojny o Khartalis. Błyskawicznie sięgnął do płaszcza, pod którym schowany miał półtora ręczny miecz przymocowany tak, żeby nie było go widać. Zgasił lampkę i kucając przeszedł szybko do drzwi. Nasłuchiwał. Ktoś dobierał się do wejściowego zamka. Uspokoiło go to nieco. Żaden człowiek nie sforsuje magicznego zaklęcia strzegącego wejścia. Uchylił drzwiczki pakamery. Widział cienie pod wąską szczeliną drzwi do magazynu. Ku jego zdziwieniu drzwi otwarły się ze zgrzytem! Szybko przebiegł pochylony i ukrył się za najbliższym filarem podtrzymującym dach hali. Ostrożnie wyjrzał zza filara. Trzy osoby spokojnie weszły do środka zamykając za sobą drzwi. Od razu ich poznał. Zamaskowane twarze i długie do ziemi pokryte łuskowatą skórą płaszcze. Co tu robili? Jak znaleźli sposób na obejście portalu? Te pytania kotłowały się w jego głowie. Odegnał je szybko koncentrując się na czekającej go walce na śmierć i życie. Powoli z namaszczeniem wyciągnął swój miecz. Postacie zbliżały się, zarazem rozchodząc się szeroko na odległość pięciu kroków od siebie. Wyczuli go w tym samym momencie co on ich. Świsnęła stal wyciąganych z pochew mieczy. - Saerivat! Yamahl! Saerivat! - usłyszał syczący głos.

***

Michał z Robertem wyglądali ukradkiem spomiędzy kartonów. Zobaczyli trzy postacie idące pewnym krokiem w kierunku pakamery. W odstępach pięciu kroków z obnażonymi mieczami szli coraz szybciej. Usłyszeli wypowiadane nieprzyjemnym szeptem niezrozumiałe słowa, od których włos jeżył się na głowie. Nagle zza jednego z filarów dosłownie wyskoczył długowłosy elf i jednym susem znalazł się przy najbardziej wysuniętym na lewo napastniku. Atakował z niespotykaną furią zasypując przeciwnika gradem ciosów. Dwaj pozostali podobnymi do elfa susami doskoczyli do przeciwnika. Rozgorzała walka. Melodia skrzyżowanych kling odbijała się echem po magazynie. Przewaga trzech na jednego nie wróżyła elfowi nic dobrego. Teraz to on zaczął się cofać pod naporem napastników. Piruet, blok, unik, ledwo sparowane cięcie na udo. Odskok, kontra, odskok i znowu piruet. Obaj dziennikarze patrzyli jak urzeczeni na ten niesamowity balet. Elf mimo, iż stał na straconej pozycji nie chciał łatwo sprzedać skóry. Nie dość, że parował ciosy to starał się je zadawać. I właśnie jedno z desperacko wyprowadzonych cięć doszło do celu, bo napastnik wydał z siebie zduszone sapnięcie i zatoczył się do tyłu. Uderzył silnie plecami o filar i osunął się na podłogę. Obok niego na posadzce szybko rozlała się ciemna plama krwi. Elf, w którego wstąpiły nowe siły kolejnym piruetem uniknął cięcia i wielkim susem wyskoczył z rogu, do którego zapędzili go napastnicy. Grawitacja na nich nie działa?! Przebiegło przez głowę Michałowi. Wyższy z napastników wydał pełne złości warknięcie. Ruszyli jeszcze bardziej zdeterminowani na elfa, którego szybko opuszczały siły. Cofał się. Cofał i parował wyprowadzane z nieludzką prędkością cięcia i ciosy. Odskoczył znowu. Napastnicy w ułamku sekundy już byli przy nim. Na to chyba liczył, bo wyprowadził chytre kopnięcie w brzuch jednego z nich. Ten runął w tył. Elf szybko wykorzystał szansę i nasadą miecza walnął drugiego w zamaskowaną twarz. Po czym poprawił krótkim pchnięciem zatapiając ostrze w jego piersi. Już nie tak pewny siebie, ostatni z napastników przyczaił się i zmienił taktykę. Nie atakował. Zaczął obchodzić elfa z lewej. Krążyli tak przez chwilę łapiąc oddech i zbierając siły do decydującego starcia. Pierwszy ruszył zamaskowany. Znowu atakował z furią. Cios za ciosem. Szermierka na kosmicznym poziomie! Pomyślał Sienkiewicz obserwując to widowisko. Obaj przeciwnicy walczyli jak natchnieni. Prawie nie widział ciosów, których grad spadał w ułamku sekundy na elfa, by po chwili role miały się odwrócić i to elf atakował. Wtem walczący zwarli się na chwilę, by od razu odstąpić od siebie. Walka się skończyła tak nieoczekiwanie jak się zaczęła. Obaj słaniali się na nogach. Obaj mocno krwawili znacząc podłogę plamami posoki. Zamaskowany z sykiem upadł na kolana i dalej twarzą w plamę własnej krwi. Elf podparł się na mieczu, przez chwilę chwiał się, po czym także osunął się na ziemię nieruchomiejąc. - Co robimy? - spytał Robert zmienionym głosem. - Wychodzimy. Na sztywnych nogach wyszli zza kartonów. Ostrożnie podeszli do pierwszego ciała. Robert pchnął nogą zamaskowanego. Bez wątpienia był martwy. Ciemna posoka rozlała się szeroką kałużą. Podeszli do elfa. Leżał na plecach we własnej krwi. Dostał w lewy bok. Michałowi wydał się jeszcze bardziej blady niż w rzeczywistości. Nagle Robert doskoczył do niego. - On żyje!!! - Wykrzyknął. - Szybko zanieśmy go do pakamery! Położyli go na kozetce. Był nieprzytomny. Robert rozerwał własną koszulkę, by zrobić prowizoryczny opatrunek. Rana była bardzo brzydka i obficie krwawiła. Elf miał rozerwany bok na dziesięć centymetrów. Opatrunek nieco pomagał tamować krew, która zapaskudziła już połowę łóżka. Elf otworzył oczy i zamglonym wzrokiem spojrzał na nich. - Moja torba... - zaczął słabym łamiącym się głosem. - Cicho, nie mów nic - powiedział Robert. - W mojej torbie... są... medykamenty - wyjąkał. Michał szybko rzucił się do plecaka elfa. Początkowo nie mógł sobie poradzić z dziwnym zapięciem w kształcie klonowego liścia, lecz wreszcie zapięcie puściło. Wysypał zawartość na stolik. - Czego szukam? - spytał elfa. - Szare... pudełko. Michał odnalazł szare okrągłe pudełko i szybko je otworzył. W środku była potwornie śmierdząca maź. Znalazł też zielone bandaże. Odwrócił się do elfa i spytał: - Co mam z tym... czymś zrobić? - Nasmaruj... wokół rany... To zneutralizuje truciznę. Bandaże... też... Stracił przytomność. Robert wziął rdzawej barwy maść i wedle zaleceń elfa nasmarował okolice rany. Przyłożył nowy opatrunek i przy pomocy Michała, który uniósł lekko elfa, zabandażowali go. Zmęczeni opadli na krzesła. Spojrzeli na siebie. - Trzeba wezwać pogotowie i policję. - powiedział Michał. - Kurwa! Ale będzie artykuł! Ale będzie sensacja! - podniecił się Robert. Obaj byli cały czas w szoku. Nie za bardzo mogli dojść do siebie. Choć i tak, jak na ten stan, działali dość trzeźwo. - Czemu nie zabrałem aparatu - dalej żałował Robert nie za bardzo słysząc, co mówi do niego Sienkiewicz. - Musimy zadzwonić do szefa! Wystukał numer do Naczelnego, ale rozłączył się nim połączenie zdążyło zostać zrealizowane. Popatrzył na swój telefon, potem na Michała. Nie wiedział, co ma zrobić. Elf poruszył się niespokojnie. Mamrotał coś. - Ma gorączkę - zauważył Michał i nagle zmienił temat. - Teraz mi wierzysz co? - Ha! Wierzę? Stary, ja mało się nie zsikałem! To będzie nagroda Pulicera jak nic! Weźmiesz mnie na współautora co? Michał zaśmiał się nerwowo i pokiwał głową. Tymczasem ich uwagę przyciągnął błysk za oknem pakamery. Obaj zerwali się na równe nogi. Wyskoczyli do hali. Ciała napastników znikły! W miejscach, w których leżały zafalowało tylko powietrze jakby podgrzane. Pozostały po nich plamy ciemnej posoki, która już wsiąkała w zakurzony beton. - Co jest kurwa?! - zaklął Sienkiewicz. - No, policji to już nie musimy wzywać... - Jak nie?! - oburzył się Michał. - No i co im powiesz? Przecież nie ma ciał. Zamkną nas do czubków. - Powiedział to smutnym głosem i dodał - Pulicer przeszedł koło nosa... Ale nie! - ożywił się nagle uradowany - Mamy jeszcze elfa! Nawet martwy się przyda! Dzwonię do szefa! - Poczekaj! - uspokoił go Michał. - Nie dzwoń jeszcze. Nie jestem pewien czy możemy to nagłośnić... Elf majaczył. Mówił w dziwnym języku. Nerwowo ruszał się na kozetce, tak że obaj musieli go przytrzymać. W chwilę potem znowu się uspokoił. Jego czoło było mokre od potu. Śmiercionośna trucizna krążyła w żyłach. Elf walczył o życie. - Jak to?! - Miś zdziwił się mocno, a jego brwi podniosły się znacząco - My musimy to nagłośnić! Kto jak nie my? Jesteśmy dziennikarzami! - Opanuj się! Robert Miś mimo, że był dziennikarzem, też zdawał sobie sprawę z faktu, iż nie mogli nagłośnić całej sprawy. Dokładnie pamiętał nagranie, które przyniósł Michał oraz to, co mówiły elfy. Nikt z ludzi nie mógł zbliżyć się do portalu, w którego istnienie, po tym co dzisiaj zobaczył, zaczął wierzyć. Groziło to jego zniszczeniem. A gdyby sprawa wyszła na jaw, nie zdołaliby powstrzymać wojska i naukowców przed eksperymentami, które przyniosłyby tylko kłopoty i to delikatnie rzecz ujmując. - Ale szefa musimy zawiadomić! - No musimy - zgodził się Michał - Inaczej by nas za jaja powiesił! Robert wyciągnął telefon i zadzwonił do przełożonego. W skrócie opowiedział, co zaszło w magazynie. Otrzymali rozkaz nie ruszania się z miejsca do jego przyjazdu.

***

IV

Redaktor Naczelny i zarazem właściciel gazety dotarł na miejsce grubo po pierwszej po południu. Dowiózł parę kanapek i z miejsca z zawodową precyzją wziął się za oględziny magazynu. Porobił zdjęcia miejsc, gdzie wcześniej leżały ciała a także nieprzytomnego elfa, przy którym dostał ataku nerwowego kaszlu. Potem wysłuchał relacji dziennikarzy i postanowił, że wieczorem zawiozą rannego do znajomej lekarki. - Po zmroku łatwiej będzie go przenieść do wozu - powiedział - Musimy tu kiblować i modlić się, żeby nam ancymon nie wykitował. Piotr Kozłowski był zarazem Redaktorem Naczelnym gazety jak i jej głównym sponsorem. Michał uważał go za najszczęśliwszą osobę pod słońcem. Nie dorobił się fortuny ciężką pracą, ani nie dostał spadku. Mniej więcej rok temu wygrał w totolotka sporą sumkę, której wielkości nikt tak naprawdę nie znał. Miał trzydzieści siedem lat, wysportowaną sylwetkę i bzika na punkcie UFO. Nie obnosił się ze swoim bogactwem, gdyż jak twierdził, lepiej nie kusić „dresów” i innych zdarzeń losowych. Robert z Michałem z wielką wdzięcznością przyjęli hamburgery, które przywiózł im szef. Zjedli je błyskawicznie, lecz jak powiedział Robert, podrażniło to jedynie jego kubki smakowe. Od jakiegoś czasu nieprzytomny elf uspokoił się. Widać śmierdząca maź, którą kazał się posmarować, poskutkowała i teraz spał wymęczony. Od czasu do czasu Michał…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
"Ulubieniec Bogów" c.d. "Terranum" (3 i 4 r.) — czytnik · opowiadania