Fantasy · 14 min czytania
Umieraj Młodo I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Klanowiczom Storm Lords - Moim Bratnim Duszą... Nadludzie...
Ciemna czerwona róża ze stoickim spokojem opadała w rytm delikatnie powiewającego powietrza. Zataczała w nim wszelakie przewroty i wirując upadła koło mej stopy. Delikatność płatków róż została skradziona przez błoto jakie ogarnęło to małe piękno. Teraz już tylko smętna szara rzeczywistość przede mną była mym największym wyzwaniem. A ja spoglądałem na wirujące w górze kłęby powietrza. Delikatnie falowała na nich ma koszula, będąca już ostatnia rzeczą jaka mi się ostała. Stałem ciągle w tym niegdyś jeszcze pięknym miejscu a teraz okrutnym i pełnym nienawiści. Byłem tu... Ale niestety nie w porę. Było już stanowczo za późno na to aby zdołać powiedzieć prawdę o swym odwiecznym uczuciu... O mojej nieskończonej przegranej jaką toczyłem od tych kilkunastu lat... Ale skoro już byłem w tym miejscu, w tym opuszczonym przez żywe istoty zakamarku strachu i śmierci, jedynym co mogłem zrobić w tej chwili to udać się na spoczynek do pobliskiej warowni... Opuszczona i według podań nawiedzona siedziba dawnych lordów tego skąpego kawałka ziemi, była postrachem dla okolicznych wędrowców. A ja tam jeszcze miałem nocować... Cóż, to tylko i wyłącznie moja wina. Ale z jakiego powodu pobliska okolica nie jest wyścielona ciałami zmarłych. Przecież to tutaj miała odbyć się ta wielka bitwa na jaką nie zdążałem. Miałem nadzieję spotkać na czele wielkiej armii Sprzymierzonych Kruka... I opowiedzieć mu o tym co miało miejsce przed kilkoma nocami. Nie stało się tak, więc ruszałem w kierunku obcego zakamarku - fortecy legend o żyjącej tam śmierci. Pełny pytań i niepewności zadawałem kroki, po zamglonym i wilgotnym terenie. Stanąłem przed wielką bramą. Przed starymi drewnianymi wrotami, które ledwo wytrzymały te wszystkie lata swego istnienia, a jak podają legendy, miejsce to było wylęgarnią owej armii z która teraz Sprzymierzeni walczą. Armii Nadludzi...
Ruszyłem w głąb ciemnej otchłani nienawiści. Pozorna cisza budziła we mnie wielki strach.. Pojęcie niegdyś mi nie znane, stało się faktem po ostatniej batalii jaką stoczyłem... Strach... Zrozumiałem wreszcie co to za uczucie... Skierowałem się na schody, całe zarośnięte ciemnymi roślinami. Krok po kroku. Coraz bardziej spokojnie poruszałem się. Mijając niezwykłe zakamarki poniszczonych nieraz komnat, w końcu znalazłem komnatę. Piękny widok na okolicę. I mimo iż była ogromna mgła, zauważyłem w oddali zamku dziwnego jeźdźca. Wydawał się jakiś dziwny. Jego koń stał w bezruchu, a sam jeździec nie zwracał na mnie uwagi, choć miałem wrażenie iż wie kim jestem. Nie myśląc ani chwili dłużej zerwałem się ku wyjściu i ruszyłem do bramy zamkowej. Drogę zagrodził mi nieumarły. Obrzydliwa bestia... Obślizgła i szpetna, ale nadludzko silna. Jednym uderzeniem posłała mnie do kąta dziedzińca. Zerwałem się i jednym muśnięciem katany przeszyłem wroga na pół. To przecież dla mnie żaden przeciwnik. Zerwałem się w kierunku jeźdźca lecz.. Go już nie było... Czy zauważył mnie ? A może po prostu nie zważając na sytuacją gnał przed siebie mając określony cel ? Tego nie dowiem się chyba już nigdy... Ja tylko stałem w bezruchu przez najbliższe minuty, a wiatr uderzał o me ciało i z hukiem powalał połamane gałęzie drzew po ziemi. W głowie kręciło mi się tyle myśli... Tyle rzeczy w jednej chwili. Tyle straciłem w tym jednym momencie... Kim on był... Kto to był... Nie było teraz innego wyjścia jak ruszyć jego śladem. Chociaż zapewne nie dogoniłbym go, to jednak podświadomość rozkazywała mi ruszać tym szlakiem jaki on stworzył. Myśli kierowały mnie w tym właśnie kierunku... Na północ... I chociaż ciągle było ciemno i chłodno, poczułem się jakby nieco cieplej... Jakby to właśnie ta drogą jaka ruszyłem była moim przeznaczeniem. Jakimś najważniejszym celem w mym życiu...
* * *
Część 22 / 2
Znajdywałem się w starej karczmie. Miejscu, które od wielu lat odwiedzałem. Tutaj przesiadywali wszyscy moi najlepsi przyjaciele. Tu toczyły się huczne rozmowy i zabawy. Tu rozgrywały się potyczki... To było centrum mojego dawnego życia. Aż do momentu jak wyruszyłem by pomóc w wielkiej bitwie swym przyjaciołom. Nie dotarłem na miejsce w odpowiednim czasie, zatem ruszyłem w pościg za pierwszym człowiekiem, którego zdążyłem zauważyć. Co niesamowite on przyjechał tutaj i wtargnął do tej knajpy. Ja zrobiłem to samo, ale co niesamowite nigdzie go już nie zauważyłem. I siedzę teraz w swym dawnym ulubionym miejscu. Tu teraz jest inaczej... Stara szafa wygrywa smutne kawałki. Przy każdym stoiku przesiaduje zaledwie jeden wojownik... Każdy podobny do siebie. W poszarpanych szmatach i z przemęczonym wzrokiem. Podobnie wyglądałem zresztą ja... Ale nie tej jeździec... Mimo to nie umie go tutaj wyszukać. Co się tu stało, że dawniej wesołe miejsce stało się tak okropne? Co w ciągu roku mojej nieobecności tu się wydarzyło?.. -Czy podać panu coś – smętnym głosem zapytała kelnerka. Dawniej pracowały tu piękne kelnerki i przygrywała świetna mocna muzyka... A teraz... Stało się źle... -Informacje – odrzekłem znudzony i zarazem ciekaw, co dostane w odpowiedzi. -W tym miejscu ich nie zdobędziesz – odburknęła dziewczyna i odeszła. Powstałem. Wyjąłem katanę z pochwy i wskazałem na sprzedawcę za ladą. -Powiesz co się tu dzieje, albo skosztujesz tego !! – wykrzyczałem. W tym momencie starzy i przemęczeni wojownicy powstali. Na ich twarzach pojawił się uśmiech. Znikły wszelkie rany. Tak jakby nagle zostali uleczeni. Nowe ciuchy... Z mieczami w rękach śmiali się mi prosto w oczy. Jeden odskok do tyłu. Kilka ciosów dwóch pierwszych napastników przeszło kilka minimetrów koło mnie. Wyskok w górę i potężny kop w twarz pierwszego. Natychmiast doskoczyłem do sprzedawcy. -Co się tu kurna dzieje !? – wykrzyknąłem. -Jeśli ich pokonasz powiem – rzekł smutnym i zawiedzonym głosem karczmarz... Ruszyłem ku napastnikom i gdy miałem rozpocząć serię ciosów, nagle wszyscy zmienili się w proch... Nawet ich ubrania. Stanąłem i ze zdziwienia nawet nie zauważyłem jak karczmarz rzuca we mnie butelką whisky. Upadłem, lecz przytomności nie straciłem... Karczmarz podbiegł do mnie i zza pleców wyjął mały sztylet. -Dam ci żyć... Ale jakie to będzie życie... – rzekł do mnie z uśmiechem...
* * *
Ciemny pokój... Szare ściany, z których pokapują krople wody. Słychać piski szczurów. Chłodny wiatr przechodzący przez kraty w oknach... Byłem w celi... W ciemnej celi... Obok mnie siedział dziwny wychudzony mężczyzna... Nie miałem siły, aby coś powiedzieć, ale on odpowiadał na moje pytania, jakby czytając je z moich myśli... -Widzisz towarzyszu. Oto podziemia tej pięknej knajpy, w jakiej byłem przed chwilą. Pozwól, że przypatrzę się tobie... Tak... To ty... – stwierdził wpatrując się we mnie... -O... co... co się... o co tutaj...…