podroze · 2 godz. 41 min czytania
Un poloco en Guatemala & El Salvador
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Un poloco en Guatemala & El Salvador
Tym razem będzie to relacja z dwóch krajów nieczęsto odwiedzanych przez turystów (nie tylko polskich), chociaż może adekwatniej będzie napisać, iż będzie to opowieść również o ludziach (między innymi, siłą rzeczy, również i o mnie), którzy o ile dzisiaj nie są być może kimś, o kim strasznie chce się czytać, o tyle za kilka, kilkanaście lat staną się historią (lub ciekawostką historyczną) ukazującą realia zarówno podróżnicze, jak i lokalne w obecnym (jeszcze!) okresie. Może ktoś, kto planuje ruszyć w rejony Ameryki Centralnej znajdzie tu jakieś pomysły na podróż, może też ta relacjo-opowiastka zachęci kogoś do zainteresowania się tymi okolicami… Bo naprawdę warto! Miłego czytania!
22 marca 2018 POLSKA
Nieśmiało przymierzam się do kolejnej podróży. Póki co, jest problem z bezpośrednimi lotami (których nie ma), a przesiadki do różnych samolotów mają za małe okienko czasowe by można było ryzykować (np. 1,5 godziny) – bo co jeśli odlot z Polski się opóźni? Niechybnie przegapię drugi! Spróbuję innej metody, czyli nawet dwóch przesiadek kupując każdy bilet z osobna. Może się uda. Tak czy siak, tam gdzie chcę polecieć, będę musiał dotrzeć przez Kanadę. I tu już pojawia się kolejny problem - numer eTA. Każdy wlatujący do Kanady nieKanadyjczyk musi go posiadać, a aby go posiąść (jak to zabrzmiało!), trzeba bawić się 10 minut formularzami i zapłacić 7 dolarów kanadyjskich (kartą oczywiście). No cóż, oczywiście dokonałem tego, ale w zasadzie nie wiem czemu nabywanie takiego numerka ma służyć... Zdzierstwo! Za kilka dni Wielkanoc, więc w czasie wolnym będę bawił się w szukanie połączeń. A póki co, wracam z powrotem do nurtu codziennego życia.
31 marca 2018
No i zakupiłem. Plan podróży zapowiada się następująco:
Kraków - Frankfurt Frankfurt - Toronto Toronto - San Salvador
Wszystko zajmie jakieś 20 godzin! Głównym celem jest Gwatemala, ale tam sobie dotrę jakoś lądem. Przed momentem nabyłem przez internet anglojęzyczne przewodniki po Salwadorze i Gwatemali (po polsku nie znalazłem), może w wolnych chwilach sobie coś rozplanuję, ale najpewniej będę o tym myślał już na miejscu. O ile wszystko wypali!
15 kwietnia 2018
Oprócz okazyjnego powtarzania sobie słówek hiszpańskich czytam sobie co nieco o państwach, które będzie mi dane odwiedzić. Salwador i Gwatemala (ten sam opis), strona polskiego MSZ:
„W całym regionie zaleca się rezygnację z podróży indywidualnych, w szczególności z wypraw pieszych, rowerowych, motocyklowych, a także własnym lub wynajętym samochodem. Bardzo często ofiarami napadów stają się zagraniczni turyści podróżujący wynajętymi busami. Bandyci z reguły wchodzą do pojazdu na stacjach benzynowych, podczas tankowania i postoju. Aby zminimalizować ryzyko, zaleca się podróżowanie samolotami i w większych, zorganizowanych grupach.
Podczas pobytu zalecane jest zachowanie następujących środków ostrożności:
- nie należy nosić przy sobie większej ilości gotówki i kart kredytowych (często są skanowane). Należy zabierać tylko niezbędną sumę pieniędzy a resztę zostawiać w hotelowym depozycie / sejfie;
- mieć przy sobie fotokopię paszportu, najlepiej poświadczoną urzędowo za zgodność z oryginałem; - nie powinno się wyróżniać ubiorem i zachowaniem, aby nie przyciągać uwagi potencjalnych przestępców; - wskazane jest unikanie poruszania się po mieście nocą; - unikać noszenia pieniędzy, dokumentów i przedmiotów wartościowych w widocznych miejscach, szczególnie torbach i torebkach. „
Przypomniałem sobie też gazetę, jaką kupiłem w Kostaryce w zeszłym roku. Opisywano znalezienie rozczłonkowanego ciała właśnie w Salwadorze. Ba! Żeby tylko opisywano. Pokazano zdjęcie chłopaka przed posiekaniem, i wszystkie jego kawałki już po posiekaniu. Zero cenzury czy europejskiej wrażliwości (albo raczej strachu przed pozwami)! A jeszcze ze dwa tygodnie temu w tygodniku Piłka Nożna (czasem zdarza mi się kupić, co by całkiem nie stracić orientacji na polu [boisku] mojej dziecięco-młodzieżowej pasji) czytałem o porwaniu kogoś z rodziny jakiegoś znanego piłkarza właśnie w Salwadorze. (Już szukam, już zerkam: 2016 - 'W Salwadorze odkryto zwłoki porwanej kilka dni wcześniej Susany - kuzynki Luka Modricia. Uprowadzona i zamordowana mieszkała w tym kraju od sześciu lat. Gwiazdor Realu nie chciał publicznie odnosić się do tragedii')
Strach się bać!
Na szczęście w przewodniku o Salwadorze znalazłem taką informację:
„Bezpieczeństwo poprawiło się bardzo dzięki aktywnym działaniom policji w ostatnich latach. Prawda jest taka, że większość turystów odwiedzających Salwador wraca z relacjami o otwartych, przyjaznych ludziach; zamiast bycia celem przestępców, jest się ciepło witanym, a mieszkańcy wykazują duże zainteresowanie naszą wizytą. (...) Statystycznie Salwador ma najgorsze statystyki dotyczące brutalnych przestępstw na kontynencie, to jednak wynik działań salwadorskich gangów (maras) i większość odwiedzających ich nie zauważy.”
Jednak przewodnik po Gwatemali nie podaje już tak optymistycznych informacji. Zdarzają się kradzieże kieszonkowe, wyrywanie torebek, aparatów, skanowanie kart kredytowych itd. Dużo jest napadów na szlakach turystycznych, więc nawet fakt, że nie planuję spędzić zbyt wiele czasu w stolicy, nie napawa mnie optymizmem.
W banku wyrobiłem już sobie konto dolarowe, co by nie mieć przy sobie za dużo gotówki i by nie korzystać ze swojej codziennej polskiej karty ze względu na bardzo niekorzystny przelicznik bankowy (ze złotówki na dolary). Wymienię jakąś kwotę w kantorze i wpłacę sobie na konto. Po powrocie zlikwiduję kartę. Polską złotówkową też wezmę, por si acaso! (na wszelki wypadek)
3 maja 2018
"Od początku kwietnia władze Meksyku i ambasada Niemiec poszukują podróżnika i cyklisty Holgera Franza Hagenbuscha. Nikt nie ukrywa, że można spodziewać się najgorszego. Nadzieję odbiera dodatkowo fakt, że w trakcie prowadzonych poszukiwań zidentyfikowano ciało polskiego podróżnika." Znaleziono zwłoki Krzyśka Chmielewskiego, człowieka niewiele starszego ode mnie, który sobie jeździł po świecie. Ot, przypadkowy portal, pierwsza wiadomość bijąca po oczach. Jestem wyczulony na takie newsy ostatnimi czasy. Ech :/
7 maja
"Prawnik Juanjo Gutiérrez Brínguez (38 l.), który pojechał na miejsce tragedii odkrył, że 200 m od zwłok Polaka znaleziono ciało niemieckiego kolarza Holgera Franza Hagenbuscha, który towarzyszył Chmielewskiemu na tym etapie podróży.
Zdaniem Bríngueza Polak został zamordowany na tle rabunkowym. - Ukradli mu rower, kamerę go pro, pieniądze i dokumenty. Znaleziono też świadka, który widział trzech mężczyzn przenoszących zwłoki - opisuje prawnik. Zapewnia ponadto, że podróżnik miał odciętą głowę i stopę. - Przy upadku z takiej wysokości wnętrzności byłyby porozrywane, a z sekcji zwłok wynika, że były w nienaruszonym stanie - wyjaśnia Brínguez. Pozostaje więc pytanie, dlaczego meksykańskie władze nie chcą ujawnić całej prawdy..." (www.se.pl) Hmm...
8 maja
Wymieniłem dolary. 3.58 PLN za jednego. 20 groszy taniej (jeszcze) niż rok temu. Nie jest źle!
12 maja
"Sekcja zwłok wykazała, że niemiecki kolarz zginął od strzałów w głowę. Kuli, która spowodowała śmierć 43-latka, nie znaleziono, widać natomiast wyraźnie ślady przejścia kuli przez czaszkę.
Część 22 / 6
Z kolei 37-letniego Krzysztofa Chmielewskiego, polskiego podróżnika, z którym kontakt urwał się 19 kwietnia, zamordowano uderzając ciężkim narzędziem w głowę. Sekcja wykazała rozległe rany spowodowane ciosem. (...) Sekcja zwłok wskazuje jednak, że "prawdopodobnie zadano im śmierć w innym miejscu, a dopiero później przewieziono na pobocze autostrady, gdzie znaleziono ciała" - zaznaczył Luis Alberto Sanchez z prokuratury stanowej."
(onet.pl)
Czy pocieszeniem jest, że normalni ludzie, przeciętni Meksykanie, zorganizowali w San Cristobal de las Casas protest przeciwko przemocy?
20 maja
Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? Mogę zrezygnować, polecieć sobie za 900 zł na Cypr, czy w inne bezproblemowe miejsce. Jednak nie, nie w lipcu! Jak coś mi się stanie, zaraz zgraja hejterów napisze pod wiadomością o mojej śmierci: "Sam się prosił", "Głupi, co za debil (kretyn/matoł/idiota) pcha się w tamte rejony". Ale to po prostu ludzka natura. Ciekawość. Żądza przygody. Eksploracji. Niektórzy mają w sobie coś takiego. Gdyby nie ona, Kolumb nigdzie by nie wypłynął, człowiek nie zasiedliłby całej planety, NASA nie znalazłaby chętnych na księżycowe misje (ani na marsjańskie! - te przed nami dopiero!). Kukuczka, Rutkiewicz, Berbeka, Mackiewicz... Nie jestem człowiekiem gór, ale wiem, czemu nasi wybitni wspinacze w nie leźli, i w nich ginęli. Czuję to samo co oni, lecąc do krajów, gdzie mogę być już w pierwszym dniu pobity/obrabowany/zamordowany. W odróżnieniu jednak od niektórych nie mam żony, nie mam dzieci, nie mam więc jakichś głębszych hamulców. Wiem, moja podróż nikomu oprócz mnie samego nie będzie potrzebna (ale w zasadzie to komu, do cholery, są potrzebne mordercze wyprawy wspinaczy oprócz nich samych?), ale zostałem obdarzony takim pierwiastkiem (genem?) przygody, więc nie jadąc w niezbadany przez nas, Polaków, niebezpieczny, dla każdego, region, czułbym się... jakiś niewyżyty.
Dlatego trudno, polecę!
Wrócę, jeśli wrócę, to bogatszy o doświadczenia, z zapiskami, które pomogą innym chcącym iść w moje ślady (czasem dziękują mi czytający moje wcześniejsze relacje, którzy polecieli tam, gdzie nieco przetarłem szlaki :) ), i przez kilka pierwszych tygodniu będę przy goleniu radośnie/dumnie patrzył na swoją paskudną mordę w lustrze :)
Nie wiem czemu, ale przypomniała mi się jakaś rozprawa naukowa o socjopatach/psychopatach/seryjnych mordercach. Mówiła ona, że w zasadzie to nawet całkiem dobrze dla społeczeństwa (społeczności), gdy tacy się rodzą, bo nie czując strachu, wyrzutów sumienia, itd., sprawdzają się w chwilach zagrożenia jako bezwzględni, nie odczuwający strachu obrońcy/wojownicy. Skoro nawet psychopaci, to ryzykanci, więc osoby jakby trochę jak ja, też jakąś przydatną rolę w chwilach kryzysu w społeczeństwie (społeczności) muszą pełnić. Zwiadowców, czy coś... Hmm…
8 czerwca
Blisko 100 osób zginęło, a 200 jest poszukiwanych (więc też już pewnie nie żyją) w wyniku wybuchu wulkanu Fuego w Gwatemali, który miał miejsce w niedzielę, 3 czerwca. Nie można ze smutkiem i lekkim niepokojem nie podchodzić do takich wiadomości, zważywszy na to, że pod samym wulkanem (acz innym) zamierza się spędzić jakieś dwa tygodnie. Nie traktuję tego wydarzenia jako złego omenu, ale staram się myśleć optymistycznie. W ciągu kilku następnych miesięcy jest BARDZO mało prawdopodobne aby w tym samym kraju pierdyknął jeszcze jakiś wulkan. Prawda?
12 czerwca
Przyszła karta dolarowa! Aktywowałem, ustawiłem limit na 250 dolarów dziennie wszelakich transakcji. W Polsce wir pracy. Grrr.
24 czerwca
Yes! Znalazłem, kurna trampki! Zajęło mi to ze dwa miesiące! Zjeździłem kilka razy Kraków i mniejsze miejscowości w promieniu 65 km i buty, jakich szukałem, znalazłem w jednym, małym sklepie na obrzeżach Kraka. Zwykłe, trochę poza kostkę, bez znaczka na pół buta. 50 zeta. Ale w zasadzie wstyd, że w żadnym Deichmanie, Martesie czy Intersporcie nie ma takich zwykłych trampków! Nie dziwi fakt, że sieć CCC zaczyna mieć problemy finansowe, skoro nie oferują najzwyklejszego rodzaju obuwia! No dobra, teraz to mogę lecieć i nic mi nie będzie straszne! Wybór wygodnych butów do podstawa! Na takie łażenie, jakie planuję, takie buty są w sumie najlepsze. Chyba każdy wie, jak ukąszenia komarów na kostkach mogą wkurzać, nie? :) Poza tym zawsze trochę usztywnią stopę.
13 lipca
Na booking.com znalazłem fajny hotel 10-20 min pieszo od lotniska. Nie ma co, San Salvador, stolica, to 30 km dalej, w dodatku nocą... (przylecę o 19-ej, potem kontrole, itd.) Ubezpieczenie Allianz na tę strefę, darmowy dowóz zwłok na miejsce pochówku + trumna do 6 tysięcy. Żem se wybrał wakacje! Ale to w sumie mnie kręci i bardzo mnie podnieca! Będzie, kurna, survival!
PS: Zgłosiłem podróż w polskim MSZ na https://odyseusz.msz.gov.pl/Home/RegisterTravel. Jakby co...
14 lipca
Chyba spakowany! Ciuchy, leki przeciwbiegunkowe (i przeciwbólowe, haha) zabrane, podobnie jak przenośne szachy magnetyczne i Pismo Święte (można się śmiać, ale poszukam w nim sobie śladów pozaziameskich cywilizacji!). Paszport, gazety (lewackie, a jak!), tradycyjnie w tamte rejony Glukovsky (‘Tekst’, z 2017) też są. Przejściówka, ładowarka, tablet, stary aparat, wiatrówka... Chyba wsio! A, książeczka szczepień dowodząca, że jestem odporny na żółtą febrę (szczepiony w zeszłym roku, będzie pewnie potrzebne przy przekraczaniu granicy salwadorsko-gwatemalskiej).
15 lipca
Lecę sobie już w drugim samolocie w dniu dzisiejszym. Zaczęło się od krakowskich Balic, na które wiekowym już nieco śnieżnobiałym Daewoo Lanosem podwiózł mnie stary, dobry znajomy. Co rzuciło się w oczy to minimalistyczne, purytańskie wręcz wyposażenie lotniska w miejsca do siedzenia. Mimo późnej pory i niewielkiej w zasadzie ilości ludzi, ciężko było znaleźć coś do złożenia swoich niewyspanych zwłok (acz udało się nieopodal automatu z kawą). Znajomy potowarzyszył mi jeszcze dyskutując ze mną na tematy historyczne (m.in. Einsatzgruppen i rola lokalnej ludności w pogromach Żydów na terenach Europy Wschodniej). Aż wreszcie mogłem oddać bagaż rejestrowany w postaci pojemnego plecaka - dowiedziałem się przy okazji, że odbiorę go nie we Frankfurcie, nie w Toronto, ale w San Salvadorze. Taką miałem nadzieję, więc teraz mocno, mocno trzymam za słowo!
Bezproblemowo przeszedłem przez kontrolę i usiadłem nieopodal bramki numer 6. Wokół było sporo ludzi, ale panowała jakaś dziwna, grobowa cisza. Co poniektórzy próbowali spać, inni gapili się w komórki, a byli też tacy, co patrzyli się przed siebie mętnym, śpiącym wzrokiem. Iście senna atmosfera!
Samolot do Niemiec (siedziałem w pobliżu kobiety, która gadała, gadała i gadała przez całą drogę! - podziwiam!), wylądował we Frankfurcie nieco później niż się spodziewałem, toteż miałem mały moment nerwówki pędząc przez przepastne korytarze lotniska na samolot do Toronto, na którego boarding miał się zacząć za niecałe 30 minut! A jeszcze chciałem do WC, a jeszcze na drodze stanęły dwie bramki sprawdzające dokumenty wszystkich, którzy mieli udać się do Kanady.
Niepozorny Murzyn wziął ode mnie paszport. Zapytał jak długo mam zamiar zostać w Kanadzie oraz czy mam wizę. Zaskoczył mnie tym pytaniem. “Jako obywatel polski, o ile wiem, muszę mieć tylko numer Eta. Proszę”, poddałem mu wydruk z nadanym mi numerem. Kiwnął głową i przepuścił. Upragniony WC i na pięć minut przed boardingiem stałem już sobie w kolejce. Lucky me!
No i tak sobie lecę, oczywiście przy odprawie jeszcze w domu wybrałem sobie miejsce w przejściu (można wyłożyć długie nogi i nie prosić innych o wstanie w przypadku potrzeby pójścia do WC), zjadłem obiad (ziemniaki papkowate, ale kurczak znośny, podobnie jak sosy), modlę się. by wytrzymać jeszcze 5 godzin i 47 minut, bo dzisiaj ewidentnie źle trawię (ech, węgielki zostały w rejestrowanym…). Piję drugie małe piwko, może uda się zasnąć! Dobrze, że mam ten tablet, bo w zagłówkach zero porządnego rocka, zero metalu, jeden horror do obejrzenia i w ogóle kicha (Air Canada). Wskazania z zagłówka kogoś siedzącego przede mną: Wysokość: 9753 metry, prędkość 888 km/h, temperatura na zewnątrz -46 C. W samolocie trochę chłodno, ale znośniej niż w KLMach.
No nic, spanie!
15 lipca ,Toronto
Dotarłem do Kanady, uff. Lotnisko ciekawe, jest cała masa stanowisk z zamontowanymi tabletami (to właściwie Iphony), na których za darmo można sobie wchodzić na internet.
Zdążyłem na drugą połowę finału piłkarskich Mistrzostw Świata - Francja pokonała Chorwację 4:2. Aby oglądać mecz w przyzwoitych warunkach, musiałem kupić małe piwo za jakieś 30 zł! Młody barman tak naciskał, zagadywał, podłożył nawet podstawkę, że nie dał mi wyboru. Trochę niegrzeczne z jego strony. Żalił się jakiemuś klientowi, że od 6 lat nie miał ani dnia wakacji, że zarabia super, ma dodatki, płaconą składkę, emerytalną, ale zapieprza od rana do wieczora. No i wmusza w ludzi piwo, czego byłem przykładem, haha (ale na to już nie narzekał).
Część 33 / 6
Pochodziłem po sklepach bezcłowych, dziwna sprawa, bo np. rumy są droższe niż w polskich sklepach z nakładaną u nas na nie ogromną akcyzą! Może kupię sobie jakiś na wieczór, ale to już w Salwadorze…
15 lipca
SALWADOR, San Salvador
Uff, dotarłem po ponad 20 godzinach tułania się po świecie. W zasadzie nie ma co narzekać, bo lepsze latanie z przerwami gdzie jeszcze podają obiady niż jazdy ciasnym autobusem do takiej Mołdawii czy Bułgarii (każdy ze dwa takie wypady powinien w życiu przeżyć, co by potem nie narzekać gdy się gdzieś leci tak gładko, że piwo w kubeczku ani nawet drgnie!)
Ostatni lot linią Avionca. No widać, że finansowo nie są taki krezusami jak Lufthansa czy Air Canada, bo sam samolot był nieco plastikowy jeśli chodzi o wykończenia i starawy jeśli chodzi o wszystko, ale obiadek dali fajny - więcej warzyw niż w Air Canada.
Po zakończeniu lotu strasznie długo szło się do urzędników imigracyjnych (w ogóle zero informacji w sumie jeśli chodzi o takie procedury - gdzie iść, gdzie bagaże itd., jakbym po drodze nie pytał, to bym się pogubił), ale gdy przeszło się te kolejki, odebrało bagaż, można było wyjść z lotniska. Prawdziwe tłumy, ale widać, że każdy na kogoś czekał. Nawet tylko jeden taksówkarz do mnie podszedł, ale chcąc już już (!) po hiszpańsku, wyjaśniłem mu, że mam blisko hotel i sobie pójdę na nogach. No i to był błąd…
Suspens! Werble! Zaparty dech!
Nie no, nic się nie stało, ale najpierw droga (ekspresówka) nie miała właściwie żadnego pobocza, w związku z czym każde nadjeżdżające mi zza pleców auto przyprawiało mnie o dreszcze. Pocieszałem się, że na dwóch torbach (nie brałem walizki, a plecaki są w miarę lekkie) miałem takie zwinięte paski odblaski… Ale jedno auto jechało podejrzanie wolno… Minęło mnie (próbowałem coś zobaczyć przez szybę, ale ten biały Jeep miał je zaciemnione), po czym zatrzymało się z 15 metrów dalej. Hmm, włączyła mi się czerwona lampka, udałem, że zawracam, po czym widząc, że auto odjeżdża, zmieniłem stronę ekspresówki. Szedłem pod prąd. Ciemno jak w nie powiem gdzie, a w dodatku z pomiędzy lewych i prawych pasów (z porośniętego palmami odstępu) ktoś zaczął krzyczeć Por favor, gwizdać i machać na mnie ręką. Dostrzegłem trzy postacie stojące sobie w mroku. Okoliczne żule? Bandyci jacyś? Przejeżdżające czasem auto oświetlało ich reflektorami. Rozpoznałem mundury. Poszedłem do nich. Od razu podszedł do mnie z pięćdziesięcioletni byczek ze… strzelbą. Już zacząłem schizować, bo różnie może być, zażąda jakiejś łapówki, zacznie przetrzepywać, da mandat za łażenie po drodze… Ale o dziwo zaczął z uśmiechem, zapytał skąd jestem, dokąd idę. “Trzy kilometry jeszcze, ale niebezpiecznie”. Jeszcze trzy?! No ale powiedziałem standardową frazę, tj. pobre turista, taxi złe, i mnie puścili. Ale samo miejsce i fakt, że trójka uzbrojonych po zęby policjantów ewidentnie na coś/kogoś czeka, nie nastroił mnie optymistycznie. Pojawiło się pobocze, na którym co kilka, kilkanaście metrów stały pick-upy. Ktoś jednak zawsze, mimo zgaszonych świateł, był w środku! Bałem się trochę, że trafię na coś, czego nie powinienem widzieć (np. jakąś transakcję), że ktoś mi każe oddać plecak i odjedzie w myśl zasady “Okazja czyni złodzieja”. No i nic nie widziałem, zacząłem się pocić jak pewnie poci się więzień siedząc na krześle elektrycznym, powietrze stało się niezdatne do wdychania. Duchota niesamowita! 50 minut męki!
Za bardzo się wkręcam, z jednej strony to dobrze, bo czuję przyjemną adrenalinkę (no i jeszcze uważam na siebie), ale jednak cały czas tak nie można. Spokojnie, wyluzuję!
A hotel fajowy! Rancho Arqueta, przy drodze. Ma ładne otwarte lobby pod daszkiem, dziedziniec w lokalnym stylu, gdzie są stoliki i krzesełka, i proste, ale schludne pokoje (z klimatyzacją). Kawa 50 centów, piwko 1,20 dolara. Tu na miejscu, w Salwadorze, jest już tanio :) Miła obsługa - chłopak po 20-tce, starszy pan pod 60-tkę, robimy sobie miksy hiszpańsko-angielskiego, bo Artur oczywiście udaje, że angielski kiepsko, po to by się trochę zhiszpańszczyć :) Póki co, jakoś idzie!
Ząbki umyte, bielizna wyprana (mam nadzieję, że wyschnie do jutra), prysznic wzięty… Jutra dziś nie planuję… zdrówko!
16 lipca 2018
Śniadanie pyszne! Chociaż robioną przeze mnie jajecznicę uważam za całkiem smaczną i w ogóle niczego sobie (nie abym się, eghem, przechwalał), tak podaną w hotelu przez uśmiechniętą kucharkę oceniam na wybitne dzieło sztuki kulinarnej. Super wypieczona, udoskonalona kawałkami różnokolorowych papryk i drobnymi kawałkami pomidora. Do tego czarny ryż z czerwoną fasolą i dwa placuszki tortillowe z sosem oraz specjalnym sero-masłem do przygryzania. I kawa w zestawie! Zamówiłem jeszcze drugą, bo samce alfa piją dwie kawy, po czym zapłaciłem za wszystko 4,50 $ (16 zł). Jak na hotelową restaurację, to naprawdę niedrogo. Wyszedłem sobie przed hotel i poszedłem we wskazanym przez kogoś z obsługi kierunku. Zauważywszy rozlatujący się przystanek autobusowy zapytałem jeszcze lokalsów czy jadą z niego autobusy do centrum. Otrzymawszy pozytywną odpowiedź zasiadłem na mającej za sobą lata świetności niebieskiej ławeczce i leniwie, acz wnikliwie, obserwowałem jak toczy się życie na prowincji.
Ludzie mają słabość do pick-upów, lub małych trucków, jak kto woli (albo, jak mówią Amerykanie, pick-up trucków). Potężne maszyny mkną ekspresówką co jakiś czas zatrzymując się na poboczu pozwalając ludziom sobie wsiąść na tył, ot, tak zwyczajnie wskoczyć na pakę.
Dowiedziałem się, że trzeba wejść do buska (są tu jeszcze mniejsze niż te i tak małe, acz jakże popularne u nas) 138, aczkolwiek jechał jakiś mało oznakowany, z drzwi którego wyskakiwał 'nagabywacz’ krzyczący Colo, Colo (?), aż widząc mnie, niemal Albinosa jak na ich warunki, w dodatku z dwoma plecakami zakrzyknął po prostu Centro! Dłużej mnie przekonywać nie musiał. Dałem mu trzy ćwiartki (75C) i tak oto mknąłem w kierunku San Salvador. Po kilku minutach bus się zapełnił. Z okna mogłem obserwować sobie piękne, zielone góry porośnięte palmami. Były bardzo wysokie i bardzo strome, rzec można, że były wręcz majestatyczne!
Aż dotarliśmy do stolicy. Wąskie, brudne uliczki, nieskończona liczba straganów z owocami, warzywami, butami, wisiorkami, hałas, harmider, klaskony, korki! Co chwila policjanci z… karabinami (co tam nasi z tymi ich miniaturowymi pukaweczkami!). Idąc sobie przed siebie i pomagając mapką Google dotarłem do siedziby Tica-Bus (oczywiście na mapie źle oznaczonej, ale pytani przechodnie wskazywali mi drogę – jest to 3 Calle Ote, ale bardziej w zachodnim kierunku). Drzwi bronił ochroniarz… ze strzelbą! Bogowie, widok takich giga-gnatów nie nastraja optymistycznie, szczególnie gdy jest się najbielszym w dzielnicy, a kto wie, może i w całym mieście… (!)
Okazało się, że bilety na dzisiaj zostały wyprzedane, toteż kupiłem sobie na jutro rano. To będzie fajna pora, bo po 6-7 godzinach jazdy dotrę w samo południe i spokojnie pochodzę sobie po stolicy. Spontanicznie gdzieś zaśpię, tj. znajdę miejscówkę do spania już tam, na miejscu.
Wracając jednak do San Salvador i siedziby Tica Bus - 20 dolarów za bilecik i jeszcze moje zapytanie o hotel, który jest w tym samym budynku. Nie należy do nich, ale pani zawołała właściciela, który skasował mnie na 13 dolców (!) (46 zł). Wyjaśnił, że schodkami na górę i w prawo. Hmm, pokój jak mysia norka, miejsce tylko na łóżko, nocną szafkę i gigantyczny wentylator. I okienko na korytarz. Ciemno, energooszczędna żarówka dokręcona do sufitu nie daje wystarczająco dużo światła by można było rozglądać się wokół nie męcząc ślepiów. Ubikacjo-prysznic w jednym. Jeden kurek, tylko zimna woda (ale w takich warunkach jest ona zbawienna!), kibelek nie ma deski sedesowej, ręcznika brak. Oczywiście wziąłem prysznic, a przetarłem się cienką narzutką, która zapewne ma pełnić rolę pościeli. No i na miasto!
A tam znowu, pick-upy załadowane policjantami z karabinami, niektórzy z nich mieli chusty. Przy każdym sklepie ochroniarze! Wypatrzyłem coś, co z daleka wyglądało na restaurację. Przeszedłem przez okratowana bramkę, natychmiast podszedł do mnie ochroniarz ze strzelbą automatyczną i kazał pokazać, co mam w plecaku i kieszeniach! Kurna, człowiek wyszedł na kawę, a tu sprawdzają czy nie ma przy sobie broni! Zaprawdę, musi tu być - przepraszam za wyrażenie - zajebiście niebezpiecznie!
Okazało się, że to taka mingaleryjka z pięcioma knajpkami po lewej i pięcioma knajpkami po prawej stronie. Takie, szczerze mówiąc, brudne żulernie z podpitymi (a godzina dopiero 11:24) gośćmi. Czego tu strzec, kogo bronić, tych pijaczków i niskiego utargu? Ech… strach wychodzić. Ale trzeba zobaczyć jakieś ciekawe rzeczy i napić się trochę lokalnego piwa ;)
Duża kawa, 1 dolar (z napiwkiem). Ku przygodzie!
16 lipca
Pochodziłem bez mała ze 3 godziny po mieście - to miasto to chyba największy targ jaki w życiu widziałem! Każda ulica ciasno zawalona straganami. Wspomniałem o owocach, warzywach, butach (same podróbki, bo nie uwierzę, że takie Pumy kosztują 30 zł), wisiorkach, a teraz trzeba jeszcze dodać sprzedawców losów, zegarmistrzów, sprzedawane koszulki, paski, garnki, dziadka sprzedającego tylko patyczki do uszu, sprzedawców dewocjonaliów, sprzedających tylko… lizaki, tylko gumy do żucia, publicznych kaznoziejów, handlarzy zabawkami, portfelami, ciastkami, prażoną kukurydzą i wielu innych! O dziwo, w takim tłumie nie czuję się niebezpiecznie. Jest pozytywnie!
Siedzę w pokoju, przyniosłem zakupy na wieczór. Między innymi rum (0,7 l - 20 zł!)i chipsy z banana, których tak mi brakuje w Polsce! Ale jest tu niesamowita sauna! Mam tylko jedno gniazdko, więc albo coś sobie podładuję i zamienię się w kałużę potu, albo podłączę gigawiatrak… Wybieram kompromis - idę do jednej ze wspomnianych wcześniej brudnych żulerni (mają fajny metal w szafie grającej w jednej z nich), a tu, w pokoju, podładuję sobie tablet.
Ku przygodzie!
16 lipca, 19:24
Już dawno ciemno, ale normalnie o 19-ej w Polsce jest teraz jasno, więc czuję się nieco zdezorientowany. Dotarłem do tej baro-dziury, w szafie, ha!, było sporo rocka i metalu. Metallica, Iron Maiden, nóżka jakoś tak sama uderzała o podłogę (nawet w miarę) do taktu, paluszek stukał po stole, a ja po którymś piwie zacząłem analizę Starego Testamentu. “Uczyńmy człowieka na nasz obraz”. Nasz?! W dodatku mężczyzna i kobieta od razu. Durny, interpretacyjny tylko przypisek. Czyli było więcej niż jeden stwórca…?
Co z gigantami, i faktem, że Adam żył 930 lat, jego syn Szet 912 lat. Wnuk Adama, Enosz, 905 lat. Itd…
Po jakimś czasie schowałem Pismo Święte i puściłem niemieckiego Rammsteina. Od jakiegoś czasu w tym pustym przybytku do puszczanej przeze mnie muzyki gibał się nad swoim talerzem jedzenia jakiś nieco otyły facet. Czasem przy kawałku, który mu pasował, pokazywał mi podniesionego do góry kciuka. Wyjąłem moje małe magnetyczne ajedres (szachy) i pomachałem mu nimi zachęcającym gestem. Ha, skorzystał! Od razu się przysiadł! Miał na imię Carlos, miał 48 lat i był przesympatycznym gościem z lekką nadwagą. Pytał po jakiemu śpiewa ten Rammstein, odpowiedziałem, że po niemiecku. “Mnie się Niemcy tylko z Hitlerem kojarzą”, rzekł. Przez chwilę odezwał się we mnie ten polski shadenfreund i pomyślałem, że za to co nam zrobili w czasie wojny, niech do końca śmierci kojarzą się światu tylko z Adolfem, ale przecież takie myślenie ani nie przystoi, a tym bardziej krzywdzi dzisiejszych Niemców, z których niektórych nawet da się lubić. No i tak w ogóle to Hitler był właściwie z Austrii… Grając w szachy i pijąc piwo za piwem tłumaczyłem mu więc, że Hitler to kwestia przeszłości, dzisiaj to dzisiaj i Polska i Niemcy to amigos, a Rammstein wymiata! Pogadaliśmy (tzn. ja na zasadzie Kali jeść, a raczej pić) o San Salwadorze, mistrzostwach świata, dowiedziałem się też, że ma trójkę dzieci, ale jest singlem… Skubaniec, dobrze grał, ale Arturowi nie dał rady! Polonia – El Salvador 1:0
Część 44 / 6
Na koniec ciachnęliśmy (tzn. poprosiliśmy barmankę o) pamiątkową fotkę, a ja w przypływie sympatii dałem mu moją czapeczkę z daszkiem z Hard Rock Cafe Warsaw. I ten byczek… się rozbeczał! Nie chodzi o to, że to jakiś Trzeci Świat i ludzie nie mają czapeczek, bo oczywiście mają, ale po prostu rozczulił go mój gest. Zaczął mnie obejmować i dziękować wylewając z siebie morze łez! Kurczę, to tylko czapeczka :) Poklepałem go po ramieniu, rzekłem “Recuerda, El Salvador i Polonia - amigos!” i udałem się w drogę powrotną do hotelu.
Teraz rumik z colą na zdrowy sen! PS: W jednym z centrów handlowych wypłaciłem 250 dolarów. Bankomat wypluł tę kwotę w… dziesiątkach! W Salwadorze bez prowizji!
17 lipca
Szybko się ululałem, ale to dobrze, bo wstałem sam z siebie, nim budziki z komórki i z tableta zaczęły wieścić nadejście nowego dnia i nowej przygody. W nocy otrzymałem maila, że za tydzień mogę zacząć popołudniowe zajęcia, ale nie mają dostępnej rodziny, która by mnie ugościła. No kurka, po tygodniu mi odpisują, jeszcze obdarowując takimi kiepskimi wiadomościami. Jak już mam bilet i w ogóle. No ale co tam, jadę, posiedzę może trochę w stolicy Gwatemali, może znajdę nocleg w okolicy tej szkoły hiszpańskiego.
Teraz siedzę sobie w busie i piszę. Chłodzą! Dobrze, że zabrałem sobie coś do narzucenia!
17 lipca GWATEMALA, Ciudad de Guatemala
Wieczór, obskurny hotel, Anathema z tableta, rumik, jakieś pikantne chipsy. Nim do tego doszło, wydarzyło się jednak kilka rzeczy.
Prawie 5,5 godzinna jazda autobusem. W samolotach chłodzą powietrze by ludzie nie mdleli, ale jak ma się to do autobusów? Zmarzłem, cholera! Wydaje mi się, że schłodzony autobus to dla ludzi tu jest synonimem luksusu! Arrrr. Na granicy spodziewałem się kontroli bagażu, jak między rok temu między Panamą, a Kostaryką, a tu nic! Celnik salwadorski przeszedł tylko po autobusie patrząc na paszporty i odhaczając nas na liście. Mnie jedynie zapytał dokąd dokładnie jadę. Z grubsza mu powiedziałem. Celnicy gwatemalscy siedzieli w budynku przypominający mały dworzec kolejowy, trzeba więc było opuścić autobus. Kolejka do okienek szła w miarę sprawnie. Nadeszła moja kolej i pani po popatrzeniu w stare pieczątki zaatakowała mnie serią pytań. Gdzie, mam tam rodzinę, przyjaciół, po co, na jak długo? Sam? Na dwa-trzy tygodnie?! No co ją tak dziwiło? Poszła do jakiegoś mężczyzny siedzącego leniwie za nią w pomieszczeniu, pokazała mu pieczątki (z Panamy z zeszłego roku), pogadała, w końcu znowu usiadła naprzeciw skonfundowanemu mnie i… w końcu wbiła tę pieczątkę. Co ją tak tam mogło zdziwić?! Nie pytałem by nie kusić losu. Przy wychodzeniu i wchodzeniu do autobusu oraz tak samo w przypadku wchodzenia do i wychodzenia z biura celnego atakowała nas zgraja gości z plikami Quetzali (gwatemalska waluta) w ręce. “Wymiana, wymiana (Cambio, cambio)” krzyczeli niemal do ucha. Nie skorzystałem, za łatwo byłoby mnie na tym etapie podróży oszukać.
Po niedługim czasie mijaliśmy już małe wioski i miasteczka. Widać taką biedę, niechlujstwo, czasem kicz. Ledwo trzymające się kupy stragany, małe sklepiki ze ścianami, na których byle jak wypisano farbą towary, jakie można znaleźć w środku.
Ludzie siedzący sobie na krawężnikach mimo normalnego dnia roboczego. Skąd więc (sprawdziłem) bezrobocie u nich na poziomie 2-3%?
Stolica, Guatemala City (po hiszpańsku to Ciudad de Guatemala), położona jest w dolinie. Z góry, gdy do niej zjeżdżaliśmy, na tle majaczącego po drugiej stronie majestatycznego wulkanu, wyglądała przepięknie! Gdy już ku niej zjechaliśmy od razu rzucił się w oczy większy dobrobyt niż w San Salvador. Więcej Macdonaldsów, KFC, Subwayów, ulice też jakieś czystsze, auta dużo lepsze… Jedną panią w autobusie, gdy wjeżdżaliśmy na dworzec Tica Bus, zapytałem gdzie tu jest centrum (która zona, bo miasto jest tu podzielone na zony [co po lekturze takiego Sołżenicyna może brzmieć nieco dziwnie]), na co ona odpowiedziała, że tutaj (Zona 11). Jej odpowiedź nie bardzo mi pasowała, nie tylko ze względu na numer zony, ale też na fakt, iż zona ta na mapce nie jest umiejscowiona jakoś w centrum. Po dotarciu na dworzec zapytałem starszego pana sprzedającego pokoje w hotelu mieszczące się w tym samym budynku, co dworzec (20-25 dolarów - hotel należy do sieci Tica Bus) o to centrum. Zona 1. No właśnie! Szybki rzut oka na mapkę w telefonie i wiedziałem już jak iść. Właściwie to cały czas prosto jedną z głównych ulic miasta. Znalazłem nawet bankomat (sieć 5b), ale okazało się, że życzył sobie… z 5 dolarów prowizji. Stwierdziłem, że może znajdę inny - i potem znalazłem (bodajże BC), ten już chciał o dolara niższą prowizję, ale koniec końców i tak mi nie wypłacił kasy. Skorzystałem więc ze stojącego obok… 5b. Trudno…
Zanim jednak do tego doszło wpadłem do Maca i skorzystałem z wi-fi. Znalazłem hotel za 15 dolarów (17 z podatkami – 60 zł). Szedłem z jednym plecakiem na jednym ramieniu i drugim plecakiem na drugim ramieniu dobrą godzinę do centrum, a tam się okazało, że hotel jest źle umiejscowiony na mapce i szukałem go…kolejną godzinę! Nie czułem już poobcieranych ramion i pokrzywionych pleców. Ech… Najważniejsze, że się udało! Fajny młody gość hiszpańskim i łamanym angielskim pytał mnie o Polskę.
“Tam po rosyjsku mówicie?”, haha. “Co znaczy Polska gulu?” - chodziło mu o 'Polska górą’, bo usłyszał jak oglądał… Strongmanów. “Pudzianowski okay!”, normalnie zdębiałem. Nie miał kogo kojarzyć z Polską?! :) Chłopaczek był chudy, w okularkach, nie trenował więc na siłowni, no ale nie każdy oglądający piłkę przecież musi ją od razu kopać, w dodatku na wysokim poziomie. Zapłaciłem w dolarach, nie miałem jeszcze wtedy Quetzali. Pokój śmierdział jakby jakimś kadzidełkiem, teraz śmierdzi fajami, bo ktoś pali na otwartej klatce schodowej na półpiętrze (a ja mam takie okienko złożone z wielu szybek wychodzące na korytarz, oczywiście z zasłoną, ale szybki się nie domykają, a zasłona przepuszcza dym). Są trzy łóżka, wszystkie z dziurawą pościelą. Ręcznika brak, jest telewizor z dużym tyłem, ale nie ma pilota, ogólnie taka kicha, no ale spać się będzie dało.
Miasto, przynajmniej okolice centrum, wydaje się w porządku. Są zakazy ulicznego handlu i na niektóre ulice nie można wjeżdżać, więc jest spokojnie i czysto. Dużo markowych sklepów, ale takiego Burger Kinga i tak strzeże podejrzliwie łypiący na każdego wchodzącego facet ze strzelbą. Gdzieniegdzie natknąć się można na ulicznych kaznodziejów krzyczących ostrzeżenia przed grzechem do dużego megafonu albo mikrofonu połączonego z dużym głośnikiem (z którego, gdy się zmęczą, puszczają piosenki na przykład o sercu Jezusa). Są też tradycjonaliści używający tylko siły swojego głosu. Kusiło mnie oczywiście by pokazać im diabełka złożonego z dłoni (jak na koncertach rockowych), no ale nie mój cyrk, nie moje małpy. My mamy nadających przez radia, a oni takich krzykaczy, ot folklor taki.
Szkoła językowa chce 50$ depozytu przez Pay Pala. Mam tam kilka godzin drogi, więc wpadnę do nich osobiście, wyjmę moje Pismo Święte i wybiję im nim takie pomysłu z głowy… A tak serio, to spróbuję depozyt wpłacić osobiście.
Dobranoc! Karaluchy pod poduchy, a księża na księżyc!
18 lipca
Cóż za dzień! Wstałem przed piątą, doprawdy nic takiego zazwyczaj mi się nie zdarza! Postanowiłem udać się do tej wioski (San Pedro La Laguna). Jakimś cudem udało mi się wyszukać informację o jadących tam autobusach. Ruszają z Calle 41 (Ulica 41).
Postanowiłem udać się tam na nogach by niepotrzebnie nie płacić za taksówki, by chłonąć miasto i by po drodze wyżłopać gdzieś ze dwie kawy i może coś przegryźć. 90% knajp około ósmej było zamkniętych na jeszcze nocne spusty, toteż wlazłem do czegoś w rodzaju garażu (na bank był to kiedyś garaż!) - w środku stały ze trzy stoliki, na jego końcu stała zaś mała indianka gotująca coś na prowizorycznym piecu. Dosłownie była o połowę mniejsza ode mnie! Jej ciało przeplatała taka zmyślna chusta, która na jej plecach utrzymywała kilkumiesięczne dziecko. Gdy do niej podszedłem miałem wrażenie, że się mnie na początku bała, haha. Przychodzi taki duży, biały, coś mamrocze niezrozumiale… Aaaa, dwie kawy. Czarne! 0,4 Quetzala, czyli jakieś 1,50 zł (za dwie!). Poprosiłem by zostawiła na stole, a ja skoczę do budki obok. Tam jedna młoda dziewczyna (13-14 lat?) piekła ichniejsze placuszki, a druga, w tym samym wieku, po prostu sprzedawała różne śmieszne towary typu malutkie paczki chipsów czy słodycze. Tanio jak barszcz, kupiłem trzy paczuszki chrupek boczkowych.
Barriga IIena, corazon contendo, można iść! Gdy dotarłem na pętlę, którą miałem minąć, dosłownie zgłupiałem. Nie dość, że przejście graniczyło z cudem (tak wielki ruch - tu kierowcy nie ustępują pieszym), to jeszcze ostatecznie, z racji skomplikowanego systemu chodników i ogrodzeń, lądowałem po innych stronach jezdni i ogólnie po innej stronie pętli niż chciałem. No ale po kilkukrotnym wracaniu się i wybieraniu coraz to innych dróg, dotarłem na miejsce. Od razu zostałem złapany przez autobusowego nagabywacza. No, do San Pedro la Laguna nie jedzie bezpośrednio, ale zostawią mnie pięć kilometrów od tej miejscowości, a tam już dużo autobusów jeździ. No dobra, co mi tam! Dotrę przecież jakoś. Optymizmu nie zmąciła mi okładka gazety (Nuestro Diario) kupionej od chłopaczka, który wskoczył z gazetami do busa. Cztery zdjęcia, trzy z ciałami w workach (jedna z ofiar to młoda matka), czwarte z członkami gangu gniewnie wymachującymi w górę karabinami. W środku jeszcze gorzej, krok po kroku analiza jakiegoś napadu na sklep, w czasie którego zabito obsługę. Nah, ale przecież wokół tylu ciężkopracujących ludzi, tak wielu religijnych osobników, a dla mnie też każdy ma uśmiech i stara się być miły…
Humor raczej, ale tylko na chwilę, zepsuł mi ten nagabywacz, bo dałem mu grubą walutę, a ten na cambio (resztę) kazał mi czekać. Po wyjeździe z miasta zebrał od ludzi kasę, po czym wtedy to zniecierpliwionemu do granic (nie)cierpliwości mnie wydał resztę. Było ich, nagabywaczy, dwóch - stali w drzwiach i krzyczeli nazwę docelowej miejscowości ilekroć na poboczu widzieli czekających na coś ludzi. W większych miasteczkach wyskakiwali i w promieniu 10 metrów nagabywali ludzi do wejścia do autobusu. U nas jest tabliczka i kto chce, to wsiada, tam działa to na nieco innych, dziwnych zasadach. U nas płaci się kierowcy przy wejściu, tam pieniążki zbierają inne osoby. Niby więcej osób ma jakieś zajęcia i pracę, ale dla właściciela pojazdu nie jest to specjalnie opłacalne…
Wracając do sprzedawców w autobusach, jest ich tu mnóstwo! Zaczęło się od jakiegoś księdza, albo kaznodziei, który pięć minut przed wyjazdem mówił o słowie Bożym, po czym rozdawał jakieś ulotki tłumaczące dlaczego Bóg jest najlepszym przyjacielem człowieka (hmm, nas w Polsce uczą, że to wiadomo jakie zwierzę). Potem wchodzili jeszcze sprzedawcy ciepłych tortilli, sprzedawcy wody, batoników, cukierków, ale prawdziwą atrakcją było wejście pary clownów, którzy odstawili małe przedstawienie w czasie jazdy. On, w śmiesznym cylinderku a la Charlie Chaplin, mówił coś szybko (za szybko bym zrozumiał), a ona lała go wachlarzem i go poprawiała, po czym on posłusznie powtarzał już za nią (to w sumie takie życiowe!). Oczywiście przeszli po autobusie prosząc o pieniążki. Kierowca i nagabywacze nie mieli nic przeciwko, to jest tu ogólnie przyjęta forma dorabiania sobie. W czasie takiej jazdy można czynić ciekawe obserwacje, jak na przykład zaobserwować można religijne billboardy z biblijnymi cytatami albo taką ciekawą sytuację, w czasie której kierowca busa cisnął lewym pasem gdy na prawym zrobił się korek. Jeden z nagabywaczy potem ładnie poprosił kierowcę jednej z ciężarówek po prawej stronie by ten wpuścił przed siebie ich autobus, na co ten z uśmiechem się zgodził.
Pewne odcinki drogi co 20 metrów upstrzone są znakami mówiącymi “Nie wyrzucać śmieci”, ale co najciekawsze, pod każdym leżały ich niezliczone ilości. Widoki były cudowne, krajobraz składający się ze stromo wypiętrzonych, gęsto zarośniętych soczystą zielenią gór naprawdę robi wrażenie. Ludzie tu zdają się nie doceniać tego, co mają, bo wyrzucają śmieci przez okna autobusu! Ekologicznie nie są odpowiednio wyedukowani, takie działania nie są dla nich powodem do obciachu i wstydu!
Gdy dotarliśmy na rozwidlenie dróg CA1 i 14, poinformowano mnie, że tu muszę sobie wysiąść i zaraz coś pojedzie do miejsca, ku któremu zmierzałem. Od razu zainteresował się mną, oczywiście życzliwie i z chęcią pomocy, około 25 letni gostek. Zapytał gdzie jadę, powiedział, że też tam zmierza (acz wysiada wcześniej) i żebym się nie martwił. Sympatyczną konwersację kontynuowaliśmy do końca jego podróży. Zostawił mi numer telefonu, zaproponował wyprawę na szczyt wulkanu. Jak kupię tutejszą kartę SIM to pewnie skorzystam z oferty.
W pewnym momencie zaczęła się niesamowicie stroma serpentyna w dół, a mym oczom ukazało się majestatyczne jezioro z górującym nad nim wulkanem San Pedro. Oniemiałem z wrażenia! Zrobiliśmy z dziesięć zakrętów gdy autobus stanął za stojącymi już przed jedenastym zakrętem kilkoma pojazdami. Selvin, mój nowy kolega, szybko wyskoczył na zewnątrz by obadać sprawę. Łatają dziury, za 30 minut nas puszczą. No to wyskoczyłem sobie by rozprostować gnaty i zobaczyłem jakiegoś dziadka, w znoszonej koszuli i postrzępionym kapeluszu prowadzącego wózeczek pełen kokosów. Za dolara sprzedał mi jednego, najpierw wyciosując maczetą dziurkę i dając słomkę bym się napił, a potem - na moją prośbę, bo z kokosami miałem już kilka razy do czynienia - rozłupał mi górę dając mi dostęp do środka, po czym dał jeszcze kawałek ostrej skorupy i mogłem sobie wydłubywać środek zajadając się nim z takim apetytem, aż się uszy trzęsły (tzn. podejrzewam, że się trzęsły :) ). I tak wcinając kokosa, znajdując wyrwę między drzewami porastającymi pobocze, patrzyłem się na lazurowe jezioro Atitlan. Ekstatycznych wrażeń doznawały kubki smakowe, o czy prawie wyskakiwały z orbit z powodu tych niemożliwych estetycznych doznań! No ale trzeba było w końcu ruszać.
Najpierw minęliśmy Santa Clarę la Laguna, potem San Juan (też la Laguna) - wąskie uliczki, stare babuleńki siedzące na progach niskich, prostych domów robiły wisiorki i bransoletki, a te, którym wzrok już nie bardzo na to pozwalał, po prostu sobie siedziały tak spokojnie, jakby świat i czas dla nich stały się czymś zupełnie nieistotnym. Selvin, ten nowy znajomy, jak się okazało rolnik uprawiający ziemię gdzieś wyżej, pożegnał się ze mną serdecznie, a jeden z nagabywaczy po drabince wspiął się na dach autobusu i podał mu worki z owocami (albo warzywami) jego pracy. Po pięciu minutach dotarliśmy do San Pedro, tam znalazłem szkołę, w której chcę się uczyć. Wszedłem przez otwarte drzwi, korytarzem dotarłem na taras i stanąłem w jego progu. Oczy kilkorga ludzi od razu zwróciły się na mnie. Łamanym hiszpańskim zwróciłem się do towarzystwa: Cześć, chcę się uczyć hiszpańskiego. Wszyscy fajnie się zaśmiali, po czym pokazali mi biuro szkoły. Tam już siedział gostek w garniturze. No to powiedziałem mu, że pisaliśmy, że nie mam Pay Pala i chciałbym wpłacić debet teraz, niezwłocznie, osobiście. Okazało się, że mogę zacząć od już od jutra, co prawda jakaś rodzina będzie dostępna dopiero w przyszłym tygodniu, ale po szybkim przemyśleniu sprawy stwierdziłem, że może lepiej mi będzie w jakimś fajnym hoteliku z widokiem na jezioro. Dograłem formalności i mogłem ruszać w drogę powrotną. Nim jednak do tego doszło, postanowiłem znaleźć sobie jakiś hotel. Taktyka była prosta jak drut - szukać co wyższych budynków z tarasem, a nuż któryś z nich okaże się hotelem? No i dosłownie po niecałych pięciu minutach się sprawdziła. Front nie był zamykany, toteż mogłem sobie popatrzeć na przestrzał i dojrzeć jezioro. Wszedłem do środka, tam jakaś pani od razu zabrała mnie na pięterko, a tam ukazał się mym oczom obszerny taras z widokiem na zatokę. Przebłękitne jezioro otoczone górami, na których majaczyły małe wioseczki! Woow! No i pokoik niczego sobie, regulowany prysznic (woda zimna, średnia, ciepła).
Cena jakieś 13 dolarów (47 zł) za noc! Biorę na tydzień! (potem ponegocjuję cenę próbując ją jeszcze zbić). Depozyt w cenie jednej nocy i powrót. Nie było autobusu bezpośrednio stąd, doradzono mi dostać się łódką (3 dolary) do wioski Panajachel i tam szukać autobusu. Tak też zrobiłem. Płynęliśmy z 15 minut, a ja mogłem podziwiać wszystkie te góry otaczające jezioro. Niestety, okazało się, że ostatni autobus do Ciudad de Guatemala odjechał o 15-ej, ale życzliwy pracownik stacji benzynowej złapał przejeżdżającą akurat (niezły zbieg okoliczności) taksówkę ze stolicy (na drzwiach mają wypisane miejsce rejestracji), zagadał do taksówkarza i powiedział, że za 35 dolarów dowiezie mnie pod drzwi. Ha! Super! Podbiegłem do auta, i spróbowałem targowania się (tu trzeba się targować!) i za 30 dolców, po 3 godzinach jazdy (!) dowiózł mnie rzeczywiście pod hotel. I tak wracał i tak, temu też pewnie zawdzięczam tę niską (jak na taksówkę i taką trasę) cenę. Taxista przez całą drogę rozmawiał przez telefon, a w mieście Chimaltenango trafiliśmy na gigantyczny korek. Posuwaliśmy się w iście ślimaczym tempie, częściej staliśmy niż poruszaliśmy się te 5 km/h do przodu. Patrzyłem, jak o 18-ej dzieciaki w mundurkach wracały pieszo do szkoły. W tych spalinach (prawo tu nie reguluje norm spalania, niektóre ciężarówki - a nie są to europejskie ciężarówki, ale zazwyczaj stare amerykańskie potwory - wypluwają z siebie gigantyczne chmury czarnego dymu), hałasie, harmidrze.
Poboczami hasały bezpańskie, acz oswojone psy, ludzie chowali prezentowane na sprzedaż na chodnikach opony, meble, grille do jeepów… Około 19:30 byłem już w pokoju. Cały dzień zleciał na tę podróż, ale warto było. Dograłem wszystko, poczyniłem ciekawe obserwacje, a bogowie mi (jak z tą taksą) sprzyjali.
19 lipca
Część 55 / 6
Zapada zmrok, siedzę na wiklinowym fotelu i obserwuję jak w umiejscowionych na drugim brzegu wioseczkach powoli zapalają się światła. Z zachodniej strony zza szczytów na tle ciemniejącego nieba wyłaniają się czarne chmury co chwila rozświetlane błyskawicami. Zbliża się burza. Kończę na szczęście cygaro, obok mnie spoczywa rum (1,75 l za 100 quetzali - 50 zł), ale i tak jakby co, to mogę uciec pod daszek tuż za mną, przed drzwiami prowadzącymi do mojego pokoju.
Wstałem o 4:30, spakowałem się szybko, wziąłem prysznic i udałem się na Calle 41 by tam, jak ostatnio, złapać autobus do Panajachel. Znając już niskie ceny taksówek złapałem jakąś błąkającą się po śpiącym jeszcze mieście i za 5 dolarów (18 zł) spokojnie, bez dźwigania moich dwóch plecaków dotarłem na miejsce. Jakiś nagabywacz podszedł, zapytał gdzie sobie życzę jechać, po czym podprowadził mnie pod jeden z autobusów. Oczywiście, podobnie jak w przypadku ciężarówek, nie są to zwykłe autobusy, ale stare, dobre, amerykańskie szkolne autobusy (Blue Bird Corporation) przerobione wedle upodobań właściciela. Kolorowe, zazwyczaj z motywami religijnymi, głośne, mocne i toporne. W Panamie zwą takie Diablo Rojo (czerwony diabeł), tutaj po prostu camioneta (acz nazwa angielska to chicken bus - może dlatego, bo ludzie wozili w nich w podręcznych torbach na targ właśnie kurczaki – zresztą nadal wożą!).
W każdym bądź razie zapytałem nagabywacza z autobusu, pod który mnie podprowadzono, czy aby na pewno jedzie on BEZPOŚREDNIO do Panajachel. Tak, tak, seńor. Nie wiem czemu, ale z jego tonu głosu już wiedziałem, że gdzieś i tak będę musiał się przesiąść. Moje przewidywania okazały się słuszne, bo nagabywacz, dotarłszy do Los Encuentros, powiedział mi w pewnym momencie abym wysiadł, po czym wskazał mi inny autobus. DIRECTO, bezpośredni. No cóż było robić? Wskoczyłem i pojechaliśmy. Kasę oczywiście zbierano w połowie drogi, dałem najmniejszy banknot jaki miałem (5 Q, czyli 0,7 dolara), wydano mi nawet resztę. No tak jest, że po pewnym czasie człowiek orientuje się w cenach, tym bardziej jak patrzy na to, ile płacą lokalsi. Ale to nie był DIRECTO autobus, kurczę! Bo w miejscowości Solola wszyscy wysiedli. Parada ultima - ostatni przystanek. Ładne to miasteczko, nie ma co! Namierzyłem bankomat 5b, wszedłem, i tuż przed wypłaceniem kasy się zawiesił! Zawołałem jakąś panią, weszła ze mną do pomieszczenia z bankomatem, a ten akurat się odwiesił. Ale gotówki nie wydał. Przy niej ponowiłem procedurę, wypłaciłem sobie trochę kasy (prowizja ponownie!), ale strach, że mógł policzyć mi podwójnie pozostał. Potem sprawdziłem w hotelu, wszystko okay. Tak to już tu jest. Jednak pomny ostrzeżeń mówiących o skanowaniu kart zawsze, jak mam dostęp do netu, zmieniam PIN. No i mam limit 250 dolarów dziennie. Czytałem gdzieś, że Wardęgę (tego co robi śmieszne filmiki, w których straszy ludzi, i umieszcza je w necie), w Brazylii, gdzie robił jakąś swoją kolejną produkcję, oskubano na… 25 tysięcy złotych! (Poszukałem jeszcze sobie tego teraz - płacił za coś kartą w sklepie elektronicznym, ale co najlepsze, głupek potem powiedział: “moja wina, mogłem wypłacić z 30.000 w Polsce i gotówka wszędzie płacić”, lol! – nie w tym rzecz, po prostu trzeba pamiętać o ustawieniu dziennego limitu i zmienianiu PiNu).
Próbowałem iść dalej na nogach za kierunkowskazami, ale gdy jeden z nich pokazał 5km do celu, zrezygnowany zrzuciłem plecaki i zacząłem myśleć co robić. Natychmiast podbiegł do mnie ktoś z budujących jakiś domek i powiedział bym łapał autobusy i nie płacił więcej, jak pół dolara. Troszkę pogadaliśmy i akurat nadjechał jakiś bus, którego mój rozmówca natychmiast dla mnie zatrzymał. Super!
Potem poszło gładko, bo pamiętałem już mniej więcej rozkład wioski z poprzedniego dnia. Na łódce zaczepił mnie wsiadający… właściciel szkoły, z którym rozmawiałem dzień wcześniej. Pamiętał moje imię - Arturo!, krzyknął. Trochę poopowiadał mi o sobie, dołączyły do nas starsze panie z… Niemiec! Odświeżyłem sobie mój prosty niemiecki, ale i tak w końcu, sami z siebie, przeszliśmy na angielski. Jedna z nich mieszka w Ciudad de Guatemala od 12 lat. I żyje! Ja też w zasadzie, mimo ostrzeżeń MSZ i wszędzie indziej w internecie, jakoś niebezpiecznie też się tam nie czułem… Przynajmniej za dnia. Po drugiej stronie jeziora jej mama ma dom, a ona sama do San Pedro płynie by pokazać wioskę koleżance. Jakoś tak zeszliśmy na problem imigrantów w Europie, problem narastającego w niej rasizmu, uzależnienia Niemiec od rosyjskiego gazu… Haha, ale nudy, no ale podróż zleciała szybciutko, a pewnie dzięki mnie Polska w jej oczach zyskała na wartości. To w sumie ciekawe dla mnie samego, ale naprawdę czuję się trochę jakby ambasadorem swojego kraju i zawsze chcę go godnie reprezentować samym sobą! (szczególnie tam, gdzie nie ma naszych ambasad, a ani w Salwadorze, ani w Gwatemali, ani w Kostaryce i Panamie ich nie ma - co dziwne!).
Odebrałem sobie pokój zaklepany poprzedniego dnia, ruszyłem na podbój wioski, coś zakupiłem, coś zjadłem, pogawędziłem z młodym Włochem handlującym na ulicy ze swoją gwatemalską chicą bransoletkami i wisiorkami (jak każdy raj, tak i ten ma swoje zakazane owoce - “jak chcesz ziółko, nie ma problemu, wszystko tu mamy, haha”), po czym udałem się do szkoły. Wpłaciłem całość za dwa tygodnie 4-godzinnych indywidualnych zajęć i zostałem przedstawiony mojemu rówieśnikowi (jak się okazało przy dialogu typu “Quanto ańos tienes?”) Nico. Mieszkaniec San Pedro od urodzenia, chudziutki, bardzo sympatyczny facet. Poszliśmy na dach szkoły, skąd widać było jezioro i oczywiście góry je okalające i tak przy śpiewie ptaków, pod mini altanką okrytą suchymi, palmowymi liśćmi zasiedliśmy przy stole i zaczęliśmy lekcje.
Oczywiście naszym podstawowym językiem w czasie zajęć jest angielski, ale dla mnie to nie jest jakiś problem, bo wiem jak po angielsku jest bezokolicznik, czasownik, czy inne takie zaimki miejsca, itd. Chyba jestem trudnym uczniem, bo dopytuję, proszę o coś ekstra, próbuję mu trochę narzucać rzeczy, których chciałbym się dowiedzieć, bo na przykład tłumaczył mi takie 'can’ (umiejętności) i 'may’ (możliwości), a więc dwie różne rzeczy [a wszystko różnie odmienialne w każdej osobie], a nie ruszyliśmy ze zautomatyzowaniem 'być’ (w hiszpańskim jest być TERAZ i OGÓLNIE, więc dwa różne), zażyczyłem więc sobie tego na jutro od rozpoczęcia zajęć :) Chociaż tak po prawdzie, to trochę tego liznąłem w prostych dialogach, acz nie we wszystkich osobach. Gdzieś w środku zajęć poprosiłem by poćwiczył ze mną liczby, bo czasem mi się pierdzielą, mimo że mówił, że to będzie w inny dzień. No ale już jutro rano coś pewnie będę kupował i nie chce mi się prosić sprzedawców o powtarzanie ceny lub kilkusekundowe odróżnianie piętnastki od pięćdziesiątki, co czasem mi się zdarza.
Nie będę się tu rozpisywał o niuansach naszych zajęć, póki co uczymy się siebie nawzajem i myślę, że przywyknie do mojego cholerycznego stylu, śmiesznych wybuchów złości (to moje “Fuck!”, gdy mylę proste rzeczy) i burzenia jego planu, jakim pewnie zawsze z każdym idzie. Mam swoje tempo, wiem, co mi się przyda, i wolę wracać do prostych rzeczy niż szybko pędzić ku tym trudniejszym. Zapisałem 11 stron, troszkę sporo. Wiadomo, że tego się na jutro na blachę nie nauczę, ale obiecał mi godzinną powtórkę. Fajne słówka to 'chocamelo!’, piątka! i “Estoy de cruda”, jestem skacowany, haha! Nie spinam się jakoś, ile się nauczę, to będzie moje, ale wieczór chcę sobie posiedzieć przy rumie i cygarku na tarasie z przepięknym widoczkiem, chcę nadal tropić obcych w Biblii i cieszyć się tym rajem, zarówno w postaci miejsca, jak i stanu umysłu, a nie wkuwać to, co przerobiłem w czasie zajęć. Tym bardziej, że dużo rzeczy zapamiętuję podświadomie, przynajmniej tych prostszych.
Wieczorkiem wróciłem do hotelu, taras zajęła rodzina Holendrów, ale on (ojciec) czytał sobie na hamaku po jednej stronie, ona (matka) spała na innym hamaku po drugiej stronie tarasu, a dzieci (nastoletnie) siedziały w pokoju (ich rodzice mają osobny), ja natomiast sobie wziąłem krzesło i się rozłożyłem na środku, delektując się przepięknym widokiem, jaki roztaczał się przed moimi oczyma :) Powiedziałem by dali znak jak im będzie przeszkadzał dym, ale nie protestowali. Z nim (tj. ojcem) nawet sobie trochę pogadałem (są z Haarlemu, tego oczywiście holenderskiego), w sumie fajny typ. Już tu i tak ich ma, sam sobie siedzę patrząc na czarną toń przede mną rozświetloną światełkami wiosek usytuowanych na przeciwległych zboczach/brzegach. Burza przeszła bokiem. Noc jest moja!
21 lipca, sobota
Siedzę sobie obok recepcjo-kuchni, mam widok na jezioro. Słyszę, jak pod nami (to taki tarasik jest) panie monotonnie trą pranie w jeziorze (a wczoraj widziałem jak nagie się tam myły!), ze 20 metrów od brzegu kołysze się łódka, a w niej siedzi pan, który zarzuca małe sieci, wciągając je na łódkę co jakiś czas. Zaraz pani, tak jak wczoraj, przyniesie mi dzban gwatemalskiej kawy i będę mógł kontynuować pisanie, co jakiś czas popijając sobie przy tym świetny, stawiający na nogi trunek.
A wczoraj, 20-go, był fajny, ciekawy dzień. Do dwunastej chodziłem sobie po wioseczce szukając fajnej czapeczki (no ale wszędzie albo podróbki, albo tandeta) i koszulki piłkarskiej Gwatemali (później o tym, dlaczego). Znalazłem tylko w jednym sklepie, ale rozmiar M, czyli stanowczo za mały. Tak sobie odkrywając tę wioskę, chociaż chyba zacznę nazywać ją miasteczkiem, bo na wsiach nie ma chyba trzech sportowych sklepów (!), dotarłem do knajpy zwanej Pinocchio. Na zewnątrz stały sobie ładne stoliki, a pod ścianą trzy materace z poduszkami. Od razu się na jednym wyłożyłem, ale to nie wystrój mnie przyciągnął tylko... dwa mojita za… dwa dolary! Czyli jedno za 3,60 zł. Coś nie do uwierzenia!
Zamówiłem do tego smażoną rybkę i tak sobie jadłem na styl japoński, siedząc na materacu nad niskim stolikiem (takim bez nóg!). Obok mnie siedział pomarańczowawy kot czekając aż się z nim podzielę, czego wolałem jednak nie robić, co by się nie przyzwyczajał do dawanego jedzenia. Gdy sympatyczny kelner zabrał talerz z ościami, zapytał, jaką muzykę może mi puścić. Po chwili wyniósł głośnik na zewnątrz, a z głośnika popłynęły dźwięki Black Sabbath! Po pewnym czasie przemieniły się w klasykę, tj. nieco momentami LSDyczne Led Zeppelin i schizowate Deep Purple (Child in Time, mmm!). Taka muzyka pasowała do tego miejsca, bo było ukryte wśród wąskich na metr uliczek, wśród takich egzotyczno-ezoterycznych przybytków jak saloniki tajskiego masażu, akupunktury czy yogi. Talerz zniknął, pozostało mojito, ja i kot, który położył się obok i oczekiwał głaskania (mnie koty długo nie muszą przekonywać!).
Godzinka relaksu i na zajęcia! Spóźniłem się pięć minut (bo jeszcze chciałem wziąć prysznic), ale z tego powodu mój nauczyciel, Nico, nie robił mi żadnych wyrzutów. Siedział sobie na telefonie i cierpliwie czekał. Powtórzyliśmy materiał, zrobiliśmy SER i ESTAR (te ich dwa rodzaje odmiany BYĆ), godziny (łatwizna) i parę innych pomniejszych rzeczy. Pozytywnie spędziliśmy czas! Aż nadeszła godzina 18:00 i przy biurze zgromadziło się paru niezwyciężonych wojowników z kilku krajów świata, w tym przedstawiciel udzidowionych wojów Mieszka I, husarii Sobieskiego i generalnie najpiękniejszego kwiatu rycerstwa polskiego, czyli ja. Rzecz była poważna, bo za dziesięć minut mieliśmy… zagrać w piłę na hali po drugiej stronie ulicy!
No i poszliśmy groźnie potrząsając mieczami i szyszakami (no dobra, po prostu poszliśmy). Hala okazała się być dosyć duża, z miejscami dla kibiców w postaci betonowych, podłużnych jakby schodów. Parkietu nie było, tylko takie trochę śliskie płyty zgrabnie ze sobą połączone. Drużyna, nazwijmy ją A, składała się z: Polaka (eghem!), Amerykanina (czarnego pielęgniarza z USA [New Jersey], który ważył… spooooro), Brytyjczyka (pięćdziesięciolatek w okularach [które uniemożliwiały mu widzenia na skos], grający ostatni raz w piłkę 25 lat temu), Australijczyka (jego pierwsza gra w soccer! - grał… na bosaka!), Nico (mojego nauczyciela) i chyba opiekuna sali, który miał z dobre 70 lat. Parazespół normalnie! Stanęliśmy w szranki z drużyną B - lokalni goście i inni nauczyciele, nie starsi jak 40 lat. O, jest kawa! Gracias!
W zasadzie nie wiem jaki był wynik, ale chyba oberwaliśmy, bo mimo kilkunastu strzelonych przez nas goli (głównie strzelał grający z nami mój nauczyciel Nico, ja dwie tylko, ale za to jakie ładne!), oni strzelili ich więcej. Sapałem jakbym znajdował się w gęstej atmosferze innej planety, co chwila łapała mnie kolka, ale członkowie mojego teamu też co chwila albo chcieli bronić (bo nie trzeba wtedy biegać) albo siadali na trybunach. Pielęgniarz tylko z troską dopytywał każdego 'Arey u okay?’, haha. Widać jeszcze żył pracą, albo to praca żyła w nim. Było megapozytywnie!
Wyszliśmy, gdy już było ciemno, małe salki zamieniły się w miejsca, gdzie lokalna ludność śpiewała ku czci Jezusa, gdzieniegdzie słychać było radosne okrzyki i głośne śmiechy, czyli odgłosy piątkowych zabaw. Ja wziąłem tylko szybki, zimny prysznic wypiłem z litr coli i padłem ledwo żywy, zaraz zasypiając. Po 10 godzinach snu znowu żyję! I zaczynam leniwą sobotę (dzisiaj nie ma zajęć). Mmm…
:)
22 lipca
Ech, źle się czuję cały dzień. Albo przegrzanie, albo lekkie odwodnienie. Wrócę jednak do dnia wczorajszego, czyli 21 lipca (sobota).
Skończyłem kawę, skończyłem ostatnią notatkę, wyszedłem z hotelu i wpadłem do jednego z kilku małych biur pośredniczących przy wyborze atrakcji, jakich można zakosztować w tym malowniczym regionie. Dopytałem o te tańsze, jak wejście na wulkan lub jeden z lokalnych szczytów (Nos Indianina, bo wygląda jak… no jak nos Indianina, który śpi na plecach), ale na nie było już za późno (takie wyprawy zaczynają się rano), a w niedzielę też nie miałem jakoś ochoty budzić się za wcześnie.
Przynajmniej jeszcze nie w tą. A co mi tam! W końcu zapytałem o paragliding czyli paralotniarstwo. 700 Quetzals! 100 dolarów! Hmm, udało mi się zbić na 580! W sumie to taka przygoda raz w życiu, wszystko tu jest takie tanie, więc kasy na pewno starczy na wszystko (tak właśnie sobie myślałem)! Mój pośrednik zadzwonił gdzieś, dał mi żółtą opaskę i rzekł: Płyń do Panajachel, o 11-ej z doku ktoś Cię odbierze. Wyruszyłem od razu, po 9-ej i w sumie dobrze zrobiłem, bo z San Pedro łódki nie zawsze płyną bezpośrednio do Panajachel, czasem, jak właśnie w moim przypadku, zawijają do wszystkich wiosek położonych po drodze. Jak ktoś nie wie, gdzie się zatrzymać, w każdej jakiś pokój albo hotelik sobie bez problemu znajdzie. Każda z wiosek jest urokliwa, niektóre wyrosły na naprawdę stromych zboczach. Obserwując wszystkie te góry czułem się jakbym patrzył na majaczącą w oddali wyspę, w dodatku z plenerami takimi, jak w popularnym swego czasu serialu “Lost” (a były tam zaiste cudowne krajobrazy). Zresztą w San Pedro czuję się właśnie jak na wyspie. Dopływa się do doczku łodzią, z jednej strony wulkan, z drugiej zatoka. Nietrudno dać się poddać wrażeniu, że za wulkanem znajduje się lustrzane odbicie tej okolicy, a za zatoką rozpościera się gigantyczny ocean.
W każdym bądź razie Panajachel - dotarłem tam 30 minut wcześniej, zdecydowałem się zjeść trzy małe tortille z mięsem i wypić piwko (lub dwa) dla kurażu. Gdy przygotowywano mi jedzonko, może czteroletni syn kucharki, który bawił się w kącie, przydreptał do mnie niezdarnie ze swoimi zabawkami. “To jest mój zeszyt do szkoły”, podał mi zeszyt, w którym kolorował wklejone obrazki. “A to ciężarówka z przyczepą do przewozu aut, ale auta mam w domu”, rzekł pokazując dom nieopodal. No i tak mi tłumaczył, a ja - jako, że z takimi maluchami nawet po polsku nie umiem rozmawiać - powtarzałem tylko “Si, bien, bien”, ale zdawał się tym nie przejmować. Moja uwaga sama w sobie mu w zupełności do szczęścia wystarczała - miał się komu pochwalić. Super!
Wszamałem tortille, łyknąłem Koguta (piwo Gallo, całkiem znośne!) i poszedłem do doku. Nie doszedłem tam jeszcze gdy zaczepił mnie chłopaczek na motorze. “Artur?”, zapytał, widząc moją żółtą opaskę. “Artur”, odrzekłem. Wskoczyłem za niego i po dwóch minutkach byliśmy na takiej niby plaży (raczej łączce) na obrzeżach miasta. Tam akurat wylądował już jakiś pilot z takim nieszczęśnikiem, tfu!, ochotnikiem jak ja. Podeszła do niego jakaś rodzina (duży ojciec wiódł prym w negocjacjach, a mała żona i mała córka stały z boku). Ja niby zapłaciłem 580, ale 80 wziął sobie ten pośrednik. I niby wszystko miało być w cenie, ale kamera i zgranie filmu 100 Q ekstra (więc w sumie 97 dolarów)! No trudno, no, pamiątka na całe życie, nie ma co dziadować na wakacjach, kurka! Szybka obsługa kamerki, wpakowano nas do niskiego, białego vana i udaliśmy się na jedną z wysokich gór. Jechaliśmy dość długo, bo jakieś pół godziny, ale za to można było pooglądać sobie cudne widoczki i naprawdę zapierające dech w piersiach plenery. W wąwozie, wzdłuż którego jechaliśmy w górę, wzdłuż rzeki, rozpościerały się różnorakie pola uprawne, które stawały się coraz to mniejsze. W końcu jednak skręciliśmy ku szczytowi góry, z której startowali paralotniarze. Pod skąpo rozsianymi drzewami siedziała jakaś rolnicza rodzina, dookoła łaziły krowy. Od razu jeden z pilotów, gość może ponad pięćdziesięcioletni, wziął mnie ze sobą do punktu startowego. Co?! Ja pierwszy?! No bez jaj! Tak, tak, ty pierwszy! Pozapinał mnie między pachwinami, przez brzuch, potem stanął za mną i jakoś przypiął do siebie. Kazał jeszcze przełożyć ręce przez pasy. “Jak policzę do trzech, zacznij biec do przodu, okay?”, no, okay, powiedziałam niepewnie, nie będąc pewnym czy dobrze go zrozumiałem. No ale co z nim? On nie będzie biegł? Odwrócił się do mnie tyłem, przez ramię zerkając tylko na kawałek plastikowej siateczki zawieszonej na patyku. Przede mną rozpościerał się tylko horyzont i kawałek błękitnego jeziora Atitlan. No, staliśmy tak dobre z 10 minut czekając na wiatr, a gdy siateczka powiewała już z 10 sekund mój piloto w końcu krzyknął “Biegnij!”. Zrobiłem może z 10 kroków (on starał się dotrzymywać mi kroku biegnąc tyłem) gdy poczułem, że coś mnie zatrzymuje i sprawia, że muszę się o krok cofnąć! To czasza skrzydła nabrała powietrza, pociągnęła nas do tyłu i wyciągnęła w górę! A wiatr za chwilę nas już zwiał ze wzgórza. Pierwsze wrażenie gdy traci się grunt pod nogami i widzi najbliższe drzewa kilkadziesiąt metrów niżej? Zawał! Strach! Ale w miarę gdy leci się dalej i wszystko staje się coraz mniejsze strach zastępowany jest przez dziwną ekscytację. Człowiek nabiera odwagi by lekko unieść głowę i ujrzeć malutkie miasteczko gdzieś nisko w oddali, wspaniałe jezioro przed sobą otoczone dumnymi wulkanami! “Locura!” krzyczałem, a pilot za moimi plecami śmiał się i powtarzał za mną. Bardzo dobrze wyczuwał wiatr i manewrował paralotnią, czasem tylko nami szarpnęło, ale wówczas szybko, ze stoickim spokojem opanowywał sytuację. Czułem ten jego spokój, toteż nie odczuwałem żadnego strachu. Nawet w powietrzu troszkę głupio pogadaliśmy. “Jak długo jesteś pilotem?”, zapytałem. “Dwadzieścia lat”, odrzekł. “Sporo, i nadal żyjesz, haha. Dobrze!”, zaśmiał się razem ze mną, a ten jego śmiech i fakt, że przez 20 lat nie zginął, już na dobre mnie uspokoił. Nawet mając kask słyszałem szum wiatr w uszach, ale o dziwo mojego pilota za plecami słyszałem bardzo czysto i wyraźnie. Krążyliśmy leniwie nad zboczem góry i brzegiem jeziora ze 20 minut. Jakby czas się zatrzymał, jakby wszystko, co w dole, było zupełnie nieistotne, przyziemną fatamorganą przyziemnych istot! W końcu el piloto nakierował nas nad Panajachel i gwałtownie zaczęliśmy obniżać lot. Tutaj znowu serce zaczęło bić szybciej, ale racjonalny głos wewnątrz głowy skutecznie mnie uspokajał. “Nogi do przodu” usłyszałem głos, tym razem już z zewnątrz głowy, i po chwili dosyć miękko osiedliśmy na ziemi. Pilot, śmiejąc się ze mną, pomógł mi pozdejmować te wszystkie klamry i… jak pijany udałem się do doku :) Serio, dziwnie tak znowu było chodzić! Film mieli mi przesłać na podanego maila, ale dobrze zrobiłem, że jeszcze znalazłem im siebie i zapisałem na Facebooku. Ale o tym już teraz…
22 lipca
Zbudzon rano przez ból głowy (po czym?!) sprawdziłem maila i okazało się, że filmiku z mojego lotu na skrzynce nie było. No to szybciutko do nich napisałem o tym na Facebooku, zaczęto mi wrzucać po trzy minuty kiepskiej jakości filmu.
Zaprotestowałem, naturalnie. Spróbowano przesłać mi to na maila, pisząc na FB, że zajmie to 7 godzin, a film ma 2,5 GB. Nah, nawet jeśli coś się nie zawiesi, to nie wiadomo jaki maksymalny rozmiar przepuści moja skrzynka (mogli dać mi po prostu kartę z nagranym filmikiem, ale widać, chcieli zaoszczędzić). Wolałem to załatwić twarzą w twarz, w cztery oka, dwóch na dwóch. “Będę tam, gdzie lądujemy”, dostałem wiadomość. Dobrze, niech więc tak będzie! W samo południe!
Udałem się do doku, wskoczyłem na łódkę i ruszyłem w drogę w miejsce lądowania. Zajęło mi to godzinę, ale po drodze, już na miejscu, w Panajachel, wszamałem lekkie śniadanie i siupnąłem świeży sok z pomarańczy.
Może coś o Panajachel. Jest to wioska/miasteczko, na jakieś 10-15 tysięcy mieszkańców. Wydaje się bardziej turystyczna niż jakakolwiek inna tutaj miejscowość. Ma długi bulwar z niezliczoną ilością sklepów z ciuchami i rękodziełami, ogromną ilość knajpek mniejszych i większych, a także tłumy spacerowiczów. Podobnie długie nabrzeże - jest pełne urokliwych restauracji i już nie sklepów, jak wspomniany główny bulwar, ale budek i straganików. Nawet jakiś pan może zapytać cicho “Good weed”? ;) Jest gwarno, ale i tak jakoś miło i wesoło.
Część 66 / 6
Gdy dotarłem na lądowisko (tj. łąkę przy nabrzeżu, zwaną plażą), nie zauważyłem nikogo z ekipy paralotniarzy. Podszedłem więc do dzieciaków handlujących piciem (siedzieli przy wózeczko-pojemniku z sokami, pod parasolem ogrodowym) i zapytałem czy znają Ismę, tego od latania. “Ismael?”, zapytała mnie rezolutnie dziewczynka. Tak, tak. Będzie za pół godziny może. Hmm, zaufałem jej i poszedłem do knajpki z tarasem sąsiadującą z tą łąką. Zamówiłem piwko i raz za czas, czekając, zerkałem na łąkę. Po jakimś czasie (po pół godzinie!) podbiegła do mnie ta dziewczynka i zapytała czy nadal czekam na Ismaela (skąd wiedziała, że jestem akurat w tej knajpce?). Potwierdziłem, po czym gdzieś pobiegła i minutkę później zjawił się Isma z kartą pamięci. Okazało się, że na tablecie mam za mało miejsca, trzeba więc było zgrać ten film jakoś wprost na moją zewnętrzną kartę. 10 minut zeszło zgrywanie filmu na jego telefon, potem na moją kartę. Dobra okazja by pogadać! Isma lata od 10 lat, nauczył go ojciec, który był moim pilotem. Teraz lata ich czwórka, w sezonie (teraz jest low season) ośmiu. W całej Gwatemali jest ich dwudziestu, którzy latają. Sprzęt kosztuje 4 tysiące dolarów (14 tysięcy zł), trzeba go wymieniać co 3 lata. Jak są dobre warunki, to potrafi zrobić i siedem lotów z turystami dziennie. Dzisiaj jest zbyt wietrznie, zbyt niebezpiecznie, więc pewnie nie polata, przynajmniej przez parę godzin. Mówi, że loty z turystami są bezpieczne, bo wtedy bardzo uważają i dbają o bezpieczeństwo, ale gdy latają sami, lubią czasem ryzykować i robić różne niebezpieczne akrobacje. Opowiadał jak kiedyś wpadł w wir powietrza, który wyniósł go strasznie wysoko i musiał lądować po drugiej stronie jeziora na dość stromym terenie. Bardzo sympatyczny gostek!
Filmik skopiowany (mega-jakość!), mogłem więc wracać. Zacząłem czuć się coraz gorzej. Ból kości, zmęczenie. Po drodze kupiłem sobie czapeczkę (podejrzewałem lekki udar albo odwodnienie), a gdy dotarłem na miejsce, przespałem całe popołudnie.
Około 17-ej poznałem nowych sąsiadów, którzy wprowadzili się za holenderską rodzinę (przypomnę - ja mam pokoik (nr 9) na środku na tarasu, po lewej i prawej są dwa inne (8 i 10). Najpierw przyszła starsza (60-70 lat) Amerykanka. No i oczywiście konwersacja. Przyjeżdża tu od 20 lat, do tego samego hoteliku, na ten sam taras! Kiedyś pracowała jako fotorgafko-dziennikarka polityczna (Afryka, Bliski Wschód - robiła zdjęcia podczas spotkań polityków), ale z czasem, wraz z erą cyfryzacji i popularności tzw. free-lancerów (fotografów bez umowy) konkurencja zrobiła się coraz większa i spadły jej zarobki. Teraz zajmuje się fotografią podróżniczą, popularyzacją podróży nieskomercjalizowanych i czasem też pracuje jak przewodniczka indywidualna ludzi z USA. Porozmawialiśmy o jej Oregonie (‘wycinają nam lasy, a taki Trump to ma w dupie środowisko i jest coraz gorzej’), o mojej Polsce, o Gwatemali. Opowiadała jak jakiś siedemnastoletni chłopaczek w Ciudad de Guatemala chciał jej przywiązanym do palców ostrzem odciąć aparat z szyi, a ona bojąc się o szyję wdała się z nim w szamotaninę. Mimo wielu ludzi na ulicach nikt jej nie pomógł! W zasadzie to chciała mu już oddać ten głupi aparat, ale zdejmując pasek przez szyję, jednak jak już się zaczęli szarpać to nie było takiej możliwości. Ale o dziwo, chłopak nie miał zamiaru jej zabijać - ustąpił i po prostu odszedł nadąsany. Potwierdziła to, co starałem się robić zarówno w San Salvador jak i stolicy Gwatemali - gdy się ściemnia, trzeba się zawijać i wracać do siebie. A, i wspomniała, że chyba bierze ją grypa, i że tu ogólnie podobno mała epidemia tu jest. No to się wyjaśniło! Grypę przeżyję! Spoko! :)
Potem wprowadziła się para dwudziestokilkulatków z Salwadoru (jaka ona ładna, mmm!), od razu wyjęli jointa i zaproponowali wspólne palonko. W owej chwili akurat paliłem sobie pyszne cygaro i czułem się ogólnie struty, toteż grzecznie odmówiłem ;) Też pogadaliśmy, zapytali czy wiem, gdzie tu można kupić więcej zioła. Wspomniałem o Włochu, który z Gwatemalską dziewczyną siedzą sobie na ulicy i sprzedają wisiorki? Proponował mi zakup, ale noszenie tego przy sobie jest niezbyt mądrym pomysłem, a i nie wiadomo czy ktoś, kto próbuje sprzedać nam taką rzecz nie współpracuje z policją. Powiedziałem moim salwadorskim sąsiadom, żeby sobie z tym Włochem pogadali :)
No i tak wypaliłem cygarko, ok, kończę pisać, idę spać. Źle się czuję...
27 lipca
Jest 9:41, obok mnie paruje ciepła kawa, dymi sennie cygaro, a przede mną skrzy się błękitem jezioro Atitlan. Przez dwa dni nie było internetu, może z godzinkę temu przyszedł jakiś sympatyczny amigo i dziubał coś w routerze spoczywającym sobie na jednej z kolumienek podtrzymujący daszek nad drzwiami do pokojów.
Postaram się tu nieco odtworzyć pewne wydarzenia z ostatnich dni.
24 lipca
Rano udałem się na spacer po San Pedro. Wstąpiłem między innymi do ich głównego kościoła, którego dolną część zajmuje apteka, środkową sala z plastykowymi krzesłami dla wiernych, ołtarzem zaś jest ukwiecona od lewej do prawej scena, nad którą wiszą symbole nieskończoności (Boga), mianowicie symbole alfy i omegi. Duże okna wychodzą na jezioro, sufit znajduje się wysoko, wysoko nad głowami wiernych, na scenie (tj. ołtarzu) nie zauważyłem, co w sumie dziwne, symbolu krzyża.
Górna część kościoła to mały punkt widokowy na miasteczko - chodzi się w kółko dookoła wieży uwiecznionej pokoikiem z mieszczącą się w nim radiostacją. Ot, pragmatyczne wykorzystanie budynku, zupełnie jak w przypadku naszego Jezusa ze Świebodzina, któremu do głowy przypięto nadajniki transmitujące sygnał telefonii komórkowej.
Na targu, gdy już napatrzyłem się na San Pedro z góry, znalazłem… słone rybki! Takie jak jedzą na Wschodzie do piwa. Oczywiście kupiłem cały worek za niecałego dolara. W pubie Pinocchio potem właściciel śmiał się ze mnie, że to się gotuje i je maczając w sosie, no ale mi smakują surowe, bo są wysuszone i słone (ale w odróżnieniu od tych ze Wschodu, ich łebki nie smakują za fajnie, toteż łebki odrzucam, napełniając nimi miseczki, kubeczki, czy co tam jest pod ręką).
Po zakupieniu rybek wstąpiłem na cmentarz. Wiem, dziwny nekrozwyczaj, ale sposób w jaki chowa się zmarłych też jest przecież elementem kultury danego kraju. W San Pedro, w Gwatemali, wsuwa się ludzi do ściany! Tzn. w trumnach. Nie grzebie się ich w ziemi, po prostu na cmentarzu są dłuuuugie ściany z wydrążonymi w nich miejscami na wsunięcie trumien (w pionie są 4-5 takich dziur, w poziomie ściany te ciągną się na 20-30 metrów, ale są też i mniejsze, jak i oczywiście większe). Po wsunięciu trumny otwór się zamurowuje i w to miejsce przyczepia się tablicę ze zdjęciem zmarłego (czasem jest to strasznie nieudany fotomontaż - tj. w programie graficznym wycina się postać zmarłego, nie zawsze równo, i wkleja się ją na tło jeziora lub wulkanu, nad którym leży miasteczko). Czasem jest to zdjęcie związane z jego życiem, np. pamiętam pana w sombrero opartego o przód ciężarówki stojącej gdzieś na poboczu. Ot, kierowca, może pasjonat samochodów. Do tego personalia zmarłego, data urodzin i śmierci.
O 14-ej poszedłem sobie na lekcję (rzekłbym, że czas terazźniejszy jako-tako mi zaczyna iść), troszkę ją skróciłem, bo… umówiłem się na wędkowanie!. Czekałem w umówionym miejscu, oczywiście pan rybak przyszedł nieco spóźniony (10 minut). 38 lat, uśmiechnięty, bardzo pozytywny. Poszliśmy na obrzeża miasteczka, gdzie do starego, małego mola, zacumowane były 'kayukies’, tj. stare, drewniane, malutkie łódki rybackie. Usiedliśmy naprzeciw siebie (ja na jakiejś drewnianej skrzynce), a pan zaczął wiosłować i zabierać nas z dala od brzegu. Zbliżał się wieczór, z jednego z hosteli niosła się na jezioro głośna, imprezowa muzyka. Poprosiłem mojego mistrza by zabrał nas 'za winkiel’, tj. za wrzynający się w wodę ostry, wysoki kawałek gór. Tak też uczynił, a moim oczom ukazała się cała kolonia nastolatków siedząca na zboczu i… paląca zioło! Mój przewodnik śmiał się z tego faktu, pomachał im coś tam do siebie sympatycznie pokrzyczeli. Wydaje mi się, że nikt tu trawy nie traktuje poważnie. I tak wszyscy, od małego, palą, nikomu się nic z tego powodu nie dzieje, po co robić aferę? (próbuję zrozumieć fakt, że nikogo z dorosłych to nie oburza) Lepsze to niż jakby po okolicznych wsiach i miasteczkach miały chodzić hordy pijaków. W każdym razie, w jednej ręce trzymałem żyłkę, której jeden koniec obwiązany był wokół małego kawałka drewna, a koniec drugiej zwieńczony był przez haczyk, na który nabity był… żywy pasikonik czy coś w tym rodzaju, w drugiej zaś dłoni miałem atrybut gringo-rybaka, czyli cygaro, którym zajmowałem się chyba z większą atencją niż moim ‘sprzętem’ rybackim. Ten czas miał służyć wyciszeniu się, niemyśleniu, relaksowi - łup z w tej wyprawy był najmniej ważny.
Siedzieliśmy sobie tak z moim amigo i gadaliśmy przez 90 minut używając prostego hiszpańskiego, czasem wspomagając się prostym angielskim (trochę rozumiał). Jest rybakiem z dziada pradziada, teraz wszystkie miejscowości wokół jeziora przerzucają się na turystykę. Juan (bo tak miał na imię) miał brata, też rybaka, ale zginął on jak znajdował się w wodzie obok swej łódki, a w tym czasie inna łódź uderzyła go w głowę. Jego ojciec, też rybak, dużo pił, ale się nawrócił i jest żarliwym katolikiem. Juan, oprócz łowienia, gra na perkusji w zespole kościelnym. Ech, religia odgrywa baaardzo dużą rolę w życiu tych ludzi. Ma trójkę dzieci, 20 letnią córkę i 18 letniego syna, którzy już mają, odpowiednio novio i
novię (chłopaka i dziewczynę). Śmiał się, że przed czterdziestką będzie dziadkiem. Pytał o Polskę, wspomniał o drugiej wojnie, o Niemcach. Nie za bardzo ich lubi, bo są strasznie sztywni (naprawdę!?), zaś co do Polaków, to nie ma ich tu w San Pedro - byłem pierwszym, jakiego poznał. Co zaś do (po)łowów - Juan złapał średnią rybkę, z takimi kolcami na grzbiecie, a ja trzy małe, które wziął dla kota, bo dla ludzi za małe. Dobre i coś! :) Miło spędzony czas na jeziorze, w towarzystwie fajnego gościa i słońca, które powoli kryło się za górami.
Wracając spotkałem Claire, Amerykankę, z którą wcześniej już zamieniłem kilka słów. Na ławeczce, przy stoliku, patrząc na jeziorko, siedział Cameron, Afroamerykanin z tego samego stanu, co Claire (Texas) - ale wcześniej tego nie wiedzieli. Zaproponowałem rum, jako, że w pokoju miałem jeszcze z litr. Przystali na propozycję. Tak sobie sidzieliśmy 3-4 godziny przy szklaneczce. Jak się okazało… Claire 2 lata mieszkała w Krakowie! (1998-2000). Uczyła tam angielskiego (m.in. w firmie Philip Morris, produkującej u nas papierosy Marlboro i inne). Mieszkała na Kazimierzu, który wtedy był cichy i szary. Opowiedziałem jej o zmianach w Polsce, jakie zaszły przez te 18 lat, o tym, że Kazimierz (w mojej opinii) jest jednym z najfajniejszych miejsc do spędzania kawiarnianego czasu w Europie, o ogromie turystów bawiących się w Krakowie (ci Anglicy!), o zmianach w zamożności i mentalności Polaków (znają swoje prawa, stali się bardzo pracowici, w pubach już się nie pali, Polska wypiękniała) - pewnie przeżyłaby niezły szok, gdyby wróciła do Polski i skonfrontowała ją ze swoimi wspomnieniami.
Cameron pracował w finansach na północy Stanów, ale jest bardzo rodzinnym gościem, więc rzucił tam pracę, wrócił do rodziny w Teksasie, posiedział z nimi jakiś czas i zdecydował się, przed podjęciem nowej pracy udać się w podróż tutaj.
Bardzo miły gość. Przez chwilę z Claire przeszli na południowy akcent, musiałem interweniować, haha. Dla kogoś to tam nie mieszka(ł) trudno było nadążać. Oh, sorry Arthur! :) Spostrzegli się ubawieni. No i cały ten litr nam zszedł! :)
25 lipca
Z tym rybakiem umówiłem się na ósmą rano, miał mnie zabrać na wulkan. Mimo problemów z bólem głowy jakoś wstałem, po wzięciu lodowatego prysznica poszedłem na umówione miejsce, czekałem i czekałem, i… i nic! Ech… Kac duży, postanowiłem sobie wskoczyć na hamak, zapalić cygaro, otworzyć piwo i konsumować rybki przy dźwiękach muzyki różnakiej (od Wagnera po Truchło Strzygi). No i tak mi się spodobało, że przez telefon na recepcji odwołałem szkolne zajęcia i spędziłem tak cały dzień (4 cygara, 6 piw, setka rybek - ale to na cały dzień, więc spoko). Od lat tak leniuchować mi się nie zdarzyło! Ale to dobrze. Naprawdę naładowałem baterie!
26 lipca
Spanie do południa, 4 godziny lekcji, studiowanie Biblii wieczorem. Brak Internetu. Też miło! :)
Plany na dzisiaj (27 lipca)? Lekcje i wieczór integracyjne ognicho w szkole. Z alko! ;)
30 lipca
Osz bogowie, aż 3 dni mi zajęło by znaleźć trochę czasu aby coś napisać! No to powolutku:
27 lipca
Jak pisałem, po lekcjach (ćwiczenie czasu teraźniejszego i być w czasie przeszłym), przyszedł czas na ognisko. Szkoła posiada jeden budynek z biurem, pomieszczeniem gospodarczym i tarasem wychodzącym na ogród (bardzo ładnie urządzony, kwiatów dogląda taki stary ogrodnik, który w przerwie zawsze fajnie zagada. W ogrodzie są rozlokowane takie małe domki bez drzwi, w których mieści się stół i dwa krzesła. Tam odbywają się zajęcia, tak samo jak i na dachu budynku szkoły pod takimi…