Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 36 min czytania

Upadła rasa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ukryty pod stertą gruzu, wysmarowany błotem i popiołem, czekam... Słyszę hałas, przeraźliwe ludzkie krzyki, tak brzmi człowiek, którego żywcem obdarto ze skóry. Nie patrze w tamtą stronę, dość już widziałem. Serce wali głośno w mojej piersi, niczym kowal, który bije wielkim młotem o żelazne kowadło. Odchodzą... Wreszcie odchodzą... Uff... Otworzyć oczy? Nie, jeszcze nie! Albo tak, może trzeba będzie się stąd wynieść...

Świat, w którym przyszło nam żyć, to piekło na ziemi. Nocą ukrywamy się pośród pokrytych popiołem i brudem ruin. W dzień szukamy pożywienia i schronienia na kolejną noc. Tańczymy na granicy obłędu. Pozbawieni godności ukrywamy emocję, aby i nas nie dotknęło szaleństwo. Piekło jest w nas. Kryliśmy się z naszą prawdziwą naturą, a kiedy przyszedł „zły czas” pozwoliliśmy jej się ujawnić. Po dawnych wspaniałych miastach pozostały tylko gruzy, ale i je niedługo pokryje piach i popiół. Żyjemy niczym karaluchy i szczury,, którymi od dawna się żywimy. Nie wszyscy jednak gustują w szczurzym mięsie, ludzie wybrali inne mięso... ludzkie mięso... Taka dieta jednak kosztuje. Kanibale zmieniali się, stawali się ohydnymi kreaturami, pozbawionymi wszelkich oporów, jak zwierzęta, nie... znacznie gorzej, ponieważ zwierzęta nie mordują dla zabawy. Jak do tego doszło, jak doszło do zagłady? Posłuchajcie mojej historii.

Pewnego upalnego lata, jak co dzień rano, oglądaliśmy wiadomości. Zasiedliśmy do syto zastawionego stołu, bardzo dobrze pamiętam ten poranek, był to mój ostatni normalny posiłek. Ojciec narzekał na głupotę polityków, a mama krzątała się po kuchni. Nagle prezenter telewizyjny otrzymał, jakąś kartkę, w stylu z ostatniej chwili.

PROSZĘ PAŃSTWA, PODAJĘ WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI. TERRORYŚCI PRZYPUŚCILI SKUTECZNY ATAK NA KILKA Z NAJWIĘKSZYCH ELEKTROWNI JĄDROWYCH NA ŚWIECIE... (tu prezenter przerwał na chwilę spoglądał na kolegów ze studia myśląc że to żart, po czym kontynuował czytanie newsa, gdy upewnił się, że to się dzieje naprawdę). PROSZĘ O ZEJŚCIE DO PIWNIC LUB SCHRONÓW, MOŻE UDA SIĘ... (prezenter znowu przerwał, nie był w stanie kontynuować, mikrofon przejął kierownik studia i dokończył newsa). ZOSTAŁO NIE WIELE CZASU, WIĘC POWIEM KRÓTKO, NIE MAMY ZBYT WIELKICH SZANS NA PRZETRWANIE, NIECH BÓG MA NAS W SWOJEJ OPIECE (minutę później na ekranie pojawiło się śnieżenie, połączenie ze studiem zostało przerwane).

Nie wiedzieliśmy co o tym myśleć, na szczęście ojciec, były wojskowy, zareagował błyskawicznie. Zeszliśmy do piwnicy. Tata przebudował ją na dość solidny schron (był nieco szalony, ale sporo przeżył). Mama pozwalała mu siedzieć na dole i budować tą swoją tajną bazę, uważała, że to dobry sposób, aby ojciec miał jakieś zajęcie na emeryturze. Przetrwaliśmy. Inni mieli mniej szczęścia. Mundurowi znaleźli nas po dwóch tygodniach. Ojciec nadawał s.o.s. starym radiem. Założyli nam maski i jakieś dziwne płaszcze, a potem wrzucili do ciężarówki. Potem zabrali nas do śmigłowca, którym wraz z garstką pozostałych ocalałych polecieliśmy do fortu w górach, gdzie skażenie z jakiegoś nie znanego nikomu powodu nie dotarło. Kiedy pytaliśmy wojskowych, jak to możliwe, odpowiadali, że to tajne. Ukryli nas i innych cywilów w bazie, położonej głęboko we wnętrzu góry. Baza przypominała wielką galerię handlową. Małe mieszkania, podobne do sklepików, nie było tam okien, za to jedna wilka, betonowa brama, która zamknęła się, kiedy przekroczyliśmy czerwoną linie na asfaltowej drodze. Wyszedł ku nam człowiek w białym kilcie. Witam nazywam się profesor Adam Brown – powiedział poprawiając okulary na nosie – przez następne kilka miesięcy, będę państwa opiekunem, mentorem i burmistrzem. Najpierw jednak, pozwolę sobie odpowiedzieć na wasze pytania, wiem, że macie ich sporo.

Następne dwie godziny profesor Brown wyjaśniał, najdelikatniej jak tylko potrafił, co się właściwie stało. Mówił, że na zewnątrz wybuchła wojna i że w ciągu ostatnich kilku dni zginęła połowa ludzi na ziemi. Atak na elektrownie to tylko początek, wkrótce po tych napaściach, terroryści uaktywnili broń, która siała krwawe żniwo wśród wszystkich żyjących stworzeń. Pandemia ogarnęła cały świat. Źródłem było powietrze. Na szczęście udało się opanować chorobę i pokonać wirusa, ale dalsze życie na planecie stoi pod znakiem zapytania. Lekarstwem na chorobę okazała się krew szczurów, jedynych stworzeń odpornych na wirusa. Dodał także, że zostaniemy w bazie, aż sytuacja na zewnątrz się uspokoi. Mijały dni, miesiące, a potem lata. Powoli kończył się zapas żywności. Wkrótce po tym jak, opustoszały magazyny, zaczęła padać wentylacja. Wskaźnik promieniowania wykazywał dość niski stan radiacji, ale postanowiliśmy odczekać jeszcze kilka dni, gdyż profesor przewidział, że „lepiej wyjść dopiero, gdy opadnie pył”, którego było nadal dużo w powietrzu. Mimo spadku promieniowania oddychanie na zewnątrz było prawie niemożliwe. Po tygodniu, wojskowi szykowali się do wyjścia na zewnątrz. Miał to być jednodniowy zwiad, w celu sprawdzenia sytuacji na zewnątrz. Dziesiątka najlepszych wojowników opuściła bazę. Uzbrojeni po zęby, świetnie wyszkoleni najemnicy nigdy nie wrócili. Profesor wysłał drugi zwiad. Niestety i tym razem, nikt nie wrócił. Wściekli wymusiliśmy na Brownie, aby ten wypuścił nas na zewnątrz, nie mogliśmy już dłużej wytrzymać, smrodu i głodu, na skutek którego wielu z nas zachorowało. To był olbrzymi błąd. Garstka żołnierzy nie była wstanie zapanować nad tłumem, który wybiegł na zewnątrz. Setki ludzi opuściło bazę, w której przesiedzieli lata, gnijąc jak szczury, którymi przyszło im się żywić. Na zewnątrz absolutna cisz. Żadnego świerszcza, ani ptaka na niebie. Żadnego odgłosu. Im dalej schodziliśmy w dół góry, tym bardziej nasza radość z opuszczenia więzienia malała. U podnóża góry rósł niegdyś wspaniały las. Teraz pozostało po nim tylko kilka zwęglonych pieńków. Wiosną kwitło w tej okolicy mnóstwo kwiatów, ale mimo że był kwiecień, żadna z tych pięknych roślin nie zakwitła. Profesor tłumaczył, że to naturalne, gdyż nie ma już pszczół, które te kwiaty zapylały. Szliśmy w stronę miasteczka. Byliśmy ciekawi, czy nasz Greentown ocalał. Na miejscu spotkał nas przykry widok. Szare od popiołu ulice, sklepiki i domki. Całe osiedle pokryte mazią, idealnie uzupełnialiśmy ten krajobraz. Dopiero co wyszliśmy spod popiołowego deszczu. Znienacka, pod gęstą warstwą brudu, wyłoniła się jakaś postać. Nie widziałem twarzy, głowa zakryta była kapturem. - Cofnąć się, nie wiadomo jakie ma zamiary! – krzyknął dowódca wojskowych, mierząc bronią w obcego. - Stój! Bo otworzymy ogień! - krzyknął barczysty sierżant, sięgając po swój karabin.

Obcy zatrzymał się, a za jego plecami, niczym grzyby po deszczu, wyrosła armia zakapturzonych postaci. - Cieszymy się, że ktoś w końcu tu przybył – powiedział obcy – długo czekaliśmy na ratunek. - Kim jesteście? - zapytał dowódca, nie opuszczał jednak broni. - Jesteśmy ocalałymi mieszkańcami, szukamy jedzenia – mówił dalej obcy, dziwnym, chrapowatym głosem. - Nie mamy jedzenia, proszę abyście opuścili kaptury! - rzekł dowódca.

Obcy ruszyli, śmiejąc się na cały głos. - Ognia! - dał rozkaz dowódca. Tysiące pocisków przeszyło ciała obcych. Wszyscy padli na ziemię. Rozgrzane lufy karabinów, na chwilę przerwały złowrogi ostrzał. Sierżant podszedł bliżej trupów, aby sprawdzić z czym ma do czynienia. Odsunął nożem kaptur u jednego z nich. - Co jest do cholery, co to za plugastwo! - wrzasnął przerażony. Obcy nie wyglądał jak człowiek. Jego pożółkłe oczy krwawiły czarną mazią, a z podziurawionej skóry sączyła się brązowo-czerwona ciecz. Niespodziewanie szkarada zaczęła dawać znaki życia. Sierżant wypalił cały magazynek w głowę i klatkę piersiową. - Reszta też się porusza, walić bez rozkazu! - nakazał dowódca. - Celujcie w głowę, ten już nie wstaje! - krzyknął sierżant. - Widziałem coś takiego, kiedyś w kinie – mówił jeden z najemników, kiedy opadł ogień, najlepiej od razu poucinać im te ich paskudne łby.

Pomysł żołnierza nie za bardzo przypadł reszcie do gustu, tylko na twarzy sierżanta pojawił się krzywy uśmiech. Chwile później sierżant i kilku żołnierzy biegali po polu bitwy z maczetami i ucinali członki u zielonkawych stworów. Profesor twierdził, że lepiej im w tym nie przeszkadzać. Tych ludzi zrodziła wojna, a i tak długo wytrzymali w zamknięciu kontrolując swe mordercze zapędy. Przenocowaliśmy w jednym z marketów. Konstrukcja świetnie nadawała się do obrony przed ewentualnymi atakami obcych. Brown i kilku innych naukowców prowadzili badania. My szukaliśmy pożywienia, ale prócz milionów karaluchów nie było tu niczego, czym można było zapchać nasze puste żołądki. Wtem zjawił się Brown z z wynikami badań. - Te stwory, to ludzie którzy przeżyli wojnę – mówił spoglądając raz po raz spoglądając w notatki – co prawda w wyniku promieniowania zmutowali, do tego co przed chwilą oglądaliśmy. - Prawdopodobnie przeżyli dzięki przystosowaniu się do nowego środowiska. - Co to znaczy? - zapytał niecierpliwy ojciec. - To znaczy, że jak karaluchy, czy szczury zjadali najsłabsze osobniki, aby przeżyć – odrzekł Brown – mutanci zeżrą wszystko, co się rusza, ale nie gardzą także padliną. Ich skóra przystosowała się do życia na powierzchni. Są nie zbyt szybcy, ale za to bardzo silni i niesamowicie odporni na ból. Można powiedzieć, że go w ogóle nie czują. - Ale bez głów, to już raczej nie stanowią zagrożenia? - zadrwił dumny z dowcipu sierżant. - Tak, pozbawieni głowy nie będą nam już tak łebscy – powiedział Brown, załapując durny dowcip sierżanta. - Uważacie, że to śmieszne! - zburzył się dowódca – Nie wiemy, co jeszcze na nas czyha, a zbliża się noc. Jaki jest plan profesorku? - Musimy odnaleźć pobliskie bazy, w którejś na pewno znajduje się woda, poza tym im nas więcej tym większą mamy szansę na przetrwanie – powiedział Brown, ale jego mina sprawiała wrażenie, że nie do końca wierzył w swoje słowa.

Zapadła noc. Nie była to jednak zwyczajna noc, a mroczna, przeraźliwa ciemność, która ogarnęła całą okolicę. W dodatku ta cisza, przeraźliwa, przeklęta CISZA. Taka noc wzbudzała w nas strach i pozwalała dojść do głosu, demonom zrodzonym w naszej podświadomości. Wtuleni w siebie, wpatrywaliśmy się w naszych obrońców. Nie rozmawialiśmy, Joe zakazał. Twierdził, że tak będzie bezpieczniej. Był doświadczonym żołnierzem, tata mówił o takich „dzieci wojny”. Walczył pod ojcem w jednej z misji, pamiętam, gdyż opowiadali o tym w bazie, kiedy przy kartach, wlali w siebie trochę za dużo whisky. Ojciec bardzo go szanował, podobno Joe, uratował tamtego dnia życie dwunastu chłopakom, zostając sam, na sam na wieży, uzbrojony tylko w karabin snajperski i dwadzieścia siedem nabojów. Przy ogromnej przewadze wroga wystrzelał wszystko co miał. Nie spudłował ani razu, a wróg wycofał się z frontalnego ataku, dając czas do ucieczki rannym żołnierzom. Otrzymał za to medal i awans. Dziś, tak samo jak tamtego dnia, leżał na wieży starej pompy wodnej, z wycelowanym na drogę karabinem. Obecność tak znakomitego dowódcy, dawała siłę reszcie żołnierzy, którzy wychowali się na jego legendzie. Znienacka na drodze pojawiło się jakieś stworzenie. Całą broń żołnierze wycelowali na zniszczoną asfaltową drogę. Czuliśmy narastający niepokój. Stworzenie przypominało psa, ale o znacznie większym cielsku. Istota zwęszyła nas zapach. Zawyła, po czym ukryła się w stercie śmieci. Zdawało się nam, że złowrogie wycie mogłoby zbudzić nawet zmarłych. Poczułem dreszcze, miałem nadzieje że potwór odejdzie, zostawi nas w spokoju. Mama modliła się po cichu, aż uciszył ją sierżant, kładąc delikatnie rękę na jej ramieniu. Ojciec skrył się za bramą, Joe dał mu pistolet. Mimo, że miał już swoje lata nadal, był w świetnej formie. Cieszył się, że może się do czegoś przydać. Wtem, na drogę wbiegł potwór, a za nim jeszcze kilka innych stworzeń. Horda powoli poruszała się w naszą stronę. Tymczasem żołnierze czekali na znak od Joego. Chwile potem rozpoczęła się prawdziwa masakra. Najemnicy otworzyli ogień, kiedy bestie były już w zasięgu ich broni. Prawie sto strzelb, niemalże bez wytchnienia pluła ołowiem w stronę przerażających upiorów. Trupy ścieliły gęsto drogę do marketu, aż po same barykady. W końcu dowódca dał znak, aby wstrzymać ogień. Przeżyliśmy. Joe podniósł noktowizor, aby sprawdzić, czy to już koniec. Spojrzał na sierżanta, który fortyfikował się w małym betonowym sklepiku na parkingu, wraz z kilkoma najlepszymi ludźmi. Obaj, Joe i sierżant Max mieli miny jakby zaraz miało się stać coś strasznego. - Sierżancie ogień przerywany, oszczędzamy amunicję! - krzyknął dowódca, korzystając z chwili ciszy. - Ok, ładować granatniki, niech się trochę pomęczą zanim nas zeżrą! - roześmiał się sierżant. To był jego żywioł, po to przyszedł na świat. Uwielbiał jak coś się działo. Już jako dziecko, nauczył się strzelać, gdy miał zaledwie osiem lat, ojciec zabrał go na pierwsze polowanie. Stał teraz z dwoma ciężkimi karabinami maszynowymi, obwieszony amunicją i kilkoma granatami. Wyglądał niczym bohater z filmów akcji, które dawniej oglądaliśmy w naszym domowym kinie. Ubrany w zielony płaszcz, który powiewał wiatr, pluł amunicją. Wyglądał zarazem strasznie i wspaniale. „Dobrze, że był po naszej stronie” - pomyślałem.

Armia zmierzająca w naszą stronę, przypominała legionistów rzymskich, za czasów Imperium. Tysiące wygłodniałych mutantów za chwilę miało przekroczyć granicę sklepowego parkingu. Kiedy tata ujrzał, z jaką siłą przyszło nam walczyć postanowił, że nie ma na co czekać. - Sarah, Michael trzeba się stąd wynosić! - wrzasnął, wtedy pierwszy raz zobaczyłem w jego oczach strach, a przecież mój ojciec niczego się nie boi. - Co robimy? - zapytała mama wiedząc, że jej mąż na pewno już wymyślił plan ucieczki. - Na dole są kanały prowadzące do głównego magazynu – mówił tata obserwując mapę, którą zabrał z biura kierowników marketu. Plany leżały w żelaznej szafce, prawdopodobnie sklep miał być przebudowany. Korytarze prowadziły bezpośrednio do magazynów w piwnicy. Było tam też drugie wyjście, którym można się wydostać z budynku.

Pobiegliśmy w stronę magazynów. Nie mówiliśmy nikomu, o naszych planach. Mimo to, w ślad za nami poszedł profesor Brown i jego córka Emilia. - Dokąd biegniemy? - zapytała Emilia. - Stary Kelly znalazł drugie wyjście, idziemy z nimi – powiedział spocony profesor. - Za tym korytarzem w lewo, Sarah poświeć tutaj – poprosił mój ojciec.

Korytarz był zawalony, ale daliśmy radę, prześliznąć się przez szparę między gratami. Na samym końcu, znaleźliśmy drzwi, ale były zamknięte. - Podaj obcęgi – poprosił tata. - Mam tylko piłkę do metalu – odpowiedziałem. - Musi wystarczyć.

Po upływie kwadransa byliśmy już na zewnątrz, potem biegliśmy co sił do opuszczonego bloku, naprzeciw sklepu. Ukryliśmy się na czwartym, a zarazem ostatnim piętrze. Obserwowaliśmy market i jego okolicę. Pierwsza linia obrony padła. Widzieliśmy jak sierżant z nożem w jednej ręce i maczetą w drugiej, broni się przed mutantami. Jego kompanów rozszarpały potwory, a potem pożarły, pozostawiając tylko kości. Podobne zjawisko widziałem na kanale przyrodniczym, ale lwy były o wiele łagodniejsze w porównaniu z obcymi. Brown mówił, że przez promieniowanie stali się bardziej agresywni. Patrzyliśmy na Joe. Siedział na wieży i rozwalał potwory, przy czym zachował zimną krew. Jego broń wydawał strzał w równych odstępach, dokładnie co piętnaście sekund, nie licząc przerw na uzupełnienie amunicji. Musiał ich rozwalić z dwustu, zanim dotarli na szczyt wieży, ale i wtedy dowódca stawiał zawzięty opór, wywijając długim nożem, niczym rycerz w ferworze walki. Straciliśmy z nim kontakt. Za sklepu uciekło jeszcze kilkoro z naszych. Potem stwory otoczyły budynek. Pozostali najemnicy zmoczyli bestie deszczem pocisków. Jednak nim nadszedł świt, przy życiu nie pozostał już żaden z ludzi, którzy postanowili pozostać w markecie, myśląc że to najbezpieczniejsze wyjście z tej chorej sytuacji.

Wstało słońce. Mutanty pochowały się w ciemnych zakamarkach miasta. Nie znosiły promieni słonecznych. Przez wiele lat przyszło im żyć w totalnych ciemnościach. Dopiero niedawno opadł pył. Profesor twierdził, że mutanci są jak drapieżne zwierzęta, polują w nocy i wówczas są najbardziej aktywni. Dawało nam to pewną przewagę, mogliśmy podróżować w świetle dnia. Do następnej bazy pozostało jeszcze kilka ładnych kilometrów. Nie zwlekając dłużej wyszliśmy na zewnątrz. Wtedy spotkała nas miła niespodzianka. Wyjechał nam na spotkanie Joe. - Udało ci się przeżyć przyjacielu – ucieszył się ojciec, przybijając mu piątkę. - Tak, ale ścierwa mnie nie źle poharatały – wskazał na brzuch i szyję. Rzeczywiście był solidnie ranny, ale trzymał się nie źle. Po za tym zdobył ciężarówkę, co bardzo nas ucieszyło, ponieważ byliśmy nieziemsko zmęczeni po wczorajszej podróży.

Ojciec wsiadł za kierownicę, a Joe położył się z tyłu, gdzie opatrywały go Emilia z moją mamą. Tata tymczasem przeładował pistolet, jedyną broń która nam pozostała. - Ostatni magazynek – powiedział spuszczając głowę w dół. - Poradzimy sobie, nie możemy jednak się zatrzymywać, za dwa dni powinniśmy być na miejscu – rzekł Joe. - Mapa wskazuję drogę przez Sosnową Dolinę, nie wiem jednak w jakim stanie będzie most, może lepiej pojechać dookoła? - zapytał profesor pokazując mapę, którą wyjął z plecaka. - Stracimy z dwa kolejne dni – pomyślał głośno tata. - Profesorek ma rację, istnieje małe prawdopodobieństwo, że most nadal stoi, powinniśmy pojechać równoległą drogą – mówił Joe – jest trochę bardziej kręta, ale mniej po drodze miasteczek, więc i plugastwa będzie też trochę mniej. - Czy ktoś jeszcze ocalał? - zapytała mama. Nie, potwory dopadły wszystkich – odrzekł Joe wzdrygając się, gdy Emilia zacisnęła opatrunek.

Jechaliśmy dość szybko biorąc pod uwagę trudne warunki na drodze. Co kawałek stał opuszczony wrak samochodu, czy czołgu, aż do starej autostrady, gdzie droga stała się bardziej przejezdna. Pomyślałem, że ludzie w czasie ewakuacji wybrali krótszą drogę przez Dolinę. Ciężarówka dobrze się sprawowała, ale po jakimś czasie włączyła się kontrolka informująca o tym, że zaczyna brakować

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Upadła rasa — czytnik · opowiadania