Duchy · 11 min czytania
Upiorne miejsce
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Upiorne miejsce
Był to jeden z tych dni, gdy myśl niemalże bez udziału woli wędruje ku sprawom ostatecznym. Gruba pokrywa granatowych chmur szczelnie wypełniała nieboskłon. O zmierzchu zaczęło wiać. Najpierw wiatr wprawił w drżenie brązowe i złote liście, wkrótce potrząsnął cieńszymi gałązkami, by wkrótce giąć grube konary i ganiać tabuny mokrych liści. Nie pamiętam jaka siła wygnała mnie tego jesiennego dnia z domowych pieleszy i kazała włóczyć się bezdrożami Puszczy Knyszyńskiej. Od zdarzeń, które zamierzam tu opowiedzieć minęło już bowiem ładnych parę lat w ciągu, których tę dziwną historię zachowywałem wyłącznie dla siebie. Zabrałbym ją pewnie do grobu gdyby nie tajemnicze zniknięcie przyjaciela. Janusz urzeczony urodą słojskich łąk, rozciągających się wokół wioski Kondycja sprzedał mieszkanie w mieście, kupił działkę i pobudował wygodny całoroczny dom. W kilka dni po przeprowadzce do nowej siedziby zdrowy, twardo stąpający po ziemi mężczyzna w sile wieku rozpłynął się jak śnieg na wiosnę. Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania prowadzone przez policje i wynajęte biuro dedektywistyczne nie dały żadnych rezultatów. Wróćmy jednak do zdarzeń z przed blisko sześciu lat, które rzucają pewne światło na zniknięcie mojego przyjaciela Po całym dniu wędrówki głodny i przemoknięty dotarłem do Zabłudowa, małej mieściny zagubionej wśród knyszyńskich borów . Najbliższy autobus do Białegostoku odchodził za czterdzieści minut. Skierowałem się do baru wiedziony słabą nadzieją spotkania z czymś jadalnym. Po otwarciu metalowych drzwi z lekkim obrzydzeniem wbiłem się w chmurę kwaśnego tytoniowego dymu . Faceci, ich kufajki, walonki oraz barmanka w szarawym fartuchu majaczyli jak zjawy w gęstych oparach. Przez chwilę wszystkie spojrzenia skierowały się w moja stronę by wkrótce powrócić na dawne miejsca. Brak rzeczy jadalnych nie był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Zamówiłem jedno kuflowe, zapłaciłem i ulokowałem się przy metalowym stoliku pamiętającym z pewnością stan wojenny. Piwo było świeże i zimne co wprawiło mnie w nieco lepszy nastrój. Zacząłem dyskretnie rozglądać się po sali. Pod ścianą przy sąsiednim stoliku spostrzegłem starego mężczyznę, który pozornie niczym się nie wyróżniał. Coś jednak w jego pomarszczonej twarzy było wyjątkowego i skupiającego uwagę. Nie minęło czasu wiele i zawarliśmy znajomość. Rozmowa przy kufelku toczyła się wokół spraw puszczańskich. Wacław jak się okazało był emerytowanym leśnikiem, a Puszcza i jej zwierzyna były całym jego życiem. Po trzecim piwie rozgadał się jakby od dawna nie miał sposobności z nikim rozmawiać. Kiedy, opowiadając o swojej wędrówce, wspomniałem o wsi Kondycja, leżącej w środku puszczy i składającej się z jednego domu w pamięci sędziwego leśnika odżyła pewna stara i prawie zapomniana historia, która brzmiała mniej więcej tak. Działo się to bardzo dawno to temu, w czasach, gdy gościńcami wędrowali rycerze w zbrojach, na rozstajach dróg czychali na podróżnych zbóje a knyszyńskie mateczniki zamieszkiwały niedźwiedzie i rosomaki. W samym środku Puszczy, nad rzeką Słoją osiadł pewnej wiosny, wraz z rodziną, Wojciech Kordek syn stelmacha. Gospodarstwo ich składało się z niemal 30 mórg żyznej gleby. W skład majątku wchodziły soczyste łąki i spory kawałek ornej ziemi położony pod samym lasem. Wojciech był człowiekiem pracowitym i silnym. Rok po roku przybywało majętności w zamkniętym na solidne kowalskie zamki spichlerzu zwanym w tych stronach świrunkiem. Dzieci rosły, a wraz z nimi rodzinna gospodarka. Gospodarz wszystkie zarobione pieniądze lokował w ziemię dokupując ją sukcesywnie od mniej zaradnych sąsiadów. Z czasem odkupił wszystkie okoliczne pola. Czułby się jak wielki pan na włościach gdyby nie jeden problem, któremu na imię było Marcin. Syn stelmacha kusił i prosił, nalegał, a nawet straszył, lecz nic nie pomagało. Marcin nie zamierzał rozstać się ze swoją ziemią. Wojciech chodził jak struty, wychudł, sczerniał, lecz bynajmniej nie wyszlachetniał. Jego serce przepełniała coraz większa nienawiść, a w głowie co i raz rodziły się mordercze myśli. Niewygodny sąsiad jednak nie był jednak kiep, ani ułomek, a do tego miał przy boku czterech dorodnych synów. Pewnego grudniowego wieczora Wojciech wybrał się na obchód swoich włości. O zmierzch zaszedł na górkę pod lasem, zasiadł na kamieniu i zatopił się w czarnych myślach. Im dłużej myślał, tym bardziej nie mógł znaleźć wyjścia z sytuacji. Już miał zbierać się do chaty, gdy niemal same wypłynęły mu z ust słowa ’’ Duszę bym diabłu sprzedał byle się gada pozbyć”. Zapachniało siarką i w obłoku dymu ukazał się Boruta. Wołałeś mnie, więc jestem - powiedział z przymilnym uśmiechem i natychmiast wyciągnął zza pazuchy gotowy cyrograf spisany na świńskiej skórze. Wojciech śmiertelnie się wystraszył i próbował zmykać do chaty. Nogi jednak odmówiły posłuszeństwa. Stał jak słup soli i słuchał pięknych słówek, którymi karmił go zły. A diabeł miał w tym względzie niemałą ekspiriencję. Kusił, namawiał, mamił. Skołowany chłop złamał się wreszcie i podpisał cyrograf własną krwią. Diabeł obiecał, że najdalej za dwie niedziele zgładzi sąsiada wraz z całą rodziną, a jego ziemia przypadnie Wojciechowi. Po kilku dniach nad okolicę nadciągnęło morowe powietrze. Wielu zaniemogło. Zaraza nie ominęła i pięknych łąk nad Słoją. Zgodnie z daną obietnicą Marcin wraz z rodziną ciężko zachorował i po kilku dniach oddał ducha w…