Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 11 min czytania

Upragniona

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zbłąkany motyl zaplątał się w poruszane łagodnym powiewem firany. Co jakiś czas z miękkim stukotem zderzał się z okienną szybą. Nie ustawał w próbach ucieczki. Przez zakurzone szkło do pokoju wpadały smugi słonecznego światła, płosząc unoszące się w powietrzu drobiny kurzu. Migoczące kłębuszki w panice próbowały umknąć palącym promieniom. Całe pomieszczenie wyglądało tak, jakby od lat nikt nie zamiatał poczerniałych,surowych desek podłogi. Na środku pokoju stało wielkie ozdobne łoże. Pokrywała je niedbale rozrzucona atłasowa pościel; aż raziła lśniącą bielą. Zmęczony motyl przysiadł nieśmiało na poduszce. Na jej nieskazitelnie jednorodnym tle, opalizujące skrzydła wydawały się jeszcze barwniejsze Obok łoża, przy sfatygowanej palisandrowej komódce siedziała naga, młoda kobieta. Przechylając głowę wpatrywała się w zmatowiałe, oprawione w mosiądz, pokryte plamami lustro. Powolnie dostojnym ruchem grzebienia, rozdzielała proste, sięgające ramion włosy. Zbliżyła twarz do zamglonej tafli zwierciadła. Na swój lodowaty sposób była skończenie piękna. Wpatrywała się w szarymi, prawie stalowymi oczami w regularne rysy twarzy. Leniwym pociągnięciem języka zwilżyła pełne wargi. Uśmiechnęła się do swego odbicia niczym zła królowa z bajki. Dziewczyna nie była zła. Była smutna. Nie chciała niczego wielkiego. Pragnęła by ją ktoś pokochał. Odłożyła kościany grzebień. Spłynęła opuszkami palców po szyi w dól. Miała szczupłe, wąskie dłonie o niemal przezroczystej skórze. Widać pod nią było każdą pulsującą żyłkę. Ujęła w dłonie ciężkie piersi. Dotknęła opuszkami palców bladych, prawie nieodróżnialnych od alabastru skóry, sutków. Drgnęły nieśmiało pobudzone. Zsunęła dłonie niżej. Powędrowała wzdłuż pachwin na smukłe uda. Przesunęła wzdłuż nich długim paznokciem. Pokryły się drobną, gęsią skórką. Takie gładkie, takie delikatne, takie niczyje... Znieruchomiała, opuszczając głowę. Włosy litościwie przysłoniły twarz. Nikt nie miał ujrzeć spływających po policzkach łez.

Uniosła głowę. Słone krople zdążyły już wyschnąć. Odgarnęła z czoła włosy. Na blacie komody leżała maleńka, papierowa fiszka. Drgała poruszana muśnięciami powietrza. Dziewczyna jeszcze raz przeczytała wiadomość. Wpatrywała się przez dłuższą chwilę w wykaligrafowane słowa. Zwinęła liścik w kulkę. Zwitek rozpadł się na popiół. Lśniącą smugą pyłu dołączył do pokładów kurzu na podłodze. Już czas. Kroki posłańca na schodach dawno ucichły.

Wstała. Usiadła na łóżku. Powoli nasuwała na nogi białe, lśniące pończochy. Wietrzne podmuchy wzmogły się. Zwiewna materia firanek szarpana przeciągiem dosięgała ciała dziewczyny. Nie zwracała na to uwagi. Owijana delikatnym całunem wyrównała idealnie szwy nylonów. Zapięła na kostkach sprzączki pantofli. Usiadła krzyżując skromnie nogi. Motyl - tułacz krążył wokół jej twarzy. Zachwycona wodziła za nim wzrokiem. Wyciągnęła dłoń nim zdążyła pomyśleć. Zmordowany wędrowiec skwapliwie skorzystał z zaproszenia. Ledwo dotknął ręki dziewczyny, zadrgał spazmatycznie. Chciał wzbić się w górę, lecz zamszowe skrzydła opadły bezradnie. Nie minęła chwila, gdy straciły bajkowe kolory, a po chwili silniejszy podmuch rozwiał jego truchło w proch. Dziewczyna opuściła głowę. Nie chciała...Zapomniała...

Podniosła się. Założyła długi, biały płaszcz. - Ojcze, już czas - miała niski, zmysłowy głos. W ocienionym kącie pokoju ktoś się poruszył. Ze skrzypiącego krzesła podniósł się starzec. Nie widać było zasłoniętej szerokim rondem twarzy. Z wytartego prochowca posypał się kurz i pył. Ruszył niepewnym krokiem w kierunku wielkiego, szafkowego zegara stojącego w przeciwległym rogu. Nietypowy był to chronometr. Pojedyncza wskazówka poruszała się w dziwnym cyklu, po pozbawionym jakichkolwiek oznaczeń cyferblacie. Wielkie wahadło stukało w bezładnie zmiennym rytmie. W taki sposób nie zwykł pracować żaden inny zegar. Staruszek doczłapał do niego rozsiewając za sobą nitki oplatających go pajęczyn. Otworzył drzwiczki. Powykręcanymi reumatycznie palcami zatrzymał serce czasomierza. Zapadła cisza. Wiatr ustał pozostawiając firanki unoszące się w powietrzu, niczym w zatrzymanym kadrze. Chronos - Zegarmistrz powrócił ciężkim krokiem na swoje krzesło.

Kobieta wyszła.

Wędrowała szeroką aleją. W kompletnej ciszy słychać było tylko stukot jej obcasów i szelest ocierających się o siebie pończoch. Taka cisza istnieć mogła jeszcze tylko gdzieś w kosmicznej próżni.Taka cisza mogła doprowadzić człowieka do szaleństwa. Dziewczyna nie wydawała się być poruszona panującą martwotą. Bez krztyny zdziwienia mijała znieruchomiałe postacie. Były niczym owady zalane w kropli bursztynu. Niektóre stojące,inne złapane w pół kroku. Ktoś biegnący zawisł w powietrzu, schwytany podczas odbicia. Na jezdni, równie nieruchome, stały samochody otoczone kłębami spalin, których nie rozwiewał najmniejszy nawet powiew. Ominęła zastygłego w powietrzu gołębia. W półotwartym dziobie trzymał kawałek bułki, rzuconej przez znieruchomiałą obok staruszkę. Jej pomarszczona twarz zastygła w radosnym uśmiechu. Dziewczyna popatrzyła na nich przez chwilę. Ruszyła dalej. Weszła do starego, cienistego parku. Minęła zmurszałą, wiekową fontannę. Poprzez wiszące w powietrzu krople rozpylonej wody przeświecało słoneczne światło, tworząc miniaturowe tęcze. W basenie zatrzymany w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Upragniona — czytnik · opowiadania