Fantasy · 54 min czytania
Urkhem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stanie na placu rozgrzanym od słońca, pośród spoconej i rozgorączkowanej gawiedzi, nie należał do najprzyjemniejszych czynności, jakie znał Sanson. Słońce prażyło niemiłosiernie, oplatając pustynię w bezlitosnym uścisku. Ludzie wokoło śmierdzieli potem i zmęczeniem, on sam zapewne zdążył już prześmierdnąć, jeśli nie swoimi potami to ludzi stojących po bokach, z przodu, z tyłu, wszędzie. Niemniej coś go ciągnęło w to miejsce. Nie była to chęć zobaczenia kolejnych zdrajców, którzy mieli zostać straceni. To było coś głęboko w nim ukrytego, coś pierwotnego, pewien instynkt, z którym się urodził. Zdrajców było pięcioro, a tłum, który się zebrał, niekoniecznie był rządny krwi. Byli to także krewni, zanoszący się płaczem, oraz przyjaciele i znajomi, którzy chcieli się pożegnać. Niektórych z nich znał, ciężko się nie znać w takim małym mieście. Co do samych zdrajców, osobiście wątpił czy w ciągu swego życia popełnili większe wykroczenie niż leżenie na ulicach, zmożeni pijackim snem, wyrzuceni z domu przez żony, mające dość conocnych libacji. Sanson ścisnął mocniej dłoń Malutkiej. Wyglądała jak blond laleczka z włosami związanymi w kucyk, o jasnych oczach, w szmacianej, falbankowej sukience i białych bucikach. Gdyby ich matka wiedziała, że bierze ją w takie miejsca… Jego sześcioletnia siostra nie powinna tutaj przebywać, jednak zawsze ciągnęła go do każdej egzekucji, którą nazywała „czasem płaczu”. Znał ten jej proszący wyraz twarzy i nieme błaganie w oczach, którym nie mógł odmówić. Dzieci tak mają, popatrzą się, i już wiadomo, że każda odmowa i każde zaprzeczenie ich zachciankom pociągnie za sobą płacz i autentyczny smutek, smutek z którego dorośli już zrezygnowali. Uśmiechnęła się do niego, gdy się zorientowała, że na nią patrzy, więc odwzajemnił jej zaraźliwy, dziecięcy uśmiech, po czym oboje skupili się na ludziach, którym zakładano pętle na szyje. Gwardia Pokoju rozstawiła swoich żołnierzy wokół piedestału, by odpędzić gawiedź i zapłakane matki. Jedna z nich rzuciła się na kolana, by błagać obdartusa z maczetą o życie jej jedynego syna, ten jednak stał niewzruszony i udawał, że jej nie widzi. A może faktycznie nie zdawał sobie sprawy z jej obecności? Zajęty był sam sobą, w dziwnym amoku, może zbyt chory, może zbyt skacowany by na trzeźwo ogarnąć rzeczywistość. W końcu inny pokojowiec odgonił matkę kolbą pordzewiałego karabinu. I zaczęło się. Po kolei pięć osób opadało i zawisało na sznurach, dygocząc nogami i wywalając oczy oraz języki. Tłum nie reagował. Nie było okrzyku zachwytu, ani oznak oburzenia. Nikt nie chciał się narazić pokojowcom i podzielić losu dogorywających przyjaciół. Nieposłuszeństwo było surowo karane. Dlatego żadnego dźwięku, żadnego gestu, tylko wzrok wbity w ciała. Bliżsi krewni płakali, ale im to zwykle wybaczano. W końcu niektórzy z pokojowców byli zwerbowanymi mieszkańcami miasta, potrafili się wykazać pewną dozą wyrozumiałości. Tymczasem Sanson wyczuwał konanie ludzi zwisających na ciężkich powrozach. Coś w głębi niego się poruszyło, i po chwili był już pewien, że ci nieszczęśliwcy już skonali. Wiedział to, ponieważ wyczuwał specyficzną więź z tym, co kiedyś było żywe. A gdy dostatecznie mocno się skoncentrował… Palec wskazujący trupa zgiął się, by po chwili się wyprostować, co wyglądało, jakby kogoś przywoływał. Powieka także mu drgnęła, a gdyby Sanson skoncentrował się dostatecznie mocno, mógłby nawet sprawić, że trup zatańczy. Nieraz już sobie udowadniał, że martwi przemawiają do niego, do głębi jego duszy. Wystarczyło że przechodził obok domu, w którym rodzina żegnała się ze zmarłym, a wyczuwał słabą więź, zalążek czegoś silniejszego, gdyby się dostatecznie skoncentrował. I teraz też mógłby tego dokonać, potrafiłby poruszyć całym ciałem, z którego uciekało życie, natchnąłby je czymś spoza tego świata, coś jednak go zdekoncentrowało, coś sprawiło, że przestał się patrzeć w trupa i stracił z nim tę więź, którą wyczuwał, a co za tym idzie także i kontrolę. Otóż truchło tuż obok podskoczyło w górę i podniosło ręce, w niemym geście błagania. Tłum westchnął i poruszył się niespokojnie. Najwidoczniej jakaś tląca się iskierka życia obudziła się w tym nieszczęśliwcu. Sanson uśmiechnął się z satysfakcją, gdy zobaczył strach na niektórych obliczach pokojowców. Zerknął z niepokojem na Malutką, czy ona równie mocno się tym przejęła. Nie chciał, żeby miała koszmary tylko dlatego, że ją ze sobą zabrał. Mała dziewczynka nie była jednak przestraszona, daleko jej było do odczuwania strachu. Otworzyła buzię i rozszerzyła oczy, wpatrując się w trupa, który zwisał teraz spokojnie i nieruchomo. Tłum jeszcze się nie rozbiegł, ale Sanson już chwycił mocniej dłoń Malutkiej i pociągnął za sobą. Stwierdził, że na dzisiaj dosyć już zobaczyła, a jej dziwnym, niektórzy mogli by stwierdzić że chorym, zachciankom, powinna dać już pokój. Na szczęście obok fanaberii oglądania szubieniczników była normalnym dzieckiem. Miała kolegów, z którymi się bawiła chętniej niż z koleżankami. Często się uśmiechała, a jej słowa nie niosły ze sobą grozy ani przerażenia słuchaczy. Lubiła pić świeże mleko, bawić się ze zwierzętami i oglądać powieszonych ludzi. Mieli wyjść tylko na chwilę, ich matka potrzebowała każdej pary rąk do pomocy w barze. Wrócili krętymi, ale jeszcze stosunkowo szerokimi uliczkami do baru, który leżał na granicy między dzielnicą uboższych a bogatszych. * Bar nawet nie miał nazwy. Na parterze, zbudowanym z cegieł, znajdowała się przestrzeń użytkowa dla klientów, a na piętrze, który był dobudowaną częścią drewnianą budynku, mieściła się sypialnia Sansona i jego rodziny. Sam budynek nie przedstawiał sobą żadnego stylu ani wartości estetycznych, podobnie jak inne budynki z dzielnicy biedoty, sklecone naprędce, tylko by zaspokoić potrzebę posiadania czegoś, co można by nazwać domem.. Niemniej ludzie z pogranicza obu dzielnic chętnie tutaj garnęli. Ciężko było o alkohol w mieście położonym w centrum pustyni, o piwie nie było nawet mowy, sprzedawano wyłącznie wątpliwej jakości bimber, pędzony w okolicznych domach. Nikt jednak nie narzekał, więcej nawet, wszyscy wesoło pokrzykiwali, a co rusz ktoś skakał sobie do oczu, by zaraz potem się wycofać do swej butelki. Do tego miejsca rzadko witali pokojowcy, można więc było bez większych nerwów podyskutować o dzisiejszej egzekucji. Wiele osób uważało, że była jedynie na pokaz, by wzbudzić w ludziach strach przed pokojowcami i przed tym, co posiadali, lub co mogli posiadać według co po niektórych fantastycznych plotek. Niektórzy mówili o jakichś siłach nieczystych, inni o tajemnej chorobie, paru zwróciło uwagę na fakt niewyjaśnionych zaginięć paru osób, pogłoski te i inne krążyły po sali z prędkością pocisku, rozrywając duszne powietrze, analizowane, rozdmuchiwane, potrafiły w ciągu jednego wieczoru wyjść z ust jednego człowieka w jednej formie, i wrócić do niego w innej już postaci, a skoro ktoś usłyszał jakąś wersję swojej historii z ust innego, tym bardziej w nią wierzył. Sanson przysłuchiwał się z trwogą tym rozmowom, bojąc się, że któryś z sąsiadów powie jego matce, że zabrał na nią swoją siostrę. Malutka akurat teraz zmywała brudne naczynia na zapleczu. Matka starała się jej oszczędzić widoku pijanych mężczyzn uważając, że na takie obrazy będzie miała jeszcze czas się napatrzyć po ślubie. Sanson stał za ladą ze szczotką, robiąc coś i nic zarazem, w tym momencie z przewagą niczego. Zastanawiał się, po raz nie wiadomo który, nad tym co dzisiaj przeżył. To było wbrew naturze, to pewne. Dreszcz po trosze odrazy, gdyż mgliście zdawał sobie sprawę z tego, do czego jest zdolny. Głównie jednak czuł ekstazę. To wciąż na nowo odkrywane uczucie, jak miłość do kobiety, której się pragnie. Jednak wciąż, to było coś nienaturalnego, coś, o czym pokojowcy nie mogą się dowiedzieć ani dzisiaj, ani nigdy. * Główna brama do miasta znajdowała się po północnej stronie, jednak tajemniczy wędrowiec nie miał zamiaru z niej korzystać. Urkhem nie posiadało murów, przez główną bramę mieszkańcy rozumieli najszerszą ulicę miasta, wychodzącą poza jej obrzeża, a która ciągnęła się do południowego jego krańca, tworząc bramę południową. Poza tym można było skorzystać z setek wąskich uliczek, i w jedną z nich właśnie wkroczył wędrowiec. Korzystając z długiej, sękatej laski, poruszał się powoli pomiędzy budynkami. Sprawiał wrażenie, jakby napawał się dawno nie widzianym obrazem, albo jakby coś sobie przypominał. Długi, ciemno-brązowy habit okrywał całe jego ciało, a kaptur założony na głowę skrywał twarz w mroku. Mroczny wędrowiec zmierzał do tawerny. * - Sanson, rusz się i podaj połówkę do czwórki – zawołała matka, wyrywając Sansona z rozmyślań. Szybko chwycił w rękę półlitrową butelkę nędznego trunku i skierował się do czwartego stolika. - Twoja matka to ostra kobieta – bezzębnie uśmiechnął się do niego staruszek, siedzący przy tym stoliku. – Ale to dobra kobieta, słuchaj się jej – dodał szeptem. – Przypomina mi moją siostrę, która… Sanson odszedł, starając się uniknąć usłyszenia dalszego ciągu znanej mu historii. Staruszek kontynuował opowieść, zwracając się do najbliższego klienta, zbyt jednak pijanego, żeby ten mógł cokolwiek zrozumieć. Ponownie stanął za ladą, obserwując matkę, zabawiającą klientów rozmową. Z każdym potrafiła porozmawiać, do każdego się uśmiechnęła, a gdy trzeba było, jednym pewnym ruchem wyrywała z krzesła zbyt kłopotliwych klientów, i wyrzucała ich na bruk. On, Sanson, taki nie był. Bał się zbliżyć do kogokolwiek, by nikt nie poznał jego sekretów. Nikomu nie mógł ufać w tym mieście, skazany więc był na samotność. Strach całkowicie uzasadniony. Tajemnica jest najpilniej strzeżona, gdy wie o niej tylko jeden człowiek. Im większa ilość powierników tajemnicy, tym większe ryzyko, że prawda wyjdzie na jaw, czy to podczas przypadkowej wymiany zdań, czy po wypiciu zbyt dużej ilości bimbru, czy też po to, by uratować swoje życie poświęcając cudze. Na sali panował hałas, jak zwykle, i będzie tak do wczesnego ranka. Zapowiadała się kolejna pracowita noc. Klienci przychodzili, odchodzili, niektórzy już wstawieni podczas przekraczania progu. Wraz z matką od razu dostrzegali, który klient będzie tej nocy sprawiał kłopoty. Drzwi raptem otworzyły się, wlewając do baru podmuch powietrza, gaszący świeczki na stołach. Chwilowy chłód nocnego powietrza znad pustyni smagnął wszystkich po twarzach, zmroził skórę. Zaraz za nim do środka wszedł wędrowiec, rozglądający się bacznie spod naciągniętego kaptura, i stanął w miejscu. Sanson wiedział już, który klient będzie sprawiał problem, po sposobie w jaki wszyscy przypatrywali się przybyszowi, niepewni, czy go znają czy też jest to obcy. Przejezdnego nie widzieli już od ponad piętnastu lat. Urkhem było miastem odciętym od świata. Po takim długim okresie odizolowania zdziczało. Wędrowiec odrzucił kaptur, ukazując dość bladą, ale przystojną młodą twarz. Jego wzrok błądził po sali, zatrzymywał się na twarzach pijaczków, oblewanych cieniem i wątłym światłem paru świeczek, które jeszcze nie zgasły, aż zatrzymał się na matce Sansona, w którą wpatrywał się intensywnie w ciszy, jaka teraz obległa pomieszczenie. Sanson mógłby przysiąc, że słyszy jak czas ucieka, tak jak słyszał bzyczenie owadów pomiędzy stolikami, oddech nocy okrywającej spieczoną pustynię, dwa spojrzenia, każde wystrzeliwane z innej pary oczu, mierzące się w ciszy. Jest wiele gatunków ciszy, a Sanson tego dnia dowiedział się o jednym z nich: ciszy zlęknionej, oczekującej czegoś złego. Trwało to tylko dłużącą się w milczeniu chwilę, która została przerwana brzękiem szkła rozbijanej szklanki, którą upuściła jego matka. Początkowo pomyślał, że przestraszyła się nieznajomego, że zaraz zniknie gdzieś za drzwiami. On sam również czuł się speszony obecnością tajemniczego wędrowca. To musiało być jednak uczucie ze strachem mające niewiele wspólnego(związek łączący matkę z córką silnie widoczny: brak strachu), skoro podeszła do nieznajomego i wymierzyła mu solidny policzek, roznoszący się echem po barze. Dopiero wtedy uciekła, powiewając za sobą długą suknią. Cisza dłużyła się niemiłosiernie, powróciła na salę, wypierając dźwięk uderzenia, te same muchy nadal brzęczało uparcie pod sufitem, obojętne wobec działań ludzi, niektórzy klienci pozapalali świeczki, w końcu Sanson usłyszał tak wiele znaczący odgłos odsuwanych krzeseł. Klienci szanowali właścicielkę tego baru, która pozwalała im na parę chwil spokoju i wytchnienia od żaru pustynnego powietrza, takie kobiety zawsze cieszyły się popularnością, wesołe i rozgadane, można się łatwo było domyślić, w jaki sposób potraktują kogoś, kto tak ją poruszył samą obecnością. Nie życzyli sobie tego. Albo zwyczajnie potrzebowali komuś porządnie przyłożyć. Tak, Sanson z łatwością dostrzegał problematycznych klientów, większości z nich nie było mu żal, ale tym razem pomysł pobicia wędrowca wydawał się być czymś odrażającym. Wyczuwał coś dziwnego w tajemniczym wędrowcu. Obawiał się najgorszego, obawiał się, że ucierpią wszyscy, włącznie z nim i z jego rodziną. I Malutką. O swoją siostrzyczkę bał się bardziej, niż o siebie i o swoją matkę. Grupka pijaczków podeszła do wędrowca, a Sanson chciał krzyknąć żeby nie, żeby tego nie robili, że to głupota, że narażają na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale także i Malutką, niewinną dziewczynkę! Było już jednak za późno, język uwiązł mu w gardle, odmawiając posłuszeństwa, jak to ludzkie ciało ma z zwyczaju w najmniej odpowiednim momencie. Jeden z pijaczków zamachnął się pięścią. Wędrowiec z łatwością się uchylił, laską odbijając cios. Reszta zdarzenia potoczyła się błyskawicznie. Drugi pijaczek wymierzył tym razem celny cios, powalając wędrowca na podłogę. Poprawili jeszcze paroma kopniakami, po czym chwycili wędrowca pod pachy i wyrzucili z baru prosto na zakurzoną, zapiaszczoną uliczkę, rozweseleni, rubaszni w alkoholowym amoku. I było po wszystkim. Sanson zastanawiał się, czego był świadkiem, trzymając w ręku mokrą ścierkę, niezdolny do poruszenia, do gestu, do dźwięku. Wiedział jedynie, że czuł się dziwnie i nieswojo, i że przed barem leży pobity wędrowiec, który nie był już ani taki tajemniczy, ani tym bardziej mroczny. * Sanson wymknął się tylnymi drzwiami i przesuwając się wzdłuż bocznej ściany budynku ulokował się w niewidocznym miejscu w głębi nocnego mroku. Stąd mógł słyszeć wszystko, co działo się przed wejściem do szynku. W zamiarze miał obserwować przybysza, jego kolejne ruchy, dokąd pójdzie, z kim się spotka, gdzie zamieszka. Wędrowiec podźwignął się z kurzu i sprawdzał teraz stan swoich obolałych żeber. Najwidoczniej nie doznał większego uszczerbku, a zraniona duma chyba nie była dla niego zbyt wielkim ciężarem, gdyż zamierzał podreptać spokojnie w dalszą drogę, tak jakby w ogóle nigdzie nie wszedł, nikogo nie spotkał, nikt mu gęby nie obił. Ktoś go jednak zatrzymał, a Sanson szybko zorientował się po głosie, że to jego matka. Musiała już wcześniej skorzystać z tylnego wyjścia i obeszła budynek z przeciwnej niż on strony, i czekała na okazję, by porozmawiać z przybyszem w cztery oczy. Rozległy się odgłosy szamotaniny, podczas której Sanson w każdej chwili był gotów wkroczyć i pomóc matce, na szczęście nie musiał. Za to słuchał w napięciu. - Nie ma tu już dla ciebie miejsca – matka mówiła z wyrzutem i z takim napięciem, jakiego jeszcze nie słyszał w jej głosie, nawet gdy musiała wypraszać najbardziej uciążliwych pijaków. – Odszedłeś od nas. Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co zrobiłeś? - Staram się pamiętać, przypomnieć, ale… - Przypomnieć? – prychnęła. – Nie wiem kim, czy też czym jesteś, ale czas na powrót już minął. Słyszysz? Minął dawno temu. - Być może, ale… Przybyszowi przerwał kolejny plask, a Sanson pomyślał, że jeśli tak dalej pójdzie, to matka zakatuje biednego nieznajomego i pewnikiem go zamorduje, przybysza w którym było coś dziwnie znajomego… i coś, co kazało Sansonowi mieć się na baczności. Zamknął oczy, żeby nie zdradziły go ich białka świecące w ciemności, chociaż była to zbytnia przezorność. -Nie waż się zbliżać do tych dzieci. Może nie jesteś do końca nim, ale przypominasz go. Masz coś w oczach, co… nie wiem. Naćpałeś się esencji? Jesteś Prorokiem? Dzieci nie są twoje. - Nie przyszedłem po nie. - I dobrze. Cholernie dobrze. Tak, właśnie tak. Może kiedyś kimś dla nich byłeś, ale pochowałam cię piętnaście la temu. Nie ma tu miejsca dla takich jak ty. Wynoś się. Po tych słowach Sanson usłyszał trzask łamanego drewna, a potem odgłosy oddalającej się osoby. Przybysz został sam, w końcu i on zaczął się oddalać. Sanson postanowił go śledzić. * Najciszej jak tylko potrafił, Sanson poruszał się parę metrów za wędrowcem po pogrążonych w nocnym mroku alejkach. Poruszali się wzdłuż granicy między dzielnicami. Po lewej mijali uboższe budynki z drewna, byle jak rzuconych kamieni. Typowa robota ludzi ubogich, którzy musieli sami sobie radzić. Po prawej stały budynki bogatszych mieszkańców, posiadaczy szklarni i dawnych handlowców. Wielopiętrowe budynki zakończone panelami słonecznymi, z ogródkami i altankami budziły zazdrość. Ale nawet ci lepiej ustawieni bali się pokojowców, a nawet bardziej od tych biednych, bo mieli więcej do stracenia. Urkhem było jednym z nielicznych miejsc, gdzie Zakon Światła nie dotarł, niosąc palące żachwie, niszcząc wszelkie przejawy minionych dziejów, czasów techniki, Ery Nauki. Miasto było tętniącym życiem miejscem czarnego rynku technologicznego, ale to było kiedyś. Wędrowiec w końcu się zatrzymał. Sanson już jakiś czas temu spostrzegł, że nie nosi już długiego kija, lecz krótką drewnianą laskę. Matka musiała mieć bardzo twarde kolano. - Podejdź tu. Sanson zamarł w mroku. Ponownie poczuł coś dziwnego w przybyszu. Po słowach matki domyślał się, kim jest, chociaż wątpił, czy jest to możliwe. Umarli nie powstają z grobów, prawda? - Nie bój się – rzekł wędrowiec, siadając na desce spełniającej funkcję ławki przed jednym z domów biedoty. Mówił do niego, do Sansona. Nikogo innego już tu nie było. Ludzie spali. Nawet pokojowcy nie patrolowali tego miejsca. Podszedł więc ostrożnie, zawahał się, ale w końcu usiadł ciężko obok wędrowca. Nie chciał okazywać strachu. Przybysz nadal miał ściągnięty kaptur, wyzierając bladą twarzą. Złamany kij trzymał na kolanach. - Pamiętam cię – Sanson usłyszał swój głos. – Jesteś moim ojcem, prawda? Przybysz nie odpowiedział, tylko się lekko uśmiechnął i spojrzał w gwiazdy. - Miałem tylko siedem lat kiedy, no umarłeś, prawda? - Tak, chyba tak. Akurat ten moment mojego, hm, życia, słabo pamiętam – uśmiechnął się tak jakoś dziwnie, ironicznie i strasznie. Sansonowi zakręciło się w głowie. To była magia, czysty cud, to było coś, co go przerastało. To było za wiele, z jednej strony w to nie wierzył, to było zwykłe czarnoksięstwo. Zdawał sobie jednak także sprawę, że na świecie istnieją różne dziwne rzeczy, choćby jego niesamowity talent oraz to, co posiadali pokojowcy. Wstał i poczuł, że nogi ma jak z waty. Przy przybyszu czuł się inaczej, dziwnie, jakby stał pod szubienicą i patrzył na wisielca. Z tym że nie dochodziła do niego świadomość siły, panowania nad martwym ciałem, raczej bezradność. Szybkim krokiem zaczął odchodzić, ale usłyszał za sobą potężny, wręcz nakazujący głos. - Będę tu na ciebie jutro czekał. Sanson wiedział, że tak będzie. I wiedział także że tu przyjdzie. Musi, żeby wyjaśnić rodzące się w nim pytania. I zrobi to, nawet jeśli matka mu tego zabroni. * Oczywiście że dostał burę za wyjście bez pytania z baru. Na szczęście matka podejrzewała, że był na schadzce z jakąś nową koleżanką, chociaż on wcale dziewczynami się nie zajmował, póki co. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Jak już tylko się obudził po nocnej pracy, popędził do miejsca, w którym czekać miał wędrowiec. I tak jak tamten obiecał, czekał na tej samej prymitywnej ławce, na której rozmawiali poprzedniego wieczoru. Skąpany w świetle porannego słońca, wydawał się jeszcze bledszy, niż był w rzeczywistości. Sanson zastanawiał się, czy wędrowiec w ogóle spał, czy w ogóle ruszył się z tego miejsca. Wydawał się niewzruszony, kolosalny, a jednocześnie wyczuwało się pewną dziecinną niewinność w jego spojrzeniu, otaczającym to miasto, tak jakby narodził się wczoraj. Sanson usiadł obok wędrowca, który był jego ojcem, lub jedynie go przypominał z wyglądu. - Opowiedz mi o tym miejscu – poprosił wędrowiec. Miasto obudziło się już do życia, uliczkami przechadzali się już ludzie, a Sanson zaczął mówić. - Kiedyś Urkhem było miastem kupieckim. Przez nasze miasto przechodziły szlaki handlowe z Północnych Republik do południowych stepów, na których dominują Konsorcja Górnicze. Karawany zatrzymywały się tutaj, by odetchnąć, uzupełnić zapasy i ukręcić jakiś handelek na boku – uśmiechnął się do ojca, ale ten nawet na niego nie spojrzał. Sanson chrząknął i kontynuował. – Byliśmy tak naprawdę centrum nielegalnego handlu techniką, ale także wiedzą, wszystkiego co jest zabronione przez wpływowy Zakon Światła. Konsorcja kupowały tego najwięcej. Najbogatsi dorobili się na udostępnianiu rzadkich ksiąg o mechanice, robotyce i takich tam. Poza tym to mechanicy, wynalazcy, eksperymentatorzy różnej maści, emigranci z wielu krain. Głównie ludzie, chociaż parę innych ras humanidów tez tu spotkasz. Spójrz teraz za linię ostatnich domów, w stronę pustyni. Spomiędzy domostw wyłaniał się zarys pustyni, poprzecinanej brunatno-zielonymi plamami i szerokimi, szklanymi budowlami zakończonymi płaskimi dachami z folii. - Tam, gdzie kończy się ostatni rząd budynków, zaczyna się pustynia. Tam znajdują się nasze szklarnie i pola uprawne, które staramy się nawadniać z Oazy. Jednak wody jest coraz mniej. Kiedyś, wzdłuż traktu, płynęła rzeka, wpływała do Oazy, a potem uciekała do terenów na południu. Jednak rzeka wyschła, a wraz z nią przestali przybywać kupcy. Od tego momentu do naszego miasta nie dotarła ani jedna karawana. Juczne osły zdychały bez wody, a ludzie i korowody z towarami wolą nie zapuszczać się w tak wysuszone miejsca. Jesteś pierwszym podróżnikiem, jaki zawitał do tego miasta od wielu lat. Sanson spojrzał badawczym wzrokiem na ojca, a ten pokiwał głową z lekkim uśmiechem, jedynie na znak, że słucha. Wciąż wlepiał spojrzenie w głęboki dół pośrodku pustyni, który kiedyś był wypełniony po brzegi wodą, z otaczającym go lasem palmowym, a teraz był zaledwie wysychającą oazą, z której starało się wyżyć miasto. - A co jest nad nami? Sanson spojrzał w górę, na pionowe wzniesienie litej skały, wokół którego rozmieszczone były domostwa bogatych, wzniesienie płasko zakończone na górze, do której wiodły solidne kamienne schody z drewnianymi poręczami. Tam znajdował się posterunek pokojowców, otoczony drewniano-kamiennym murem z potężną, mosiężną bramą. Nikt nie wiedział dokładnie, co tam się znajduje, ale krążyły różne pogłoski i plotki, jak to zwykle bywa z tematami, które bardzo ludzi interesują, ale nic o nich nie wiedzą. Na przykład o wiedźmie, zabijającej ogniem, chociaż tę akurat można było udowodnić. Część mieszkańców miasta widziała ją, kiedy wraz z bandą najemników zajęła to miasto zaraz po wyschnięciu rzeki. Wtedy to podobno spopieliła tych mieszkańców, którzy chcieli jej stawić opór. Podobno sypała z oczu iskrami, miała rozdwojony język, była wielkości karła z długimi szponami, i była stara i pomarszczona. Gdy już zajęli miasto, najemnicy nazwali się Gwardią Pokoju, a wiedźma zniknęła. Sanson streścił to wszystko ojcu, nie pomijając plotek, wraz z opisem rzekomego Aspektu, hodowanego przez wiedźmę, i buzujących tam esencji. Zdziwił się, gdy ojciec roześmiał się słysząc opis wiedźmy, mimo to kontynuował opowiadanie. Mówił o problemach miasta, o zakłóceniach radiowych z nielicznymi posługującymi się jeszcze tą technologią, o byłym burmistrzu Urkhem, Krzesimirze, kiedyś wpływowy handlowiec a teraz zaledwie pijaczek, o nie działających połączeniach komunikacyjnych i handlowych, o zdrajcach, którzy dołączyli do pokojowców po namowach miejscowego oprycha numer jeden – Łazęgi, o konfliktach i zbrodniach spowodowanych głównie działalnością pokojowców, o ucieczkach młodych w środku nocy, którzy mieli dość takiego życia, o piaskunach, rasie podludzi-kanibali żyjących na pustyni i właśnie o pustyni, która systematycznie wdzierała się do miasta. * Gdy skończył mówić, było już późne popołudnie, kiedy słońce najbardziej rani skórę. Postanowili się schować gdzieś przed żarem, pod jakimś dachem lub parkanem. Schronienie można było znaleźć częściej w pobliżu domów ubogich, ulepionych z glinianki niż przy willach bogatych, odseparowanych płotami i murami. Już myśleli, że znaleźli odpowiednie miejsce, i już mieli spocząć, gdy obok nich przebiegła grupka osób, pięć, może sześć przestraszonych twarzy mignęło im przed oczami. Między nimi, jak się Sansonowi wydawało, było dziecko, które reszta osób starała się najwyraźniej schować, kryjąc mały skarb w ramionach. Ojciec całkiem niepotrzebnie poprosił Sansona, by podążyć ich śladem. Po chwili z jednego z okien usłyszeli cichy płacz, w innym podniesione głosy, pełne podekscytowania, oprócz tego wszędzie panowała cisza. Ludzie uciekający z dzieckiem gdzieś zniknęli, a wąskie uliczki, zwykle pełne przechodniów, stały puste. Sanson, nie wiedząc co myśleć o przytłaczającej ciszy, postanowił zajrzeć w pobliskie uliczki, by upewnić się, że nikogo tam nie ma. Znalazł jedynie dużą, czerwoną piłkę, bardzo zadbaną, ale z widocznymi znakami częstego używania. Poza tym pustka i cisza, niczym w labiryncie, gnieżdżącym w najgłębszych zakamarkach mitycznego, półludzkiego stwora. - Co powinniśmy… - zaczął Sanson, ale ojciec uciszył go gestem wyciągniętej dłoni. Po intensywnym nasłuchiwaniu przygniatającej ciszy usłyszeli kobiecy wrzask, rozdzierający powietrze, i znowu cisza. - Chodź – krzyknął wędrowiec, wbiegając w jedną z uliczek. Minęli parę domów, zamkniętych na głucho. Sanson nie wiedział, skąd dobiegał krzyk, ale jego ojciec chyba to wyczuwał. Nie wiedział, ale czuł. Biegli, dopóki ojciec niepewnie nie zatrzymał się przed jednym z glinianych domów, noszącym oznaki biedy, byle jak ulepiony z gliny i gruzu. Sanson, niewiele myśląc, kopniakiem otworzył drzwi, i wpadł do środka. Od razu zobaczyli go dwaj pokojowcy. Jeden leżał na młodej dziewczynie, dobrze zbudowanej i stosunkowo ładnej. Jedną ręką zatykał jej usta, drugą sięgał pod krótką spódniczkę dziewczyny. Miał ściągnięte spodnie. Drugi trzymał dziewczynę za kostki nóg. Był bardzo młody, i zareagował błyskawicznie. Syknął pojedyncze przekleństwo pod nosem i rzucił się na Sansona. Szarpiąc, jeden uczepiony drugiego, rzucali się po całym pokoju, niszcząc gliniane wazy, drewniane meble łamiąc na kawałki, zrzucając stare, niedziałające radio na chipy kontaktowe. Starszy…