Fantasy · 11 min czytania
Uroboros
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Podążam w mrok. Uciekam od światła. Z każdym krokiem dalej i dalej. Może on przez jakiś czas osłoni mnie przed prześladowcami. Wiem, że to próżne nadzieje, ci co mnie ścigają, żyją w otchłaniach mroku. Przed nimi nie ma ucieczki. Przedzieram się przez zagajnik. Gałęzie drzew ocierają ręce do krwi. Potykam się o wystające korzenie. Nawet one dziś są przeciwko mnie? Byłoby mi lżej, gdybym porzucił wleczony za sobą pakunek. Dwie włócznie, przewiązane resztkami jakiegoś sztandaru. Jakiego? Nie ma znaczenia, ci nad którymi łopotał na wietrze, wszyscy przepadli. Po co więc go targam? Bo leży na nim mój najlepszy przyjaciel. Nie jest w stanie chodzić. Coś urwało mu obie nogi. Nie wiem co, bo w tym samym czasie jakaś bestia o nieprawidłowym zgryzie wbijała mi kły w łopatkę. Widać, w piekle nie używają aparatów ortodontycznych. Udało mi się urwać jej łeb, niestety nie na tyle szybko, aby pomóc mu na czas. A mieliśmy sobie nawzajem pomagać. Może to więc wyrzuty sumienia. Do dupy z psychologią, to już i tak jest martwa nauka. - Peter? - usłyszałem zza pleców cichy szept. Ze strachu omal nie puściły mi zwieracze. - Cholera Mark, prawie się zesrałem. Tamci mieliby „pachnącą” ścieżkę prosto do nas – rzuciłem ponury żart. - Co się stało? Czemu mnie ciągniesz, gdzie jesteśmy? - pytał coraz natarczywiej. Nigdy nie należał do cierpliwych. - Straciłeś nogi, obie – nie lubię owijania w bawełnę. - Dziwne, bo je czuję. - Jakoś łapiduchy to określali. Nie pamiętam jak. - A co z bitwą? - wreszcie jakieś sensowne pytanie. - A co kurwa myślisz? Gdybyśmy wygrali, to leżałbyś na złotogłowiu, a dziewice wlewałyby ci nektar do ust. Widzisz tu jakąś dziewicę? - poniosło mnie, ale okoliczności były jednoznaczne. Otaczał nas nieprzenikniony ciemny, odwieczny bór. Groteskowo poskręcane potężne konary, tak wysokie, że najmniejszy promień światła nie był wstanie się przez nie przecisnąć. Dlatego wybrałem taką drogę ucieczki, jedyna szansa, by skrzydlaci wrogowie nie mogli nas dostrzec. Choć to i tak tylko wydłuży naszą agonię. Wyrok zapadł, pozostało czekanie na koniec. - Co z Leną? - zapytał pozbawionym nadziei głosem. Nie chciało mi się odpowiadać. Zerknąłem na niego przelotnie. Z brudnych, pozbawionych przez ogień rzęs, spłynęła pojedyncza łza. Musiało go cholernie boleć. Nie miałem środków przeciwbólowych, wyczuwałem smród gnijącego mięsa, bijący z zaropiałych kikutów jego nóg. Nic nie można zrobić. Byle do przodu, by moment spadnięcia mojego łba odsunąć choć o moment. Przełożyłem prowizoryczne nosze na drugi bark, zacisnąłem zęby i podreptałem dalej. Sunąc krok za krokiem w nieznanym kierunku, wracałem pamięcią do nieodległych w czasie przełomowych wydarzeń. Przeżyłem swoje życie bez spektakularnych momentów. Jak każdy inny człowiek urodziłem się, chodziłem do szkół, pracowałem, założyłem rodzinę, wybudowałem dom i w końcu umarłem. Jak wielu naiwniaków przede mną, liczyłem że trafię do Raju, w końcu nic złego nie zrobiłem. Chodziłem regularnie do najbliższego kościoła, spowiadałem się, dawałem datki na cele społeczne. Nikogo nie zabiłem, nie okradłem. O tych kilku batonach w dzieciństwie, kto by pamiętał? Czy to takie dziwne, że liczyłem na dobre potraktowanie po śmierci? A tu zdziwienie i dupa. Zobaczyłem jasność, długi świetlisty tunel. Jak dotąd standard. Poszedłem w jego kierunku. Z uśmiechem na ustach można by rzec. Ze światła wysunęła się mocarna dłoń i przyciągnęła do siebie. Zobaczyłem niebiańsko cudowne oblicze. Otoczone aureolą światła. Czyli, że jest dobrze. - Wstawaj ćwoku, czego się gapisz, anioła nie widziałeś? Kolejny przygłup mi się trafił do pobudki. Ledwo sto lat w grobie poleżał i już udaje zdziwionego – po takim powitaniu przez jakiś czas dochodziłem do siebie. Okazało się, że do Raju jak najbardziej się kwalifikuję. Proszę bardzo. Jest jednak mały haczyk. Ostateczne starcie między dobrem a złem. Zwycięzca zagarnia wszystko. Jeżeli wygrają ci w niebieskich mundurkach, dostają puchar i pełen serwis wszelkich usług po kraniec czasów, wszechświata, czy czegoś tam. W wersji zwycięstwa czerwonych czytaj piekielnych, to my zostajemy sługami ciemności i jesteśmy na ich każde skinienie. Niby układ jasny, ale wierzcie mi czy nie, kapcia w gębie czułem przez zajebiście długi okres. To kurna przez całe życie nie piłem, baby po gębie nie lałem, o przyjemnościach cielesnych nie wspominając. Nawet marychy nie paliłem. No może troszkę z żalami się zagalopowałem. Nic mocnego nie brałem i koniec kropka. A teraz mówią mi, że przedstawienie dopiero się zacznie? Cóż było robić? Na skargę nie było do kogo iść. Wszyscy kapłani, wszelkich istniejących religii ogłosili świętą wojnę. Najpierw spotkali się przedstawiciele obu stron konfliktu, po to aby ustalić warunki. Pytanie o rodzaj broni było podstawowym problemem. Co to za walka, gdy strony włączają przyciski komputerów, z silosów wylatują głowice i po zawodach. Mało honorowe, nie? Po wielu negocjacjach ustalono, że dozwolona jest broń biała, pazury, zęby i to co kto ma. Ponieważ walka dotyczyła wszystkich, każda istota miała wziąć udział bezpośrednio w walce. Załóżmy, że urodziłeś się i po kilku dniach zmarłeś. Nic straconego! Korzystając z nieograniczonych pokładów energii, stawałeś się dorosły. W ten sposób wszystkie istoty kiedykolwiek żyjące, zostały doprowadzone do optymalnego stanu zdrowia i wieku. Musiały tylko podjąć jedną decyzję. Po której stronie stajesz? Bez…