Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 24 min czytania

UROCZYSKO część 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

DRZEWIEJ...

...To było tak. Kiedy w Panonii nastało przekleństwo Żmija, wylęgło się mnóstwo żmij i Obrów olbrzymów; tedy Wenetowie ruszyli szukać innej, gościnniejszej ziemi. Rozeszli się w cztery świata strony i różnie ich zwać poczęli: Neurami, Sporami, Antami, Sklawinami... Wszak jeszcze jednym językiem mówili, i mimo waśni i żupanów różnych - jedną przecież Wielką Chrobację tworzyli. My wszakże z tych Wenetów się wywodzim, których Lędzicami zwali. Nad rzeką Wisłą z dawien dawna góra się wznosi, a w tej górze świat cały swój środek ma. Dawno, dawno stolica tam już była, jeno ją Goci, a potem dzicy Hiung Nu zniszczyli. Dopiero kiej Hermanaryka Rosomoni ukatrupili, a wódz nasz wielki, co na obcych ziemiach wojował i Rome znał, a Grakchusem go zwano, powrócił z Karyntii - gród na Smoczej Skale odbudowalim. Że jednak Grakchowia cudacznie i nie po naszemu, a i do Grakcha nikt się tak nie zwracał, bo to nie jakbyś mówił, jeno dławił się lub krakał – tedy zostało: Krak, oraz gród jego - Krakowia. Kniaź był dobry, jeno po śmierci jego synowie o schedę się pokłócili - i jeden ubił drugiego. Tedy wygnalim zbrodniarza, panowanie oddając siostrze ich Wandzie. Wiedźma to była mądra, i gdy zbój alemański plądrować kraj począł - ta taki urok na gada rzuciła, iż sam z żałości w rzekę skoczył topcem zostając. Choć jednak wojska wrogie odeszły, Wanda żadnego męża nie chciała. Tak to krew Kraka wygasła: w skrytobójstwie, wygnaniu, bezpotomności. Dobry był nasz Krak... za niego to żmija, smoka przebrzydłego, co pod górą siedział podporę świata podgryzając – usieczono. Zaraz też się susza skończyła, bo gad dłużej już wód Wisły nie pochłaniał. Kiej jednak brakło kniazia dobrego - swary się wraz poczęły i dopiero długo po tym nowe Gniazdo, hen, u Goplan powstało. To już jednak później, za Popielidów i Myszków było; a to, co opowiadam, działo się wcześniej - nim nastał Siemowit, i nim prawnuk jego Mieszko starych bogów zabił. Działo się to, gdy podboje Wenetów sięgnęły szczytu: na zachodzie przekroczyli Łabę, na północy sięgnęli Bałtyku i jeziora Ilmen, na wschodzie rzeki Oki, na południu zajęli całe Bałkany, a na południowym-wschodzie ich osadnictwo dotarło aż do Anatolii i Syrii. Walczyli z Frankami, Longobardami, Awarami, Hunami, Romajami-Bizantyjczykami, Persami... któż by ich spamiętał. Walczyli też – i to jak! – sami z sobą... Najgorsi wszak byli Awarowie, bo choć nieraz ramię w ramię Słowianie walczyli z nimi idąc na Bałkany czy Carogród, srodze ciemiężyli oni Panonię i ludy słowiańskie, jak choćby Dulebów. Ale powróćmy do opowieści... Działo się to niedługo po tym, jak Samo z Winidami jarzmo awarskie zrzucił, Franków Dagoberta pobił, żupana Serbów Derwana na swą stronę przeciągnął i przyjaźń z kniaziem Karantanii Wallukiem utrzymywał. Tak więc, gdy czas Samo już przeminął, a Mojmira z Moraw czas jeszcze nie nastał, nad rzeką Wisłą pewien myśliwy opuścił swe opole...

WSZEBÓR

Było mu Wszebór. Opuścił swe opole wśród Wiślan, i w puszczę głęboką wyruszył. Nie była mu ona, jak kmieciom, wrogiem: Wszebór był myśliwym. Dlaczego z opola odszedł i życie jak zwierz w puszczy wybrał – któż to wie? Nie pytał nikt, a gdyby kto spytał - może i on sam by nie wiedział. Ot, taka była jego Dola. Siedzibę zbudował sobie pół dnia drogi od najbliższego opola: nie za blisko, nie za daleko. Człek tu nie zachodził, ale gdyby trza było skóry na żelazo, sól, ziarno mieniać – w sam raz. Szumiała puszcza nad głową i ani to ważne było, co się tam hen u Goplan, Wieletów, czy Obodrzyców działo. Któż by bowiem zliczył plemiona Wielkiej Chrobacji ludzką mową gadające? Serbowie, Chorwaci, Lemuzi, Rosowie... Wszebór nie umiał - i ani myślał o tym. Jeszcze mniej wiedział o ludach mowy nie znających, co jak Germanowie jeno szczekać i warczeć potrafili. Wprawdzie widział na targu srebrne z Romy monety, ale gdzie ta Roma - nie wiedział, a jantar i skóry na wymianę starczały. Dziwactw ciekawy nie był – jak te niewiasty chciwe sznurków z nanizanymi kolorowymi szkiełkami… Tak tedy żył sobie, zwierzynę częściej niż ludzi widując. A kmiecie – wiadomo: kmiecie, puszczy nie kochali, bo ziemię ziarnu z trudem zdobywanemu zabierała korzeniami swymi, nadto na trzęsawiskach biesy i czarty tańcowały. Wszebór jednak wołem nie był, co by ziemię miał orać, a jak czarta spotkał - to przez ramię splunął; jeśli nie pomogło – bez łeb obuchem grzmotnął – i był spokój. Wolny był, nikomu trybutu nie płacił, gdzie go nogi zaniosły i gdzie szałas czy ziemiankę postawił – tam był u siebie doma. Czegóż więcej chcieć?... A jednak, nadszedł taki czas, że Wszeborowi jakiś nieokreślony brak doskwierać począł. Myślał mało-wiele, potem wziął się żywo do roboty. Ziemiankę podreperował i rozbudował, wokół niej spory kawał ziemi wytrzebił, wykarczował, wypalił i płotem zaostrzonym okolił. Skór wilczych, lisich, bobrowych i zajęczych nabrał - i ku opolu ruszył. Miał ci jeszcze w mieszku trochę srebra, co się przez lata uzbierało – wykopał i wziął takoż. W opolu, choć tam na świat nie przyszedł, znali go - i za swego mieli, bo kmieciom nieraz mieszkę miodojada pomógł ze szkody przegonić, a i od wilka niejednego uwolnił. Wymienił tedy Wszebór skóry na dobra różne uczciwie, choć parę razy musiał tam i nazad obrócić. Przysposobiwszy się w ten sposób - udał się zamiar swój zrealizować. Dziewkę upatrzył chożą i wdałą, Krasa jej było; pogwarzył więc z ojcem, pogwarzył, ręce w końcu przybili - i choć dziewka pochlipała trochę, bo niesporo jej było opole opuszczać – weselisko wraz się odbyło. Co tu gadać! Kołaczy ni miodu dobrze syconego nie brakło, tańce i śpiewy były, Krasa mimo iż osowiała nieco – nie niechętnym okiem na męża patrzyła... Choć kosy Krasie obcięli i głowę czepkiem nakryli, choć do drogi na grzbiet skórę lisią miast sukni włożyła – lico miała gładkie i cieszył się Wszebór - że choćby ją w siermięgę odział i tak świeciłaby jak słoneczko samo. Na polance pięknie się urządzili, żona poletko ziarnem obsiała, dla drobiu kleć postawiła, a Wszebór istny częstokół wkoło przed dzikim zwierzem wykonał. Gdy Marzanna nadeszła z wieczorami ciemnymi, długimi i zimnymi, nie ckniło się już myśliwemu pod strzechą... Śmiech tam się często rozlegał niespodziany w tej głuszy, bo mąż żony nie bijał, a ona robotna była – darzyło im się. Niezadługo też bocian pierworodnego im przyniósł; nazwał go ojciec po dziadzie Ściborem. Jeszcze dwa razy bocian przylatywał takoż z chłopcami – Samborem i Czciborem. A z Czciborem było tak...

CZCIBOR

Kiedy bocian przyniósł Czcibora, Ścibór miał siedem, a Sambor trzy lata. Po kąpieli otarto go wiechciem słomy jak należy, a ojciec na rękach go ku Dadźbogowi uniósł. Jakież było rodziców zdumienie, gdy niespodzianie goście do nich w głusz przybyli! Trzy kobiety pięknie odziane nad kolebką Czcibora stanęły. - Czy kiedy na świat przyszedł grom z jasnego nieba uderzył? – spytała najstarsza. - Ano, po prawdzie, zagrzmiało – odparł Wszebór, koso na niewiasty patrząc, bo już podejrzewać zaczął, że z boginkami mają do czynienia. Nachyliła się zatem nad dzieciakiem pierwsza i rzecze: - Będziesz ty sławny i wielkich czynów dokonasz, albowiem sam Perun cię naznaczył. Druga rzecze tak: - Wielka miłość w życiu cię czeka, co na łabędzich skrzydłach cię uniesie. Trzecia jednak, słysząc tamte, skrzywiła się, po czym paznokciem skaleczyła Czcibora mówiąc: - Nie może być tak, żeby Dola człowieka samym jeno miodem ociekać miała. Dlatego, choć Perun wybrał cię w istocie, przez całe życie z pomiotem Welesa zmagać się będziesz. Czynów dokonasz wielkich, sława cię jednak czeka dopiero po zgonie, bo za żywota wyrzutkiem się staniesz. Najpiękniejsza z niewiast cię pokocha… Miłość ta serce ci złamie! Czekają was łzy gorzkie i lata rozłąki. Tak powiadam - i taka Dola twa będzie, i nic już jej nie odmieni. Przelękli się zatem Wszebór z Krasą tak straszliwe przekleństwo nad dzieckiem słysząc; aby jednak Rodzanic nie urazić, i gorszej klątwy na się nie ściągnąć - ugościli je, czem tylko mieli. Te jednak strawy ledwie w palce uszczknęły i niczym ten dym zniknęły.

Niedługo jakoś potem Wszebór w puszczy bił zwierza, starsi bracia w opolu u dziada bawili, a Krasa sama jeno z Czciborem gospodarzyła. Kiedy jednak dziwne jakieś głosy zza drzew dobiegać ją poczęły, zostawiła małego w kołysce, sulicę męża chwyciła – płocha nie była – i poszła sprawdzić, kie licho harcuje. Trzęsawisko było niedaleko, to i czasem jakiś czart głupawe psoty czynił, lecz rzadko to przecież się zdarzało. Usłyszała jakieś niby płacze, niby szepty, lecz gdy się spostrzegła, że bies ją od domostwa odciąga - a stamtąd jakby szyderczy śmiech ją dobiegł - pędem pobiegła z powrotem. Stanęła zdyszana nad dzieciakiem, patrzy – a to i Czcibor i nie Czcibor. Z jednej strony do dziecka jej bardzo podobny, z drugiej – głowę ma taką jakby za dużą... i tak dziwnie jakoś na nią patrzy. Zasępiona wyczekała powrotu męża - i biegiem do opola po radę. Baba tam była jedna, co wiedziała o takich sprawach wiele, i sposoby na nie miała. A baba rzecze tak: - Jak samo w puszczy zostało, a kołyski żeście zielem – dzwonkami – nie obłożyli, toć pewnie mamuna wam dziecko porwała, a w zamian podłożyła swoje. Tedy weźcie je i praskajcie po tyłku tak długo, aż na jego płacz ona lamia, mamuna się zlituje - i zamianę cofnie. Cóż było czynić? Choć Krasie serce się krajało, prać poczęli dzieciaka ile wlezie. Mały darł się i darł, aż zsiniał cały i głos stracił, ale mamuna się nie pokazała. Chowali go więc jak swego – bo, kto wie, może i żadnej podmiany nie było? Wszebór jednak do najmłodszego serce jakoś stracił.

Czcibor apetyt miał wilczy, ba, smoczy. Wyrósł jak Obr jakowyś, jeno straszny nierób był z niego. Po okolicy rozeszło się, że to odmieniec być może – krzywo na niego patrzyli. - Osiwieję przez ciebie, gamoniu! – fuczał ojciec na niego - Wielkiś kiej dąb, żresz za trzech chłopa, a głupiś niczym ten głaz! Polowania na zwierza uczyć się nie chcesz, jeno go spłoszyć umiesz. Kmieciem też nie będziesz, bo małych roślin nie rozróżniasz - i dobre wraz z chwastami rwiesz. Na drwala choć cię słałem, toś legł spać, a robota nietknięta… Słyszysz co mołwię do ciebie gamoniu?! Wszebór nieraz obił syna tak, że kij na nim połamał. Inny by legł kilka dni słabować po laniu, Czcibor nawet nie zapłakał. Dziwny był jakiś. Odmieniec, boginki syn…

WODNIK

Owej pory susza straszna legła na krainę. Woda w rzekach i jeziorkach opadła, bagna tak zeschły, że chodzić po nich można było jak po łąkach. Zboże kmieciom całkiem pomarniało i strach z oczu im wyzierał, że głód będzie. Ryby takoż w sieci łapać się nie chciały… Nic więc dziwnego, że wołchw i baba z osady radzili ofiarę dla Wodnika złożyć. W jeziorze już dawno wołu nie zatopiono, jeno czasem drób drobny ktoś rzucił – to i obraził się Wodnik… Płanetnicy też okolicę omijali, z bezchmurnego nieba jeno Dadźbog świecił. Wszebór zabrał z sobą Czcibora do opola, by ten skóry pomógł mu dźwigać i na kołacze, oraz miód je mienić. Wyszli z boru i minęli przybrzeżne sitowie; patrzą, a tu cała osada na zewnątrz wyległa. Słuchają przeto, co się stało? Na mostku z drewnianych pali stał wołchw i krzyczał: -Słusznie Wodnik się rozgniewał na was i z płanetnikami zgadał przeciw opolu! Pożałowaliście mu konia, pożałowaliście mu wołu… Żal wam było krowę w topiel rzucić… To teraz wody nie ma i nie będzie, póki władcy ryb nie przebłagacie! Jedna tylko ofiara ubłagać go może – z dziewicy! Oby tylko sam Wodnik był obrażony, bo jeśli to Weles wodę pochłania… Pełne przerażenia „och!” wyrwało się z piersi osadników; ten i ów splunął przez lewe ramię od uroku. Wołchw nie dokończył mowy, skinął jedynie ręką. Tłum wypchnął w jego kierunku związaną, zakneblowaną dziewczynę. -Och! – wyrwało się z ust Czcibora.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%